![]() |
|
[06.05.72] Ślizgoński spryt - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18) +---- Wątek: [06.05.72] Ślizgoński spryt (/showthread.php?tid=1591) Strony:
1
2
|
[06.05.72] Ślizgoński spryt - Darcy Lockhart - 18.07.2023
Rachunek sumienia po miłosnym rytuale Darcy Lockhart nie bez powodu trafił do Slytherinu. Może na to nie wyglądał, może mało kto by go o to podejrzewał, ale młodzieniec był sprytny. I ta przebiegłość doprowadziła go do Munga, na Dział Zatruć. Panicz Darcy nie wiedział, co się z nim dzieje i się nad tym nie zastanawiał. Ktoś o nieco innym charakterze może uznałby, że nagłe obsesyjne rozmyślanie o dziewczynie, która jeszcze pięć dni temu była dla ciebie wyłącznie koleżanką, jest odrobinę dziwne. I że jeszcze dziwniejsze jest nieprzyjemne uczucie w żołądku i nagła pewność, że ta dziewczyna cię zdradza – chociaż nigdy nie byliście razem, nawet przez pięć minut, ba, żadne z was nie rozważało takiej opcji! Nie powiązał tego wszystkiego z wiankiem, ze słupem majowym, z magią ognisk i z Voldemortem, który zrobił coś, co tę magię zniekształciło. Nie było normalne, że nagle kochał do szaleństwa – bo był podatny na taką magię – kogoś, kogo niedawno tylko lubił. Lockhart nie rozważał jednak dziwności całej sytuacji, a zamiast tego opracował genialny Plan. Był człowiekiem szukającym prostych rozwiązań. Chciał spotkać się z Eunice Malfoy (całkowicie wypadł, że w ogóle nosiła jakieś inne nazwisko, to w końcu był tylko moment, nic ważnego), a głupio było mu nagle do niej pisać, nie obracali się też w tych samych kręgach, więc pozostawało mu jedno… Podstęp. Pytając i podsłuchując dowiedział się, którego dnia i o jakiej godzinie Eunice na pewno będzie na dyżurze. Ukradł z szafki w łazience różany olejek matki. A nałożył go obficie tu i ówdzie, trochę na rękę, trochę na ramię, trochę na szyję. Był alergikiem. W zetknięciu z bukietem róż kichał. W zetknięciu ze specyfikami różanymi – dostawał wysypki. A że teraz postarał się, aby warstwa była całkiem spora, czerwonawe ślady wyglądały na tyle poważnie, że w pełni usprawiedliwiały wizytę w szpitalu. Dokładnie na jej oddziale. Poza tym swędziały jak diabły, ale miłość wymagała poświęceń. Wolałby rzecz jasna pokazać się Eunice w lepszym stanie, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, to cię ma. Postarał się zresztą, by mimo plam wyglądać jak najlepiej. Spędził pół godziny nad fryzurą, tak aby włosy wyglądały na pozostawione w niedbałym, uroczym nieładzie. Założył najlepszą (jedwabną!) koszulę. Upewnił się dziesięć razy, że buty na pewno ma czyste. Ćwiczył przed lustrem miny. I kiedy już był gotowy, teleportował się do Londynu, by następnie udać się do Munga, na odpowiednie piętro i zacząć rozglądać się tam za Eunice… RE: [06.05.72] Ślizgoński spryt - Eunice Malfoy - 19.07.2023 Beltane, ach, Beltane. Samo święto wspominała całkiem miło, nawet jeśli było naznaczone posmakiem goryczy – wszak ten sabat, w teorii, powinna była obchodzić z kimś innym. Ale tenże ktoś dla niej był już tylko wspomnieniem – grubą kreską oddzieliła to, co było, od tego, co ma być – ot, była młoda, w księdze jej życia czekało jeszcze wiele pustych stron na zapisanie i była też… … zakochana? Z początku tego nie zauważyła – wszystko zdawało się rozmywać przez to, co stało się później, gdy już opuściła Polanę Ognisk. Potrzebna była każda para rąk, która cokolwiek potrafiła – do pełnoprawnego uzdrowiciela Malfoy trochę brakowało, ale to też nie tak, że wypadła sroce spod ogona i nie miała najmniejszego pojęcia o uzdrowicielskich kwestiach - stąd też wir pracy najzwyczajniej w świecie ją pochłonął i średnio myślała o Darcym. Co nie znaczy, że myśli same nie biegły w stronę chłopaka, o nie, o czym świadczyła chociażby wysłana sowa, gdy zorientowała się, że doszło do - bardzo eufemistycznie mówiąc - zamieszania. Potem zaczęła się przyłapywać na tym, że się uśmiechała do samej siebie, gdy w jej myślach tylko pojawiała się wizja blondwłosego chłopaka. Ale też nie do końca przywiązywała do tego wagę - bo i dlaczegóż by miała? Miłość to pojęcie dość abstrakcyjne - przynajmniej dla niej samej; ba, nawet niezbyt sądziła, ze potrafi poczuć coś takiego - a Lockharta przecież i tak lubiła i tak lubiła, więc...? ... więc na dobrą sprawę i tak to zepchnęła gdzieś na bok, wzdychając w duchu, że może jednak powinna napisać, spytać o ewentualne plany, zaproponować spotkanie? Tak, w tej chwili dość ciężko było znaleźć odrobinę wolnego czasu, ale czego to się nie robi dla dobrych znajomych! Nie, przyjaciół wręcz! Poza tym, podejrzewała też, że te jakże ciepłe myśli (i - do czego musiała się przyznać sama przed sobą, gdy zasypiała poprzedniego wieczora. A może jeszcze poprzedniego? Nieważne - chęci do zobaczenia Darcy'ego) niejako powiązane były z największym rozczarowaniem życia. No bo hej, spędzili razem kilka bardzo miłych chwil, których - była całkiem pewna - nie zaznałaby już u boku szczęśliwie byłego męża (tak, nie było co się łudzić, że będzie mogła mu kibicować w zmaganiach we wspinaczce, nie mówiąc już o jakże żywiołowych przecież tańcach) i... nie, nie, to skończony absurd, rodzina w życiu nie pozwoliłaby na przekucie takich myśli w życie, zresztą, zdecydowanie do siebie na dłuższą metę nie pasowali...! Pochodzili - w pewnym sensie - z dwóch innych światów i w zasadzie można było długo wymieniać wszelkie "przeciw". Stąd też, koniec końców, dała sobie jeszcze czas na podjęcie ewentualnych działań, na razie musiała sobie po prostu na spokojnie przemyśleć. Tak. Zdecydowanie przemyśleć. W każdym razie, to miał być po prostu kolejny dzień spędzony w Mungu, tylko tyle i aż tyle. Zajmowanie się pacjentami, poszerzanie wtajemniczenia w uzdrowicielskie arkana i tak dalej, i tak dalej - naprawdę, ostatnią osobą, jaką spodziewałaby się tu zobaczyć, był Lockhart. Przecież on nie ładował się w kłopoty, prawda? Po prostu... pisał. I ewentualnie przeprowadzał wywiady. No dobrze, przy dużym pechu to można było nawet złamać nogę na prostej drodze, ale wciąż: nie spodziewała się Darcy'ego w Mungu. Na jej oddziale! Zauważyła go właściwie przypadkiem, kiedy szła po szpitalnym korytarzu. Blond włosy spięte w ciasny kok, uzdrowicielski fartuch i plik dokumentów pod pachą - tak, w takim miejscu papierologia stosowana też miała się dobrze - iii... zamarła w pół kroku. Naprawdę, jej wzrok przykuła blond czupryna, jak - w przeciągu ostatnich kilku dni - bodaj każda o tym kolorze, jednakże daleka była od spodziewania się, iż ujrzy właśnie Lockharta (nie, żeby w środku nie miała takiej nadziei). Zauważyła, zamarła i dość szybko się otrząsnęła – nie no, nie mogła tak stać jak kołek! Stąd też dość szybko się uśmiechnęła, całkiem ciepło i skierowała się w stronę chłopaka. - Darcy? Co ty tu... – zaczęła początkowo nie zauważając, że coś jest nie w porządku. Ale wystarczyło podejść, przyjrzeć się uważniej i… Na Matkę Księżyc! - Weź mi to pokaż – zażądała bez ogródek, wyciągając dłoń – gotowa ująć przyjaciela za podbródek, żeby wymusić odpowiednie odchylenie głowy, tym samym umożliwiając jej przyjrzenie się szyi. Bo ręki i ramienia biedna nie była jeszcze świadoma... RE: [06.05.72] Ślizgoński spryt - Darcy Lockhart - 19.07.2023 Darcy, wbrew pozorom, nie był człowiekiem całkowicie pozbawionym rozsądku. Zdawał sobie sprawę z tego, że żadna czystokrwista dziewczyna na niego nie spojrzy, bo to "zdegradowałoby" status krwi jej dzieci, a może nawet doprowadziło do wydziedziczenia. Nie myślał jednak o tym zwykle, bo napawało go to pewną złością i goryczą, przecież był dużo lepszy od wielu czystokrwistych! Ale... o ile nie przeszkadzało mu to wzdychać po cichu do absolutnie nieosiągalnych kobiet, i w duchu planować osiągnięcie sławy i bogactwa, które sprawią, że ta "półkrew" przestanie mieć znaczenie, zwykle flirtował raczej z dziewczętami o podobnym mu statusie. Jego ego nie zniosłoby po prostu odrzucenia. Teraz jednak o to nie dbał. Był zakochany. Szaleńczo i bez pamięci. Może był podatny na magię Beltane, może w grę wchodziło to, że zawsze lubił Eunice, a może po prostu jego nieco obsesyjny charakter i niektóre wady sprawił, że dał się porwać tej podszytej magią chęci przebywania blisko Malfoyówny. On nie zastanawiał się, czy powinien się z nią spotkać - myślał raczej, w jaki sposób to zrobić, by wyglądało naturalnie. I na widok Eunice rozpromienił się jak małe słoneczko. Gdyby w pobliżu był jakiś aurowidz, bez wątpienia mógłby dostrzec jak radość rozświetla jego aurorę, jakby był żarówką, którą podłączono do prądu. Magia Beltane sprawiła, że nagle - pierwszy raz od paru dni, od tego paskudnego ataku, od chwili, gdy w lesie znaleźli zwłoki - poczuł się szczęśliwy. Na swoim miejscu. - Eunice! - zawołał, nawet nie kryjąc, że ucieszył się na jej widok. Zresztą, czemu miałby to kryć? Zawsze cieszył się na jej widok. Była dla niego miła i lubiła jego twórczość. A że teraz chodziło o zupełnie inne powody? No cóż... - Jak miło cię widzieć. Kompletnie nie spodziewałam się ciebie tu zastać - powiedział obłudnie, jakby wcale nie pojawił się jakiś czas temu w szpitalu, że niby ma przesyłkę dla pani Malfoy... Gdy Eunice do niego podbiegła i chwyciła go za podbródek, jego mózg na chwilę odmówił współpracy. W gruncie rzeczy się zawiesił, bo Eunice go dotknęła! Mogła bez problemu obejrzeć plamy wysypkowe na szyi, zanim wziął się w garść na tyle, by odpowiedzieć. - Eee... - zaczął elokwentnie, i natychmiast sklął się w myślach. Jak ty się wyrażasz, Darcy Lockharcie!!! Miał przecież dobrze wypaść, prawda?! - Nie jestem pewny - powiedział. - Możliwe, że to jakaś reakcja uczuleniowa. Nie wygląda najlepiej, więc pomyślałem, że lepiej jeśli przyjdę do Munga... Nie, nie zamierzał ułatwiać i wyjaśniać, o co dokładnie chodziło. Raz, to byłoby podejrzane. Dwa, jeśli skróciłby diagnozowanie, spędziliby razem mniej czasu. A Darcy teraz gorączkowo kombinował, co zrobić, aby spędzić z nią więcej czasu. I dokąd ją zaprosić. Albo jakiego pretekstu użyć następnym razem, aby trafić do Munga i by nie wydało się to podejrzane. RE: [06.05.72] Ślizgoński spryt - Eunice Malfoy - 21.07.2023 Och, ten uśmiech! Jak mogła wcześniej nie zauważyć, że Darcy ma naprawdę przepiękny uśmiech?! Nic, tylko uwiecznić na ruchomej fotografii, oprawić i powiesić sobie nad łóżkiem, by zaczynać i kończyć dzień wręcz najwspanialszym widokiem, jaki mógł zaoferować Londyn. Co tam Londyn, świat!!! Tylko że… nie miała teraz czasu na zachwycanie się i roztkliwianiem nad takimi widokami, nie gdy przed nosem miała taką plamę! Na pierwszy rzut oka – wysypka, jak wysypka. Ale co, jeśli to był tylko symptom czegoś o wiele poważniejszego?! Nie, nie mogła odwrócić się na pięcie i stwierdzić, że nie umiera – to wymagało zbadania! … co, oczywiście, powinna była zrobić w każdym takim przypadku, jak na kogoś aspirującego do uzdrowiciela, oczywiście, a nie tylko dlatego, że to był nikt inny, jak właśnie Darcy Lockhart. - Uczuleniowa? – spytała czujnie, puszczając chłopaka i cofając się o krok. Weszła w skórę uzdrowiciela skupionego na pacjencie; z wielką chęcią powymieniałaby wszelkie możliwe uprzejmości, z jeszcze większą powychwalałaby jego pisarską działalność (halo, te artykuły w Proroku – no kawał dobrej roboty i z pewnością nikt inny nie napisałby tego lepiej!!!) - Jeszcze gdzieś masz taką wysypkę? Co ostatnio jadłeś, piłeś, może dotykałeś czegoś…? Pytam o jakieś nowe rzeczy, nie te, z którymi zwykle masz do czynienia, bo tu już na pewno byłbyś świadomy, że wyrządzają ci krzywdę – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu, poprawiając papiery pod pachą. Rozejrzała się niespokojnie (jak być spokojną w takiej sytuacji?! Choć nie no, spokój i zimna krew to właśnie coś, co powinna teraz zachować – co to za uzdrowiciel, co nie potrafi na chłodno ocenić sytuacji, tylko się gorączkuje? W takim stanie bardzo łatwo o pomyłki!). Odetchnęła głębiej, biorąc się w garść. Tak. Spokój to klucz do rozwiązania tej sytuacji. - Chodź ze mną, znajdziemy jakieś miejsce – poleciła i ruszyła w stronę odpowiednich pomieszczeń, jakąś resztką rozsądku powstrzymując się od złapania Darcy’ego za dłoń i po prostu ciągnięcia go za sobą bez pardonu. Ale tak, upewniła się, że chłopak za nią idzie, a nie wrósł w ziemię niczym jakiś kołek! RE: [06.05.72] Ślizgoński spryt - Darcy Lockhart - 22.07.2023 Darcy miał całkiem ładny uśmiech, bo był dość ładnym chłopcem, ale w tej chwili uśmiechał się niemalże jak wariat. Zachwycony uwagą, jaką Eunice mu okazywała, zawiesił się nawet na moment, i kiedy zaczęła pytać o wysypkę, omal nie zapytał, jaką wysypkę. Na całe szczęście, po jakichś dziesięciu sekundach jego mózg z powrotem zaskoczył. – Tak, to znaczy… o tutaj… – powiedział, starając się przybrać zbolałą minę i wyciągnął rękę, by pokazać dużą plamę na nadgarstku i parę mniejszych na wierzchu dłoni. Przy okazji z zaniepokojeniem zastanowił się, czy trochę nie przesadził. To zejdzie, prawda? Zejdzie? A Eunice nie uzna go za odrażającego? Specjalnie zastosował środek tylko w paru miejscach, i broń Merlinie nie na szyi, żeby wyglądać tak, jakby faktycznie potrzebował pomocy uzdrowiciela, ale nie jakoś straszliwie. – Muszę się zastanowić… chyba nie jadłem niczego takiego… To znaczy niczego specjalnego. Na śniadanie po prostu kanapki, takie jak zwykle, piłem też kawę, a niedługo zanim to się pojawiło, dyniowy sok, ale nigdy nie byłem uczulony na dyniowy sok – stwierdził z zastanowieniem, jakby naprawdę próbował przypomnieć sobie, co mogło wywołać taką reakcję. – Niczego nie dotykałem, ja nie dotykam żadnych dziwnych rzeczy – oburzył się trochę, niepewny co Eunice sugeruje. (Choć zapewne była to hipokryzja u kogoś, kto sam wysmarował się czymś, na co ma uczulenie.) – Może ponieść ci te papiery? – zaoferował po dżentelmeńsku. I pomyślał, że musi poćwiczyć. Bo co jeżeli Eunice będzie chciała, żeby poniósł dla niej coś cięższego od papierów? I zrobi z siebie idiotę? Tam w lesie nie dał rady donieść daleko tej kobiety! Nie zasugerował niczego o kosmetykach, skoro o to nie pytała, bo chciał przeciągnąć tę wizytę. Oczywiście, że ruszył za nią, pęczniejąc z dumy, w końcu szedł u boku najpiękniejszej kobiety w szpitalu, właściwie to w całym Londynie, a kto wie, czy i nie w Anglii? Szczęście z tego fakty przytłumiał nieco tylko fakt zastanawiania się, czy wypada ją spytać, czy z kimś się teraz spotyka, i w jaki sposób zrobić to najlepiej. Bo był pewien, że z kimś się spotyka. Czuł to, jeszcze niedawno! (Nie przyszło mu do głowy, że jest po prostu nadmiernie zazdrosny i niepewny, a magia wszystko wyolbrzymia i odczytuje jako zdradę jakieś całkiem niewinne spotkanie czy podanie komuś ręki…) RE: [06.05.72] Ślizgoński spryt - Eunice Malfoy - 23.07.2023 Och. Ojej! Czyli jednak Darcy był bardziej poszkodowany, niż się z początku wydawało! Nie tylko szyja, ale i ręka! A jak się to rozrośnie i się okaże, że nie będzie mógł pisać?! Nie, na to zdecydowanie nie mogła pozwolić! Świat ne mógł stracić tak bardzo obiecującego pisarza, jakim był Darcy!!! Pokiwała głową z mądrą miną, starając się nie pokazać po sobie, jak bardzo zaczyna się trząść nad Lockhartem. Jej to najzwyczajniej w świecie nie wypadało – ani jako uzdrowicielce, w której to roli właśnie występowała, ani przyjaciółce – no bo… jako takowa powinna wesprzeć, a nie roztrząsać się nad ciężką dolą Darcy’ego, prawda? Prawda? Zwłaszcza że trudno powiedzieć, aby do tej pory można ich było określić bardzo sobie bliskimi. Nie, tak zdecydowanie nie było, zwłaszcza że sam fakt, że pochodzili z takich rodzin, z jakich pochodzili sprawiał, iż poza murami Hogwartu dystans pojawiał się praktycznie sam. Obracali się w zupełnie innych kręgach, życie wiodło ich na inne ścieżki… - Zaraz dziwnych, to równie dobrze mógł być, powiedzmy, kot. Albo... – zmarszczyła brwi. Zaraz. Zaraz. Znajdowali się na konkretnym wydziale… Ach, nie, to nic nie musiało znaczyć, może znalazł się tu przez przypadek, gubiąc się w tych wszystkich oddziałach Munga, ewentualnie może…? Nie, przecież powiedział, że się jej tu nie spodziewał, więc to musiał być całkowity przypadek! Tak, Malfoy miała pewien trop. Tak, mgła uczuć przesłoniła jej osąd, bowiem koniec końców nie stwierdziła, że przecież musiał wiedzieć, że miał kontakt z jakąś paskudną rośliną bądź też wypił jakiś eliksir, po którym się tak zrobiło. Darcy nie mógł być przecież tak niemądry, żeby utrudniać jej pracę poprzez przemilczenie informacji, prawda? … prawda? - … albo, powiedzmy, twoja mama postanowiła upiększyć dom kwiatami i miałeś kontakt z którąś roślin – podsunęła po krótkiej chwili zawieszenia. - Dziękuję, naprawdę nie trzeba – potrząsnęła głową. Tak, oferta była miła, ale nawet nie tyle, co „nie trzeba” (bo przecież to nie było kilka dobrych ryz, żeby ważyły nie wiadomo ile), ale też najzwyczajniej w świecie nie mogła ich oddać komuś spoza uzdrowicielskiego kręgu. Zresztą, hej, nie mówiąc już o tm, że Darcy był pacjentem! Jak więc by mogła…? - Pokaż mi to jeszcze raz – zażądała, gdy znaleźli się już w pomieszczeniu, w którym mogła na spokojnie zająć się Lockhartem. Papiery odłożyła na biurko, wskazała też miejsce, na którym chłopak miał usiąść. - Tylko szyja i ręka? Nic pod ubraniem? – spytała, rozważając, czy jednak nie powinna zażądać, aby się rozebrał. Tak, w celach ściśle uzdrowicielskich, oczywiście, niby jakich innych. Bo może wysypka bardziej się rozeszła? I nie był tego świadomy?! RE: [06.05.72] Ślizgoński spryt - Darcy Lockhart - 25.07.2023 Oczywiście, że Eunice miała mądrą minę. Eunice w ogóle była mądra. I profesjonalna! Idealna uzdrowicielka, Darcy nie miał wobec tego żadnych wątpliwości. To znaczy, Malfoyówna już w szkole nie była głupia, więc Lockhart pewnie zawsze mgliście przeczuwał, że dobrze radzi sobie w pracy, ale teraz byłby gotów przysięgać, że w Mungu nie ma lepszej magomedyczki niż ona. - Tak, to znaczy, co do roślin. Nawet zastanawiałem się, czy nie mogłem zatruć się którąś z nich… tata ustawił nowe w salonie – wyznał Darcy i nawet nie mijał się jakoś szczególnie z prawdą, bo w salonie faktycznie pojawiły się nowe kwiaty. Chociaż tata ich nie ustawił, a „wymyślił”, razem z całym salonem. Dom Lockhartów był, przynajmniej zdaniem Darcy’ego, najbardziej niesamowitym miejscem na ziemi. Na uczniów zachwycających się Hogwartem patrzył swego czasu z prawdziwą wyższością. A, i tymi kwiatami były lilie, na które Darcy ani trochę nie był uczulone i na pewno nie miały nic wspólnego z jego uczuleniem. - Ale to mogłoby zadziałać w ten sposób? – spytał niewinnie, z niepewnością, jakby myślał, że może to jego zastanawianie się nad związkiem kwiatów i uczulenia było absolutnie głupie. Posłusznie wszedł za Eunice do pomieszczenia i równie posłusznie usiadł we wskazanym miejscu. Podał jej rękę, eksponując ślady na nadgarstku. Był na tyle sprytny, że ślad był nieregularny, nieco się „rozchodził”, nie wyglądał więc, jakby pojawił się z zaaplikowania czegoś w to jedno, konkretne miejsce. Ktoś z wiedzą Eunice prawdopodobnie mógł stwierdzić, że to faktycznie wysypka – i że prawdopodobnie powstała na skórek kontaktu z czymś, na co organizm negatywnie zareagował. – Aaa… na ramieniu – powiedział, nagle śmiertelnie niemalże zawstydzony, i pożałował, że zaaplikował to i na ramię, ot na wszelki wypadek, w obawie, by szyja i nadgarstek nie okazały się dość poważne, aby potrzebował pomocy uzdrowicielskiej. – Ale wygląda tak samo, jak ta tutaj! – zapewnił pośpiesznie, chyba trochę spanikowany. – To da się usunąć jakimś zaklęciem, prawda? Albo maścią? – dodał jeszcze, chociaż głównie by odwrócić jej uwagę od tego nieszczęsnego ramienia (bo przecież wiedział, że w najgorszym razie minie mu to za trzy dni…) RE: [06.05.72] Ślizgoński spryt - Eunice Malfoy - 29.07.2023 - Wiesz może, co to dokładnie za rośliny? – spytała szybko, gdy tylko o nich wspomniał. Wyglądako na to, że trafiła na jakiś trop, który mógł wieść do rozwiązania zagadki pt. „co wywołało wysypkę” oraz „czy to się na tym skończy czy jednak jest to coś o wiele poważniejszego”. Jak na razie objawy wskazywały raczej zwykłe uczulenie, ale… biorąc pod uwagę, że nie znała jeszcze źródła kłopotów, obawiała się stwierdzić z cała pewnością, że naprawdę nic więcej się tu nie zadzieje. - … a dotykałeś ich? – spytała z namysłem w głosie. Jakoś tak w końcu zaczęła się głębiej zastanawiać. Szyja to dość nietypowe miejsce, choć od biedy była w stanie sobie to wyobrazić, jeśli roślina była naprawdę duża. I jeszcze ramię, jak się właśnie okazywało. Dłoń… wzbudzała najmniej podejrzeń. W każdym razie, w spojrzeniu Eunice pojawiło się coś nowego. O ile wcześniej po prostu roztrzęsła się na biednym (!), poszkodowanym Darcym, którego naprawdę trzeba było ratować, tak teraz… teraz chyba wylano na jej głowę kubeł zimnej wody. No dobrze, mały kubełek. Bo nadal się nad Lockhartem wewnętrznie trzęsła i żałowała na wszelkie możliwe sposoby, nieświadoma jeszcze, że pacan jeden sam to sobie zrobił. Tylko i wyłącznie po to, żeby mieć pretekst do spotkania z nią! … jakby nie potrafił skreślić paru słów na kartce i po prostu wysłać sowy. Rozwiązanie znacznie prostsze i niewymagające zaznawania cierpienia. Może nie jakoś wielkiego, bo istniały o wiele gorsze dolegliwości aniżeli jedynie wysypka, niemniej wciąż: można było sobie tego całkowicie oszczędzić. - Pokaż mi ramię, proszę – powiedziała po paru sekundach zawieszenia, podczas których zrozumiała, że to było trochę… niezręczne. Znaczy, to nie tak, że nigdy nie oglądała męskiego ciała, prawda? I na dodatek występowali właśnie w rolach pacjenta i lekarza, więc to całkiem naturalne, że pewne oględziny wymagają czegoś więcej niż jedynie podwinięcie rękawa. A co za tym szło, nie mogło być mowy o podtekście… … chyba że upadło się na głowę i z bliżej nieokreślonego powodu nagle potwornie martwiło się o tę osobę oraz bardzo chciało mieć u swojego boku. Najlepiej na zawsze. Zaraz, dlaczego w ogóle coś takiego pomyślała?! Zwłaszcza że wiedziała, że to najzwyczajniejsze w świecie mrzonki… - Zaklęcia są jedynie chwilowe – wyjaśniła spokojnie – Ale maść, tak, dam ci coś, powinna zadziałać – zapewniła chłopaka z uśmiechem – Tylko naprawdę, wolałabym najpierw zobaczyć twoje ramię. RE: [06.05.72] Ślizgoński spryt - Darcy Lockhart - 30.07.2023 Darcy pozostawał beztrosko nieświadomy, że Eunice go przejrzała. Umiał w końcu doskonale kłamać, był w tym bardzo przekonujący, a poza tym po prawdzie, kiedy pierwszy dostał uczulenia od róż, myślał, że umiera i spanikował kompletnie – bo choć bukiet trzymał w rękach, wysypka wyszła też wtedy na twarzy i szyi, i biedny, dwunastoletni Darcy pobiegł spisywać testament, by mieć pewność, że jego cenne zapiski odziedziczy siostra… - Hm… Lilie? Chyba były też między nimi inne kwiaty, może róże, ale nie jestem pewien, bo wszystko było białe, teraz rodzice mają jakąś manię na punkcie bieli, a tylko przenosiłem wazon – zastanowił się Lockhart, dalej ciągnąc swoją grę. – Jakby się zastanowić, to jak to zrobiłem, to kichałem – dodał jeszcze, marszcząc brwi, jakby próbował poskładać wszystkie fakty ze sobą i dojść do tego, co takiego się stało. Zezował przy tym na Eunice, bardzo zadowolony, że może na nią patrzeć, nawet jeżeli ceną za ten stan rzeczy było piekielne swędzenie. Ale kiedy postanowiła oglądać jego ramię, zrobił się prawie purpurowy. I odruchowo schwycił ubranie, jakby się bał, że ta je zaraz z niego zedrze. Przynajmniej Malfoyówna mogła być pewna jednego: jeżeli Darcy zrobił to celowo, to na pewno nie miał na celu wykorzystywania okazji, by się przed nią rozebrać. Pewnie nie reagowałby tak nerwowo, gdyby nie ten rytuał, ale miał na tyle namieszane w głowie, że teraz wizja pokazywania ramienia Eunice napawała go przerażeniem, chociaż nie potrafiłby wyjaśnić, dlaczego. Bo przecież spodziewał się, że jakiś uzdrowiciel – niekoniecznie Eunice, bo wiedział, że jego plan może nie wypalić – będzie chciał to nieszczęsne ramię obejrzeć. Teraz jednak, jak przyszło co do czego… – Nie! Nie trzeba! – zapiszczał prawie, niby dziewica ze szlacheckiego domu, której nieprzystojne awanse czynił nieokrzesany syn sąsiadów. – Wcale nie jest specjalnie duża. A poza tym prawie jej nie czuję, może ona już zeszła albo tylko mi się wydawało, że mam wysypkę na ramieniu. Jak dasz mi tę maść, to ją tam nałożę – obiecał solennie Darcy, walcząc sam ze sobą, bo z jednej strony chciał się odsunąć poza zasięg rąk Eunice, a z drugiej przysnąć jeszcze bliżej, a właściwie to najlepiej ją pocałować, ale to byłoby szaleństwo, prawda? Nie przeżyłby, gdyby go odepchnęła, jak nic poszedłby rzucać się z jakiegoś mostu albo coś. – To n-nic wielkiego – zająknął się nawet – Bo to chyba nie jakaś egzotyczna choroba, która mnie zabije? – dodał nagle z pewną podejrzliwością, zerkając na nadgarstek. Zdawał się wierzyć w tę możliwość. Ba, po prawdzie… wierzył, bo Darcy miewał skłonności nadmiernie wczuwać się we własne historie. Czy ta plama nie wychodziła dużo dalej niż nałożył ten olejek…? – Bo jak mam niedługo umrzeć, to chociaż chodźmy wcześniej na herbatę – dodał w przypływie iście lwiej odwagi. RE: [06.05.72] Ślizgoński spryt - Eunice Malfoy - 30.07.2023 Czy faktycznie przejrzała, to nie do końca takie pewne. Coś dzwoniło, ale Darcy umiał kłamać, to raz, dwa, rytuał „trochę” odbierał rozsądek i jasność myślenia. Logika zdawała się kwilić w kącie; być może, gdyby nie była tak ogłupiona, to oparłaby ręce na biodrach i krzyknęła coś w stylu „Aha, mam cię, gagatku!”. No dobrze, nie zrobiłaby tak – w końcu to Eunice; zareagowałaby inaczej, ale generalnie do czegoś takiego mogłoby się to sprowadzić. Noszenie wazonu… zastanowiła się, na ile to mogło być możliwe. W teorii wystarczyłoby oprzeć o siebie naczynie, zwłaszcza jeśli jakieś większe, cięższe… czy liście i kwiaty mogłyby wtedy dotknąć skóry? Zapewne tak. A skoro tak, czy mogłyby wywołać reakcję alergiczną, jeśli biedny miał uczulenie na nie? Znów, tak. Więc jeśli faktycznie coś zaczęła mocniej podejrzewać, to teraz… teraz bajeczka wydawała się być bardziej składna. Natomiast utrzymanie neutralnego wyrazu twarzy było ość niemałym wyzwaniem, gdy Darcy okazał się być… bardzo bojaźliwym pacjentem? Czy tam mocno wstydliwym? Lockhart, Lockhart, przecież nie zostaniesz tu ani zjedzony, ani rozebrany do końca, to tylko ramię… Nie, żeby serce jakoś mocniej nie zatrzepotało na myśl, że miała teraz okazję przekonać się, co kryło się pod warstwami ubrania – ale wciąż, priorytetem było zgoła co innego. Naprawdę. - Darcy – zaczęła łagodnie, próbując przemówić mu do rozsądku – Twoim zdaniem może nie jest zbyt duża. A może się jednak różni od tego, co masz na szyi czy dłoni. Po prostu muszę się upewnić, że to na pewno jest to samo – nawet jeśli uważasz, że tak... – ręce trzymała grzecznie przy sobie, chcąc, by Lockhart mimo wszystko zrobił to z własnej woli. Obezwładnianie go i własnoręczne rozbieranie w tym konkretnym przypadku wydawało się być całkiem na wyrost i sporą przesadą. Tak że o ile powstrzymała zapędy do zastosowania przymusu, tak nie pohamowała ciut rozbawionego uśmiechu. - Pójdziemy na herbatę – zgodziła się bez mrugnięcia okiem, celowo nie udzielając odpowiedzi. Przypadkiem Darcy dał jej do ręki broń i nie zawahała się jej użyć – w imię wyższych celów, oczywiście, dla jego własnego dobra! - Ale pod warunkiem, że pokażesz mi ramię – zastrzegła natychmiast. |