Secrets of London
[05.05.72] Ten sam los - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [05.05.72] Ten sam los (/showthread.php?tid=1534)



[05.05.72] Ten sam los - Brenna Longbottom - 02.07.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Brenna cierpiała na tę samą przypadłość, co niemal wszyscy Brygadziści i Aurorzy od 1 maja: za mało snu, za dużo pracy. Miała wrażenie, że nikt, kto traktował swoje obowiązki poważnie i nie został ciężko ranny, nie przejmował się takimi drobiazgami, jak ustalone godziny pracy czy urlopy. (Nie tylko w ich Departamencie zresztą, wszak w innych wydziałach też robiono w nadgodzinach.)
W Mungu zresztą też pojawiła się tego dnia służbowo, by przesłuchać dwie osoby, które zostały znalezione w lesie ranne, w okolicznościach, które mogły sugerować, że brały udział w jakiejś walce na zaklęcia – być może ze sobą nawzajem. Szybko okazało się jednak, że żadna z nich nie była ani śmierciożercą, ani naśladowcą, ciemny płaszcz był tylko ciemnym płaszczem, a oni po wpadnięciu na siebie poza polaną spanikowali i zasypali się nawzajem stosem czarów, myśląc, że to drugie należy do zwolenników Voldemorta.
Głupota, nieostrożność, panika, omal nie doprowadziła do tragedii. Mieli szczęście, że żyli. I że nie trafili na kogoś, kto koniecznie chciał aresztować jakiegoś zwolennika Voldemorta. Niestety, kosztowali trochę czasu i wysiłków personel Munga oraz ją samą.
Skoro już tu jednak była, uznała, że może poświęcić kolejne, cenne dziesięć minut na sprawy trochę mniej palące. Spróbowała podpytać, w jakim stanie jest Ida Moody, a kiedy została zbyta, wyjątkowo nie drążyła – uzdrowiciele i tak mieli o wiele za dużo roboty – skoczyła na moment do pobliskiej kawiarni i po chwili wpakowała się do sali, w której leżała Heather Wood. Po drodze minęła dziesiątki magomedyków, kręcących się jak pszczoły w ulu, i drugie tyle odwiedzających. Brennie zdarzało się bywać w Mungu i nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała tutaj taki tłum.
- Cześć, Heath – przywitała się, podchodząc do łóżka, na którym utkwiła Brygadzistka. Brennie obiło się po uszy, że ma tu zostać jeszcze ze dwa dni, ale nie zdziwiłaby się, gdyby Wood spróbowała się stąd wydostać wcześniej. – W szpitale pewnie dają wam jakieś pomyje. Tu jest mocna herbata, a tu kawa. Który wolisz? – spytała, unosząc lekko dwa kubki, które przyniosła z mugolskiej kawiarni. Przy okazji zlustrowała swoją pracową partnerkę spojrzeniem, jakby chcąc ocenić jej stan. Chociaż niestety, nie znała się na tym na tyle, aby móc wysnuć jakieś sensowne wnioski.
Poza tym jednym, że Heather została ranna i to całkiem poważnie, skoro miała nie pracować przez miesiąc. I chociaż to była teraz praca Wood, Brenna nie mogła oprzeć się myśli, że nie powinno jej być na tej polanie, że to w jakiś sposób wina samej Brenny. Odsuwała ją jednak od siebie, a na pewno nie wypowiedziałaby jej na głos.
Heather nie była w końcu dużo młodsza niż była ona, gdy to wszystko się zaczęło.
Poza tym... nie powinno tam być wielu osób.
Z Voldemortem na czele.


RE: [05.05.72] Ten sam los - Heather Wood - 03.07.2023

Nudziło jej się. Ogromnie jej się nudziło. Ciało ją bolało, ale nuda była w tym wszystkim najgorsza. Nie umiała usiedzieć w miejscu, a tutaj kazali jej leżeć w łóżku, przez tydzień! Cholerny tydzień, nie umidała sobie tego wyobrazić. To była męczarnia, katorga dla kogoś takiego jak ona. Przyzwyczajona do życia w biegu, pełnego ruchu... naprawdę bardzo źle znosiła leżenie w łóżku.

Miała zbyt wiele czasu, czasu na myślenie. To okropne Beltane spowodowało, że wypełniały ją dziwne uczucia. Rozmyślała nad tym, że wiele jej w życiu brakuje, zastanawiało ją to, skąd się to wzięło skoro jeszcze kilka dni temu twierdziła, że jest młoda, powinna korzystać z życia i nie bawić się w żadne zobowiązania. Ten nieudany rytuał z Camernem, później niepowodzenie podczas ataków dały jej do myślenia. Zaczęła tęsknić za tym, czego tak naprawde nigdy nie miała. Myślała, czy wyglądałoby to inaczej, gdyby spytała Lupina, co o tym myśli, ale czy powinna pytać, przecież zawsze byli w trójkę. Ona, Charles i Cameron, teraz jakby jej czegoś w tym brakowało, chciałaby, żeby ktoś to ją traktował jako tą najważniejszą.

Wpatrywała się w okno i myślała o tym wszystkim, bo co innego mogła tutaj robić? Co jakiś czas odwiedziła ją jakaś piguła, czy inny medyk, żeby przynieść jej leki i sprawdzić, czy żyje, odwiedzali ją znajomi, jednak dzień dłużył się niemiłosiernie. O tyle dobrze, że Kamiś pracował w Mungu - wpadał więc dosyć często i dotrzymywał jej towarzystwa.

Usłyszała kroki, przeniosła spojrzenie na drzwi, aby zobaczyć, kto wpadł do niej teraz. Dostrzegła znajomą sylwetkę. - Brenna! - Krzyknęła z nieukrywanym entuzjazmem. Nie miały się szansy spotkać wcześniej, zdawała sobie sprawę, że Longbottom miała ręce pełne roboty i trochę jej tego zazdrościła. Nie musiała jak ona gnić w szpitalnym łóżku.

- Wezmę kawę. - Sięgnęła po jeden z kubków. Upiła spory łyk, brakowało jej tego. - Dziękuję, dawno nie piłam niczego smaczniejszego. - Szpitalne żarcie i picie nie należało do najlepszych.

- Co tu robisz? Pewnie masz dużo pracy, nie szkoda ci czasu na wizytę u kaleki? - Tak się teraz czuła, zupełnie nieprzydatna.




RE: [05.05.72] Ten sam los - Brenna Longbottom - 03.07.2023

Brenna też wolałaby, aby Heather była w pracy. Nie tylko przez wzgląd na nią samą czy własne wyrzuty sumienia, że nie działała szybciej, ale też ponieważ po prostu brakowało im ludzi. Nikt rozsądny nie dbał teraz o godziny pracy ani o urlopy – z ekipą, która walczyła, a i tak 2 maja biegała po lesie na czele – ale to wciąż było za mało. O wiele za mało. Boleśnie odczuwali brak tych paru osób, które zostały ranne, a Brenna chwilowo musiała po prostu większość rzeczy robić w pojedynkę.
- Ostrożnie, jest jeszcze ciepła – ostrzegła, podając Wood napój. Swój kubek też uniosła do ust i pomyślała, że nie pamięta, kiedy piła coś ciepłego. Dbała o to, aby jeść i pić, owszem, bo nie mogła obejść się bez snu, jedzenia i picia, ale to ostatnio oznaczało tosty i kanapki pochłanianie w Błędnym Rycerzu albo gdzieś w biegu, wodę i w najlepszym wypadku bardzo zimną i bardzo paskudną kawę.
Może dlatego mugolska herbata smakowała bosko.
- Wypluj te słowa. Nie możesz być kaleką, musisz zaraz wrócić do pracy, bo Caspian uzna, że to przeze mnie i skróci mnie o głowę, jeżeli stracę piątego partnera – parsknęła Brenna. O ile jeden z jej partnerów „wytrzymał” długie lata, o tyle kolejni z różnych powodów dość krótko współpracowali z Brenną. I choć tylko jeden odszedł, ponieważ miał jej szczerze dość, niektórzy zdawali się sądzić inaczej. – Wszyscy mają teraz dużo pracy. Ściągnięto mnie na oddział, bo podejrzewano, że jeden z pacjentów może być zwolennikiem Voldemorta. Ostatecznie okazało się, że po prostu uważa czerń za stylową i ma skłonności do popadania w panikę – powiedziała szczerze. Martwiła się o Heather, ale prawdopodobnie wpadłaby do niej za jakiś czas, gdy ta już byłaby w domu, gdyby i tak nie musiała odwiedzić Munga.
- Powiedzieli ci, kiedy staniesz na nogi? – zapytała. Widok Wood na szpitalnym łóżku potęgował wyrzuty sumienia, ale próbowała je uciszyć. Heather była Brygadzistką. I nie umiała stać z boku. Prędzej czy później i tak by tu trafiła… w najlepszym wypadku. Brenna nie uważała, że wiele je łączy, wręcz przeciwnie, pod wieloma względami różniły się tak bardzo, że na początku współpracy miała mocne wątpliwości, czy zdołają skutecznie działać w duecie. Ale jeżeli szło o tę jedną rzecz, okazywały się aż nazbyt podobne. Żadna z nich nie umiała zrezygnować z walki.
I być może obie, w ostatecznym rozrachunku, czekał ten sam los.[/b]


RE: [05.05.72] Ten sam los - Heather Wood - 04.07.2023

Dobrze, że miały takie samo zdanie na temat pobytu w szpitalu Wood. Czuła, że marnuje tu czas, że tam mogłaby się bardziej przydać, tyle, że gdy próbowała wstać ciało odmawiało jej posłuszeństwa. Nie dawała rady fizycznie. To był chyba najgorszy uraz, jaki jej się przytrafił w tym dosyć krótkim, jednak mocno burzliwym życiu. Nawet podczas meczy quidditcha nie zdarzyła się jej taka silna kontuzja, a grała raczej ryzykownie. Nie do końca zadowolona była z takiego obrotu spraw, kto bowiem wytrzymałby tyle w łóżku, zresztą na sali była sama - nie miała do kogo gęby otworzyć przez większą część dnia.

- Dobrze, maa-mooo. - Przeciągnęła słowo, po czym ostrożnie upiła tą kawę. Skoro Brenna mówiła, żeby uważała, nie zamierzała zrobić inaczej. Poza smakiem, zapach kawy był naprawdę przyjemny. Roznosił się po szpitalnym pokoju.

- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo Brenna. - Rzekła z rozbawieniem. Nie zamierzała w ogóle myśleć o tym, że mogłaby współpracować z kimś innym. Zbyt wiele się od niej nauczyła, aby teraz trafić pod skrzydła kogoś innego. Uważała, że Longbottom miała jej jeszcze naprawdę wiele do zaoferowania, w końcu były to dopiero początki ich wspólnej drogi. - Tak właściwie, to dobrze, że wszyscy są tacy czujni. Przecież oni chodzą między nami, tyle, że bez swoich masek. - Powinni wyłapać ich wszystkich i ich pozamykać, żeby nie mogli krzywdzić nikogo więcej. Niestety to nie było takie proste, chociaż na pewno zostawili jakieś ślady. Zawsze pozostaje coś, co może doprowadzić do sprawców, szczególnie gdy prowadzący śledztwo ma takie umiejętności jak Brenna Longbottom.

- Tydzień w szpitalu, próbowałam już wstawać, ale idzie mi to strasznie opornie. - Powiedziała mocno rozczarowana, bo naprawdę chciałaby, żeby było inaczej. - Później trzy tygodnie rehabilitacji, nie wiem, jak to zniosę. - Miesiąc uziemienia brzmiał dla niej w tym momencie naprawdę okropnie, chociaż przecież mogło być gorzej, mogła tam umrzeć, ale jednak się nie dała. - W ogóle, to jeszcze Ci nie podziękowałam za to, że walczyłaś o mnie jak lwica. - Bo doszły do niej słuchy, że to właśnie Longbottom zgarnęła ją do dziury, w której zostały później zasypane żywcem.




RE: [05.05.72] Ten sam los - Brenna Longbottom - 04.07.2023

- Może powinnam przedstawić cię mojej mamie jako swoją córkę? Przestałaby dręczyć mnie i Erika o wnuki – stwierdziła Brenna z odrobiną rozbawienia na słowa Heather. Jej uśmiech zgasł jednak zaraz na kolejne słowa.
Oni chodzą między nami.
Heather miała rację. I Brenna doskonale zdawała sobie z tego sprawę. To było coś, co dręczyło ją chyba jeszcze bardziej od świadomości, co robią śmierciożercy. Bo oni nie byli jak ta włoska mafia, gdy właściwie każdy wie, kto, co i dlaczego, ale policja niewiele może, ponieważ się boją, ponieważ pieniądze rządzą światem, ponieważ brakuje dowodów…
Większość śmierciożerców się maskowała. I Brenna boleśnie, jak boleśnie, zdawała sobie sprawę z tego, że sprawców tego zamieszania mogła mijać, idąc tu korytarzem. Że ściskała ich ręce, gdy wchodzili do jej domu. Że, być może (nie pozwól na to Matko, proszę) stawała na ich progu sama, ze śmiechem i ciasteczkami, bo uważała za przyjaciół.
- Tak – przyznała płaskim tonem. – Chodzą.
I przez ułamek sekundy zdawała się naprawdę strasznie zmęczona, ale zaraz znów wyglądała jak zwykle, może tylko nieco blado i na niewyspaną, to jednak nie było nic nowego. Kręgi przed oczyma stanowiły najnowszy krzyk mody w Ministerstwie i Mungu.
– Podczas rehabilitacji będziesz przecież w domu? Potraktuj to jako urlop. A jeżeli nie, to czytaj te rzeczy o walce z czarną magią, które zabrałyśmy z Horyzontalnej. To ci się na pewno przyda. Wojna trwa już od dwóch lat, ale w Beltane... wkroczyliśmy w nowy etap – stwierdziła, jakby nigdy nic. Uśmiechnęła się nawet do Heather, tym razem szczerze, bo doceniała, że przynajmniej tej dziewczyny, choć tak narwanej, mogła być pewna. Że nie nosi maski. Nie pomaga śmierciożercom ukradkiem. Nie sprzyja im po cichu. – Wciągnęłam cię tylko do dziury. Ostatnio mam szczęście do takich. A ty sobie świetnie poradziłaś. Oboje świetnie sobie poradziliście. Wpadłam, bo chciałam ci to powiedzieć
Przez „oboje” rozumiała rzecz jasna ją i Charliego. I oboje w wyniku tych wydarzeń zostali ranni, mocno ranni, omal nie zginęli, i była na to trochę zła: zarówno na śmierciożerców, jak i na siebie. Przede wszystkim na siebie, bo do licha, trzeba było zostawić tamtego śmierciożercę, by się wykrwawił i od razu pobiec do nich. Może zdążyłaby wcześniej. Może zrobiłaby coś bardziej przydatnego niż zamienienie paru słupów majowych, którymi śmierciożerca próbował ich zabić, w papier. Może Heather nie skończyłaby w tak złym stanie, Charlie nie musiał uciekać do lasu, może udałoby się złapać któregoś z tych drani…


RE: [05.05.72] Ten sam los - Heather Wood - 04.07.2023

- Nie wiem, czy byłaby zadowlona z takiej wnuczki. - Heather nie należała do osób, które spełniały oczekiwania kogokolwiek. Czuła, że to, co zdarzyło się w Beltane po raz kolejny spowoduje, że rodzice będą nią rozczarowani. Mogła być bardziej czujna, dać z siebie więcej, a wylądowała na miesięcznym zwolnieniu przez swoją nieudolność. Zawiodła i nie była z tego powodu zadowolona. Nie zamierzała jednak się poddawać, niech no tylko wyjdzie z Munga to zacznie ćwiczyć, będzie doskonalić swoje umiejętności tak, żeby przy kolejnym starciu móc pokazać swoją siłę. Nie poddawała się łatwo, była zawzięta. Zamierzała udowodnić, że jest coś warta, mimo tego niepowodzenia.

Zauważyła pewną zmianę w Brennie, kiedy podzieliła się z nią swoimi przemyśleniami na temat śmierciożerców, a może jej się wydawało? Trwało to bowiem tylko krótką chwilę. Wood jeszcze nie doszła do siebie po tym, co przeżyła, mogło się jej więc wydawać, że coś widziała. - Są tchórzami Brenna, nie mają nawet odwagi zdjąć masek. Jeszcze ich wszystkich wyłapiemy. - Nie zamierzała udawać, że myśli inaczej. Zaangażowała się w sprawę całym sercem i nie odpuści, dopóki ponownie nie będą bezpieczni, a wróg zostanie rozbity w drobny mak. Okropnie żałowała, że nie udało jej się dostrzec twarzy tego śmierciożercy, któremu zniszczyła maskę. Wierzyła jednak w to, że jeszcze będzie miała szansę to powtórzyć i tym razem nie umknie jej tak szybko.

- No właśnie, będę w domu. Ja nie uznaje urlopów Brenna, nie odpoczywam siedząc bezczynnie na tyłku. - Czuła, że będzie to stratą czasu. Zdawała sobie sprawę, że aby ponownie stać się przydatną musi wrócić do pełni sił, jednak sama wizja miesięcznej rekonwalescencji ją mocno przybijała. - Może to jest jakieś rozwiązanie... - Rzekła na słowa Brenny o tym, że może przeczytać te grube tomiska, które przytachała z biblioteki. Wolała się uczyć w praktyce, no ale jeśli nie miała takiej możliwości, pozostawała ta bardziej wyboista dla niej droga.

- Tak, chyba po tym Beltane konflikt zmienił swoją formę, skoro nie bali się zaatakować tych wszystkich niewinnych, zabawne, bo było tam przecież bardzo dużo czystokrwistych czarodziejów, a im przecież tak bardzo zależy na tej krwi... - Tego nie potrafiła zrozumieć. Dlaczego przelewali też tą krew, na której im tak bardzo zależało? Głupca nie zrozumiesz...

- Gdybyś mnie nie wciągnęła do tej dziury, to mogłoby mnie tu nie być. - Miała wrażenie, że Longbottom nieco pobłażliwie traktuje swoją zasługę w tym, że Heather nadal żyła. Szczególnie, że opadła z sił i zupełnie nie miała wpływu na to, co się z nią działo. - Mogło być lepiej, przynajmniej z mojej strony, bo Julek spisał się na medal. - Może poza tym, że próbował ją leczyć bez zastanowienia, nie uważała jednak, żeby to umniejszało jego osiągnieciom.




RE: [05.05.72] Ten sam los - Brenna Longbottom - 05.07.2023

Problem ze śmierciożercami polegał na tym, że nie wszyscy byli tchórzami. Niektórzy owszem. Gdyby Brenna miała wpaść w ręce wroga żywcem i istniałaby groźba, że coś z niej wyciągną, próbowałaby rozbić sobie głowę o najbliższy kamień, a nie przyjmowała leczniczy eliksir. Ale inni? Ostatecznie walczyli na polanie na śmierć i życie.
I niektórzy z nich wygrali. Inni długo dawali radę przeciwko przeważającym siłom. Coś w żołądku Brenny ściskało się boleśnie, ilekroć o tym myślała. Mieli przewagę: tę przewagę, że używając czarnej magii uderzali, by zabić, a byli w tym dobrze wyćwiczeni.
- Pewnego dnia – odpowiedziała jednak tylko cicho, po czym upiła łyk herbaty, jakby tym, że pije, chcąc usprawiedliwić, że nie skomentowała tego tchórzostwa ani nie zapewniła, że zaraz ich wszystkich schwytają. Wierzyła, że Voldemorta można pokonać: inaczej poddałaby już dawno. Ale choć jej Trzecie Oko pozwalało spojrzeć wstecz, nie do przodu, przed sobą, przed nimi wszystkimi, widziała ciemną ścieżkę.
Dręczyło ją pytanie, jak wiele mocy zdobył Voldemort tej nocy?
– Z tego, co wiem, zaklęcia rzucasz różdżką i możesz siedzieć, kiedy to robisz – przypomniała, uśmiechając się znowu, tylko odrobinę krzywo. – Poczytaj. Poćwicz czary. Spróbuj udoskonalić tę dziedzinę magii, w której jesteś najlepsza i tę, w której jesteś najsłabsza.
Może nie była to dobra rada, ale Brenna mogła jedynie wskazać to, czego sama próbowała. W walce najlepiej było postawić na to, w czym już się było najlepszym. Ale czasem w pracy brak znajomości jakiejś dziedziny magii mógł okazać się katastrofalny. Sama Brenna przekonała się o tym dość boleśnie.
– A potem rzecz jasna wracaj, bo mam dość wypełniania raportów za nas obie – stwierdziła znad swojego kubka. Zaraz jednak po tym wesołym stwierdzeniu z jej ust wydostało się westchnienie. Walka o dobro czarodziejów? Wolne żarty. – Obie wiemy, że nie obchodzi ich czystość krwi, a władza i potęga. Plecenie o tej całej czystości to tylko sposób na jej osiągnięcie. Ideologia, która przyciągnie tych, którzy chętnie będą rozkazywać mugolom i mugolakom. Bo lubią wierzyć, że są lepsi. Nikt nie pytał na tej polanie, czy ktoś jest czystej krwi, zanim go zabił, a niektórzy i tak będą mówić „tak, trochę przesadzają, ale w pewnych sprawach mają rację”.
Na tym polegała ludzka natura. Tak do władzy doszedł Grindewald. To samo działo się na ich oczach od ładnych paru lat.
– Na pewno zrobiłby to Jules. Ale tam… po prostu wszystko działo się szybko. – Brennie zdawało się, że skoro wiatr wieje tak, że porywa ludzi, nie ma czasu na myślenie. Zareagowała instynktownie. I może niekoniecznie właściwie. Ale nie miała pojęcia, czy Charlie wymyśli coś, czym mógłby szybko pomóc Heather, a nie wyobrażała sobie niesienia jej w tej nawałnicy. – Muszę już wracać. Wyrzucić kubek, czy ci go zostawić? – spytała Brenna. Czy chciała, czy nie, nie mogła siedzieć tu długo: za wiele rzeczy czekało wciąż na załatwienie.


RE: [05.05.72] Ten sam los - Heather Wood - 05.07.2023

Dla Wood wszyscy byli tchórzami. Gdyby byli tak bardzo odważni to pokazali by swoje twarze, nie baliby się wykluczenia, które powodowało to, co robili. Kryli się za tymi swoimi śmiesznymi maskami, w ciemnych płaszczach... Jak przychodziło, co do czego to bali się pokazać kim są. Było to zrozumiałe, jednak Ruda nie miała przez to dla nich za grosz szacunku. Uważała, że są śmieszni, karykaturalni, zaślepieni pragnieniem władzy, jakby mieli klapki na oczach.

- Chcę być wtedy z tobą Brenn, razem z tobą patrzeć na ich upadek. - Wood w przeciwieństwie do swojej partnerki miała w sobie dużo więcej entuzjazmu. Uważała, że uda się im ich pokonać. Prędzej, czy później - bo przecież dobro zawsze wygrywa. Tym razem nie mogło być inaczej. Zamierzała sama robić wszystko, co tylko będzie mogła, aby w jakiś sposób pomóc w zwycięstwie. Mimo tego, że podczas ostatniego starcia oberwała nie zamierzała przestać walczyć. Musiała ćwiczyć, rozwijać swoje umiejętności, żeby pokazać tym złym, gdzie jest ich miejsce.

Upiła łyk kawy, skrzywiła się, kiedy usłyszała kolejne słowa partnerki. - Tak, można na siedząco, ale co to za przyjemność? - Nie znosiła siedzieć w miejscu, jednak teraz musiała dostosować się do zaleceń medyków, aby jak najszybciej wrócić do pełni sił, wtedy szybciej będzie mogła się na coś przydać, a to się dla niej najbardziej liczyło.

- Chcesz na mnie zwalić papierkową robotę? - Udała rozczarowanie. Nawet tej papierkowej roboty jej brakowało, kiedy siedziała w łóżku kolejny dzień. Wiele by dała, żeby wrócić do pracy.

- Oczywiście. Są zaślepieni pragnieniem władzy. Nie patrzą na nic, żeby to osiągnąć. Nie wiem, jak można aż tak obsesyjnie za tym podążąć, w ogóle nie widzą, że ich ideały nie mają najmniejszego sensu. Ciekawe, czy kiedyś zrozumieją to wszystko. - Wydawało się jej, że raczej nie. Nie miała pojęcia, co musiałoby się wydarzyć, żeby poplecznicy Voldemorta wreszcie otworzyli oczy.

- Jestem pewna, że by to zrobił. Nie widziałam tego, co działo się później, ale musiało być okropnie. - Została odcięta w pewnym momencie i obudziła się przecież dopiero po wszystkim, kiedy udało im się przetrwać noc. Może i lepiej dla niej. - Zostaw go, dziękuję za odwiedziny i nie baw się tam za dobrze, beze mnie. - Rzuciła jej jeszcze na odchodne.



Koniec sesji