Secrets of London
[25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella (/showthread.php?tid=1556)



[25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 06.07.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I

25 października 1970

Początek roku, a w zasadzie to jego pierwsza połowa była największą spiralą wydarzeń w dotychczasowym życiu Borgina. Rozpoczynając od pewnych daleko idących planów z panną Avery, a na przyznaniu terminu egzaminu Aurorskiego kończąc. Gdyby chciało się być bardziej dokładnym to należałoby wymienić jeszcze co najmniej kilka, jeżeli nie kilkanaście czynników, które miały pozytywny wpływ na takie postrzeganie tego półrocza. Wszystko szło według jego myśli i założeń - zarówno w życiu prywatnym, uczuciowym ale i zawodowym. Stanley nie przewidział tylko jednego - tego, że jego chore zainteresowania czarną magią zburzą tą całą sielankę oraz pozbawią życia najważniejszą osobę w jego życiu. Kobietę, która była przy nim zawsze od momentu kiedy tylko pojawił się na tym świecie. Dobrej duszy, przyjaciółki czy mentorki - to tylko nieliczne określenia którymi mógłby obdarzyć swoją rodzicielkę. Nawet kiedy się nie dogadywali i nie akceptowała jego wyborów to nadal pozostawał jej najukochańszym - oraz jedynym - synem, a Anne mimo, że sroga i wymagającą wobec niego, nigdy nie pozwoliłaby nikomu go skrzywdzić.

Do całego "incydentu" doszło dobry tydzień temu ale prawdę mówiąc ciężko było stwierdzić prawdziwą datę śmierci. Listy przestały nadchodzić w połowie października pomimo faktu, że wcześniej przychodziły w miarę regularnie - co najmniej raz na dzień, góra dwa. Najdziwniejszy był tylko jeden fakt - brak jakiejkolwiek wiadomości odnośnie wyniku egzaminu, którym przecież młody brygadzista żył od czerwca. Bo o ile przerwa w nadawaniu przez samym testem nie była czymś dziwnym, tam teraz po domniemanym terminie była cisza na linii, co najmniej jakby ktoś umarł... I to niestety była prawda.

Organizacją całej ceremonii ostatniego pożegnania zajęła się najbliższa rodzina Borginów - ciotki, które były siostrami Anne. Wszystkie osoby związane w jakimkolwiek stopniu z tym odłamem rodziny zostały poinformowane o pogrzebie, nic więc dziwnego, że Stella również otrzymała taką informację. Przekazał ją jeden z kuzynów, którego miała okazję poznać na małym przyjęciu z okazji urodzin Stanleya w sierpniu, gdzie jego matka zaprosiła rodzinę oraz - jak to sobie zakładała - przyszłą synową. Niestety wiadomość do panny Avery dotarła o poranku w dniu pogrzebu i tym samym nie miała za dużo czasu na zbytnie przemyślenie tematu odnośnie swojego pojawienia się czy też nie. Na pewno jednak byłaby to rzecz, którą Stanley doceniłby w tym ciężkim dla siebie momencie...

...gdyby pojawił się na tej ceremonii. Wypatrywanie go w tłumie ludzi, którzy przyszli pożegnać się z córką, siostra czy ciocią, było bezsensownym zabiegiem jako, że Borgina po prostu nie było. Nie stawił się na miejscu. Czyżby nie został poinformowany o pogrzebie własnej matki? To była kwestia domysłów i pewnych przypuszczeń, które każdy gdzieś zakładał. Cały pogrzeb nie trwał zbyt długo, a najbliższa rodzina poprosiła aby nie składać żadnych kondolencji i pozwolić im przeżyć tę chwilę w zadumie.

Jedynym miejscem, które było swego rodzaju azylem bezpieczeństwa dla Borgina było mieszkanie Anne… a raczej już jego mieszkanie, które otrzymał w spadku po jej śmierci. Drzwi może i były zamknięte ale na pewno nie na żaden zamek czy też kłódkę, więc zwykłe naciśnięcie na klamkę by je po prostu otworzyło. W środku była tylko głucha cisza, jak makiem zasiał ale to nie była jedyna różnica. Przede wszystkim dawało stęchlizną przemieszaną z dymem papierosowym - zupełnie jakby nikt nie otwierał w nim okien od dawna, co mogło świadczyć tylko o tym, że nie przejmowano się porządkiem od dłuższego czasu. Kolejną rzeczą przemawiającą za tym faktem były pierwsze oznaki kurzu czy brudu na meblach. To nie znaczyło jednak, że było aż tak źle - dopiero wejście do salonu przedstawiało cały obraz tej tragedii.

Mimo, że w pomieszczeniu panował półmrok, z każdą kolejną sekundą obserwacji wszystko stawało się widoczne - jak na dłoni - że w pomieszczeniu brakowało kobiecej ręki, która do tej pory pilnowała aby wszystko było zawsze uprzątnięte i błyszczące. Za nic w świecie nie można było powiedzieć, że to jest to samo mieszkanie w którym jeszcze jakiś czas temu, spożywali wspólnie przemiły rodzinny obiad. Na dużej szafie, świetnie widocznej po wkroczeniu do pokoju, znajdował się ministerialny mundur, który zdążył już stracić swój blask.

A na samym środku znajdował się stół przy którym siedział najbardziej poszkodowany całą tą sytuację ale zarazem prowodyr tego incydentu - Stanley we własnej osobie. W tym wypadku siedział mogło być uznane za pewien przerost formy nad treścią, ponieważ on po prostu był… fizycznie tutaj ale myślami i duchem gdzie indziej. Co by nie mówić, wyglądał jak siedem nieszczęść - dużo gorzej niż na jakimkolwiek kacu. Płaszcz, który był nierozłączną częścią ubioru mężczyzny, znajdował się na oparciu krzesła, a on sam miał przywdzianą niedbale zapiętą koszulę, która niechlujnie wystawała ze spodni. Jego podkrążone oczy były puste, a twarz nie wyrażała nic. Pieczołowite dbanie o zarost, odeszło w zapomnienie, pozwalając tym samym aby broda przemieniła się w bliżej nieokreślony i zaniedbany twór. Borgin wpatrywał się w obraz, który wisiał na honorowym miejscu nad komodą. Stella raczej nie potrzebowała specjalnego wytłumaczenia albo jakiejś podpowiedzi aby wiedzieć, że to jej dzieło - to które podarowali wspólnie Anne na jej tegoroczne urodziny. Powolnie mrugając przyglądał się jak na magicznym arcydziele zmieniają się sceny, przeplatając Hogwart, zioła i kwiaty, a na świętym Mungu kończąc. Głowę podpierał lewą dłonią w której również trzymał już dawno wygaszonego papierosa.

Sam stolik był zawalony masą przedmiotów, zaczynając od kilku butelek po wódce i kieliszku. Mniej więcej pośrodku znajdował się zamknięty “Atlas grzybów” obok którego leżało kilka niedbale zapisanych i zakreślonych kartek. Po prawej stronie, na wyciągnięcie ręki, znajdował się kubek po kawie, który spełniał teraz rolę przepełnionej popielniczki jako, że popiół wysypywał się na stół. Bez trudu można było również dostrzec kilka pomniejszych przedmiotów jak świeczki, kadzidełka, pióro z atramentem czy paczki z papierosami. Wartym wspomnienia był również fakt, że wśród tego całego harmideru znajdował się rozpieczętowany list, sygnowany ministerialną pieczęcią, informujący o nieprzystąpieniu do egzaminu Aurorskiego w wyznaczonym terminie poprzez nie pojawienie się na nim.




RE: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stella Avery - 09.07.2023

Rok mijał bardzo szybko. Spotykali się rzadziej - co miało sens z racji na to, że Borgin wkładał dużo pracy, aby przygotować się do egzaminu aurorskiego. Wymagało to od niego sporego zaangażowania, akceptowała to, tym bardziej, że dotrzymywał słowa i pisał do niej tak często jak tylko mógł. Jeszcze trochę, chwila, a będą mieli to z głowy. W końcu egzamin zbliżał się wielkimi krokami. Wtedy będą mogli wrócić do dawnych zwyczajów i spotkań częstszych niż raz w tygodniu. Cieszyło ją to niesamowicie, nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie będą mieli to za sobą. Stanely spełni swoje marzenie o zostaniu aurorem.

Czekała na niego, nie miała z tym problemu, bo te listy wypełniały pustkę, nie zostawił jej bez słowa. Pisał o tym, jak idą przygotowania, chwalił się swoimi sukcesami. Wyczekiwała ich zawsze z ogromnym entuzjazmem, była ciekawa, czego nowego się nauczył.

Dlatego też nieco ją zdziwiła połowa października. Poczta przestała do niej przychodzić. Zastanawiała się, czy nie jest to spowodowane problemami z jej kaczką. W końcu mogła mieć już dość dostarczania poczty. Nie było tak jednak. Listy docierały do jej siostry i rodziców. Problem musiał leżeć gdzieś indziej.

Wszystko wyjaśniło się w przeciągu kilku dni. Dostała list, o poranku o tym, że odbędzie się ceremonia. Zamarła gdy go przeczytała. Anne nie żyła. Pogrzeb miał się odbyć dzisiaj. Dlaczego tak późno została o tym poinformowana? Wydawało się jej, że Stanley powinien ją poinformować o takiej istotniej sprawie. Nie miała pojęcia dlaczego tego nie zrobił. Nie zastanawiała się nad tym długo, nie miała czasu. Musiała udać się na pogrzeb. Wypadałoby, żeby się pojawiła na ceremonii. Ubrała jedną z czarnych sukni, które miała w szafie i opuściła mieszkanie.

Pojawiła się w miejscu, które było podane w liście. Przystanęła z tyłu. Nie była w końcu z rodziny. Nie zamierzała więc pchać się do przodu. Przyszła godzina rozpoczęcia ceremonii pogrzebowej. Szukała wzrokiem Stanleya. Jednak nigdzie go nie dostrzegła. Czy to możliwe, że nie przyszedł na pogrzeb własnej matki? Był jej jedynym dzieckiem, nie mogło się tak wydarzyć. Tak zakładała. Jednak z każdą mijającą minutą jedynie utwierdzała się w tym, że nie było go tutaj.

Dotrwała do końca ceremonii, po czym wyszła dyskretnie na zewnątrz. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego go tutaj nie było. Na pewno mocno przeżywał śmierć matki, w końcu sama go wychowywała, była jego jedynym rodzicem, ta strata musiała go zaboleć.

Nie zastanawiała się zbyt długo. Bardzo dobrze wiedziała, gdzie go znajdzie. No, przynajmniej tak przypuszczała, bo w pracy nie był, a jeśli nie był w pracy, to musiał być w mieszkaniu, w którym mieszkał z Anne.

Szła przed siebie bardzo szybkim tempem, a nie należała do tych osób, które były jakoś specjalnie wysportowane, warto więc docenić to poświęcenie. Znalazła się przed kamienicą, w której mieszkali. Weszła do środka.

Szybko dotarła przed ich drzwi wejściowe, właściwie teraz jego, bo matka przecież umarła. Zastukała w drzwi trzy razy. Nie usłyszała odpowiedzi, więc nacisnęła klamkę - drzwi były otwarte. Wślizgnęła się więc po cichu do środka.

Omiotła wzrokiem mieszkanie. Nie wyglądało najlepiej. Wszędzie unosił się dym papierosowy - można było zawiesić tu siekierę. Powoli, wchodziła w głąb mieszkania. Wydawało się być mocno zaniedbane, dawno tu nikt nie sprzątał.

Zobaczyła go przy stole. Nie wyglądał najlepiej. Szła w jego kierunku bez słowa. Właściwie to nie miała pojęcia, co powinna powiedzieć. Czuła jednak, że dobrze, że się tu znalazła. Czasami wystarczała sama obecność, słowa nie były potrzebne.




RE: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 10.07.2023

Usłyszał pukanie do drzwi ale nie odpowiedział. Nie miał zamiaru się odzywać, zwłaszcza kiedy chciał przebywać sam. Kolejną rzeczą, która dobiegła do jego uszu nie była cisza, a otwieranie drzwi po czym dosłyszał kroki, które rozeszły się po całym mieszkaniu, informując tym samym, że ktoś właśnie wszedł. Dzięki temu, że panowała w nim głucha cisza, można było je usłyszeć bez większego trudu. Już po mnie... To brygadziści z Ministerstwa... Ta myśl zagościła w głowie Stanleya do czasu póki ktoś nie pojawił się progu salonu. W kwestii funkcjonariuszy bezpieczeństwa nie zgadzała się jedna rzecz - było słychać tylko jeden stukot zamiast pary. To nie oni? Zdziwił się ale nadal jego głównym obiektem zainteresować pozostawał obraz.

Kiedy kątem oka zarejestrował znajomą twarz, skręcił głowę minimalnie w kierunku z którego nadchodziła. Bez trudu można było dostrzec chwilowy płomyk nadziei, który zapalił się w jego oczach ale zgasł jeszcze szybciej kiedy Borgin dostrzegł czarną sukienkę - tą w którą była ubrana Stella. Na jej widok, wypuścił papierosa z dłoni ale nadal miał problem aby cokolwiek z siebie wydusić. Zupełnie jakby ktoś odebrał mu mowę albo wręcz zabronił się odzywać. Jedyne co był w stanie wydobyć ze swojej krtani to ciche, niemal bezgłośne łkanie, a w prawym oku pojawiła się pojedyncza łza.

Im dłużej wpatrywał się w Avery, tym coraz bardziej zaczynała mu się trząść ręką, która podpierał głowę. Stanley próbował to ukryć przed jego niespodziewanym gościem, zaczesując włosy do tyłu. Czy jednak jej wizyta była czymś nie do przewidzenia? - A więc to dzisiaj... - wykrztusił z siebie przepalonym, a zarazem przemęczonym głosem. Cofnął głowę w kierunku kieliszka w który następnie spoglądał przez krótką chwilę, tylko po to aby zaraz po tym załamać twarz w dłoniach, kręcąc tym samym przecząco głową - jakby próbował to wyprzeć. Wyprzeć fakt, że to właśnie jest dzień pogrzebu, a on nie był w stanie nic z tym zrobić. Nie wiedział co było gorsze - to, że zdołał doprowadzić się do takiego żałosnego stanu i Stella musiała to obserwować czy fakt, że opuścił ostatnie pożegnanie z własną matką - Ona... - zaczął chcąc zebrać myśli nad tym co powinien powiedzieć, a następnie oblizał swoje usta przez które ciężko przechodziły mu słowa. Podniósł głowę, przecierając oczy - Nie żyje... - przyznał, pociągając nosem, a następnie sięgnął do paczki papierosów. Sprawnym ruchem wyciągnął ze środka jedną z fajek i włożył ją sobie do ust, nie odpalając jej - Widzisz... Miałaś rację... - stwierdził rozglądając się za zapalniczką lub innym źródłem ognia. Stanley spróbował nawet wstać, jednak ta próba zakończyła się porażką. Kiedy tylko poczuł jak po podniesieniu, chyboczą mu się nogi, powrócił do pozycji siedzącej jako, że jego stan nie pozwalał mu dokonać tego o własnych siłach.

Powrócił do przyglądania się obrazowi, wpadając ponownie w trans i tym samym zapominając o papierosie, który przed momentem włożył do ust - Przemijanie... - pokręcił przecząco głową - Miałaś rację. Kwiaty powinny być trzecie, nie drugie... Śmierć, prochy... - dodał pustym głosem rozumiejąc teraz to co Stella chciała mu przekazać niemal pół roku temu. Dopiero teraz to zrozumiałem... Borgin nie miał pojęcia jednak ile wiadomo o śmierci Anne. Czy wszyscy już wiedzą, że to on jest sprawcą? Czy funkcjonariusze już wiedzą i będą tu lada moment? Ile z tego wszystkiego wiedziała Avery? To było tylko kilka pytań, które piętrzyły się w środku Stanleya i co gorsza nie dawały o sobie zapomnieć, atakując raz za razem gdy tylko miały do tego okazję.




RE: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stella Avery - 16.07.2023

Zauważył ją. Zauważył i nie wyrzucił jej od razu. Nie była więc nieproszonym gościem, chociaż pojawiła się tutaj bez uprzedzenia. Dodało jej to odwagi, wchodziła w głąb pomieszczenia, poruszała się po cichu. Nie odezwała się jeszcze ani słowem, od kiedy przekroczyła próg mieszkania. Nie wyglądał dobrze, ten widok rozdzierał jej serce. Najgorsze było to, że sama nie do końca wiedziała, jak mu pomóc, ból musiał być ogromny, nie umiała sobie nawet wyobrazić jak musiała boleć strata jedynego rodzica i ta świadomość, że zostało się teraz na świecie samym. No, nie do końca samym, bo przecież miał ją, tyle, czy właściwie chciał tego, żeby się tutaj znalazła?

Nie napisał do niej, nie wiedziała o niczym do dzisiaj. Musiał być w złym stanie, w końcu jeszcze jakiś czas temu pisał do niej i kilka razy dziennie. Pewnie nie miał chęci rozmawiać z kimkolwiek, ale już tutaj była. Musiała mu jakoś pomóc. Tylko jak? Jak mogła mu pomóc w przypadku tak wielkiej straty. Nie była dobrym mówcą.

Dostrzegła łzę, zauważyła bezgłośne łkanie. Zbliżyła się do niego jeszcze bliżej i przykucnęła przy krześle na którym siedział. - Tak to dzisiaj. - Uniosła głowę, aby przyjrzeć mu się uważniej. Próbowała ułożyć w głowie jakiś plan, tyle, że nikt nie przygotowywał jej na to, że będzie musiała kiedyś pocieszać kogoś po stracie rodzica. To było chyba najtrudniejsze co ją jak dotąd spotkało.

Uniosła dłoń, aby dotknąć jego ręki. Chciała, żeby poczuł, że ma jego wsparcie, że jest tu dla niego. Jakby to miało w jakikolwiek sposób pomóc. Działała zupełnie na oślep, nie umiała stwierdzić, co w takiej sytuacji może przynieść jakikolwiek efekt.

- Nie miałam racji, znaczy nie chciałam mieć. - Bo właściwie, to okazało się, że miała, ale zupełnie nie chciała, żeby tak było. Ten pomysł z obrazem... cóż okazał się być okropną wróżbą.

Podniosła się i usiadła na krześle tuż obok mężczyzny. Przyglądała mu się dłuższą chwilę, po czym się odezwała. - Przykro mi. - Nie brzmiało to jakoś specjalnie dobrze. - To musi być dla Ciebie ogromny cios. - Stwierdziła, to co było oczywiste. - Mogę ci jakoś pomóc? - Zrobiłaby wszystko, żeby choć na moment mu ulżyć, zabrać od niego to cierpienie. Posiadała taką moc, która mogłaby spowodować, że przestanie o tym myśleć, zapomni na chwilę, zajmie się nią. Nie wiedziała jednak, czy jest to odpowiedni moment, na korzystanie z wiłych umiejętności.




RE: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 17.07.2023

Obecność Stelli była jak najbardziej oczekiwane wytchnienie, które zaraz zamieniało się w karę. Surową i przede wszystkim zasłużoną karę o której wiedział tylko on sam. W głębi duszy, a raczej tego co z niej zostało, czuł się jakby ją oszukał - naobiecywał gruszek na wierzbie. No bo wszystko miało przecież już pójść z górki. Miał zdać ten przeklęty egzamin i zacząć żyć pełnią życia. A teraz nie było ani Anne, ani zdanego egzaminu ani niczego - nawet chęci do życia w tym pustym i szarym świecie.

Dotyk jej dłoni był przyjemny, ciepły jak zawsze. Przynosił miejscowe ukojenie, działał niczym remedium. Te było zbyt małe i słabe aby zagłuszyć cały wewnętrzny ból, emanujący z każdej ze stron. Miał w sobie jednak to coś, co sprawiało, że nie pozwalał Borginowi spojrzeć w oczy Avery - tak jak to miał w zwyczaju. Czuł blokadę, niemoc aby tego dokonać. Jakiś strach? Tylko właśnie przed czym? Czego tak bardzo się obawiał? Jednej rzeczy - tego, że ostatnia osoba dla której mógłby jakkolwiek żyć w tym wcieleniu, odwróci się od niego i zostawi... na pastwę losu... życia... śmierci... Samotności - bo to ona była najgorsza w tym wszystkim.

- Zawsze masz rację... - przyznał, upuszczając papierosa, który nie odnalazł źródła ognia aby móc uwolnić nikotynę do wnętrzności płuc Stanleya. Miałaś, masz i będziesz mieć... Mrugał bardzo powoli, mając wrażenie jakby czas stał w miejscu od dłuższej chwili. Zupełnie jakby nic się nie działo, jakby zasady panującego świata przestały go obchodzić czy obowiązywać. Kiedy siedzieli w ciszy, zdążył myślami odlecieć do którejś z odległych krain, zapominając o tym, że Stella była tutaj wraz z nim. Co ważniejsze nadal była i nie wyglądała jakby chciała zaraz zniknąć bez słowa.

Dopiero kolejne zdanie wypowiedzenie przez nią, sprowadziło go ponownie do tego pomieszczenia - Przepraszam... - dodał drżący ustami, które próbowały się mimo wszystko uśmiechnąć - okazać trochę podzięki za jej przybycie ale ból wszystko przyćmiewał - Nie wiem... - pokiwał przecząco głową. Nie miał pojęcia jakby mogła mu pomóc. Cieszył się, że była tuż obok ale nie stracił nigdy wcześniej kogoś bliskiego, więc tym samym nie wiedział jak się zachować albo jak dać sobie pomóc. Wiedział jedynie, że nie jest to coś o czym jutro zapomni.

- Nie mogłem nic zrobić... Nie mogłem jej pomóc... Nie mogłem nic... - powtarzał niczym jakąś mantrę, przenosząc ospale wzrok po przedmiotach znajdujących się na stole. Na dłuższą chwilę zatrzymał się przy liście z ministerstwa przy którym przymknął oczy - I co teraz... Co ja mam zrobić... - zapytał bez emocji, prosząc o poradę. Stella była jedyną osobą, która mogła mu doradzić. Znali się nie od dziś, rozmawiali o wielu rzeczach i to właśnie Avery dorobiła się u niego opinii tej nieomylnej, dobrej i miłej dziewczyny... której pomocy właśnie potrzebował. Nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni.




RE: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stella Avery - 31.07.2023

Stella nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, jak się wszystko potoczyło. Wiedziała, że matka Stanleya zmarła, nie miała jednak pojęcia o tym, że stało się to przez niego. Jak najbardziej rozumiała to, że nie podszedł do egzaminu aurorskiego, kto bowiem po takiej stracie zdecydował by się na to, żeby do niego podejść? Musiał to wszystko przetrawić i pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Musiało być to dla niego bardzo bolesne, w końcu Anne była jedynym rodzicem, który się nim interesował. Może czasami aż nadto, jednak nie można jej zarzucić braku zaangażowania. Syn był dla niej najważniejszy, co często okazywała. Może nie do końca w delikatny sposób, ale każdy zauważyłby, że jego przyszłość była dla niej naijstotniejsza w życiu. Borgin teraz został sam, miał niby jakąś rodzinę, ale nikt nie zastąpi matki. Czuła, że musi być dla niego oparciem w tej chwili, że powinna wziąć ten ciężar na siebie.

Zauważyła, że nie chce na nią patrzeć. Starała się to zrozumieć, chociaż nie było to dla niej wcale takie łatwe. Nie była przyzwyczajona do tego, że uciekał przed jej wzrokiem. Cała ta sytuacja była dla niej naprawdę trudna, miała wrażenie, że działa po omacku i najgorsze było to, że nie widziała światełka w tunelu. Nie miała pojęcia w jaki sposób może mu pomóc. Nie umiała odnaleźć się w tej sytuacji, robiła co mogła, jednak, czy to wystarczy? Naprawdę chciała ukoić jego ból.

- Nieprawda, nie zawsze. Nikt nie ma zawsze racji. - Zdecydowanie wolałaby, żeby ta sytuacja nie miała miejsca. Zasugerowała inną kolejność obrazu, nie spodziewała się, że będzie to miało odzwierciedlenie w rzeczywistości, okropny zbieg okoliczności. Zapadła cisza, która powodowała u niej niepokój. Nie wiedziała, co przyjedzie później, czy sobie z tym poradzi? Wiedziała jednak, że go nie zostawi. Nie pozwoli, żeby był sam. Zależało jej na nim, musiała więc przejść przez to z Borginem. Kolejna rzecz, z którą poradzą sobie razem. Była tego pewna.

- Ciii, nic się nie stało, przecież nikt nie ma ci nic do zarzucenia, nie mamy wpływu na śmierć. - Tak się jej przynajmniej wydawało, w końcu nie wiedziała, że to Stanley zabił swoją matkę zupełnie przypadkowo.

- Nie obwiniaj się, nie mogłeś nic zrobić. - Po raz kolejny złapała jego dłoń, tym razem splotła jednak swoje palce z jego i nie zamierzała szybko ich wypuścić.

Odetchnęła głęboko. Podjęła już decyzję, nie widziała innej opcji. Nigdy jeszcze jak dotąd nie korzystała ze swoich umiejętności, aby nim manipulować, jednak ta sytuacja jej zdaniem tego wymagała. Kiedyś mu powie dlaczego, wyjaśni wszystko, będzie musiał zrozumieć. Przynajmniej miała taka nadzieję. - Spójrz na mnie. - Powiedziała w ten sposób, że nie mógł jej odmówić. - Musisz przestać o tym myśleć, zajmij się mną, dzisiaj. - Ton jej głosu stał się bardziej melodyjny, zależało jej na tym, żeby chociaż na chwilę zapomniał, odetchnął, uciekł od tej okropnej rzeczywistości, to był jedyny pomysł który przyszedł jej do głowy.




RE: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 01.08.2023

I tu był pies pogrzebany. Nikt nie miał zamiaru nic zarzucać dopóki nie znał szczegółów tej śmierci. Stanley wiedział, że wypłynięcie tej informacji będzie jego gwoździem do trumny. Zdawał sobie całkowitą sprawę, że to będzie początek jego końca. W głębi duszy był wdzięczny, że była przy nim ale rodziło to pewną obawę - bał się, że będzie mógł coś przypadkiem palnąć albo wygadać przed Stellą. I to chyba męczyło go najmocniej - chęć bycia szczerym ale nie możność tego wykonania.

Dopóki siedziała obok i nie wykonywała zbyt dużych gestów, wszystko było w porządku. Czuł, że jest w stanie się powstrzymać i tym samym nie pęknąć na miliard kawałków. Kiedy jednak złapała jego dłoń, splatając palce, poczuł jakby to był zapalnik do wielkiej beczki prochu... Jakbyś ktoś pchnął jedno domino, które następnie zaczęło walić całą konstrukcję. W tym momencie zdał sobie sprawę, że tarcza za którą starał się kryć, została właśnie pokonana, a on zaraz wpadnie w tragiczną rozpacz...

Ta jednak nie nastąpiła... I nic nie wskazywało, że miała nastąpić za chwilę czy nawet dwie. Borgin nie miał nawet za dużo czasu aby zastanowić się dlaczego tak się stało, ponieważ chwilę później usłyszał ten melodyjny głos, któremu nie był w stanie się przeciwstawić. To było niczym rozkaz. Tak szybko jak to do niego dotarło, tak szybko podniósł głowę i spojrzał na Stellę. Czuł jak jej głos, a może nawet nuty, prowadziły go przez te pustkowia zwane zrujnowaną psychiką. Miał wrażenie, że przepiękny dźwięk docierał do zakamarków rozszarpanej duszy, zbierał po kawałku i łączył w całość jak jakieś rozbite lustro - Stella… - odparł niepewnym głosem jakby to wszystko było jednym wielkim złudzeniem. Mrugał szybko, a za każdym kolejnym mrugnięciem, można było zauważyć, że swego rodzaju mgła na oczach zaczęła ustępować miejsca błysku, który kiedyś tam gościł. Gdyby ktoś zapytał Borgina gdzie się teraz znajduje, bez zająknięcia by odparł, że właśnie siedzi w jednej z elegantszych restauracji, pewnego styczniowego wieczoru oczekując na spóźnionego solenizanta, który jak się okazało - nigdy nie dotarł, a Stanley wcale na tym źle nie wyszedł.

Przysiągłby, że czuje dokładnie to samo, chociaż nie słyszał dźwięku wiolonczeli. Prawdę mówiąc - nie potrzebował go - Masz rację. Muszę przestać o tym myśleć - zgodził się, odwzajemniając uścisk na dłoni. Kiedy był pewien, że ta dziwna blokada, która jeszcze moment temu nie pozwalała mu spojrzeć w jej oczy, przeminęła, nie czekał ani sekundy dłużej i od razu to zrobił. To było niczym ulga. Jakby ponownie zagościła jakaś wewnętrzna harmonia - Jesteś… - podniósł drżącą dłoń, która następnie położył na policzku Stelli. Musiał się upewnić, że to wszystko jest prawdą. Że jest już dobrze. Że wszystko co złe minęło. Że teraz już tylko będzie lepiej… A przede wszystkim, że tamto już nie powróci - Zawsze byłaś, więc teraz też jesteś - odparł jakby tłumaczył samemu sobie. Wypowiadając te słowa pokusił się nawet o uśmiech - szczerzy uśmiech, spowodowany zadowoleniem z jej obecności. Momentalnie poczuł jak robi mu się ciepło na sercu - Dziękuje, że byłaś… Że jesteś… - dodał, przecierając palcem po jej poliku. Myśl o Anne odeszła w tej chwili w zapomnienie - przebywała w innym, odległym wymiarze. Nie stanowiła teraz dla Stanleya priorytetu, który został nadany pannie Avery. Nawet jeżeli użyła do tego swojego daru o którym nie wiedział - nie miało to znaczenia, ponieważ poczuł się po prostu wspaniale.




RE: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stella Avery - 03.08.2023

Jak zareagowałaby Stella, gdyby dowiedziała się o tym, że Borgin pomógł odejść swojej matce z tego świata? Tego nie wiedział nikt, na całe szczęście nie miała o tym pojęcia. Zapewne uznałaby, że był to nieszczęśliwy wypadek, za bardzo jej na nim zależało, aby skreślić go przez coś takiego. Póki co jednak, ogromnie mu współczuła tego, że jego matka odeszła z tego świata. Strata była ogromna, szczególnie, że wychowywała go sama, bez ojca. Była więc jedynym rodzicem, jakiego miał Stanley.

Avery zdecydowała się skorzystać ze swoich umiejętności dla jego dobra. Nie przejmowała się w tej chwili tym, czy było to moralne. Widziała jak cierpi. Chciała, aby ten ból zniknął choć na moment. Miała nadzieję, że zrozumie jej pobudki, zresztą może wcale nie dowie się o tym, że trochę manipulowała jego uczuciami? Tak byłoby najlepiej, mogłoby się bowiem okazać, że nie do końca się zgadza z jej motywacją.

Najważniejsze było jednak to, że zadziałało. Dostrzegła, że coś się w nim zmieniło. Odetchnęła z ulgą, może teraz będzie lepiej? Przynajmniej przez chwilę. - Musisz jakoś sobie z tym poradzić, wiem, że nie jest to proste, ale musisz żyć, musisz zebrać się w sobie. - Łatwo było jej mówić, jednak bardzo jej na nim zależało. Nie chciała, żeby się zatracił. Jakoś powinien się ogarnąć, mogła mu pomóc. Przecież od tego ją miał, gotowa była być przy nim mimo wszystko. Zawsze.

Cieszyło ją to, że się z nią zgodził, mimo, że nie było to do końca prawdziwe. Może jakoś uda im się to przetrwać, poradzić sobie z tym wszystkim. Dzięki temu będą razem jeszcze silniejsi, taką miała nadzieję. Dotyk jego dłoni powodował, że powoli się uspokajała, bo sama Avery była nieco zdenerwowana całą sytuacją. Bała się tego, co przyniesie przyszłość. W końcu nie podszedł do egzaminu, mimo, że tak mu na nim zależało. Musieli zacząć wszystko od początku, w świecie bez Anne. Zamierzała pomóc mu się pozbierać, kawałek, po kawałeczku. - Zawsze będę. - Dodała jeszcze, nadal melodyjnym głosem. Chciała, żeby miał tego świadomość.

- Musisz się ogarnąć Stanley. Mogę Ci pomóc zrobić tu porządek. - Omiotła wzrokiem wnętrze mieszkania, które nie wyglądało najlepiej. - Co z kursem auroskim? Czy jest szansa, żebyś mógł do niego podejść? - Jeśli będzie potrzeba, będzie go ciągle czarowała wilim urokiem, byleby udało mu się spełnić swoje marzenia.




RE: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 05.08.2023

Jak miał się złościć na tak piękny głos? Mógłby po prostu siedzieć godzinami i wpatrywać się jak Stella do niego mówiła. Zwłaszcza, że każde kolejne słowo wypełniało pustkę mieszkania. Można było powiedzieć, że było lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok. Bo w końcu co to za życie bez nadziei i marzeń? Sama mu tak powtarzała.

Nie miał wyboru skoro nie chciał wykitować. Musiał wziąć się w garść. Przeżyć, przepracować śmierć matki - nie mógł pozwolić aby ta strata pociągnęła go na dno. Żałoba była jak najbardziej wskazana ale należało żyć dalej, tym bardziej, że Stanley dopiero zaczynał swoje dorosłe życie.

Zawsze będę... To były słowa których potrzebował. Upewniały go w tym, że to czego się najbardziej boi, nie stanie się przykrą codziennością - Zawsze będziesz... - powtórzył pod nosem, przejeżdżając raz jeszcze po poliku. Powiedzieć, że było mu miło na te słowa to jakby nie powiedzieć nic. Jeżeli kiedykolwiek wcześniej mógł mieć jakieś obiekcje co do swojego postępowania w przeszłości - wykradnięcia adresu Avery czy losowych odwiedzin w środku nocy, które przecież nie mówiły zbyt dobrze o adresatce takiego spotkania gdyby wyszło ono na jaw - tak teraz nie miał żadnych zastrzeżeń. Po prostu wybrał dobrze. Postawił va banque na odpowiednią kartę i wygrał.

- Muszę. Zrobię to... - odparł, a następnie również rozejrzał się po pomieszczeniu, widząc jak robi to Stella. Co by nie mówić, stan świetności całego mieszkania dawno temu minął - Dla Ciebie. Dla mnie - dodał, zaciskając na moment mocniej swoją dłoń na dłoni Avery - Dla nas - zabrał dłoń z jej polika, kładąc ją spokojnie na stole. Jego kończyny nie trzęsły się już wcale w porównaniu z tym co miało miejsce jeszcze chwilę temu - Nie... Dziękuje. Sam to zrobię. Daj mi kilka dni... Góra tydzień. Wszystko wróci do normy - zapewnił bez zawahania. Nie chciał robić żadnych dodatkowych problemów - tych i tak już zrobił za dużo. Nadal jednak wpatrywał się w oczy swojej wybawczyni, nie mogąc, a wręcz nawet nie chcąc ich oderwać. Czuł, że jest w stanie z nich zatonąć.

- Podejdę do niego później - odpowiedział na zadane przed chwilą pytanie - Nie powinno być z tym problemu. Po ogarniam trochę spraw i pójdę porozmawiać o tym z przełożonymi. Nie powinni robić problemu... W końcu... - przymknął powoli oczy, czując jak w gardle rośnie mu gula. Nadal nie był w stanie powiedzieć tego imienia na głoś, chociaż bardzo się starał. Nie zmieniało to jednak faktu, że myśl o matce nie powodowała już takiego bólu - Wezmę krótką przerwę od służby. Miesiąc, może dwa. Stanę na nogi, załatwię wszystko na spokojnie - poinformował spokojnym głosem. Borgin nie wiedział jeszcze, że ta "krótka przerwa" przedłuży się do kilku miesięcy - Cieszę się, że przyszłaś. Jestem Ci wdzięczny... Gdyby nie Ty to nie wiem jak to by się skończyło... Dziękuje - dodał. Krótkim gestem ręki zachęcił ją aby się trochę przybliżyła - Stanley chciał ją po prostu przytulić. Zdawał sobie sprawę, że jego wygląd czy połączony zapach alkoholu z papierosami nie jest najlepszym czym mógł ją uraczyć ale czuł, że jest to coś czego potrzebuje równie mocno co słów otuchy czy jej obecności.




RE: [25 października 1970] Nie tak miał wyglądać koniec roku | Stanley & Stella - Stella Avery - 06.08.2023

Nie mogła postąpić inaczej. Tym bardziej, że zadziałało. Jej słowa, może nie do końca naturalnie, jednak działały. W tym momencie naprawdę cieszyła się z tego, że posiadała tą wyjątkową umiejętność. Mogła choć na chwilę zagłuszyć ból i cierpienie Stanleya. Nie obchodziło ją to, że może uznać to za manipulację, zresztą, czy się o tym dowie? Nie zamierzała mu o tym później wspominać. Liczyło się dla niej wyłącznie to, że zadziałało. Zapomniał o tym, co jeszcze chwilę temu go trapiło. Skupił się na niej, tak jak chciała.

Wiele razem przeszli. Mimo różnych zawirowań Avery nie wyobrażała sobie swojego życia bez obecności w nim jego. Przyzwyczaiła się już do tego, że jest obok. Zawsze, kiedy go potrzebowała. Może i ostatnio miał dla niej mniej czasu, jednak robił to po to, aby awansować. Pogodziła się z tym, czekała aż wreszcie mu się uda. Jak zawsze wszystko musiał trafić szlag, kiedy byli tak blisko celu. Wiadomo, że nikt nie mógł spodziewać się tego, że po drodze zginie jego matka, ale miała wrażenie, że los rzuca im kolejne kłody pod nogi i testuje ich wytrzymałość. Nie miała zamiaru się poddawać, nie po tym wszystkim przez co już przeszli. Była gotowa na kolejne poświęcenia.

- Tak, będę. - Potwierdziła jeszcze, było to dla niej oczywiste. Nie potrafiłaby z niego zrezygnować, nie teraz. Musieli poradzić sobie z tą tragedią, która się wydarzyła. Jakoś im się uda - jak zawsze. Była tego pewna, póki co jednak musiała trochę temu wszystkiemu pomóc.

Najwyraźniej to wszystko działało. Miała wrażenie, że nieco się uspokoił. Czyli jej cel został osiągnięty. Na jej twarzy pojawił się uśmiech spowodowany jego dotykiem. Byli w tym razem i chyba Borgin dopuścił do siebie tą myśl. Nic nie było w stanie ich powstrzymać. Jej upór przyniósł efekt, na który liczyła. - Dla nas. Tak. - Te słowa były dla niej najważniejsze, bo on również widział ich przyszłość razem. Miała nadzieję, że prędzej niż później uda im się wszystko uporządkować.

- Dobrze, nie musisz się spieszyć, to normalne, że potrzebujesz czasu. - Dodała jeszcze. Miała świadomość, że to, co go spotkało było naprawdę bardzo emocjonalnym wydarzeniem. Nie mogła wymagać, że pozbiera się w tydzień, jednak nie chciała, żeby skończył zapijając się na śmierć we własnym mieszkaniu. Miała nadzieję, że ta obietnica zostanie przez niego dotrzymana.

- Tak. Myślę, że powinni to zrozumieć. Sytuacja losowa. - Czy jakoś tak. Mogło zabrzmieć to nieco szorstko, ale próbowała jakoś to wszystko ogarnąć, na tyle ile potrafiła. Niestety wychodziło jej raczej średnio. - Tak, przerwa ci się przyda. To dobry pomysł, będziesz mógł na spokojnie stanąć na nogi. - Wydawało się jej to być świetnym pomysłem. Będzie mógł przetrawić to wszystko i wrócić do pracy, gdy będzie na to gotowy. Idealnie.

- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, co by się nie działo, nie zamierzam cię opuścić. - Była to może dosyć duża deklaracja, jednak panna Avery naprawdę mówiła szczerze. Jej uczucia w stosunku do Stanleya były bardzo silne i nie chciała go stracić. Nie było chyba rzeczy, która byłaby ją w stanie od niego odsunąć. W końcu nie miała problemu z tym, żeby postawić się rodzicom, kiedy przyjdzie na to pora. Gotowa była na wszelkie poświęcenia, aby zawsze byli razem.

- Nie masz za co dziękować. - Dodała jeszcze, po czym się do niego zbliżyła, aby go przytulić. Nie przeszkadzał jej zapach fajek, ani alkoholu. Najważniejsze było to, że dał jej szansę na rozmowę, nie wyrzucił ją stąd i chciał sobie pomóc. Nic więcej nie potrzebowała w tej chwili.



Koniec sesji