Secrets of London
[1969] ruinom podobne serce moje | Perseus & Mellvyn - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1969] ruinom podobne serce moje | Perseus & Mellvyn (/showthread.php?tid=1543)



[1969] ruinom podobne serce moje | Perseus & Mellvyn - Perseus Black - 03.07.2023

jugosławia, 1969 rok


Po latach będzie gorliwie zapewniał, że wyjechał w tę podróż, aby odnaleźć siebie (zupełnie tak, jakby w Paryżu i Londynie był mniej Perseusem i dopiero ciepły bałkański klimat sprzyjać miał wyzwoleniu jego prawdziwego potencjału), pochylić się nad sobą i uspokoić rozbiegane myśli. W rzeczywistości jednak robił to, co umiał robić najlepiej — uciekał, choć nauczony poprzednimi doświadczeniami powinien wiedzieć już, że nie jest w stanie ukryć się przed sobą samym, a konsekwencje jego decyzji są nieuniknione. Był niczym skazany na karę śmierci przestępca, który kolejnymi apelacjami desperacko próbuje odłożyć w czasie wykonanie wyroku, choć wie, że jego los był i tak przesądzony.
Znajdował się na granicy delirium; niekiedy zdawało mu się, że jedną stopą już przekroczył cienką linię szaleństwa. Niekiedy zdawało mu się, że w wieczornej ciszy paryskiego mieszkania słyszy znajomy głos, ten na wpół ochrypły baryton, nucący mu piosenki Marie Laforêt. Innym razem dostrzegał w tłumie lico podobne do mu niegdyś drogiego; wówczas odruchowo za nim podążał, głuchy na krzyk rozsądku odbijający się echem pod czaszką, zawsze tak samo rozczarowany, gdy blond loki okazały się należeć do innego młodzieńca. W pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że wieczorami celowo kładzie na parapecie zapaloną świecę, ich dyskretny znak.
Wyparcie było mechanizmem obronnym, lecz pomagało tylko na krótką chwilę. Bez względu na to, jak usilnie starał się zapomnieć i wmówić sobie, że to nie miało miejsca, palce wciąż pamiętały miażdżoną grdykę Raphaëla, przedramiona zdawały się nadal nosić ślady paznokci byłego kochanka wbijających się w skórę, gdy zapamiętale walczył o oddech. I wreszcie słony smak własnych łez, gdy bezskutecznie starał się go uratować, bolesne skurcze żołądka przez następne godziny i zimne łazienkowe kafelki do których zmęczony wymiotowaniem przytulał policzek, dreszcze wstrząsające jego ciałem w oczekiwaniu na przybycie Lycoris i rozpacz, która każdego kolejnego dnia przygniatała go coraz mocniej, i mocniej, aż w końcu rzuciła go na kolana.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób znalazł się w górach Jugosławii; w miejscu wspomnień zionęła czarna otchłań, z której wyłaniały się pojedyncze pozbawione logiczności obrazy. Stał na Pont des Arts i patrzył w zimną toń Sekwany. Później przyglądał się pociągom. Świstoklik? Tak, chyba chwycił za świstoklik, bo w uszach wciąż szumiało mu jak podczas teleportacji — zapytany gdzie oraz w jakich okolicznościach do tego doszło, nie potrafiłby znaleźć na to odpowiedzi. Nie sądził, że kieliszek wina, jaki wypił do obiadu, wpłynął na niego w taki sposób. Działał bez namysłu i zborności, sprawiał wrażenie zbyt odrętwiałego, by mieć w tym jakikolwiek większy cel. Chciał tylko przeć naprzód. Dalej, jak najdalej od Paryża.
Gdy nareszcie odzyskał świadomość, przytrzymywał kapelusz, aby nie został porwany przez wiatr. Podeszwy skórzanych butów ślizgały z trudem znajdowały oparcie na górskiej ścieżce, zaś elegancka laska z głową kruka — od kilku tygodni stały atrybut Perseusa — bezustannie klinowała się pomiędzy kamieniami. Postawił kołnierz płaszcza, starając się chronić twarz przed kroplami deszczu boleśnie rozbijającymi się na jego skórze. Był zmęczony, głodny i przede wszystkim przerażony własną dezorientacją. Znalazł wreszcie szczelinę pomiędzy dwiema skalnymi ścianami; zbyt małą i odkrytą, by jakieś zwierzę urządziło sobie w niej leże, lecz wystarczająco dużą, by dać mu częściowe schronienie przed zimnem i deszczem. Usiadł więc na lichej górskiej trawie, ukrył twarz w dłoniach i gorzko zapłakał nad swoją bezsilnością.


RE: [1969] ruinom podobne serce moje | Perseus & Mellvyn - Mellvyn Ollivander - 11.08.2023

Trzy dni temu zerwał się z pryczy punkt czwarta, tak samo jak dzień wcześniej, tak samo jak dwa dni wcześniej i tak samo jak każdego dnia od kiedy przeniósł się do Nowego Sadu. Gdy siadł okrakiem na zmiętej pościeli, zauważył że coś jest nie tak. Po nocy picia i hulanki zwykł budzić się jakby wstawał z grobu, ale nie tym razem - czuł się dobrze. Bardzo dobrze. Serce nieprzyjemnie waliło mu w piersi, owszem, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wszelkie kolory wyostrzyły się a skrzekot siedzących na dachu wron brzmi słodko niby melodie grane w ulubionej kafanie; nawet ten zasrany barak wyglądał dziś całkiem przytulnie.

Był taki skończony, ale, oh, jak piękna to była myśl, bo przecież jeśli nie posiadał niczego, to co miał do stracenia? Jeszcze wczoraj nienawidził się za to, że poszedł wtedy do tego cygana, że zapłacił mu za wróżbę, że w ogóle jej wysłuchał, ale dzisiaj? Dzisiaj cieszył się, że już wie, że umrze młodo. Mógł skupić się na tym, żeby dobrze przeżyć te lata, które mu zostały. Wspominał to złoto na ścianach izby wróżbity, te dziesiątki ikon, multum pstrokatych dekoracji i myślał o tym, czy zdąży jeszcze w życiu doświadczyć takiego przepychu. Może właśnie po to się żyło? Dla przyjemności?

Nie ma jutra, nie ma stresu.

Ledwo zaczynało świtać, kiedy skończył się pakować. Nie mył się, bo nikt nie przyniósł wody, więc ogarnięcie się poszło mu zajebiście gładko, szybko i cicho, aż nawet nikt jeszcze się nie obudził. A jeśli wszyscy spali, to nikt nie mógł go zatrzymać - droga wolna. I daleka, na szczęście, bo nie mógł usiedzieć na dupie. Teraz nawet marsz wydawał mu się za wolny.

***

Czy skoczyłby z urwiska, gdyby jakieś znalazł? Może. Butelka bimbru była dziwnie lekka, chyba zaraz wysuszy całą. Nawet nic nie poczuł. Prawie nic.
Powietrze na szlaku było zaskakująco rześkie, właściwie z każdym przemierzonym kilometrem zdawało się być o dobry stopień chłodniejsze. Ale nie mogło. Jakkolwiek czuł, że sie wznosi, to wcale nie był wysoko - ledwo trzy dni temu opuścił gospodarstwo, z czego wczorajsze, wyjątkowo deszczowe popołudnie przeczekał w schronisku, które opuścił dopiero dzisiaj o piątej rano.

Podróży nie przerwał nawet wtedy, kiedy deszcz zaczął kapać mu na łeb - w końcu z cukru nie był. Z wiatru też nic sobie nie robił, zapiął tylko kurtkę. W ciężkich traperach ledwo odczuł, że kamienista ścieżka pod jego stopami staje się coraz bardziej śliska. Nie będzie, kurwa, zawracał. Już wolał spać w lesie i ryzykować pływaniem w namiocie.

Nagle zamarł w bezruchu. Kątem oka dostrzegł ruch, coś dużego skryło się w skalnej ścianie nieopodal. Zmrużył oczy pod kapturem znoszonej wiatrówki, powoli rozpoznając w cieniu wnęki ludzką sylwetkę. Uśmiechnął się życzliwie, choć obcy nie mógł tego zobaczyć.
- Vozdra! - powitał go wesoło i ruszył w jego kierunku. - Šta ima?
Po kilku krokach przystanął - zrozumiał, że siedzący w pizdzie gość dosłownie płakał. Jego wargi ułożyły się w bezgłośne "koji kurac". Ozdobne buciki, drogi płaszcz, fikuśna laska... Co przywiało tutaj kalekiego elegancika?


RE: [1969] ruinom podobne serce moje | Perseus & Mellvyn - Perseus Black - 10.09.2023

Mężczyznom nie wolno było płakać - tak od zawsze powtarzał mu ojciec - dlatego kiedy tylko Perseus usłyszał zbliżające się kroki, a potem w półmroku zapadającego wieczora dojrzał nieznaną mu sylwetkę, pośpiesznie otarł łzy rękawem eleganckiego prochowca; chyba zbyt szybko, by udać, że chronił twarz przed ostrym górskim powietrzem. Zbyt niezdarnie, by całkowicie zetrzeć mokre ślady ze swoich policzków. Kiedy nieznajomy zaczął podchodzić bliżej, Perseus w przerażeniu przycisnął się do skalnej ściany, jakby chciał się w nią wtopić; kamień jednak pozostał tak samo zimny, twardy i niewzruszony, zatem jedynym, co mu pozostało, to wsunięcie wolnej dłoni do kieszeni i zaciśnięcie jej na schowanej tam różdżce - kruchej, różanej gałązce stanowiącej jego jedyną broń przeciwko światu.
I wtedy mężczyzna się odezwał, a choć mówił w nieznanym mu języku, brzmiał przyjaźnie.
Je suis désolé, mais je ne vous comprends pas... — odparł po francusku, a głos drżał mu z każdą wypowiadaną sylabą — Ja... ja nie rozumiem —  na wszelki wypadek powtórzył po angielsku.