Secrets of London
[ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander (/showthread.php?tid=1646)

Strony: 1 2


[ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Dellian Ollivander - 24.07.2023

07.06.1972

Dellian prosił Bella o to, aby mu odpuścił spacerowanie za nim krok w krok. Chciał pobyć zupełnie sam tego dnia, chciał się przejść do sklepu po cokolwiek, co może mu się stać kilka kroków od jego domu? W ostatni czasie był cały czas sam, nie było przy nim Fergusa, ciocia nadal w szpitalu, a wujek ciągle przy niej. Jego tata łaskawie pomagał bratu w prowadzeniu sklepu, a on został sam z gadającym kotem. Było to męczące, ponieważ Dellian potrzebował ludzi. Kochał ludzi, nie miał już kontaktu z przyjaciółmi ze szkoły, nie miał kontaktu z nikim. Na siłę pakował się w różne relacje z ludźmi, ale to mu nie wystarczyło. Potrzebował kogoś przy sobie, a nie mógł nikogo znaleźć. Ślepym osobom było ciężko szukać, ponieważ nie widzieli. Zabawa w chowanego była dla nich trudna.

Trzymał wyciągniętą przed siebie różdżkę, która pomagała mu lawirować między ludźmi, których o tej porze było niewielu na ulicach. Dużo osób po zmroku bunkrowało się w własnych domach, aby nie zostać zaatakowanymi. Dellian też powinien to zrobić, a zamiast tego szedł do sklepu, a nawet nie miał pewności, czy był otwarty. W końcu zorientował się, że się zgubił. No pięknie. – pomyślał zirytowany sytuacją. Próbował odnaleźć jakieś znane mu szczegóły, ale nie było to za proste. Zwykle kierował go Bell i chyba tym razem jego upór nie był za dobry.

– Hej! Kierowniku! – usłyszał gdzieś obok siebie. odwrócił się do źródła głosu, który nie był zbyt przyjemny. Wręcz mężczyzna, który się odezwał brzmiał jak ktoś kto połykał papierowy, a w żyłach płynęła mu whisky. – Daj pan sykla – wymamrotał łapiąc go za ramię.

– Niestety nie mam – odpowiedział Dellian wyrywając mu się, a mężczyzna musiał dostrzec, że Dell jest ślepy, bo stał się bardziej zuchwały. Popchnął go na ścianę i próbował mu wyrwać jego torbę, ale Dellian nie chciał jej oddać.




RE: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Sauriel Rookwood - 24.07.2023

Pro­mie­ni gra ró­ża­na top­nie­je w si­nej mgle



Ulica pokątna latem była przepiękna. Rozjaśniona światłami, gasła w ostatnich promieniach słońca. Ludzie jednak nie gaśli razem z nią. Nie przemijali, żeby poddać się ciemności, nie wygrywał z nimi księżyc, który pięknił i pysznił się na nieboskłonie. Sauriel żałował, że ta gra, którą uskuteczniała Sol i Luna była już poza jego zasięgiem obserwacji. Mógł spoglądać na obrazy i fotografie, ale żaden poranek już nie miał go zachwycić. Czekał tylko, aż zajdzie słońce. I niecierpliwił się, kiedy znów wstawało. Nie było radości już z porannych mgieł, ani z barw malujących granat przemieniający się w błękit. Świat, nawet ten najbardziej wakacyjny, kiedyś wyczekiwany najmocniej, był wrogi tym bardziej, im dłużej dzień trwał. A niestety tak się sprawy miały, że w czerwcu były bardzo długie dni - i zbyt krótkie noce.

Nic nie zapowiadało również, żeby w najbliższym czasie pogoda miała się poprawić. Poprawić dla Sauriela - czyli deszcz, albo przynajmniej chmury. Bo dziś, moi mili, mogliśmy się cieszyć widokiem gwiazd na niebie.

Owiniętym urokiem letniego wieczoru ludziom łatwo było zabłądzić. Zagubić się między uliczkami, które potencjalnie doskonale znali. Romantyzm trafiał do serca i napełniał piersi nadzieją. A przecież po Beltane nadzieja była właśnie tym, czego wszyscy potrzebowali. I jednocześnie czymś, co nie każdy mógł dostrzec. Sauriel przyzwyczaił się, że niektórzy zbaczali tam, gdzie nie powinno się chodzić tym przyzwoitym obywatelom, jak to głośno można było ich ozwać. Przyzwyczaił się też do tego, że żaden z tych obywateli nie był jego interesem. Czasem miewał te chwile słabości, tak je nazywał, w których odnajdywał się w punkcie niemożliwym do zignorowania cudzego problemu. Niektórzy mieli w sobie to coś, co wołało o pomoc. Inni po prostu mieli takie szczęście, że czarnowłosy był w dobrym humorze. A ta ostatnia grupa znajdowała się w szeregu osób, którym Sauriel pomógłby w większości sytuacji. Znajomi. Jeszcze bardziej głośne słowo: przyjaciele. Jedną z takich osób była Victoria, która nie pozwoliłaby mu przejść zupełnie obojętnie. Albo raczej - zachęciłaby do tego, żeby tego nie robił.

Ta szamotanina z boku naprawdę nie była jego sprawą. Przechodził obok, kiedy mężczyzna, który wyglądał o wiele starzej, niż sam miał lat, śmierdzący, spocony i brudny, złapał młodego chłopaczka i pchnął go tak, jakby prawie byli dobrymi przyjaciółmi. Rozejrzał się na boki, czy czasem nikt nie przechodzi tędy, czy czasem nikt nie zwraca uwagi. No, w zasadzie Sauriel nie zwrócił. Nie na początku. Bo pąk tych włosów sprawił, że włos mu się zjeżył na karku. Fergus? Taka była pierwsza myśl.

- Oddaj po dobroci, Kierowniku. - Mężczyzna brzmiał na głodnego, a mimo tego, jaki był chudy, to miał swoją siłę, kiedy szarpnął kolejny raz plecak Delliana. Nie, to zdecydowanie nie był interes Sauriela. I to nie był Fergus. I już chciał zrobić kolejny krok, mimo tego, że przystanął, kiedy nawiedziła go taka prosta myśl: przecież chłopak jest niewidomy. Przecież jest rodziną osoby, na której nadal ci zależało.

- AaAAA, kuuurwaaaa! - Krzyknął mężczyzna, kiedy Sauriel kopnął go od tyłu w piszczel. Złapał go za podbródek od dołu i pociągnął w swoją stronę. Duszenie sprawiło, że staruszek od razu zwolnił swój uścisk z torby Delliana, jego dłonie powędrowały do łapska Sauriela. A tej nie miał siły ściągnąć - zwłaszcza, kiedy czarnowłosy unieruchomił mu drugą rękę, wykręcając ją. A patrzył przy tym na niewidomego. I jakoś... żal mu się zrobiło dzieciaka. Nawet jemu. Smutny to był widok. Obraz bezbronności, zagubienia i kompletnej nieporadności.

- Nowe normy? Okradanie niewidomych? - Zapytał jakże uprzejmym głosem mężyczyznę, popychając go tak, by ten upadł na bruk. Rozpoznał go. Widział po oczach tego mężczyzny, który teraz z przestrachem się na niego obejrzał, że rozpoznał jego twarz. Czyli pewnie był z Nocturnu. Dobrze. Mogło to ułatwić w danej chwili sytuację. Sauriel i tak stanął między nędznikiem i Dellianem.

- K-kocie, ja nie wiedziałem... - Mężczyzna zupełnie zmienił swoją śpiewkę z tej sprzed chwili. Głód zniknął, rządza posiadania została ustąpiona pierwotnemu strachowi. Brzmiał jak ktoś, kto zaraz zacznie się podlizywać. Ale Sauriel nie chciał go nawet więcej dotykać. Obrzydliwe.

- Spierdalaj stąd. - Polecił chłodno, tonem takim, że włoski mogły dęba stawać. Mężczyzna na kolejne zaproszenie nie czekał. Z poślizgiem zebrał się z bruku i rzucił biegiem w ciemne uliczki, prosto na Nocturn. A Sauriel obrócił się do Delliana.




RE: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Dellian Ollivander - 25.07.2023

Dellianowi takie widoki dawno wymazały się z pamięci, dawno nawet nie myślał o tym jak wygląda świat skapany w świetle słońca, czy też księżyca. Lubił przesiadywać w miejscach, gdzie promienie ogrzewały jego twarz i skórę, ale nie próbował odtwarzać widoków, które widział jako czterolatek, bo zwyczajnie już dawno zniknęły, wyparowały z jego głowy. Pozostała ciemność i czasami wspomnienia, które budziły się w snach. Nikomu nigdy się nie przyznał, ale czasami śniły mu się kolory, a wtedy budził się ze łzami, gdyż tęsknił i miał żal do świata, że nie było mu dane widzieć. Potem ubierał się, wstawał, schodził na śniadanie, wędrował do pracy między ludźmi, którzy widzieli, obserwowali – czuł to, nie potrzebował do tego wzroku, aby wiedzieć, że go widzą, że o nim myślą, że mu współczują. Przywdziewał uśmiech na twarz i szedł dalej, żartował, bawił się, beztrosko, bez problemów.

Chwila, w której szarpał się z mężczyzną, który nie pachniał pierwszą świeżością była dla niego wiecznością. Nie znosił smrodu, nie znosił ciężkich, brzydkich zapachów i teraz w jego głowie nie było strachu, że straci życie, że ktoś może go niefortunnie popchnąć doprowadzając do jego śmierci, że ktoś ukradnie mu plecak, w którym tak naprawdę nie miał nic cennego, mógłby go puścić i pozwolić łobuzowi uciec ze zdobyczą, ale Dellian pracował dla BUMu, miał w sobie pokłady prawości nie mógł pozwolić, aby ktoś w nielegalny sposób odebrał mu jego własność. Nie chciał wyjść przed samym sobą na osobę słabą, która do ochrony potrzebuje innych, nawet kota. Chciał być samodzielny, chciał sam iść po pieprzone bułki do sklepu, czy po prostu na wieczorny spacer w letni wieczór. Nie chciał się obawiać, że na każdym rogu może zginąć, a nawet nie zauważy, z której strony oberwie.

Gdy napastnik został odciągnięty od  niego, Dellian uderzył głową w ścianę i osunął się po niej trzymając się za tył. Nie stracił przytomności, nie polała się krew, ale przez najbliższe kilka dni będzie miał bolesnego guza na środku czaszki. Złapał się za tył głowy i cicho syknął. Rozpoznał głos Sauriela i poczuł delikatną obawę, za którą się od razu zbeształ w końcu Rookwood właśnie uratował mu życie i plecak. Zapamiętał słowa, które wypowiedział niedoszły przestępca, był ciekawy kim był i dlaczego tak wystraszył się Sauriela. Zastanawiał się jak wyglądał, czy był odrażający, że uciekł przed Rookwoodem? Niee, Bell by od razu to powiedział. Ten kot nie owijał w bawełnę.

– Dziękuję – chciał mu powiedzieć, że nie musiał mu pomagać, że by sobie dał radę, ale darował sobie tak absurdalne kłamstwo. Nigdy by sobie nie poradził. Zamiast podnosić się z ziemi zaczął przeszukiwać palcami ziemię w poszukiwaniu upuszczonej różdżki. Znalazł ją szybko, bez niczyjej pomocy. – Znałeś go? – zapytał próbując wstać, ale było mu ciężko na głowie od uderzenia.




RE: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Sauriel Rookwood - 25.07.2023

Nie wiedział, czy to strach, ból, czy oszołomienie malowały twarz niewidomego tak, jak promienie słońca malowały krople rosy na trawie porankiem. Mgła w jego oczach pozostawała jednak ciągle taka sama, nawet kiedy promienie latarni grały w nich i mieniły się różnymi barwami. Lustro. Oczy, w których możesz się przeglądać, bo niczego w nich nie dojrzysz. Oczy tak przeciwne oczom Sauriela. Bo tak jasne, mleczne w swoim odcieniu. Fergus uważał, że w oczach Sauriela można było odnaleźć siebie. Sauriel uważał, że w oczach Delliana można było spojrzeć sobie samemu w oczy, a potem zobaczyć tam prawdy, jakich nie chciało się znać. To nie było krzywe zwierciadło. To było porażające mocne, prawdziwe zwierciadło rzeczywistości. Ta zaś nie zawsze malowana była tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Możesz tego lata założyć różowe okulary, ale świat się nie zmieni. Tylko ty oszukasz siebie, że coś wygląda zupełnie inaczej, niż było. Więc jak? Szkoda ci? Żałujesz tego mizernego, chudego człowieczka? Chyba każdy by żałował. I tego też ludzie się bali. Własnej reakcji na taką osobę. Każdy chciał dobrze! No, możesz poza takimi cwaniakami, którzy wykorzystywali słabość strony przeciwnej. Przecież to było żałosne, kiedy tak siedział bezradnie, różdżka leżała obok niego - potrafił by ją chociaż znaleźć? Musiałby szukać po omacku i liczyć na to, że ona nie została ukradziona z plecakiem. A przecież sprzedać różdżki na czarno też była niezłym zarobkiem paru galeonów. Tak, to było smutne. To było kurewsko smutne i niesprawiedliwe. Ciepły, letni dzień i całkowicie chłodne, nocne doznanie - tak się właśnie spotykały dwa zupełne inne światy. O zmierzchu.

Nie odpowiedział na podziękowania. Ruszył po różdżkę Delliana, która musiała mu wypaść przy szarpaninie, albo została wytrącona - nie ważne. Już się po nią pochylał, kiedy chłopak sam zdołał ją na szybko wymacać. Właściwie... jak na ofiarę napadu trzymał się zadziwiająco dobrze. Ale może to tylko pozory? Kiedy jesteś słaby cieleśnie musisz próbować chociaż zachować twarz. Inaczej upadniesz całkowicie. Przed samym sobą, przed innymi, no bo co inni pomyślą? Żyjemy w społeczeństwie, które piętnowało i pokazywało palcami. Szeptało i plotkowało. Tutaj reputacja była prawie wszystkim, trzeba było uważać na to, co się robi, jak spogląda, co mówi. Oczywiście byli też tacy, jak Sauriel. Czarne owce, Upadek Społeczny. Przestroga dla dzieci pokazywana na ulicy: uważaj, kochanie, bo skończysz jak on! I kurwa - mieli rację. Lepiej dzieciaki ostrzegać. Bo to wcale nie było dobre życie.

- Żartujesz sobie? - On? Jego? - Co, śmierdzę jak on? - Uśmiechnął się pod nosem na własny żarcik, przełamując odległość między nimi. Złapał Delliana za ramiona, prawie że za fraki i bez większego wysiłku postawił go do pionu. Pomógł mu, innymi słowy. I przytrzymał. Przytrzymał jedną ręką, oferując mu też tę rękę jak ramę, na której Dellian mógł się oprzeć. Sauriel przecież widział, że ten stał na miękkich nogach, że jego błędnik jeszcze musiał szaleć. Nie widział co prawda, co tu się dokładnie stało, ale wierzył, że mógł być wstrząśnięty. I mógł dostać parę razy, żeby nie być do końca sprawnym. Wiedział, jak to działało. Przecież sam tak robił innym i doprowadzał ich do nawet gorszego stanu. Złapał też plecak Delliana, gdyby ten miał mu wypaść z rąk. - Już? Stoisz? Chcesz może usiąść? Tylko nie tu, bo na ziemi to podobno "wilka można złapać". - Nie, nie dało się usłyszeć w jego głosie współczucia, nadmiernej troski. Głos Sauriela był spokojny, mrukliwy i leniwy jak zawsze. A w niektórych momentach słychać było wręcz, że ma dobry humor. I że te tekściki go bawią. Jak to ze śmierdzeniem i z łapaniem wilka. Chociaż to nie było śmianie się z Delliana, skądże znowu. Po prostu... cóż, Sauriel to zdecydowanie nie była dogłębnie empatyczna bestia.




RE: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Dellian Ollivander - 27.07.2023

Dellian nigdy nie zastanawiał się, czy na jego twarzy można zobaczyć jakieś emocje. Będąc dzieckiem nigdy nie panuje się nad nimi, nigdy nie zwraca się uwagi na to, aby schować przed innymi strach, smutek, czy też radość. Wiele słyszał o oczach, które są zwierciadłem duszy, ale jego oczy nie wyrażały nic. Pustkę, spowodowaną źle użytym zaklęciem. Można było się w nich przejrzeć, ale ponoć to też było trudne, bo często nimi wodził dookoła jakby próbował coś zobaczyć, ale nie był w stanie. Miał zawsze pochyloną głową, aby lepiej zbierać dźwięk z okolicy. Czasami chciałby być jak nietoperze i nauczyć się echolokacji, a nie wiedział, czy byłby w stanie się tak skupić. Los pokarał go umiejętnym rozpraszaniem się, wpadaniem w tarapaty i niepoprawnym dobrym humorem. Był też bardzo naiwny i ufny, łatwo można było go wykorzystać, ale zdawał się nie robić sobie z tego nic wielkiego. Każdy człowiek, który go skrzywdził pozostawiał w jego sercu skazę, ale ta skaza nigdy nie wychodziła na światło dzienne. Uważał nawet, że jeśli ktoś chciał go skrzywdzić to znaczy, że tego potrzebował. Był niepoprawnym romantykiem, szybko się zakochiwał i tak samo szybko odkochiwał. Szybko wpadał w zazdrość, ale gdy ktoś próbował być zazdrosny o niego uciekał, bo nie chciał być ograniczany. Był czasami egoistycznym hipokryta, aby następnego dnia okazać się bardzo empatycznym altruistą.

Pozorami żył od zawsze. Co innego dusił w sobie, a co innego pokazywał. Nie chciał, aby ktoś się nad nim litował, aby ktoś go żałował. Czuł w takich sytuacjach jeszcze większą bezradność, wściekłość. Nie chciał być żałowany, bo pogodził się ze swoim losem. Był ślepy i co z tego? Jedni kuleją, inni nie mówią, a on nie widzi. Doświadcza świat w inny sposób i nikomu nie powinno być go żal. Chciał czasami to wszystkim dookoła wykrzyczeć. Sytuacje takie jak ta wprowadzały go w większy stan beznadziei, ale nie chciał pokazać Rookwoodowi, że ugodziło go to, że potrzebował pomocy, że nawet na spacer nie jest w stanie wyjść sam.

Gdy Sauriel się w końcu odezwał Dellian poczuł ulgę i sam się zaśmiał. Czuł ból w tyle głowy, ale starał się nie przejmować tą sytuacją. Jutro najwyżej zgłosi się do jakiegoś uzdrowiciela, aby się upewnić, że wszystko w porządku. Może uderzenie przywróci mu wzrok?

– Wręcz przeciwnie – odpowiedział. Sauriel pachniał przyjemnie, dobrze, hipnotyzująco. W końcu chłopak podniósł go z ziemi za fraki, co Dellian skomentował tylko zaskoczonym westchnięciem. Złapał się go, aby zachować równowagę. No cóż, nigdy nie odmówi przytulenia się do osoby o przyjemny, mrukliwym tonie głosu. Ślepiec miał naprawdę słabość do odpowiednich dźwięków, co sama myśl wywołała u niego nieświadomie uśmiech. – Wilk nie jest mi potrzebny, mam wystarczająco wymagającego kota – odpowiedział mu, ale nie puszczał go. Wręcz przeciwnie uwiesił się na nim, bo czuł się dziwnie pijany przez to uderzenie. Miał nadzieje, że nie będzie żadnego wstrząsu. – Może bym gdzieś usiadł… – przypadkiem przesunął palcami po jego dłoni i wzdrygnął się lekko. – Bell miał rację. Faktycznie jesteś zimny. Masz problemy z krążeniem? Znam dobrą uzdrowicielkę – zaczął gadać. Paplać. Oh, jak Dellian lubił gadać.

Słowa były mocą, a on naprawdę lubił je słuchać i wypowiadać. Nic innego mu nie  pozostało jak dźwięki, muzyka, słowa, opowiadania. Gdy słyszał czyiś głos próbował budować sobie w głowie jego obraz, lubił dotykać twarzy, ramion i ciała. I nie chodziło o podtekst seksualny, gdy dotykał ludzi tworzył sobie ich obraz w głowie. W tym momencie wyobrażał sobie Sauriela jako sopel lodu w kształcie kota, bo jego głos był leniwy i mrukliwy, a skóra zimna.




RE: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Sauriel Rookwood - 27.07.2023

Dziwne, pomyślałby kto, że ten, który nie widzi, najmniej czuje własną twarz. Powinien ją czuć najmocniej. Powinien być świadom każdego drgnięcia, każdego muśnięcia. To przecież nie promienie słońca, to emocje od wewnątrz dyktowały każde przymrużenie oczu, otworzenie ich szeroko, albo rozchylenie warg. Dellian jednak nie kontrolował swojej facjaty. Tego ślicznego, delikatnego klejnotu, na którym wszystko przez to malowało się szczerze, aż do bólu. Niektóre malunki oparte były na czerwieni, podczas gdy oko widziało tylko błękit. Wszystko może kłamać. Najbardziej szczera intencja, najbardziej szczery grymas. Wiesz, dlaczego? To bardzo proste. To, co widzisz, odbierasz przez pryzmat siebie. Nie dociera do ciebie czysty przekaz. Nie widzisz tego, co widzi druga strona. Nie czujesz tego. Możesz się domyślać, badać i sprawdzać, ale to nigdy nie będzie czysta fala, która z miejsca na miejsce dotrze niezmieniona. Dla Sauriela to był strach. Pierwszej nocy, kiedy spotkali się po latach od czasów Hogwartu i teraz, kiedy znaleźli się bardzo blisko siebie. Czarny Kot nie protestował. Dellian nic nie ważył, kiedy jego nogi nadal go utrzymywały i tylko miękko uginały. Mógł tak stać i stać... całkiem zabawne było trzymać przy sobie bezbronną ptaszynę. Tragicznego Ptaka, który nie mógł już latać. Ten strach opisywał Delliana słabością. Tą samą, nad którą on chciał zapanować. I chyba tą samą, która sprawiała, że chciał na przekór światu udowodnić, że jej nie posiada. Że jest samowystarczalny, że może, że potrafi. No, mon amour, jak wrażenia? Potrafisz? Jesteś w stanie samodzielnie krzątać się po mieście i kupić pierdolone bułki bez pakowania się w tarapaty?

- Aha, czyli pachnę. Też dobrze wiedzieć. - Zabrzmiało to strasznie głupio - ta odzywka Delliana, że wręcz przeciwnie. Rozbawiła go i to rozbawienie było słyszalne w jego głosie. Teraz całkowicie spokojnym, może rzeczywiście wręcz leniwie spokojnym. Przecież przeminęło słońce, które już ogrzało czarne futro. To w tym cieple wygrzał się kocur i teraz mógł powoli rozprostować nogi, przetrzeć bruk pazurami i ruszyć na łowy. Lecz to jeszcze nie teraz, jeszcze nie. Na razie musiał się do końca obudzić, nim zmierzch całkowicie zapanuje nad tym światem i z uliczek wylęgną się demony. Nim kocie oczy błysną nie w leniwy a dziki sposób. - Trochę panika, hę? - Zagaił, słysząc dalszy ciąg wypowiedzi - że nie, wilka to nie, bo kot... Trochę niepewność, panika to było za dużo powiedziane, ale rzucone było całkowicie luźno przez czarnowłosego. Bo tka, nie uważał, że Dellian panikował. Ale czuł pod swoimi rękoma, że jest niestabilny. Złapał Delliana pod pachę, żeby nie urazić jego męskiej dumy i poprowadził powoli uliczką, trzymając go. Oferując oparcie, gdyby ten go potrzebował, gdyby pływał, gdyby mu się nogi plątały. Bo głowa mu trochę latała. Razem z oczami. Ale może ślepcy tak mieli? Jakoś w Hogwarcie nie dane im się było poznać.

- Nie, nie mam problemów z krążeniem. Uzdrowiciele już mi nie pomogą. - Jak się krążenia nie ma, to nie da się z nim mieć problemów, prawda? Ale po tych słowach skóra Sauriela stała się cieplejsza. Bo Sauriel nieco na nią wpłynął, żeby ją ogrzać. Zrobił ten minimalny wysiłek. Bardziej chyba nawet dla siebie samego niż dla chłopaka, którego targał przez ulicę w poszukiwaniu ławki. - Tylko się nie przyzwyczajaj. Nie lubię pomagać ludziom. To wyjątek ze względu na Fergusa. - Tak... normalnie. Ale wolał, żeby tutaj było jasne, że to był wyjątek, a nie żeby Dellian miał go za rycerza, co pomaga biednym i bezbronnym.




RE: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Dellian Ollivander - 27.07.2023

Świadomość twarzy wiąże się w pewnym sensie z tym, co widzimy. Jeśli Dellian nigdy nie nauczył się tego jak wyglądają ekspresje na twarzy skąd wie, co ma pokazać światu, aby było szczere? Potrafi się uśmiechnąć, zapłakać, być wściekły, ale nadal nie wie jak to dokładnie wygląda. Każdy człowiek, który chciał oszukiwać innych na swoich emocjach uczył się ekspresji przed lustrem. Znał emocje od strony patrzenia, a nie czucia. Uczył się oszukiwać, a Dellian stara się grać w grę, która została mu narzucona przez społeczność. Nie ma zbyt wielu czarodziejów z jego ułomnością. Nie uczą tego w Hogwarcie jak sobie radzić w takich sytuacjach. Niewidomy chłopak nie chciał być określany bezbronnym Ptakiem. Chciał być wilkiem – symbolem zaradności życiowej, potęgą i powagą, chciał bronić siebie i po prostu być kimś, kto nie będzie wzbudzał litości. Ludzie jednak mówią, że chcieć to nie móc i tak było i w tym przypadku.

Sytuacja, w której się znalazła uświadamiała sobie, że naprawdę cholernie potrzebował w swoim życiu przewodnika, że musiał mieć przy sobie swojego gadającego kota, który będzie prowadził go po ścieżkach Londynu i odciągać od ciemnych, niebezpiecznych uliczkach. Nie potrafił być samodzielny, ale nigdy nikomu się do tego nie przyzna. To była jego myśl, jego odpowiedź, jego życie. Nie chciał taki być, ale los nie słucha ludzi, po prostu rzuca kłody i patrzy jak sobie radzą. Sauriel, przecież też miał swoje kłody, o których zapewne nie będzie skory opowiadać niewidomemu chłopcu. Nie odpowiedział na jego rozbawione słowa. Nie był w stanie zrozumieć, co go tak cholernie bawiło, ale nie miał zamiaru go wyciągać z tego stanu. Rozbawiony Sauriel był nawet uroczy, ciekawy i intrygujący.

– Panika? – zapytał z cichym parsknięciem. Nie panikował. Był najwspanialszym, najpotężniejszym, wcale nie ślepym, pokonanym przez staruszka Dellianem Potężnym Pierwszym. Oczywiście nie powie mu tego, oczywiście nie przyzna się Saurielowi, że ma takie myśli o sobie. Wyśmiałby go jeszcze bardziej, a nie chciał być wyśmiewany. Chociaż Sauriel miał naprawdę dziwnie przyjemny vibe, a Dellian za grosz instynktu przetrwania.

– Oczywiście, jesteś przecież Saurielem Samotnikiem, potężny, antyludzki Sauriel, dobrze rozumiem? – zapytał z rozbawieniem. Uwielbiał ludzi, którzy zaprzeczali własnym czynom. Bawiło go to niemiłosiernie, ale jeszcze też nie dotarło do niego to, że jeszcze parę minut temu otarł się o śmierć, bo kto wie, co w kieszeni miał ten mężczyzna. – Buntownik, który wcale nie potrzebuje ludzi, nie ma potrzeby ratowania ich, wcale nie szuka u ślepców dawnych przyjaciół. – Gadał i gadał. Lubił gadać, a słowa same leciały, nie patrzył na to, czy go mógł teraz urazić, zdenerwować, czy skrzywdzić. Dellian jednak nigdy nie mówił z takim zamiarem. Był paplą, był gadułą, miał długi język, ale nigdy nie robił tego, aby kogoś urazić, czy zdradzić.




RE: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Sauriel Rookwood - 27.07.2023

Tragedia pisana piórem zbyt długiego życia, żeby nie ciążyło na ramionach i zbyt krótkiego, żeby mówić o odejściach. Ptak, co chciał być Wilkiem. Gdyby stał się Wilkiem - och, kto to widział w tym królestwie zwierząt ślepca? Słaby, schorowany, na dnie łańcucha, gdy powinien być na jego szczycie. Sauriel nawet nie myślał o sobie jak o Wilku. Kot - to wystarczyło. Koty są miłe. Ciepłe w dotyku, mruczą i tak pięknie wyglądają. Nikt ich nie chce upolować. Większość nie chce ich krzywdzić. Chciał się stać takim kotem, którego nikt nie będzie krzywdził. Przecież wtedy sam mógłby chować ostre pazury w opuszkach. Co o tym myślisz, Ślepy Przyjacielu? Marzysz o królewskiej grzywie, kiedy bezradność zalepia twoje nogi. Donikąd nie dojdziesz, więc może warto zejść niżej? Gdzieś musiało istnieć rozwiązanie. Czarem spowodowana ślepota powinna zostać czarem pokonana. Czy nie było żadnej nadziei? A może to po prostu zbyt małe starania włożone w to, żeby być tym, kim jesteś - tylko silniejszym? Tygrys nie wzbije się do lotu. Ty mógłbyś. Nie uświadczy błogosławieństwa klarownego nieba - jeśli po niego zechcesz sięgnąć, dostaniesz je. Było wiele rzeczy, których nie mogli doświadczyć ci, których uważano za silnych. Podziwiano ich, bo stali na szczycie, albo walczyli do upadłego. Tymczasem okazywało się, że takie osoby potem też potrzebują pomocy. Że upadają tym boleśniej, im wyżej byli. To nic złego - chcieć być na szczycie. I to nic złego - mieć chore oczy. Ale to nie były słowa, które Sauriel mógł powiedzieć Dellianowi. Jeszcze nie. Nie mógł go poklepać po ramieniu, powiedzieć "pierdolisz!" i uśmiechnąć się, dając znać, że wszystko okej. Nie, jeszcze było na to za wcześnie.

Parsknięcie było dobrym sygnałem. Sygnałem do tego, że nawet jeśli było jeszcze przed chwilą źle, to chłopak wraca do siebie i nabiera animuszu. A skoro tak, to nie zamierzał go targać, o nie, co to, to nie! Nie był darmową taksówką do przenoszenia biednych chłopaczków, co sobie kuku zrobili. Bo tak, Sauriel też miał pod nogami kłody. Wilcze doły wręcz. Miał na sobie łańcuchy, które rzęziły przy każdym ruchu, a przecież Dellian mógł to bez problemu wychwycić, zwłaszcza teraz - Sauriela kroków nie było słychać. Chodził tak miarowo, tanecznie i lekko, że wydawał się płynąć po bruku, który przemierzali. A był kawałem chłopa, to pod swoimi palcami na pewno czuł. Ogrzane teraz, umięśnione ciało. Śliska, chłodna skóra, jaką na sobie miał okrywająca to wszystko. Przewodnik, którego sobie chwilowo więc wybrał Dellian był bardzo chujowy. Wybuchowy, niestabilny emocjonalnie psychopata. Ale przynajmniej jedno się zgadzało. Był Czarnym Kotem. A przecież to takiego przewodnika chciał mieć, prawda? Imię się nie zgadzało, wielkość, hm... poziom zaufania też na pewno nie. Jakże łatwo było się przekonać do kogoś, kto uratował cię przed..! Przed czym? Kradzieżą? Czymś gorszym? W zasadzie Dellian trzymał się zadziwiająco dobrze, jak na oko Sauriela, po takiej przygodzie.

Sauriel zaśmiał się gardłowo, krótko, kiedy Dellian zaczął peplać o tym, jaki to on nie jest straszny i w ogóle... tak, no bardzo wyraźnie dał do zrozumienia, jak bardzo sobie kpi z tego. No dobrze, niech kpi, przecież należał do jednej z wielu osób, które kompletnie nie zdawały sobie sprawy z tego, jak naprawdę złym "człowiekiem" był Sauriel Rookwood. Bo na co dzień potrafił być całkiem niezłym ziomkiem, z którym można podyskutować, inteligentnym, z poczuciem humoru - chujowego humoru, ale jednak!

- Zabawny z ciebie koleżka. - Zatrzymał się, ale nie, nie że bardzo gwałtownie. Tak naturalnie. I puścił Delliana, oceniając, czy stoi. To akurat już zrobił trochę bez ostrzeżenia. - Stoisz? Stoisz. - Wycenił i wcisnął mu ten plecak w łapy. - Nie powiedziałem, że nie potrzebuję ludzi. Powiedziałem, że nie lubię im pomagać. - Wyszczerzył się w uśmiechu i pokręcił sam do siebie głową, sięgając po paczkę fajek do kieszeni. - Palisz? Chcesz szluga? - No co, może palił? A może potrzebował jakoś strząsnąć z siebie resztki tych złych doznań? - Ale fakt, tu mnie masz. Brakuje mi Fergusa. I jak? Dobrze się czujesz jako opcja zastępcza? Pewnie w Hogwarcie wszystkie dzieciaki tak latały wokół was. Trochę ci powspółczuły, a potem i tak zostawałeś sam, bo ślepy to problem, którym trzeba się zająć. - Delikatny ptaszek w dłoniach... może i prowokował go ten ptaszek w żartach i na słodko, ale Sauriel, cóż, był kotem. - Nie szukam w tobie dawnego przyjaciela. Każdy jest inny. Ale jest na tym świecie coś takiego jak lojalność. Fergus też pomógłby mojemu przyjacielowi, jakby ten potrzebował pomocy. Co prawda wtedy musiałbym pewnie ich obu wyciągasz z brudu, ale tam... szczegół. - Odpalił fajkę.




RE: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Dellian Ollivander - 28.07.2023

Czy ludzie sami z siebie ofiar nie robią? Ty Saurielu chcesz się schować pod postacią uroczego, małego czarnego kota. W niektórych kulturach są symbolem pecha. Chcesz na siłę odpychać, chować się, robić z siebie złego i niedobrego, bo los zgotował tobie takie, a nie inne kłody. Kłody, których nie zwalczyłeś, a się poddałeś, wszedłeś w te buty, które ci podsunięto i po prostu popłynąłeś. Dellian za to próbował, chciał pomagać, chciał się śmiać, chciał być normalny i dobry, a nie użalać się nad sobą, że jego los jest chujowszy od twojego. Starał się dawać nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że sobie poradzi i nadal próbuje. Potyka się o te kłody, ale idzie dalej, bo zawsze w każdej sytuacji znajdzie dla siebie coś dobrego. Zegar tykał, bił i wprowadzał w ludzkie serca obawę, strach i tylko od nich zależało, czy chwycą te rzeczy i wypchną z siebie na innych, czy zwalczą je i zakopią głęboko w duszy, aby już nikt nigdy nie poczuł się w ten stłamszony sposób. Dellian nauczył się radości otoczony współczuciem, szeptami i smutkiem, słowami, że nie da rady, że prędzej czy później zginie. Nauczył się funkcjonować odgadując emocje innych. Już dawno poddał się w szukaniu lekarstwa na ślepotę, jego ojciec zapewne nadal szuka zadośćuczynienia, ale Dellian w pewnym stopniu pogodził się w swoim doświadczaniu świata. Umrzeć każdy kiedyś umrze, a czy będzie to zderzenie ze ścianą zbyt mocne, aby przeżyć, czy po prostu starość nie miało znaczenia.

Czy budowanie swojego ciała na wzór greckiego Adonisa nie było, tylko skorupą? W środku chcesz być puchatym kotkiem, a na zewnątrz tworzysz czarną panterę, która rozszarpie samym spojrzeniem. Dellian tego nie dostrzeże, jeśli pokażesz mu, że mu pomożesz on w to uwierzy. Uwierzy, że jesteś puchatym kotkiem i nie pozwoli ci być w jego towarzystwie tym drapieżnikiem, którym jesteś. Uważasz, że ludzie są niegodni twojego towarzystwa, ale stają się tacy, bo tak ich rysujesz. Te łańcuchy możesz sam zniszczyć, może je zrzucić, ale musisz chcieć, musisz przeskoczyć nad kłodami i się im nie poddawać. Dellian pomimo ciężkiego życia w czarodziejskim świecie czuł się lekki, pełny dobrych myśli. Lubił podrywać ludzi, lubił ich wprowadzać w zakłopotanie, lubił żartować ze swojej ułomności i nikt nie wmówi mu, że musi być smutny, bo jest ślepy. Spotkał w swoim życiu ogrom ślepych ludzi, ogrom osób, które nie dostrzegały otoczenia, nie czuły emocji i tego, że ktokolwiek chciałby istnieć w przestrzeni tamtych osób. Najpierw spotkał Kenzie, która nie chciała dostrzec jego zalotów, a potem Cynthie, która również nie widziała tego, że chciał uczynić ją wyjątkową, że chciał odciągnąć ją od problemów. Wszyscy widzieli w nim ofiarę, ale on nie czuł się ofiarą, nie chciał się stłamsić bardziej niż zrobił to ten durny los.

Dellian paplał tylko w sytuacjach, w których nie wiedział jak się zachować. To, że Sauriel go prowadził nie było dla niego komfortowe, ale nie mógł też narzekać, bo zapach i ciało Rookwooda zaliczało się do atrakcyjnych. Lubił ludzi dbających o siebie, chowających się za skorupą bezsensownych mięśni. Lubił ludzi pachnących i pozwalających się dotykać. Nie było tutaj żadnych podtekstów, ale sam fakt, że Sauriel, Czarny Kot, Samotnik Wszechświata, Potężny Zabijający Nadzieje Ludzkie na Lepsze Jutro pozwolił się dotknąć, pozwolił stanąć blisko był faktem zadowalającym. Dellian nie miał zamiaru sam z siebie się od niego odsuwać. Chciał zobaczyć jak długo niepomagający innym ludziom Sauriel pozwoli się wykorzystywać, pozwoli udowadniać sobie, że w sercu nadal ma iskierkę dobra, którą ktoś kiedyś pewnie będzie mógł rozniecić. Nie, nie był to Dellian, nie chciał być osobą, która będzie naprawiać Sauriela.

Czuł w tyle głowy pulsujący ból, który nie pozwalał mu myśleć, ale nie przejmował się. Bawiła go obecność Sauriela. Pomasował tył głowy, przejął swój plecak z uśmiechem, szczerym, dziecinnym, zadziornym. Wyciągnął swoją różdżkę, ale nie po to, aby atakować. Patyk magiczny wybierający sam właściciela pomagał mu w poruszaniu się, w nie wpadaniu na ściany, był kolejnym przewodnikiem.

– Stoję – odpowiedział nadal czując się rozbawiony, ale spięty gdzieś w środku. Nie chciał jednak, aby Sauriel widział, że to, co wydarzyło się jakiś czas temu wpłynęło na niego. Wróci do domu i opowie o tym kotu, powie, że się wystraszył i już nigdy nie pójdzie bez niego na spacer. – Nie rozumiem czemu nie lubisz pomagać? – zmarszczył brwi, a gdy dostał propozycję zapalenia z chęcią przyjął fajkę. Nie, nie palił. Jako nastolatek w szkole zdarzyło mu się zapalić, ale szybko odkrył, że zapach fajek nie był przyjemny, ale teraz chciał odciągnąć myśl nikotyną, śmierdzącą i nieprzyjemną. Chciał złościć się na dym fajkowy, a nie na to, że ktoś chciał wykorzystać jego słabość. Zabolało, ale uśmiech malował się na jego twarzy cały czas. Opcja zastępcza brzmiało ładnie. Nawet by się tym zadowolił, ale nie był na tyle żałosnym, aby mu o tym mówić. Tak, czasami ktoś się znalazł, tak czasami ktoś się przypałętał, aby pokazać swój altruizm w egoizmie, a potem zostawał sam. Zgadł jak mało kto. – Wiem Sauriel. Nie posądzałbym cię nigdy o bycie kimś, kto biega w pelerynie po uliczkach i ratuje ludzi w potrzebie, bo sam mi to powiedziałeś, że nie lubisz pomagać maluczkim. A co do samotności to ona jest pojęciem względnym – nie powiedział nic więcej, nie wyjaśnił mu na czym ta względność polega.




RE: [ Ulica Pokątna ] Sauriel Rookwood i Dellian Ollivander - Sauriel Rookwood - 28.07.2023

Och, oooch! To dopiero byłby dramat, tragiczne niedomówienie, tragiczna... pomyłka. Powiedzenie, że Sauriel robi z siebie ofiarę. Tak, ludzie potrafili robić z siebie ofiary. Potrafili zamiast próbować to siedzieć, płakać i już. Tyle. Bez działania, bez dalszej wizji. Widzieli tylko klapki przed oczami, a na nich wymalowali swój świat. Sauriel jednak nie zaliczał się do tych ludzi. Problemy, które go dotykały, nie były prostymi kłodami do przesunięcia. I nie były łańcuchami, które tak po prostu można zerwać. Teoria w końcu to słodka rzecz, potrafi być niepoprawnie wręcz urocza. Sauriel za to chciał czasem jak ofiara traktowany być. Żeby właśnie ktoś spojrzał, pożałował i pogłaskał po głowie. Niewiele robił w tym kierunku. Raczej na odwrót. A użalanie się nad sobą, koniec końców, miało sens tylko wtedy, jeśli potrafiłeś po strzaskaniu kolan powiedzieć sobie, co zrobiłeś źle. Nie musisz nawet tego poprawiać, nie do końca. Nie zostawiaj tylko tego bez odpowiedzi. W domysłach i pomrokach tego, co można było zrobić, czego się nie zrobiło, a jakie możliwości jeszcze prezentowało. Czasem trzeba popłakać - nawet nad samym sobą. Czy to zmieniało świat? Nie. Czy zmieniało ciebie? Ha... odpowiedź nie jest oczywista. Bo przecież przynosiło ulgę, prawda? W końcu brakowało łez i robiło się o wiele spokojniej. Jak wtedy, kiedy burza przechodziła po zachmurzonym niebie. W końcu wychodziły gwiazdy.

- Git. - Skomentował odpowiedź Delliana, że stoi. Teraz jeszcze czy mógł iść oprócz stania, hm... a idące dalej za tym pytanie: czy Sauriel miał na tyle nastroju, żeby pomóc chłopakowi dotrzeć do domu? W zasadzie... tak. Może i był niewidomy i dostał wpierdol, ale w zasadzie miał jaja. O paradoksie, Fergus był bardziej zahukany... ale Fergus wiedział, że Sauriel potrafił się odwinąć, jeśli coś mu się nie podobało. Zwłaszcza, kiedy coś mu się nie podobało i nastrój miał nie ten. - Jak jesteś dla ludzi dobry to potem oczekują od ciebie, że będziesz dobry. A ja nie chcę upierdliwych oczekiwań. - Wysunął z paczki jedną fajkę i wyciągnął ją pod rękę Delliana. Ale nie tak, żeby ją wsadzić w jego dłoń, nie. Tylko lekko szturchnął jego różdżkę dając znać, że hej - czeka! Weź sobie! Mógł być ślepy, ale rączki przecież miał, nie? Sauriel powinien być notowany za to, że zarażał niewinnych i młodych papierochami. Jakoś tak mu zostało. Sam po nie sięgał w nerwach. Teraz to już był po prostu nałóg.

- Hmph. - Uśmiechnął się mimo wszystko półgębkiem, patrząc na Delliana. Trafił. Widział, że trafił. Był teraz tak mocno sfokusowany na chłopaku, że chyba tylko bomba obok wyciągnęłaby go z tego stanu zaintrygowania, zainteresowania i dobrej zabawy. Tak, jak kot ptaszkiem, który nie mógł mu odfrunąć. Ale nie to, że był aż takim sadystą. - Naprawdę tak uważasz czy sobie wmawiasz? - Zabawna sprawa, nie spodziewałby się zobaczyć, że może coś go łączyć z... z no takim facetem. Że mogą mieć jakieś podobne poglądy na świat. Świat Sauriela był brudny, świat Delliana - czarny. Ale samotność - samotność była zawsze taka sama. - Pierdolić to, Del. Ludzi, którzy spierdalają od ciebie zanim dobrze się pojawili. - Te uśmiechy... ten uśmiech Delliana. Sauriel uważał, że to była fasada. Rodzaj fasady, której się trzymasz i nie masz odwagi jej puścić. Bo jeśli puścisz to wszystko się może zawalić. - Cho, odprowadzę cię. Ale nie ze względu na Fergusa. - Tylko ze względu na to, że w zasadzie mógł powiedzieć - polubił Dela. Po tej krótkiej rozmowie jakoś go polubił. - Przebieraj tymi swoimi nibynóżkami.