![]() |
|
[17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [17 maja 1972] Cień Williama Wachera (/showthread.php?tid=1667) Strony:
1
2
|
[17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Sauriel Rookwood - 29.07.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Gdzie leżała linia między dobrem i złem? Dobrym i złym zachowaniem? Wychowaniem? Czy zacieranie śladów nie było złe? Powinno się umożliwić działanie tym, którzy działać mogli, pomóc w sprzątaniu osobom, które miały do tego możliwości. Tak powinno być. Świat to nie stokrotka, a Sauriel może i myślał o tym, że kiedyś miał być lepszym człowiekiem, ale koniec końców chciał chronić swoją dupę. Nie był przecież złym dzieciakiem od początku - opadł w ramionach tego zła i już wciskał się w nie coraz mocniej. Jak już rozmawiali z Victorią - nie oznaczało to, że nie dało się z nich wysmyknąć. To nie były kleszcze, które zatrzymywały już na zawsze. Choć... walczenie z nimi było iście kolosalnym wysiłkiem. Zakrawający na niemożliwy do zwalczenia miał się właśnie tak - koślawo. Mimo chęci przemyślenia pewnych rzeczy (a naprawdę ruszył maszynę w swojej głowie) i tego, jak słusznie Victoria podejrzewała, że to właśnie Brenna uruchomiła tę starą i zardzewiałą machinę, nadal myślał o jednym - ratowaniu siebie nie pod względem ratowania swojej duszy. On po prostu, do kurwy nędzy, nie chciał skończyć w więzieniu. Wcześniej myślał o pokucie za swoje czyny, ale nie był gotów do tego, żeby pokutować za kratami. Więc nie, to nie był dzień na wielkie rozmowy o tym, że czas się zmienić - na lepsze. W zasadzie to był taki dzień, w którym tyłek palił mu się na tyle, że naprawdę potrzebował pomocy Victorii. I jasne, mógł ją odwiedzić w domu. Ale nie chciał z tą sprawą rozmawiać ani w swojej chałupie, ani w jej chacjendzie. Zostawał jej dom tymczasowy... powiedzmy jednak, że w tym wypadku dom to była dla niego ta uliczka. Trochę zmuszał Victorię do pofatygowania się. I w ogóle... ech, co by tu nie mówić - było to dla niego nadużycie tej znajomości. Bo ostatnie, czego chciał, to przystosowywać się do słów ojca: pomogą sobie wzajem. Ze względu na ich "pracę". Kurwa miała rację. Było to frustrujące... ale to ze względu tak naprawdę na Victorię jednocześnie chciał to zrobić najbardziej łagodnie, jak się dało. Wyszedł z Nokturnu i zatrzymał się w umówionej uliczce z Sauronem na ramieniu. Sowa, która ciągle wyglądała na groźną, wkurwioną, albo jakby miała pretensje do całego świata. Mogło być wszystko na raz. Czasami tylko robiła zadowolone minki, jakby ją popieścić. Teraz miała jednak za zadanie pracować - tak samo jak on. Zapalił fajka, opierając się o mur. To był wylot z Nokturnu, nie zapraszał Victorii w jego głąb. I prosił o jej pofatygowanie się tutaj tylko ze względu na to, że nie chciał się teraz stąd wymiksowywać. I dlatego, że nie poświęciłby tych wiadomości kartce papieru. Za łatwo było nawet o głupie wypadki i całą sumę przypadków, jaka mogła się zdarzyć w czarodziejskim świecie. RE: [17 marca 1972] Cień Williama Wachera - Victoria Lestrange - 29.07.2023 Sauriel miał szczęście, że Victoria akurat nie była w pracy na popołudnie ani na nockę, bo nic by nie było z tego jego listu, w którym wręcz prosił ją o pomoc. On. Ją. O pomoc. Coś naprawdę musiało się stać, bo do tej pory Sauriel to było męskie wydanie Zosi-samosi. Dystansował się, trzymał ją na dwa wyciągnięcia ręki i ogólnie to nie chciał jej mówić za bardzo co się dzieje. O to go nie winiła – naprawdę, potrafiła sobie połączyć pewne kropki, a z tym co powiedział jej wczoraj… No nie zdziwiła się, że ma coś do ukrycia. Coś, czego być może się wstydzi, coś co mogłoby się za nim ciągnąć jak smród po gaciach, coś, co może go tak obciążyć, że skończy w więzieniu. To nie była żadna pozytywna wizja. Ale Victoria naprawdę uważała, że zawsze może coś zmienić. Przeszłość jest z tyłu, próbuje dogonić, ciąży i ciągnie w dół? Mogło tak być. Ale można było… jeśli nie odciąć ją, to zakopać tak głęboko, by nikt jej nie znalazł – i to mu zresztą zasugerowała. Nokturn… Sauriel uprzedził ją, dzięki czemu miała trochę czasu, żeby się na tą eskapadę przygotować i przede wszystkim nie wpaść tam ubrana jak panienka z dobrego domu, ani jak przedstawiciel prawa. Musiała się teraz pilnować, bo przez Beltane stała się naprawdę rozpoznawalna. W Ministerstwie nagle każdy wiedział kim jest, jedni się gapili, inni zagadywali. W gazetach też pisali, podawali jej nazwisko, więc i zupełnie przypadkowi ludzie zaczęli rozpoznawać ją na ulicach w większych skupiskach czarodziejów – a takim z pewnością były Pokątna, Horyzontalna i Śmiertelny Nokturn… Ostatecznie postawiła na to, by ubrać się w dłuższą, bo do ziemi, suknię, taką w stylu której często chodziły czarownice. Rozpuściła włosy i nieco podrasowała makijaż, zdecydowanie mocniej podkreślając ciemnym cieniem oczy, usta również pociągnęła ciemniejszym kolorem, a nie żadną soczystą czerwienią. Kiedy szła, jej buty na obcasie stukały o bruk – nie przyspieszyła jednak, gdy wypatrzyła Sauriela, stojącego na rogu z sową. Po prostu stanęła sobie obok niego jak gdyby nigdy nic, z torebki wydobywając paczkę papierosów, również mających dopełnić jej wygląd. I zapaliła, opierając się o ścianę, kątem oka zerkając na Sauriela, ciekawa czy zacznie temat. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iR7zeIz.png[/inny avek]RE: [17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Sauriel Rookwood - 29.07.2023 Wyglądało to jak spotkanie złoczyńców. Nikt nic nie mówi, tylko cisza między nimi, cichy szum miasta, jakiś świst rury wypuszczającej dym z kotła, bo ktoś coś warzył za ścianą, albo właśnie gotował sobie mak. Ewentualnie smaczny obiadek. Tutaj zawsze lepiej było zakładać, że cienie uliczek skrywają dla ciebie coś niedobrego. I że na pewno to "coś niedobrego" dobierze się do twojej dupy, jeśli pozwolisz temu się ostać. To jednak jeszcze nie tutaj. Tutaj tylko przy odrobinie nieszczęścia wdupisz się w większe tarapaty niż chciałeś w ogóle pchając się na Nokturn. Ludzie tędy przemykali, udając albo bardzo porządnych, albo umykając przed światłami latarni, które mogłyby ich zdradzić czy rzucić na nich jakąkolwiek drobinę światła. I było coś zabawnego w tym, że to właśnie osoba pilnująca porządku i za złolami latająca zachowała się jak jeden z nich. Bo sporo spotkań Sauriela w tym miejscu tak wyglądała. Jakby nigdy nic, wymiana parę słów, przedmiotów - i każdy szedł dalej, w swoją stronę. - Nie przyniosłaś arbuza. - Zaczął, kiedy kobieta odpaliła papierosa. Prawie jak w powieści noire. Piękna kobieta wchodzi do ciemnego zaułka spotkać się z niebezpiecznym gościem. Ma dla niego informacje, których potrzebuje. Jeśli wszystko się uda, odsuną wyrok... Tak, zdecydowanie mogło to zabrzmieć jak powieść noire. Klimacik był wręcz inspirujący. Zamiast nakładać presje dawał taki przyjemny efekt rozluźnienia. Nawet jeśli sytuacja wcale nie była rozluźniająca. - William Wacher. Mężczyzna, któremu wpierdoliłem, za co Brenna mnie skuła. Nakapowałem na niego, trochę pod wpływem chwili. - Trochę... byłeś wkurwiony, więc nie miało znaczenia, JAK gość oberwie, widziałeś tylko efekt - że oberwie. Tylko że to ciągnęło za sobą konsekwencje. Taak, Sauriel bywał zdecydowanie zbyt impulsywny. Choć i tak zachowywał ostrożność. - Wiem, że Brenna gościa szuka, wysłała mi portrety. Zanim go znowu znalazłem był nalot brygadzistów na jedną z dziupli. - Robi się z tego problem, który chyba akurat Victoria rozumiała bez tłumaczenia tego. Jak wsypujesz ziomków, nawet jeśli wrogi, stajesz się konfidentem. I masz przejebane. Nie ważne, czy wróg, czy nie - nie peplasz brygadzistom ani aurorom. - A że szukałem gościa to zrobiło się niewygodne. - Dopowiedział apropo tego tematu. Może i sporo ludzi było kretynami - ale niektórzy łączyli wątki. I nagle tworzyło się małe piekiełko. - Problem w tym, że Will gotował z dwójką kolesi, Jacem i Thomasem. Podejrzewam, że twoja koleżanka nawet jeśli już nie siedzi im na ogonie, to wpadnie na ich trop. A ja nie mogę gości znaleźć. - Generalnie... to nie była fajna sytuacja. Nie. Była chujowa. Jeśli Sauriel miałby to załatwiać to... poszedłby zabić Brenne. Od tego by zaczął. Owszem, powodowałoby to komplikacje, ale cóż, przecież nie można powiedzieć, że Brenna była sympatyczką Śmierciożerców, prawda? Tak czy siak - chciał to załatwić inaczej. Delikatnie. Ale nie bardzo uważał, że był w stanie załatwić to sam. RE: [17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Victoria Lestrange - 29.07.2023 Miało to tak wyglądać – po to właśnie zadała sobie ten cały trud z ubiorem, z mocniejszym makijażem i tak dalej. Bywała na Nokturnie trochę razy, zdążyła poznać panujące tutaj zasady i zwyczaje i zwyczajnie zamierzała się dostosować, żeby nie zwracać nadmiernej uwagi. Póki co chyba się to udało, nikt się nie przyczepił, a ona w spokoju zaciągała się papierosem, rozglądając się dość leniwie po najbliższym otoczeniu. Jakby od niechcenia. Nie, nie przyniosła mu na wymianę arbuza. - Mówiłam ci, że jak chcesz arbuza to w domu – przypomniała mu i znowu delikatnie objęła filtr papierosa umalowanymi ustami, pociągnęła i za chwilę wypuściła dym. Technicznie, to nie mówiła, a jedynie mu to napisała, ale sens pozostał taki sam. Rzeczywiście – prawie jak w powieści. Tylko że ta piękna kobieta, która przyszła się spotkać z niebezpiecznym (i równie przystojnym) gościem, nie miała dla niego żadnych informacji, ni cennego przedmiotu na wymianę. Można było powiedzieć, że była dzisiaj swego rodzaju panną do towarzystwa, ale zupełnie innego, niż wynikałoby to z definicji tegoż zwrotu. - Czyli jednak ty zacząłeś – pytała go wtedy w areszcie, czy to on zaczął, nie potwierdził, ale swoje wiedziała. I miała rację, teraz miała potwierdzenie. Rozumiała jednak, że wtedy gadał inne rzeczy, żeby bardziej sobie nie zaszkodzić. - Hmm… Rozumiem że nie da rady ich przekonać, że szukają go bo był świadkiem i przypadkiem dowiedzieli się, że świadek ma swoje za uszami? – zapytała pomalutku mieląc informacje. To byłoby pierwsze, jak chciałaby zmanipulować sytuację na „swoją” korzyść, czy raczej w tym wypadku na korzyść Sauriela. Bo tak, zrozumiała problem, który się tworzył. To było to samo, dlaczego kiedy ostatnim razem gdy Sauriel obił komuś mordę by wyciągnąć informacje, i złapali kogo trzeba, to kazała mu wyjść, kiedy modyfikowała pamięć, by nie wiedzieli, że to on sypał. - Tak, jest dobra w tym co robi – przytaknęła, chwaląc swoją przyjaciółkę z czasów szkoły. Zmarszczyła na moment brwi, ponownie zaciągając się papierosem. - Ale pierwsze pytanie. Czemu go w ogóle szukałeś i sklepałeś w knajpie? – nie rozumiała powodu tego wszystkiego – a przecież musiał jakiś być, tylko w tym wszystkim Sauriel skupił się na reszcie, a początek (całkiem wygodnie) pominął. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iR7zeIz.png[/inny avek]RE: [17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Sauriel Rookwood - 29.07.2023 Dobre przywitanie. Arbuzowe. Zamiast "dzień dobry", które czasem, zdaniem Sauriela, było sztywne. Co, nie wiadomo, że życzy jej "dobry"? Nie dzień, tylko noc. Noc-dobry, jakoś takiego sformułowania nikt nie używał. A kurwa szkoda. Gdzie równouprawnienie dla wampirów? Skoro już dla różnych płciowych upodobań robili to może on powinien kiedyś pomyśleć nad marszem dla wampirów..? Kompletna abstrakcja. Takie abstrakcje były zajebiste, żeby przed samym sobą rozładowywać napięcie. Choć nie wywoływał ich celowo, one się po prostu pojawiały. Jeszcze nie dotarł do stopnia panikowania, na razie było tylko napięcie i bardziej nerwowe poszukiwanie rozwiązań problemu, jaki sam stworzył. Z pierdolonej głupoty. Przez swój zasrany temperament, który za często się objawiał. W sumie objawiał się coraz częściej. Kiedyś nie miał w szkole takich problemów. I zaraz - w szkole się zaczęły. - Jasne, że ja. Gdybym to nie był ja to nie dałbym się wsadzić do celi nawet na godzinę. - Ale tutaj nie było jak się bronić, że to nie on, bo było za dużo świadków. Natomiast bardzo uparcie spychał to na prowokacje. Na prowokacje od strony tamtego, przez aferę z trucicielstwem, że nie wiadomo w sumie, czy by kogoś nie skrzywdził... Linia obrony była szeroka. Ale pozostawał akt napaści. No z tego się nie dało wykręcić żadnym sposobem. Pewnie gdyby zresztą nie sypnął Williama to by też nie przesiedział tylko dnia z taką kaucją. Pewnie wtedy by czekała go konieczność większej rekompensaty. Czy nie byłoby warto? Ech... gdybać teraz można, stało się. Trzeba posprzątać po sobie i jakoś wyjść z tego na prostą. Bez szwanku, jeśli tylko było to możliwe. - Taką ściemę utrzymuje. Nie wszyscy to kupują. - Zwłaszcza nie ci, z którymi jednak Sauriel był na bakier. A ludzie tutaj potrafili zadziwiająco dużo wiedzieć i dużo węszyć. Z tego się jeszcze syf nie zrobił - ale mógł się zrobić. Na bardzo wielu płaszczyznach. Należało to potraktować delikatnie. Z rozwagą. - Pamiętasz jak mnie znalazłaś w uliczkach? To Will i jego koledzy próbowali mnie zajebać. Konflikt interesów. Rozumiesz. - Papierosy płonęły, dym się unosił, a ciąg przyczynowo skutkowy zaczynał nabierać rumieńców. - Poniosło mnie w knajpie. Zrobiłem błąd. Tyle. - Wiedział, że zrobił źle, ojojo, mea culpa, mogłem być mądrzejszy. Nie potrzebował teraz taki mądrości. I nie to, że akurat był pewien, że kobieta takimi zacznie sypać. Po prostu chciał dosadnie powiedzieć, że jest świadom tego, że spierdolił. I teraz, niestety, zbierał tego skutki. Ale też nie spodziewał się, że na miejscu będzie, kurwa, brygadzista! Choć może to i lepiej. Może to i lepiej... Bo może to właśnie Brenna odgrodziła go od kolejnego trupa na jego koncie. RE: [17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Victoria Lestrange - 29.07.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iR7zeIz.png[/inny avek] Lubiła przywitania, lubiła „dzień dobry”, „dobry wieczór”, „cześć, kochanie” i tak dalej. Nawet, jeśli wiedziało się, że dana osoba życzyła nam dobrze – to przypomnienie było miłe, a pewna rutyna wypracowana pomiędzy dwojgiem ludzi wprowadzała pewien spokój do umysłu i duszy – zwłaszcza, jeśli emocje miało się rozedrgane. A noc-dobry dla wampirów przecież już było: „dobra noc” na ten przykład, chociaż w głowie Victorii lepiej brzmiał ten wieczór. A poza tym to „dzień” nie musiał oznaczać okresu, w którym było jasno, bo dzień kręcił się kalendarzem i składał się na poranek, południe, popołudnie, wieczór oraz noc. - Hm, wiem – to „hm” było cichym zaśmianiem się, bo jak już wspomniałam – Victoria w zupełności zdawała sobie z tego sprawę, natomiast jako że ciągle byli na etapie poznawania się (i docierania…), to pewne potwierdzenia bardzo wiele potrafiły jej poukładać i ułatwić. - Rozumiem – przytaknęła. Utrzymywanie tej ściemy było tak właściwie kluczowe, w myśl zasady, że jeśli powtórzysz jakieś kłamstwo tysiąc razy, to stanie się one prawdą – a na pewno część osób ci uwierzy i da spokój. Zasieje ziarno niepewności w tych, którzy nie mieli twardych dowodów. O to właściwie chodziło. - Moim zdaniem nie powinieneś z tego rezygnować tak na wszelki wypadek – ofiarowała mu swoją fachową radę profesjonalisty, za jedyne zero galeonów, zero sykli i zero knutów; całkowicie pro bono. - Pamiętam – jak mogłaby zapomnieć… Raz że naćpany, dwa, że miał rany zadane ostrym narzędziem. Gdyby nie był wampirem… To całkiem możliwe, że już byłby martwy i znalazłaby tylko jego ciało. A i tak znalazła go tylko dlatego, że próbował się wtedy podnieść i narobił hałasu w zaułku. A co jeśli w ten sposób dosięgłyby go promienie słońca? O to bała się najbardziej. - Czemu nic nie powiedziałeś? Pomogłabym ci to załatwić czysto i bez późniejszych problemów – zemsta i odpłacenie za wyrządzone krzywdy – całkowicie rozumiała ten koncept i przecież nie zostawiłaby Sauriela w potrzebie. I teraz tez nie zamierzała, tym bardziej, ze tej pomocy potrzebował – żeby go z tego gówna wykaraskać z jak najmniejszą szkodą dla niego i jego imienia. Nic nie powiedziała na to, że wiedział, że skaszanił. Po prostu pociągnęła papierosa, myśląc nad tą sprawą, układając w głowie to, co jej powiedział. - Do czego teraz potrzebujesz mojej pomocy? – zapytała w końcu wprost, nie do końca pewna gdzie się umiejscowić w tej całej historii. RE: [17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Sauriel Rookwood - 29.07.2023 Małe rytuały potrafiły wypełniać dzień. Sauriel chyba je pomijał dlatego, że w jego domu to witanie się było takie puste i zazwyczaj budowało napięcie, zamiast jakkolwiek pomagać. Bo on się witał, a odpowiedzi czasem nie było - jeszcze jak był dzieckiem. I nagle przywitania się czasami stały jakieś takie... zbędne i bezsensowne. Choć nie zawsze tak do tego podchodził. W końcu zazwyczaj się z Victorią witał. Czasem jednak te powitania były jak ten tu dzisiaj. Abstrakcyjne. Nie zawierające w gruncie rzeczy żadnego powitania. Bo przecież powitaniem było to wszystko, co zostało wymienione. Jakiś początek. Wyraźne potwierdzenie, że hej, jestem! I ty też jesteś! Teraz będziemy mogli porozmawiać, o czym tylko chcesz i zrobić, na co tylko masz ochotę. Albo trzymać się wytyczonego planu, bo przecież niekoniecznie każde spotkanie musi być towarzyskie. - Jak się już powie "a" to trzeba je mówić do końca. Kłamstwo powtórzone setki razy w końcu staje się prawdą. - Sauriel nie był wielkim fanem ściem i kłamstw. Właściwie to preferował szczerość. Nie, nie, nie zrozumcie mnie źle. Nie było tak, że Sauriel promował super otwartość, że trzeba mówić o wszystkim, wychodzić ze wszystkim i w ogóle. Ale na przykład świat, gdzie nie musisz niczego ukrywać, co było takimi trupami, jakie on miał w szafie, byłby miłym miejscem. Nie dlatego, że nagle stałoby się to dobre. Dobre byłoby, gdyby trupów nie było. That's the point. Żyć tak, żeby nie kłamać. Być sobą i być fair - wobec siebie, świata i swoich bliskich. Beznadziejna utopia. Mogło się wydawać, że śmiechy hihy, porady płatne i bezpłatne. Każda porada teraz była w cenie. Nie to, że Sauriel by panikował zaraz i nie wiedział, co robić. Ale łatwo było zgubić rytm, kiedy zaczynałeś się śpieszyć, a przestrzeń się zawężała. Poza tym czasem człowiek nie wpadał na niektóre oczywistości. Zapominał się. Błądził. Miał coś przed oczami, a tego nie widział. Poradzenie sobie ze swoim towarzystwem... to Sauriel mógł zrobić. Nie zależało mu na tym, żeby go lubili. Mieli się bać. I jeśli ktoś miał inne mniemanie o tym, co się zdarzyło, cóż... Tylko że sprawa była na tyle delikatna, że mogła pokruszyć za dużo murów i poruszyć podłoża, których Sauriel ruszać nie chciał. Nie był tutaj żadnym bossem czy królem. I nie sądził, żeby to się miało zmienić. Szczególnie, że wolał słuchać, a nie wydawać polecenia. Więc tak, poprosił Victorię o pomoc. I teraz doceniał każdą. Włącznie z radami, które mogłyby się wydawać oczywiste. Był wręcz nieco skruszony, że w ogóle ją prosił. - To moja praca. Ty mnie też będziesz prosić o łapanie zbirów? - Tak. I nie. Okej, pomagał jej wcześniej, ale to była trochę inna sprawa. I jednak to był pojedynczy przypadek, kiedy się wybrali do kogoś, żeby go capnąć. Nie norma. Mogli sobie pomagać, ale to miało granice. Tak się wydawało Saurielowi. Bo to jednak była jego robota. - Pomogłabyś mi zabić człowieka? - Spojrzał Victorii w oczy. Pytanie zabrzmiało ponuro spokojnie i cicho w tej alejce. - Muszę znaleźć tamtą dwójkę, zanim znajdzie ich Brenna. Albo muszę mieć pewność, że jeśli coś z moją ksywą wyjdzie to Brenna z tym niczego nie zrobi. W którąś stronę muszę to przesunąć. - I w tym tkwił szkopuł. W czasie. Bo tak, Brenna była dobra. O tym się już przekonał. RE: [17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Victoria Lestrange - 30.07.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iR7zeIz.png[/inny avek] Każdy dom był inny. U Victorii mówiono dzień dobry. Mówiono do widzenia. Mówiono dobranoc. Wręcz tego wymagano – zwłaszcza od niej, dobrze urodzonej pannicy, nawet pomimo kłótni w domu – grzeczność musiała zostać zachowana. Czasami ją odpuszczano – jak wtedy, gdy przyszła „dobra nowina”, że ma wyjść za Rosiera. Wtedy nie umiała zachować kamiennej twarzy i życzyć miłego dnia, gdy w złości odchodziła na miękkich nogach od stołu. Ale mimo tych surowych zasad w domu – nie kojarzyło jej się to źle, zwłaszcza jeśli kierowała to do lubianych przez nią osób. - Hmm – mruknęła znowu i uśmiechnęła się, po czym zapatrzyła nieco pod skosem na Sauriela, kiedy tak opierała się o tę ścianę. A co ją tak rozbawiło? Własne myśli. - Zabawne, właśnie myślałam o tym samym – rozwinęła, by biedny mężczyzna nie musiał się domyślać, co też kobiecie chodzi właśnie po głowie i co ją tak rozbawiło. I tak by nie zgadł. Sama też wielką fanką kłamstw nie była, ale czasami… cel uświęcał środki. A priorytety Victorii wyglądały tak: bliscy > praca > inni. Sauriel przez ostatnie pół roku pomalutku awansował z „inni” do „bliscy” i tak oto… była tutaj. Victoria nie miała problemu z wykonywaniem poleceń, ale sama też była na tyle kreatywna, by móc przejąć nad czymś dowodzenie. Jednak… wdała się trochę w matkę, jednak wolała mówić, że sama kieruje się logiką, a nie czystymi zyskami – ale czyżby? W końcu niedaleko pada jabłko od jabłoni… Nietrudno było jednak zauważyć, że Tori obdarzona była jednak nieco innym zestawem cech charakteru niż Isabelle, więc i wypadało to zupełnie inaczej, nawet jeśli gdzieś tam w działaniach były zbieżne. No i… Tak, Sauriel wolał robić, a nie myśleć, wolał by mu ktoś wskazał kierunek. Ale… To już Victoria zauważyła – kiedy stawał się taki zdecydowany, władczy nawet – na brodę Mrelina, ależ jej się to podobało! By nie powiedzieć, że dostrzegała, że ją to kręci. Pojebane. - Co praca. Jestem tu prywatnie, a nie zawodowo. Mojej pracy w to nie mieszaj – Victoria bardzo to oddzielała. Stawiała jasną kreskę pomiędzy tym, co było pracą, a tym, co jej czasem prywatnym POZA nią. Wszystko co związane z Saurielem było mocno prywatne – bo inaczej musiałaby się zastanawiać, czy go jednak nie aresztować. - Pomogłabym ci tak, żebyś nie musiał tego robić – duuh, to chyba oczywiste. Zabiłaby człowieka – gdyby musiała się bronić. Zabiłaby człowieka – gdyby zagrażał komuś jej bliskiemu; może by się zawahała, może nie. Ale Victoria nie była czysta jak łza, w tej pracy nie było miejsca na aż takie sentymenty. Odpowiedziała mu tak samo: spojrzeniem w oczy. Nie żadnym wycofaniem się, nie z chęcią ucieczki – czyste, mocne spojrzenie w czarną otchłań. Ładne miał te oczy. - No dobrze… A łatwiej będzie ich znaleźć? Czy zrobić tak, że jeśli coś wypaplają, to będzie to do niczego? – nie wiedziała o jakiej skali rozmawiali, więc nie wiedziała, jak w ogóle ocenić sytuację. Czy lepiej ruszyć w poszukiwania zaginionej dwójki, ukryć ich, albo… zmodyfikować im pamięć… czy jednak lepiej podziałać od środka. - Gdzie ich do tej pory szukałeś? – zapytała po chwili. Ach, naprawdę. Jak trwoga to do… Victorii. Nie odmówiła by mu, nie w takiej sytuacji. Łatwiej byłoby to sprzątać nim nabałaganił, ale no cóż, mieli co mieli. RE: [17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Sauriel Rookwood - 30.07.2023 Tak, każdy dom jest inny. Takim sposobem każde dziecko było inne. A skoro dzieci się od siebie różniły - dorośli musieli tym bardziej. Szkoda tylko, że te różnice musiały schodzić tam, gdzie nie tworzono zdrowych relacji. Gdzie nie każde dziecko było kochane i traktowane tak, jak dziecko powinno być. Gdzie między synem i ojcem pojawiała się agresja. Gdzie między matką i córką była chłodna odległość. Agresja... ach, agresja potrafiła mieć wiele płaszczyzn. Nie musiała być tą fizyczną, żeby boleć, żeby odbijać się na psychice, żeby dobijać. Może i Victorii nikt nie bił, ale jej wspomnienie dosadnie pokazywało, że matka się nad nią znęcała. Chciała dobrze - oczywiście. Usprawiedliwianie takich zachowań było naturalne dla dziecka. Czasem tylko osoby z boku potrafiły dostrzec, co naprawdę się dzieje. I tylko one były w stanie nas uchronić, pomóc, wyciągnąć z tego. Sauriel nie wiedział, jakimi torami dokładnie potoczyło się dorastanie Victorii, ale to nic. Był pewien, że prędzej czy później się dowie. Mieli sobie tak wiele historii do opowiedzenia, tak wiele dziwnych przygód do przeżycia. Pewnie takich, które w głowie Victorii pozostaną nieprzyjemne, a Sauriel będzie je wspominać dobrze i ze śmiechem. Jak ten cmentarz. - Niestety taka prawda. Ludzie niekoniecznie chcą znać prawdę. - Bo prawda bywała bolesna. Wymagała zmierzenia się z rzeczywistością. I nie każdy chciał tego doświadczać. Łatwiej było przejść obok, minąć, albo grać... i przecież Sauriel był tego świetnym przykładem. On też nie chciał patrzeć na prawdę, bo za bardzo bolało. Samego siebie okłamywał, a nie było w końcu bardziej podatnej osoby na twoje kłamstwa niż ty sam. Między innymi dlatego nie podobało mu się, że przy tym całym zastanawianiu się musiał mierzyć się z pewnymi faktami. Może i nie jechały po jego sumieniu, ale były drażliwe. Irytujące. Rozpatrywanie konsekwencji swoich czynów i rozpisywanie ich na czynniki pierwsze. Czy dziwnym będzie, kiedy powiem, że najpierw jego mózg zaczął wyszukiwać prawa, które mogłoby go ochronić? Prawa ochrony świadków? Mizernego, bo mizernego - Ministerstwo chciało w końcu walczyć ze złem. A zdrajca tych złych nie zamieniał się automatycznie w dobrego. Kąciki ust też lekko mu drgnęły na ten komentarz Victorii. Rzadko zdarzało się, żeby ich umysł wędrował dokładnie tymi samymi torami. To najwyraźniej był jeden z takich momentów. - Jest zamieszana czy tego chcesz czy nie. Tak samo jak moja. - Mogli oddzielać swoje towarzystwo od roboty, ale robota nie oddzielała się od nich. Gdyby nie to, że pracuje w biurze aurorów to pewnie by jej nie prosił o pomoc. Taka była prawda. Gdyby nie to, że pracował z dnem społecznym to też by jej nie mieszał. Ich praca lepiła takie sytuacje. Według Sauriela mogli tutaj pozytywnie myśleć, że tak, no co po pracy to po pracy... ale na ten przykład Sauriel "był" właśnie w swojej pracy. - Wiem. Ale ja chciałem ich zajebać. - Przyznał zupełnie bez ogródek. Goście chcieli wykluczyć go. Więc chciał odpłacić się pięknym za nadobne. Więc jak było już mówione - chyba lepiej, że nie wyszło, prawda? W Victorii nie było jednak wielkiej reakcji na te słowa ani stwierdzenie. Nie dziwiło go to. Po pierwsze była aurorem. Po drugie nie była pozbawiona wskazówek. Po trzecie... po trzecie mówienie, że się chce kogoś zabić, a prawdziwy akt to w zasadzie co innego. I nie był pewien, czy to, na co teraz patrzy to Victoria, czy może jednak Viki - ale pilnująca się. Wierzył, że Viki w całej swojej okazałości. - Szukałem. Zdobyłem namiary na ich dziuplę, ale Brenna była tam pierwsza. Pewnie wydusiła to z Williama. Goście zresztą musieli wiedzieć, bo się ulotnili. Byłem tam po nalocie twojej koleżanki, ale wszystko sprzątnęli. Nie wiem, ile dokładnie wiedzą, żeby zaszkodzić. Ale Brennie chyba wystarczy rzucić jedno hasło, żeby jak pies podjęła trop. - I nie, nie użył tego obraźliwie. Rozumiał to. - A nawet jak nie, to może pójść dalej. Za daleko. Od jednego do drugiego. Ta piramida nie jest tak wysoka, jak się wydaje. - I okej, nie jest też taka łatwa do zwęszenia, bo im wyżej tym trudniej, ale nadal... było to zwyczajnie niebezpieczne. - W idealnym rozdaniu Brenna dostałaby tę dwójkę bez przydatnych informacji do smrodzenia dalej. - Tak, to byłoby idealne. Chociaż Sauriel sam rozwiązałby to tak, że tę dwójkę by... no zrobiłby dokładnie to, co chciał. Czarnowłosy zaczął opisywać Victorii, gdzie szukał i że to szukanie to trochę jak igły w stogu siana. Że jego trop właśnie urwał się teraz na tamtej dziupli, że szukał w tamtych okolicach, ale utknął. I nie ma ani pomysłu, ani pojęcia, gdzie dalej się odwrócić. Utknął. Skończyły mu się możliwości. I właśnie dlatego - potrzebował pomocy. RE: [17 maja 1972] Cień Williama Wachera - Victoria Lestrange - 30.07.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=iR7zeIz.png[/inny avek] Wiele pewnie zależało też od charakteru samego dziecka… Metody Isabelle podziałały na Victorię – może i była mometami wycofana, ale okazywało się też, że całkiem nieźle radziła sobie z obserwacją otoczenia, z tym by pomyśleć nim coś powie i zrobi – cóż, za to były w domu kary, za mówienie hop, gdy nie wiedziało się dokąd w ogóle skakać. Matka zaszczepiła w Victorii ambicję, może nawet głód wiedzy, ale te metody sprawiły na pewno jedno – ukończyła Hogwart z naprawdę wysokimi wynikami, prawie każda kariera stała przed nią otworem (no… oprócz Quidditcha, w końcu Viki bała się wysokości, ale ten sport mało ją interesował tak czy siak). Tylko jakim kosztem? Brunetka marzyła o tym, żeby w jej rodzinie, tej przyszłej, wyglądało to zupełnie inaczej. Marzyła o cieple, wsparciu… I o wielu innych rzeczach. - To jest wtedy prawda dla otoczenia, nic poza tym, ale nic więcej nie jest potrzebne – stwierdziła, nadal nieco rozbawiona. Nie chodziło o magiczną zmianę rzeczywistości, wymazania przeszłości i zmienienie jej, tylko o to, by inni nie znali prawdy. Nic więcej. Ale to dokładnie to, co było tutaj potrzebne, żeby nie można było się dokopać do prawdy. - Nie, w tej chwili nie jest – jej praca została w Biurze Aurorów i nie wzięła jej ze sobą. Mogłaby ją wmieszać, mogłaby wykorzystać swoją pozycję… Ale nie chciała tego robić z kilku powodów. Była więc tutaj jako Victoria Lestrange, a nie jako aurorka, która weszła do Limbo i przeżyła… Startowała więc jako pomoc z pozycji osoby, która nie ma wglądu w akta i raporty, kto nie może wejść do aresztu, przepytać ludzi. Nie. Musieli sobie poradzić z tym problemem w inny sposób. - Zrozumiałam to za pierwszym razem. Odpowiadałam ci tylko na pytanie, więc nie, nie pomogłabym ci w tym. Pomogłabym ci tego nie zrobić – naprawdę nie musiał jej tłumaczyć tego jak chłop krowie na rowie, nie była w ciemię bita, rozumiała aluzje i sugestie, a tamto pytanie nie pozostawiało zbyt wiele pola do zwątpienia w intencje. - Ale pomogłabym ci rozwiązać też problem – po prostu jeśli były inne wyjścia z sytuacji, to należało najpierw z nich skorzystać. Ostateczność… Jej nie dało się już cofnąć. Zazwyczaj się nie dało. A kto wie kto i jak się kiedyś przyda… - Heh, wydusiła. Sypnął po prostu, nawet się nie łudź. Chronił własną skórę i tylko to się dla niego liczyło. Proszę cię, widziała go w knajpie, był świadkiem w twojej sprawie. Wystarczyło o niego popytać, poszukać, fakty same wskakują na miejsce, typ ma swoje za uszami. I jest obszczymajtkiem – Viki uniosła nieco brwi, opowiadając historię… Pozbawioną szczegółu, że Brenna nie była pewna jak wygląda William i miała tutaj pomoc Sauriela, ale nie o to chodziło. Opowiadała mu historię jaka powinna trafić w uszy półświatka i jaka powinna pozostać jako ta „prawdziwa”. - Więc sypnął swoich kolegów. Gdyby nie chciał to by nie gadał, nikt nie bawi się tam w wyduszanie czegoś siłą, to przecież nielegalne – a jakoś… No może gdyby to była sprawa która Brennę dotyczyła bardzo personalnie, może wtedy, wteeedy olałaby zasady prawa humanitarnego – ale tutaj Victoria sama przed sobą spekulowała, bo nie miała zielonego pojęcia co zrobiłaby Brenna. Ale jakoś nie sądziła, by ta cała sytuacja była dla niej personalna i nie wyobrażała sobie, by Williama czekało jakieś specjalne traktowanie w tej sprawie. - Ale w jednym masz rację, ona nie odpuści – strzepnęła popiół z końcówki papierosa od niechcenia. - Wydaje mi się, że w tej chwili najbezpieczniej byłoby przejść ich tropem jeszcze raz. Może coś pominąłeś, może ja zobaczę coś więcej – bezczynne czekanie nie było najlepszym pomysłem, a może po drodze stanie się coś, co zupełnie zmieni bieg tej historii? |