![]() |
|
[11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria (/showthread.php?tid=1598) Strony:
1
2
|
[11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Victoria Lestrange - 20.07.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka Czuła niepokój całą sobą i tak strasznie jej się spieszyło, że chyba tylko dlatego nie miała czasu dziwić się temu, że o czymś zapomniała. Ona. Zapomniała. I nagle okazywało się, że to, że z niczym się nie spieszy, że wszystko ma wyliczone, poukładane i podzielone, to tylko poza – bo kiedy chciała, to potrafiła w mig coś wymyślić i jeszcze szybciej wprowadzić w życie. Tylko po co się spieszyć, kiedy wszystko ma swoje odpowiednie miejsce i czas w ciągu dnia? Ale dzisiaj tak nie było. Dzisiaj okazało się, że nawet ona, poukładana i odpowiedzialna czarownica, może o czymś zapomnieć. O czymś tak cholernie ważnym… A podobno pieniądze ważne nie były – w jej przypadku jednak, kiedy zainwestujesz dużo pieniędzy (a miała ich niemało), to możesz dużo stracić. A przecież nie przekazałaby takiej sumy na byle co. Bo było to dużo – musiało być, skoro było to teraz, w TEJ chwili, takie ważne. Może to i lepiej, że była noc. Mniej się będzie rzucać w oczy. Wpadła do sowiarni w tempie, które zaskoczyło nawet ją. Dorwała jedną z sów, szybko przywiązała jej do nóżki list napisany przez Sauriela, powiedziała jej na jaki adres należy go przynieść, i wypuściła w świat. A później wypadła stamtąd, by dostać się do windy, a stamtąd do holu. I zobaczyła, że Brenna pakuje się do windy razem z nią. Miała chyba nieswoją koszulę. Bez słowa nałożyla na siebie za dużą na nią kurtkę ze skóry Sauriela, schowała odznakę, zmieniła kolor swojej koszuli zaklęciem, nieco rozczochrała włosy i… - Przepraszam. To naprawdę ważne. Nie trzeba było… - wymamrotała do niej… Ale poniekąd czuła wdzięczność, że nie będzie tam sama. W końcu w grupie raźniej. Będzie to musiała Brennie jakoś wynagrodzić. I aportowała się z cichym pyknięciem na ulicę Śmiertelnego Nokturnu. Ciemno. Chłodno. Spojrzała w jedną, w drugą stronę…i starała się zachowywać możliwie najmniej podejrzanie jak tylko się dało. !lestrange22 RE: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Pan Losu - 20.07.2023 Zaczęłaś odczuwać niepokój, a wtedy przypomniało ci się coś naprawdę ważnego. Jak mogłaś o tym zapomnieć? Musiałaś jak najszybciej iść na Nokturn i odebrać swoje zamówienie. Jeśli tego nie zrobisz, stracisz przekazane wcześniej pieniądze. Nie zostało wiele czasu! Jeżeli wybierzesz się na Nokturn, użyj kości lestrange22.
RE: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Pan Losu - 20.07.2023 Alejki współczesnego Nokturnu wydawały ci się być cholernie obce. Większość witryn zachowała swoje kształty, ale sklepy, ludzie... To już nie było to samo. Większość ludzi, których szanowałaś, wyniosło się z Londynu lub przeniosła w głąb kanałów, gdzie gnili w Podziemnych Ścieżkach mierząc się, przynajmniej w twojej opinii, upokorzeniem. Skąd były w tobie te myśli? I po co właściwie tutaj przyszłaś? No tak, żeby odebrać jakiś przedmiot, ale... Ale przecież już to zrobiłaś! Zakupiony przedmiot leżał w twojej komodzie, w górnej szufladzie. Jeśli zechcesz przeszukać dom, nie znajdziesz go, chociaż jesteś absolutnie pewna, że powinien tam być. Po zrobieniu kolejnych kilku kroków przypominasz sobie, że wcale nie! Wcale go tam nie było... Wracasz myślami do kolejnych kłótni z matką. Przypomina już starszą siebie i... jest w ciąży? Właśnie weszła do twojego domu. - Co ty sobie wyobrażałaś! - zaczęła krzyczeć, wymachując przy tym różdżką. - Jeżeli nie pozwolisz mi go zabrać, to przysięgam, że zostanę sierotą. Wycofujesz się kilka kroków. Matka rzuca w ciebie zaklęciem. Udało ci się obronić. Od kolejnego ataku również. Próbujesz ją rozbroić, ale jej tarcza była silniejsza. Próbujesz raz jeszcze. Tym razem obrywasz kontrzaklęciem. Boleśnie lądujesz na podłodze. Matka wyciąga coś z górnej szuflady komody. Nie możesz dostrzec, co to. RE: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Brenna Longbottom - 20.07.2023 Brenna faktycznie pojawiła się w nieswojej koszuli. Gdy Victoria wysyłała sowę Sauriela, ona dosłownie ściągnęła ją w biurze z cudzego grzbietu – miała więc teraz na sobie elegancką sukienkę, częściowo zamaskowaną przez o wiele za dużą, męską koszulę, buty ledwo co pozbawione obcasów. Jej włosy były w dość dziwacznym stanie, bo do niedawna upięto je w misterną fryzurę, ale ledwo co Brenna wyciągnęła z nich srebrne spinki. Kolorowy siniec rozlany na kości policzkowej dopełniał dzieła. Wyglądała jak wariatka, więc idealnie wpasuje się w krajobraz Nokturnu. - Jest północ, przecież nie puszczę cię o tej porze samej na Nokturn – poinformowała, z trudem łapiąc oddech. Ostatecznie nawet mimo niedostatku instynktu samozachowawczego, Brenna raczej nie próbowała chodzić po Nokturnie w pojedynkę nocą. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby Victorii coś się stało, nawet jeżeli właśnie z powodu Sauriela jej stosunek do Lestrange uległ pewnej zmianie. Poza tym… to był ten moment gdy działała bez namysłu. Jeżeli miałaby szansę się nad tym zastanowić, gdyby została poproszona o pomoc, może zaczęłaby wietrzyć jakąś pułapkę. Widząc jednak Victorię biegnącą po prostu, by iść na Nokturn, Brenna zadziałała instynktownie. Nie zdążyła zapytać, o co konkretnie chodzi. Musiała to być jakaś bardzo ważna rzecz, skoro nie mogła czekać. Gdy Brenna tylko zobaczyła, że Victoria zamierza się aportować, chwyciła ją za ubranie, sama też się teleportując – i pozwalając, by do celu podróży poprowadziła je Lestrange. Ledwo wylądowały, dłoń Brenny zacisnęła się na różdżce. Kobieta rozejrzała się. Sprawdzała, gdzie wylądowały. Czy w pobliżu nie kręcą się żadni… hm, podejrzani ludzie zawsze się tutaj kręcili, ale czy nie ma w okolicy kogoś podejrzanego ponad normę. Jej spojrzenie przesunęło się najpierw po witrynach i najbliższych kamieniach, potem po zaułkach. Szukała cieni nieco zbyt głębokich, aby mogły je rzucać tylko budynki. W takich cieniach na Nokturnie mogło czaić się niebezpieczeństwo. Lampy dawały niewiele światła, mdławy blask nie rozpraszał w pełni ciemności. Ale przynajmniej nie były w pobliżu zejścia do Podziemnych Ścieżek, w tej najpaskudniejszej części magicznego Londynu. – W porządku, to czego właściwie szukamy? Jakieś spotkanie z informatorem? Przesyłka do odebrania? Bo chyba nie zapomniałaś, że masz kogoś aresztować? – zapytała Brygadzistka, przenosząc wzrok z powrotem na pannę Lestrange. Zmarszczyła lekko brwi, bo miała wrażenie, że spojrzenie tej stało się jakieś… nieobecne. I dopiero teraz uświadomiła sobie, że Victoria najpierw wyglądała tak w Ministerstwie, a potem nagle postanowiła wybiec gdzieś, jakby się paliło… – Wszystko dobrze…? RE: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Victoria Lestrange - 20.07.2023 Była w dobrym miejscu i jednocześnie nie w takim, jakie zapamiętała. Obraz przeszłości nakładał jej się na teraźniejszość… na drugi znany jej obraz. Lestrange potrzebowała chwili, by dopasować obecnie widziane szyldy, z tymi, które dopiero co miała w pamięci… Kształty się zgadzały, tak. Tylko napisy na nich może niekoniecznie. Tori zmrużyła oczy przypatrując się szyldowi jakiegoś sklepu tuż przed nimi, potem pokręciła głową, pojrzała na jakiś po drugiej stronie ulicy… To już nie to samo. I tak nie ma tu prawie nikogo godnego poszanowania, większość już się stąd wyniosła. I za Londyn, albo do Podziemnych Ścieżek… Westchnęła. A potem uniosła dłoń i mocno przyłożyła ją sobie do skroni, palce wplątując we włosy. Co ja tutaj robię? Przecież mam dyżur i… Ach tak. Przedmiot. Miałam odebrać przedmiot. Bzdura. Już go przecież odebrałam. Jest… Jest w domu. W komodzie. Victoria odwróciła się w stronę, w jaką można dojść na Pokątną i bez słowa zrobiła kilka kroków przed siebie. I równie nagle się zatrzymała. Nie. Nie ma go. Nie ma go w domu. Przecież wiedziała, że nie ma go w domu! Przecież… Co ty sobie wyobrażałaś! – zagrzmiało jej w uszach zupełnie jakby dopiero co to usłyszała. Seria błysków, jakie mignęły jej przed oczami, we wspomnieniach, sprawiły ból, tak, ale psychiczny. Smutek. Walka z matką. Podłoga.. Komoda – i górna szafka. Wiedziała, że trzymała tam coś ważnego, coś… Ten przedmiot. Nie, nie było go w domu. Powinien tam być, ale go nie było. Zabrała go. Matka go zabrała, z jej własnego domu. Victoria odwróciła się i ruszyła w stronę przeciwną do Pokątnej, aż przystanęła – znowu! – i teraz już oburącz trzymała się za głowę. - Nie wiem – mruknęła pomiędzy zaciśniętymi zębami. Miała wrażenie, że traci rozum. A może już go straciła? Co ona najlepszego wyprawia? Co jej się ubzdurało, żeby tutaj iść, skoro już odebrała swój zakup, a nawet… nawet wiedziała, że nie ma go w domu tam, gdzie powinien być? Więc gdzie był? Musiała wyglądać i zachowywać się jak kompletna wariatka – czyli pasowała tu idealnie. Nic dziwnego, że o ile ktokolwiek też tu był, to zupełnie nie zwracał na nią i na Brennę uwagi. - Myślałam… Przypomniało mi się, że miałam odebrać coś ważnego bo inaczej stracę kasę. Ale zapomniałam, że już to zrobiłam – rozejrzała się znowu bez sensu na lewo i prawo po szyldach, które znała. Których nie znała. Jednak znała. I jednocześnie znała je inaczej. - Potem pomyślałam, że powinno być w domu. Ale przypomniało mi się, że go tam nie ma – te wspomnienia. Przenikały się. Przenikały się jak… Ciemnooka znowu spojrzała na szyld. Nowy szyld. WSPÓŁCZESNY szyld. - Kiedy zmienili ten szyld? Pamiętam… Pamiętam go trochę inaczej – odezwała się po chwili. Naprawdę traciła zmysły? Co się z nią działo? Dlaczego nie mogła sobie przypomnieć…? Tak jak ostatnio tamta kłótnia z matką wydawała się taka ważna! O co się pokłóciły? - Szszkurwa. Moja głowa – i za każdym razem kiedy próbowała sobie przypomnieć, to wyglądało jakby dochodziła do ściany. I ten ból głowy! RE: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Brenna Longbottom - 20.07.2023 Brenna ze zdumieniem patrzyła, jak Victoria rusza najpierw w jedną stronę, a potem nagle zawraca, idzie ku Pokątnej… i znów się zatrzymuje. Napięcie ramion, wyraz twarzy, a wreszcie to, co zaczęła mówić: wszystko tu nie pasowało. I ktoś naprawdę mógł pomyśleć, że Victoria traci rozum, że już go straciła albo nawdychała się jakichś oparów. Brenna jednak tak nie pomyślała. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w dzieciństwie przechodziła podobne rzeczy. A i później, gdy była starsza, czasem zdarzało się jej, że widma związane z danym miejscem próbują na nią napierać. Nie tak dawno temu talent uaktywnił się pod wpływem kadzideł i kompletnie szalała. Po drugie, i ważniejsze… była przy Mavelle, gdy tą trzykrotnie pochłonęły cudze wspomnienia, i kuzynka powiedziała jej parę słów na ten temat. A Bones (czego Brenna nie wiedziała) miała znacznie jaśniejsze wizje niż sama Victoria, przynajmniej na początku – w końcu śniła, że jest rodzicem własnych kuzynek. Brenna nie znała się specjalnie na takich sprawach, ale wiedziała to, co przekazała jej Mavelle. Najwyraźniej nie tylko Mav wyniosła parę rzeczy z limbo. - Tori, ten sklep jest tutaj od pięciu lat – powiedziała, stając przed Victorią, gotowa ją przytrzymać na miejscu, by ta przestała krążyć. Bo to nie pomoże. Nigdy nie pomagało. – Cokolwiek widzisz, to przeszłość. Musisz skupić się na teraźniejszości. Starała się mówić spokojnie, powoli. Nie pokazać odrobiny paniki, jaka wkradła się do jej serca i głowy. Mavelle pod wpływem tych wizji zemdlała, w najmniej odpowiednim momencie. Victoria pobiegła na Nokturn, a teraz zdawała się szaleć. Jak daleko zaprowadzi to je obie i Patricka? Czy to będzie mijać, czy się nasilać? Co jeżeli zaczną nawiedzać je także wspomnienia jakichś obcych osób, odczuwane tak mocno, jak własne…? I co mogło wpaść teraz pod wpływem tej magii do głowy Victorii? Były na Nokturnie, tutaj naprawdę należało zachować ostrożność... – Myślę, że to, co widzisz, to wspomnienia, ale nie twoje – dodała po chwili wahania. Może nie powinna tego mówić, skoro wiedziała o tym od Mavelle, ale jak zostawić ot tak Victorię bez słowa, kiedy domyślała się, o co chodziło? – To nie ty zapomniałaś odebrać zamówienie. To… może to jest coś, co wyniosłaś z limbo? Mavelle widywała wspomnienia wujka. Był jej bliski, jakiś czas razem mieszkali, wiedziała o nim wiele – może dlatego tak łatwo mogła odgadnąć, co się dzieje. Brenna zastanawiała się teraz kto – metaforycznie rzecz ujmując – siedział w głowie Victorii. – Jeżeli chcesz wiedzieć, co to było, możemy poszukać sklepu, w którym odbierano to zamówienie… Ale nie powinnaś walczyć, żeby sobie przypomnieć. Nie tutaj. Możesz stracić przytomność – ostrzegła. Bones tak skończyła. A sama Brenna najmniej kilkakrotnie zemdlała w swoim kręgu widmowidza lub padła na podłogę ledwo żywa. I bardzo, bardzo nie chciała, aby Lestrange padła na Nokturnie, zwłaszcza, że Bren nigdy nie opanowała teleportacji łącznej. RE: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Victoria Lestrange - 20.07.2023 Nie rozumiała co się dzieje. Nie rozumiała od czasu Beltane – od kiedy tak wyraźnie zobaczyła rudowłosą kobietę w potoku, do której szły cztery zamaskowane postaci. Zobaczyła, i poczuła, że MUSI jej pomóc. MUSI. Tylko dlatego zrozumiała, że rytualny ogień to portal. Ale od tamtego momentu zaczynały się dziać dziwne rzeczy. Najpierw w samym Limbo, potem… poza nim. Jak to, że czuła, kiedy Saurielowi grozi niebezpieczeństwo – teraz już wiedziała, że on odczuwał względem niej dokładnie to samo. I nie rozumiała skąd się to bierze. Ale było. A teraz to. Brenna faktycznie musiała ją przytrzymać, bo gotowa była ruszyć przed siebie niemalże w nieznane, ale Longbottom nie musiała wcale użyć wiele siły – bo Tori posłusznie zatrzymała się w miejscu i na nią spojrzała. - Przeszłość? – zapytała niemalże jakby nie rozumiała. Rozumiała – znaczenie słowa rzecz jasna. Tylko nie rozumiała jaka przeszłość i jaka teraźniejszość. Znaczy… No tak. Przypominały jej się rzeczy, taka przeszłość. A teraźniejszość była taka, że okazywało się, że nie ma tak dobrej pamięć jak sądziła, że ma. Przez moment patrzyła jeszcze na Brennę, a w końcu oczy jej uciekły w bok, na jeden z tych szyldów. Pięć lat… Pięć. To dlatego miała wrażenie, że pamięta go inaczej? Go i… i właściwie wszystko tutaj. To samo miejsce, inny czas. Lestrange zaczęła się zastanawiać, ale to kolejne słowa Brenny sprawiły, że na powrót wróciła do niej spojrzeniem. To wspomnienia, ale nie twoje. Nie twoje, nie twoje. Nie jej? Ale czyje, jeśli nie jej? Jak to nie jej? Nie jej. Tak. To miało sens. Miało i nie miało jednocześnie. Bo… jak? Ale i na to Brenna miała odpowiedź. Limbo. I na te słowa Victoria wyraźnie oklapła. Pierdzielone limbo. Może Brenna miała rację? Nie pamiętała za bardzo czasu, kiedy Isabella była w ciąży – była wtedy w Hogwarcie. I z pewnością nie miała wtedy własnego domu. Skup się Victoria. - Nie lubię nie wiedzieć. Nie znoszę nie pamiętać – powiedziała w końcu cicho i zupełnie bez sensu złapała za materiał kurtki Sauriela, by się nią otulić. Bez sensu, bo wcale nie robiło jej się od tego cieplej. Nic nie było w stanie jej ogrzać. Ale… Jakoś jej było przytulniej. Może to jego zapach? Był teraz wszędzie wokół. Miała też takie poczucie, że chciałaby, żeby teraz był tutaj obok niej. Nawet jeśli miałby na nią nakrzyczeć za to bezsensowne zachowanie. - Nie wiem co to był za sklep. To to miejsce, ale nic nie kojarzę, wszystko się zmieniło i wygląda inaczej... Nie wiem nawet gdzie to jest, ona go chyba zabrała – zrobiła większe oczy patrząc na Brennę. - Nie wiem czemu to takie ważne… I wiem, że to bez sensu, wiem! – to naprawdę mogły nie być jej wspomnienia? Czy to prawda, że mogła coś wynieść z limbo, pasażera na gapę? Skąd Brenna wiedziała? Znaczy… Kojarzyła jej zdolności, w końcu to właśnie po to w Lesie Wisielców oddawała jej torebkę denatki… Ale… Ech. Zresztą… Czemu się dziwiła – przecież była blisko z Mavelle. Może mierzyła się z czymś podobnym. To nie znaczyło, że zaraz pobiegnie do Bones ją o wszystko wypytywać, dlaczego by miała? - Nie wiem co się ze mną dzieje, Bren. Najpierw jakaś wizja na Beltane, teraz to. To wszystko moja wina. Gdyby nie ja, to nigdy nie bylibyśmy w limbo – cokolwiek to było… to były delikatne wejścia do głowy. Takie, które nie pozostawały śladów – nie jak legilimencja, która była jak uderzenie łomem dla doświadczonego oklumenty. A najgorsze było to, że choć ilekroć używała na sobie tej sztuki – nic się nie zmieniało. A używała tego. Wiele razy. I było tak samo prawdziwe jak wcześniej. RE: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Brenna Longbottom - 20.07.2023 Chciałaby pomóc Victorii. Bo musiało być źle: bardzo źle, skoro ta zwykle tak zrównoważona Lestrange wydawała się nie tylko zbita z tropu, ale zupełnie zagubiona. Nie wiedziała jednak jak. Nie miała dla niej zbyt wielu odpowiedzi, a nawet nie wszystkich, którymi dysponowała, mogła i chciała udzielić. Pewnie wspomniałaby o Mavelle jeszcze wczoraj… ale teraz Rookwood stworzył nową rysę. O własnym widmowidzeniu z kolei nie rozmawiała. Nie było ogromną tajemnicą, bo używała go w pracy, więc szefostwo (podobnie jak rodzina) wiedziało, ale zarazem – pilnowała, by nie używać tego talentu przy osobach, których nie znała bądź nie ufała, i udawała mniej kompetentną widmowidzkę niż faktycznie była. Mogła sobie jednak wyobrazić, jak czuje się Victoria. Myślała o dniu sprzed paru tygodni, gdy czołgała się wąską, napierającą na nią alejką na Pokątnej, gdy w umyśle, zaćmionym kadzidłem, które ktoś gdzieś rozpalił, mieszały się przeszłość i teraźniejszość. Obrazy nakładały się na siebie, a ona nie była pewna, gdzie jest. Kiedy jest. A Victoria musiała być jeszcze bardziej zagubiona, bo to było coś… jeszcze innego. Czy ktokolwiek kiedykolwiek się z czymś takim spotkał? - W takim razie masz już jakąś podpowiedź. To wspomnienie kogoś, kto był tutaj bardzo dawno temu – powiedziała, wciąż starając się mówić spokojnie, bo przynajmniej jedna z nich nie mogła poddać się emocjom. A z racji na to, że to w głowie Victorii mieszało limbo i wspomnienia stamtąd, padało na Brennę. – Nic… co stało się tam, nie jest podpowiedzią, o kogo może chodzić? – zapytała, z pewnym wahaniem. W przypadku Mavelle był to wujek, i mówiła, że go spotkała: po drugiej stronie. W miejscu, do którego trafiali na krańcu swojej drogi. Brenna nie odważyła się pytać, kogo i czy kogoś spotkała Victoria. To było zbyt osobiste, ot więc starała się… podsunąć sugestię. A może zobaczyła tam jakąś nieznajomą osobę? Albo nikogo i to wszystko było przypadkiem? – Bzdura – stwierdziła, a w jej ton, mimo starań, wkradły się ostre nuty, kiedy Lestrange powiedziała, że to wszystko jej wina. – Twoja wina? Gdybyście tam nie weszli, być może Voldemort panowałby teraz nad światem. Ja bez wątpienia byłabym martwa, podobnie jak masa naszych znajomych. Jeżeli można tu mówić o winie, to chyba tylko mojej, bo powinnam była od razu wejść w tej cholerny ogień. Rozważała to, a jednak zajęła się światłami, które okazały się ostatecznie nie mieć znaczenia… a przynajmniej takie wrażenie odniosła Brenna. Zdawało się, że skoro nie da się zgasić ogni, to one je zasilają, one pozwalają sięgnąć Voldemortowi po moc, tymczasem ich zgaszenie niczego w jej oczach nie zmieniło. Straciła czas. A wiedziała, że ma kamień, wiedziała, skąd ten kamień się wziął, wiedziała, do czego spróbuje go użyć… – Na pewno znajdziemy odpowiedź – dodała, już łagodniej. „My”, bo przecież tak jak Victoria próbowała znaleźć odpowiedzi, tak próbowali je odszukać też Bonesowie i Longbottomowie, prawdopodobnie także Stewardowie i Bulstrodowie. A Atreus, Patrick i Victoria, wszyscy byli znajomymi z tego samego Departamentu, może już nawet współpracowali? Poza tym… był jeszcze Dumbledore, była prawie pewna, że Patrick to z nim prędzej czy później omówi. Nie chciała dopuszczać do siebie myśli, że wszystko się pogorszy. Nieodwracalnie. – Ale na razie powinnyśmy wyjść z Nokturna. RE: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Victoria Lestrange - 21.07.2023 Wolała sobie nie wyobrażać, co by było, gdyby Brenna nie uznała, że pójdzie za nią, albo co by się z nią działo, gdyby jednak trafiła tutaj sama. I nie chodziło jej teraz nawet o to, co mogłoby się stać na samym Nokturnie biorąc pod uwagę specyfikę tego miejsca – chodziło raczej o to, co wyprawiałaby teraz ona, zostawiaona sam na sam z własną głową i niepamięcią. Jak bardzo by się miotała. Jak bardzo nie rozumiał aby co się dzieje – to nie tak, że teraz była dużo mądrzejsza, bo tak nie było, ale Brenna faktycznie była teraz głosem rozsądku i kotwicą, która trzymała ją w jednym miejscu i w ryzach. No i to co mówiła… miało chyba jakiś tam sens. A na pewno było lepsze od idiotycznego chodzenia tam i z powrotem. - Moich znajomych też już tutaj nie ma – odpowiedziała, zupełnie w pierwszej chwili nieświadoma, że znowu nałożyło się jej wspomnienie na myśli. Że znowu nie oddzieliła siebie od… od siebie? Dopiero kiedy powiedziała to na głos, to do niej dotarło, że to przecież nie ma sensu. Bo ona nie ma tutaj żadnych znajomych. - Co ja właśnie powiedziałam – bzdurę, która nigdy nie była prawdą. Pytanie Brenny na powrót zwróciło jej uwagę. Czy coś z Limbo mogło być podpowiedzią…? No cóż. Właściwie to tak. Abstrahując od tego, że tam co rusz spotykali dziwne rzeczy, w tym martwą… czy to była Matką? Czy Voldemort miał moc zabić… boga? Ale oprócz tego to… tak. Natrafili na czekające na nich dusze. Jedna z nich ją dotknęła, chciała, by została, zaczekała tam na innych – bo doszła już do końca i… to nie była zupełnie przypadkowa osoba. Victoria kojarzyła ją jak przez mgłę, ale kojarzyła – własną prababcię. I był taki jeden dziwny moment… czy wtedy… czy wtedy stało się… No właśnie, co się wtedy stało? - Chyba tak – odpowiedziała po zastanowieniu. - Chyba… mogło być coś… chyba masz rację – powiedziała w końcu i odetchnęła. Ostra reakcja Brenny coś w niej poruszyła. Mavelle też mówiła, że to nie była jej wina – ale trudno było zaprzeczać, że cokolwiek się teraz działo i cokolwiek wypisywano w prasie, było efektem bezpośredniego działania nikogo innego, jak Victorii. Może Brenna miała rację. Może jej nie miała. Lestrange nie miała wiedzy o tym co to był za kamień ani co dokładnie robił, prócz tego czego się domyśliła. - Nie wiem. Nie wiem czy nasza obecność tam zmieniła cokolwiek prócz tego, że widzieliśmy co się dzieje – czy gdyby Brenna tam była coś by się zmieniło? Victoria miała jakieś takie poczucie, że nie. I że Voldemort i tak dostał to, co chciał dostać. - Ale drugi raz i tak pewnie zrobiłabym to samo – tak uważała. Może za wyjątkiem świateł – bo miała dokładnie takie same wnioski jak Brenna. Sama rozproszyła dwa z pięciu i chyba zupełnie nic to nie dało. Były dywersją, rozproszeniem uwagi. - Tak… Tak, masz rację – przyznała to Brennie. I chodziło o wiele rzeczy – o to co do niej mówiła przez cały pobyt tutaj, o to że próbowała jej pomóc, o to że starała się podtrzymać ją na duchu. I miała też rację, że powinny się stąd zabrać. Victoria odwróciła się więc ponownie w stronę w kierunku Pokątnej i złapała Brennę za ramię, na moment idą z nią pod rękę. Dwie wariatki, no naprawdę. - Dziękuję – mruknęła. - I przepraszam. Musiałaś gonić za świrem – poprawka: nie musiała, a chciała i westchnęła cicho. - I że ci nie powiedziałam. O nim. Wtedy. To dla mnie nie jest żaden powód do dumy. Nie przepadam za większością członków tej rodziny… zostawisz to dla siebie? – a przynajmniej większości z tych, które znała. Rzecz jasna mówiła o zaręczynach z Saurielem i o tym, że nie powiedziała Brennie, kiedy rozmawiały o Rookwoodach kilka dni temu. RE: [11 maja 1972, noc] Duchy przeszłości | Brenna & Victoria - Brenna Longbottom - 21.07.2023 Brenna była znacznie bardziej przerażona zachowaniem Victorii niż chciałaby przyznać. Bała się i o nią, i o to, że coś podobnego spotka Patricka i Mavelle. W wyobraźni widziała Lestrange biegającą tu samą, zagubioną między przeszłością i przyszłością, ale umysł podsuwał i inne wizje. Mavelle wystającą przed magicznym przedszkolem, bo musi odebrać córkę – i może napadającą na przedszkolankę, gdy nie znajdzie swoich dzieci? Patricka, który zwiedziony przez fałszywe wspomnienia pójdzie do kogoś, do kogo pójść nie powinien. A Atreus? Czy on też cierpiał na takie efekty uboczne…? Martwiłaby się pewnie i tak, bo taka była jej natura, ale teraz jakoś szczególnie ściskał ją z obawy żołądek. Nie wiedziała przecież, że Bulstrode jako jedyny nie widział cudzych wspomnień. Że dołączył na końcu owszem, ale nie mogła być pewna, ile go ominęło… Moich znajomych też już tutaj nie ma… Ona sama nurkowała czasem w przeszłości. Ale Victoria w niej tonęła. Odczuwała jako własną. - Zniszczyliście kamień, więc tak, zmieniło – powiedziała tylko, bo to nie była pora na żadne inne uwagi. Także na to, że gdyby tam wskoczyła od razu, owszem, może by to coś zmieniło. Zginęłaby, oczywiście, wpadając tam sama, ale może kupiłaby dość czasu dla nich, tyle że… …czy Danielle nie zginęłaby też przebita tymi słupami albo zalana ogniem? Brenna nie chciała więc zastanawiać się, co zrobiłaby, gdyby mogła cofnąć czas. - Nie jesteś świrem. Wróciłaś z limbo i przeżyłaś. Po czymś takim trudno wrócić do normy w ciągu godziny – odparła, z prawdziwą ulgą dając się pociągnąć ku Pokątnej. Oderwała wreszcie spojrzenie od Lestrange, a wzrok Brenny znów zaczął błądzić po zaułkach, po ciemności gromadzącej się w załomach budynków, szukając tam ewentualnego zagrożenia. Ale kolejne słowa zaraz znowu ściągnęły uwagę Brenny ku Victorii. Zesztywniała na moment, zaraz jednak się rozluźniła. I wahała nietypowo dla siebie. Bo nie była plotkarką, nie zdradzała cudzych tajemnic, ale gdyby nie ta prośba, zapewne natychmiast ostrzegłaby przynajmniej Patricka, że Lestrange jest zaręczona z Rookwoodem. I sama nie wiedziała, co zrobić, gdy o to ją poproszono… – W porządku – zgodziła się jednak w końcu. To i tak przecież wyjdzie, a może w tej chwili Victoria nie chciała o tym mówić teraz, na świeżo, po tym, jak aresztowano jej narzeczonego. Brenna mogła po prostu ostatecznie wspomnieć, że należy zachować ostrożność, bo ma bliskie związki z osobami, które mogą być podejrzane... – Tori, jeśli będą jakieś problemy… możesz zawsze do mnie przyjść – dodała, z pewnymi oporami. Nie odważyła się wypowiedzieć tego, co odbijało się jej w głowie. Victoria stanęła naprzeciwko Voldemorta. Pomogła pokrzyżować jego plany. Wiedział o tym skądś cały świat, Brenna wciąż nie wiedziała, jak to trafiło do Proroka, ale jakoś… trafiło. Jej narzeczona na pewno miał w rodzinie jeżeli nie śmierciożerców, to najmniej ze dwie osoby, które Voldemorta popierały. Jej własna matka nie kryła się z opiniami – kto wie, czy jej bliscy też nie nosili masek? Co jeżeli któreś z nich usłyszy: przyprowadź mi Victorię Lestrange… – Mogę ich ostrzec? – spytała jeszcze, teraz zapatrzona przed siebie, w ciemność ulicy, w zbliżające się światła Pokątnej. "Ich", to było jasne, kogo ma na myśli... – Że muszą uważać, bo nie mogą ufać wspomnieniom. Ja… byłam przy Mavelle, ale to nie zadziałało wtedy w ten sposób. Chyba żadne z was nie powinno spędzać dużo czasu w pojedynkę. Przy okazji zdradziła, skąd wie to i owo. Ale to było „tylko” wspomnienie. Cudze emocje. Ich echo. Victoria jednak nawet po tym, jak to przeminęło, nie umiała przez chwilę oddzielić siebie od tego, do kogo należało, przybiegła tutaj… to mogło być niebezpieczne. |