![]() |
|
[18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 (/showthread.php?tid=1675) |
[18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Sauriel Rookwood - 30.07.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Cień osoby, którą uważał za tchórza, przysłaniał mu ostatni czas. Dłuższy czas. Szukał go - zajęło mu to dużo czasu. Kiedy go znalazł, został pokonany własną słabością. Bo jak to inaczej nazwać? A mądrzy tego świata mówili: agresji nie zwalczaj agresją... tylko że oni byli mądrzy. A Sauriel... Sauriel co najwyżej był inteligentny. Do mądrości brakowało mu chociażby dojrzałości. Bo z jednej strony dojrzał za szybko, z drugiej - chciał nadrabiać straty. Każdy mądry by powiedział, że nadrabianie tych strat w takim momencie życia nie było najlepszym pomysłem. Rozszedł się z Victorią i zajął rzeczami, którymi musiał się zająć. Mimo tego, że miał ochotę rzucić wszystko, ale to wszystko w pizdu i szukać dalej. Chuj, był już tam, ale może znalazłby nowych ludzi, z kogoś by w końcu coś wydusił. Srać już nawet na renomę. Musiał mieć pewność, a to była paranoja, że nikt go nie wsadzi za kratki z powodu jakiegoś zjeba. Tak, tchórza. I nie nazywał go tak dlatego, że go znał. Nie znał go. Miał o typie tylko pojęcie rzeczowe - to, czego się zdążył dowiedzieć, kiedy go poszukiwał. To nie była rozległa wiedza i nie było mu potrzebne wiedzieć, czy lubi czipsy paprykowe czy jednak fromage. Uważał go za to za tchórza, bo nawet nie miał jaj, żeby normalnie podjąć konflikt. Tylko musiał użyć dragów. I nawet zaćpanego człowieka zaatakować z kolegami. W kupie siła. Nie dało się ukryć, że nie. I jednocześnie nie dało się ukryć, jakim szlamem tamten gość był. Jeśli Sauriel uważał się za rynsztok, to William był poziomem dna mułów. Umówili się z Victorią o konkretnej godzinie, w konkretnym miejscu. Niedaleko po zmroku, bo najciemniej pod latarnią. Dwójka ludzi krzątających się po ulicy zwracała uwagę o wiele mniejszą niż dwójka ludzi chodzących w samym środku nocy. Co innego, kiedy ta dwójka zaczynała memrać jakieś czary... Ale first comes first. Niektóre na pewno dało się zrobić subtelnie? Na razie zamierzał Victorię, hm... oprowadzić. Pokazać jej teren, gdzie tamci działali. Może rzeczywiście zobaczy coś, czego on nie widział. Był trochę sceptyczny, ale nie dlatego, że wątpił, żeby Victoria była pod tym względem bardziej zdolna. Wątpił, że to dobry pomysł. Było dużo obaw, dużo niepewnych, a jak już zostało powiedziane, że w ogóle eliksir działa NA GODZINĘ... Ygh. Ale trudno. Przynajmniej na ten moment musiało to w zupełności wystarczyć. Spotkali się więc o wyznaczonym czasie w tym samym miejscu, co wczorajszej nocy - dla ułatwienia. Tym razem Sauriel się nawet przywitał, zanim ruszyli wgłąb Nocturnu. - Właściwie... tamto wspomnienie od babki - gdzie cię zaprowadziło? - To, że robiła interesy na Nokturnie nie dziwiło już tak bardzo. Sporo czarodziei, zwłaszcza czystej krwi, miała tam jakieś zalążki, bo zachciewało się czegoś, czego normalnymi i legalnymi sposobami nie mogli dostać. Wtedy próbowało się wszystkiego. Albo po prostu nie dziwiło go to, bo sam kręcił się wokół osób, które akurat z takich usług korzystały. To drugie chyba bardziej. RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Victoria Lestrange - 30.07.2023 Nie lubiła zmieniać twarzy. Czuła się wtedy jak intruz, jak nie ona. Całe szczęście, ze miała w domu jeszcze trochę zapasu eliksiru wielosokowego – właśnie na takie wypadki: zupełnie awaryjne. Kiedy rozdzieliła się wczoraj z Saurielem to nie udała się wcale od razu do domu, z bólem serca musiała pokręcić się po dzielnicy niemagicznej. Nie zamierzała narażać żadnego znajomego czy nieznajomego czarodzieja… wolała na tę historię przywdziać twarz jakiegoś mugola. Mugolki znaczy się – bo obawiała się, że jako facet mogłoby nie pyknąć zbyt wiele rzeczy. Zdobyła więc włos jakiejś kobiety w średnim wieku, już z pierwszymi oznakami siwizny i zmarszczkami. Ani przesadnie urodziwej, ani brzydkiej – zupełnie nijakiej według jej własnego gustu. Taka… Twarz niepodobna do nikogo. I to ten włos dodała do małego kociołka, a później obrzydliwą (to naprawdę był jednej z najobrzydliwszych eliksirów…) miksturę przełożyła do butelki i szczelnie zakorkowała, to miał być jej zapas na tę noc. Na wszelki wypadek. Dopiero przygotowana – żadnej odnzaki aurora, nic z tych rzeczy, ale różdżka, buteleczka w torebce, kilka innych eliksirów – wiggenowy, na ból i antidotum na ewentualne trucizny – wszystko to zabrała ze sobą, w torebce właśnie, ubrała się w coś podobnego jak wczoraj – ciemną, długą suknię na modłę czarownic, żadne drogie fatałaszki podkreślające urodę, nic z tych rzeczy. Wypiła pierwszą porcję mikstury – myślała, że się zerzyga, drugą myślą było, że w „tym wieku nie chciałabym tak wyglądać”, niedbale ułożyła włosy i teleportowała się na Nokturn, by już spokojnie dojść w umówione z Saurielem miejsce. - Dobry wieczór – jej głos w tym ciele był chrapliwy i zupełnie się Victorii nie podobał, co oznajmiła chmurnym spojrzeniem. - Młodzieńcze, masz może ognia? – zaczęła, a to chmurne spojrzenie miało im już chyba towarzyszyć cały wieczór. I noc. - I co zapalić? Bo swoje to zapomniałam z domu, he he. He. Khe – nawet „przeszukała” swoją torebkę, żeby pokazać, że naprawdę ich nie ma. A potem zbliżyła się do Sauriela, by znacznie ciszej powiedzieć: - Po wszystkim wisisz mi drinka. Albo dwa. A potem dała się oprowadzić po terenie, któremu przyglądała się bardzo uważnie, zastanawiając się, czy coś zostało pominięte; czy coś nie do końca pasuje do obrazka. Różdżkę miała w kieszeni sukienki, nie w torebce i kilka razy wysuwała ją, by dyskretnie machnąć i sprawdzić, czy nie było gdzieś rzucone jakieś zaklęcie maskujące. Póki co – nigdzie nic nie było. - Nigdzie – odpowiedziała, tym nieswoim głosem i strasznie ją drażniło, że nie brzmi jak ona. - Jak już tu trafiłam, to nie pamiętałam po co. Łaziłam w kółko tam i z powrotem jak jakaś szurnięta baba, bo co chwile przypominało mi się coś innego, co było zaprzeczeniem tego wcześniejszego. A ostatecznie nie mogłam sobie przypomnieć gdzie w ogóle chciałam iść na samym początku – już mu mówiła, że Nokturn… Wiedziała, że jest na dobrej ulicy, ale nie wszystko poznawała. Albo mu nie mówiła? Sama już nie była pewna… - Pamiętam taką dziwną myśl, że moich znajomych już tutaj nie ma, bo się wynieśli gdzie indziej – poza Londyn. Albo do Podziemnych Ścieżek. RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Sauriel Rookwood - 30.07.2023 Moogło byc tak, że Sauriel nie był zbyt uważny na eliksirach. Jak na wielu innych przedmiotach. Nie było to dla niego. Ta konieczność skupiania się namolnego, bo coś ci się gotuje, a tu delikatnie w lewo, tam dwa razy w prawo łychą okręć, a za mocno i cały eliksir do bani. Nie, to nie była sztuka dla niego. W dodatku, jak słusznie zauważyła już wcześniej Victoria, miał definitywny problem z roślinami. Z całą fauną i florą. Jakoś nie wchodziło mu to do głowy, często się mieszało, robił za często wielkie oczy na wszystko... nieee, to nie dla niego. Nie to, że jak się postarał, to nic mu do głowy nie wchodziło, po prostu jakoś nie miał do tego cierpliwości. No a przecież cierpliwość Sauriela to była niesamowita rzecz. Jeśli chodzi o samod ziałanie eliksiru Wielosokowego to wiedział tyle, że zmienia wygląd. I że jest niedobry. Tak STRASZNIE niedobry. Jakoś nie wyobrażał sobie nigdy Victorii w takim stylu. Kiedy mówił o zmianie wyglądu myślał o czymś takim... no jakiejś ładnej kobiecie. Przecież sama Victoria była ładną kobietą, więc tutaj nie mogło być żadnego odstępstwa. Zamiast tego zobaczył kobietę nijaką. Czyli taką, która idealnie wpasowywała się w tłum. Podstarzałą, w szarym, przysłowiowo, ubraniu. Oczywiście na początku nawet nie zwrócił na nią uwagi - no babcia jak babcia, przejdzie sobie, pójdzie dalej. To ta babcia zwróciła się do niego i to już zyskało jego atencję. Sięgnął po swoją różdżkę oraz paczkę fajek, chcąc w zasadzie naprawdę odpalić babci papierosa. Tylko że się zatrzymał w pół gestu, bo babcia wcale się nie zatrzymała, gdzie zatrzymać miała. To nie było wcale oczywiste. Że to była akurat Victoria. A tutaj trzeba było się wystrzegać każdego, kto do ciebie podchodził, niezależnie od tego, jak wyglądał. W końcu nawet Victoria była teraz wilkiem w owczej skórze. - Postawię ci wszystkie drinki, jakie będziesz chciała. - Uśmiechnął się lekko pod nosem i już spokojniej i wolnej dokończył swój gest. Czyli naprawdę wyciągnął fajki z kieszeni i otworzył, wysuwają kilka jednym gestem, żeby zaproponować ją Victorii. Niedobre, niesmaczne fajki, które drapały w gardło. Ten dym przynajmniej zabijał smród tego miejsca. Pozwalał odciąć się na moment siwizną od i tak szarych kolorów. Coś urozmaicał. Coś zmieniał. Wił się i kłębił, pozwalał myślom i nerwom rozpływać się wraz z nim. - Już mi brakuje twojej pięknej twarzyczki. - Mruknął cicho, odbijając się od ściany i leniwym krokiem sunąć w głąb tej ciemnej części miasta. - Czyli... zupełnie nic? Jakby to wszystko się zamazało? - Tak, wspomniała o tym, ale nie dopytywał w szczegółach. A teraz był ciekaw - czy widziała inne uliczki? Czy to te same i przemierzała je jako inna osoba? Czy wszystko jej się plątało? A jeśli plątało, to nadal - co dostrzegła? Czy to było w ogóle istotne na ten moment - nie. Ale mogli sobie rozmawiać, skoro i tak tuptali wszem i wobec. Było to nawet bardziej naturalne niż takie tuptanie w zupełnej ciszy. Chociaż w sumie... w tej dzielnicy to i tak prawie każdy każdego wymijał, jeśli nie posiadali konkretnych interesów. Sauriel rozglądał się ciągle na boki. Nie tak ostentacyjnie. Dyskretnie. Czy czuł się zagrożony? Nie. Czy martwił się o Viki? Tak. RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Victoria Lestrange - 30.07.2023 Powinni sobie umówić jakieś hasło, by Sauriel mógł się upewnić, ze Victoria, to właśnie Victoria, a nie jakaś baba co faktycznie zapomniała fajek, a strasznie chciało jej się palić. Ale sobie nie umówili. Rookwood był na szczęście na tyle bystry, że sobie dodał jeden i dwa, wyszło mu trzy i baba okazała się być panną Lestrange, której nagle zachciało się palić. Ostatnio… Jakoś częściej popalała. Z nerwów, bo historia z Limbo momentami nie dawała jej spać. Przyjęła od niego paskudnego papierosa i nawet machnęła do niego, żeby faktycznie jej go odpalił. A na koniec, jako taką kropkę nad i, wypuściła dym z ust prosto na niego. - To szykuj portfel – wymamrotała, tylko trochę udobruchana. Po co miałaby zmieniać twarz w jakąś piękną kobietę? Żeby Sauriel miał się na co pogapić przez tę noc? Żeby ją tym wkurwiał? Żeby zwracała na siebie uwagę? A w życiu. Zmieniała mordę, żeby się w oczy nie rzucać i żeby nikt jej nie rozpoznał, żeby i Sauriel nie zwracał nadmiernej uwagi z jakąś seksbombą przy boku – dostał więc właśnie to. Nijakość i wiek. - Uzbrój się w cierpliwość, bo sobie jeszcze trochę potęsknisz – za jej piękną twarzyczką znaczy się. Doceniasz to, co masz, kiedy to tracisz, więc teraz Sauriel mógł sobie wyobrazić sytuację, gdyby Victoria nie wyglądała jak Victoria, gdyby o siebie nie dbała, nie miała swojej figury i urody i tak dalej, i tak dalej. Może nie była w jego typie, może mu się nie podobała, ale hej! Mogło być przecież znacznie gorzej. A i ona sama już tęskniła za swoimi dłońmi, za swoim wcięciem w talii, za włosami, gładką twarzą, oczami, ustami no i przede wszystkim – za głosem. Bo ten chrapliwy… Na Matkę – okropność. - Nie, nie jakby się zamazało. Po prostu… Pamiętasz, że miałeś coś zrobić, ale nie pamiętasz gdzie. Najpierw była ta myśl, że NAPRAWDĘ musze iść, teraz, zaraz już i odebrać swoje zamówienie, bo wtopię kupę kasy, przepadnie i już ich nie odzyskam, bo wpłaciłam i nie odebrałam tego, co miałam odebrać. I jak już tu trafiłam, to miałam taką myśl, że po cholerę ja tu w ogóle idę… Wiesz… Masz w dłoni gazetę i idziesz otworzyć szafkę, żeby wyciągnąć sobie szklankę i nalać whisky i zostawiasz tam gazetę, wracasz do pokoju bez niej, potem wracasz do szafki i nie pamiętasz po co. To takie uczucie – starała mu się wyjaśnić najlepiej jak umiała ten dziwny stan. - Potem sobie przypomniałam, że miałam coś odebrać, ale zaraz przyszła myś, że pfff niewaaażne, bo już to przecież zrobiłam i w ogóle głupia ja, po co sobie głowę zawracam. Odebrałam, jest w domu, wszystko dobrze – Victoria odnosiła wrażenie, że w tym ciele… to chyba był jakiś przełącznik w jej mózgu, zachowywała się odrobinę inaczej. Jakby nie była ograniczona swoim wyglądem i reputacją, jakby nic ją nie blokowało. - No ale zaraz przyszła myśl, że nie no, w domu tego nie ma, bo ONA GO ZABRAŁA. I przypomniał mi się ten moment – skrzywiła się wyraźnie i jeśli Sauriel akurat odwrócił na nią głowę, to mógł to zobaczyć. - Czułam się jak kretynka – jakby jej naprawdę rozum odbierało. Nic dziwnego że nikt nie zaczepił jej i Brenny, skoro ona łaziła tam i z powrotem, łapała się za głowę – naprawdę musiała wyglądać jakby była wariatką, a takich tu nie brakowało. Nie przeszkadzała jej ta rozmowa, bo chociaż nie wyglądali aż tak podejrzanie – ot, idą, rozmawiają, wielkie mi rzeczy. Rolę szurniętej miała więc już przećwiczoną, w razie problemów mogła odstawić scenkę. Kusiło ją zapytać, czy daleko jeszcze. Powstrzymała się jednak. RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Sauriel Rookwood - 31.07.2023 Właśnie! Hasło! To było dokładnie to, czego im brakowało! Victoria pewnie mogła o czymś takim pomyśleć, ale może chciała zrobić mu kawał? Albo naprawdę nie pomyślała? On nie pomyślał. Wyszło jak wyszło. - Cieszy mnie to. - Odparł na tekst, że trochę za tym potęskni. I nie, nie to, że naprawdę tęsknił, bo wcale nie przeszkadzało mu jej obecne wydanie. Jak już jej powiedział - nie spoglądał na nią jak na... ekhem. Ale była ładna. Nie do końca w jego typie, ale bardzo ładna. Kobieca. Co by było, gdyby o siebie nie dbała? Gdyby była brzydkim paszczurem? Chyba nic? Owszem, na ładnych ludzi przyjemnie się patrzyło, Sauriel nie był jednak tak strasznie płaski, żeby wyceniać, czy z kimś lubi spędzać czas czy też nie pod względem jego aparycji. Charakter Victorii był taki, że ładne opakowanie było miłym dodatkiem, a nie miły charakter był ładnym dodatkiem do opakowania. CO za ot było bardzo sprytne to fakt, że z ładną babeczką by flirtował. To czyniło ładne opakowanie! Tylko że to były puste zabawy. Chyba jedyną osobą, z którą zamieniał kilka zdań więcej po flircie była Nora. A i tak nie można powiedzieć, żeby się nawet jakoś bardzo kolegowali. Lubił z nią zamienić kilka słówek - tyle. Miał jakiś taki odruch, że wymacał swój portfel i gotów był przeliczać, ile w ogóle galeonów ma i czy wystarczy, żeby napoić Victorię do syta, ale na wymacaniu się skończyło. Później to sobie przeliczy. Błyskanie tutaj pieniądzem zresztą było kuszeniem losu. Może i na Nocturnie lwia większość go kojarzyła i wiedziała, żeby schodzić mu z drogi, ale po co ryzykować? Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Podobno. Może strzeże też Diabła. - Ay, czaję. Znajome. - Prosty przykład, ale bardzo prawdziwy. Czasami się tak zdarzało chyba każdemu. Mózg się jakby wyłączał, następowało jakieś zwarcie? Nie wiedział, o co chodzi. Albo to właśnie to, że tak mocno się na czymś skupiasz, że reszta rzeczy robi się trywialna i odruchowa? Przez to, że odruchowa, to i czasem - głupia. - Brzmi to pojebanie. - Absolutne zakręcenie i zawirowanie. Zupełnie coś innego od tej wizji, którą podzielili wspólnie podczas spotkania dziewczynki z zapałkami. Bardzo bajkowo... - Normalne to to nie było. - Przyznał na to doświadczenie, że czuła się jak kretynka. Trudno czuć się geniuszem, kiedy coś ci się kompletnie pierdoli w głowie. Fajnie by było, gdyby dało się tak poprosić grzecznie o wszystkie wspomnienia na raz, żeby potem mieć święty spokój. I już. Odbębnione, zaliczone, jak w szkole. Okej, no niby tam Krukoni stawiali na rozwój, a nie że zakuj, zdaj, zapomnij... ale Sauriel stawiał jednak na 3z. Ani on nie był standardowym Krukonem, ani Victoria standardową Ślizgonką. A jednocześnie pasowali do swoich domów jak nigdzie indziej. - To ich dziupla. - Skinął głową w kierunku niepozornego, trzypiętrowego budynku stojącego teraz tuż przed nimi między tymi wąskimi alejkami. - Została przekopana od góry do dołu przez psy. - Czyli brygadzistów. Albo i aurorów. Jak dla Sauriela - jeden pies. To trochę jak podział policjanta i FBI. Ci pierwsi jeszcze okej, ale bardziej na co dzień, bardziej upierdliwi. Ci drudzy to już realny problem - i zarazem bardziej nierealny. - Obszedłem cały obszar. - A nie był ciekawy. Wąskie, bardzo wąskie uliczki, ciągnące się i łączące ze sobą kamieniczki, smród. Przy jednej ze ścian leżał gość, który był albo zbyt pijany, albo bezdomny. Ale nie był martwy - coś tam mruczał i jęczał co jakiś czas. Jego głos brzmiał jakby miał wywołać echo w tym pozornym spokoju. RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Victoria Lestrange - 31.07.2023 - Cieszy cię tęsknota? – to był ostatni tekst, jakiego by się mogła spodziewać w odpowiedzi i prawdę mówiąc nie był zbyt miły. Brzmiało to tak, jakby cieszył się, że wyglądała tak: czyli w żadnej mierze atrakcyjnie (przynajmniej według niej), jej myśli pogalopowały dalej, w te nieprzyjemne odczucia, których żadna kobieta nie chciała doświadczać, tym bardziej, że jej się nie podobało to, co przed wyjściem widziała w lustrze, a Sauriel się z tego cieszył i… Lestrange zamilkła na dłuższą chwilę, nieco oklapła, zastanawiając się co jest z nią nie tak, by w końcu westchnąć. A potem sapnąć kilka razy i znowu się zirytować – tym razem nie przez Sauriela, który nieświadomie wzbudzał w niej wiele nieproszonych uczuć. - Głupia sukienka – burknęła, po raz kolejny w ciągu drogi poprawiając materiał przy szyi i na rękach, bo tylko tam mogła to zrobić. Miała na sobie swoją sukienkę, a ciało, które teraz przyjęła zdecydowanie miało inną figurę. Kobieta była bardziej przy kości. - Jest trochę… za ciasna – poskarżyła się i ze złością obróciła rękaw ubrania, za ciasno leżący na skórze. Było jej też trochę za ciasno w ramionach i talii – no nie było to ubranie najlepiej dopasowane, ale jeśli chodziło o sprawianie pozorów to tym lepiej. Poszamotała się jeszcze chwilę z sukienką, pokręciła tułowiem, warknęła, sapnęła i się poddała. - Poszukam jakiegoś specjalisty od dusz – rzuciła w odpowiedzi, właściwie niepytana, ale uznała, że chce się podzielić tą myślą – że rozważała jego słowa i pomysł, i uznała go za dobry i coś z tym zrobi. Tak, brała uwagi Sauriela do siebie. Szok. Zmrużyła oczy, gdy zatrzymali się w jakimś zaułku i Rookwood wskazał jej cel ich wędrówki przez Nokturn. Bezdomnego zupełnie zignorowała, gdy koło niego przechodzili, a teraz upewniła się, że nie ma na nich widoku, ani że nie może ich słyszeć. - Mhm – mruknęła do siebie, oceniająco, obserwując otoczenie i wskazany budynek. - Wchodziłeś do środka? – zapytała i wyciągnęła różdżkę z kieszeni. - Zakładam, że jest tam ustawiony alarm, nie zostawiliby tego miejsca tak o bez nadzoru – albo i zostawiliby, to w końcu Nokturn. Bezdomny pod jedną ze ścian też mówił wiele o tym, kto mógł się kręcić w pobliżu i z powodu kogo mogłoby to wezwać. Wolała jednak założyć gorszy scenariusz – że jednak coś zostało tutaj rzucone. I dlatego Victoria też zamierzała rzucić zaklęcie. Machnęła ręką kilka razy, chcąc odczynić ewentualne zaklęcie – kilka razy, jeśli było silniejsze, wolała mieć pewność... Mogliby poczekać aż czar sam się wypali, ale aż tyle czasu nie mieli. I wtedy to poczuła. Rzeczywiście coś było rzucone na budynek. Nie pomyliła się. - Heh. A jednak – wymamrotała po czym wyprostowała się i wskazała ręką na budynek. - Panowie przodem – wychrypiała. I przysięgała, że następnym razem kiedy będzie musiała używać czyjejś twarzy, to upewni się, jaki ma głos. Ten wyjątkowo ją wkurwiał. RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Sauriel Rookwood - 31.07.2023 - Hee? - Wypaliła to w jego mniemaniu tak niespodziewanie, że Sauriel aż otworzył szerzej oczy ze zdziwienia i spojrzał na nią przez moment zbity z tropu. Wątek niby ciągle ten sam, ale tok rozumowania gdzieś popedałował w całkowicie innych kierunkach. Zabawne było to, jak czasem ludziom wydawało się, że to, że oni tak myślą, to każdy to odpowiednio odbierze w nadanym przekazie. A tak nie było. - Cieszy mnie to, że nie będę się martwić, że ktoś cię rozpozna. - Cieszyć... tęsknotą... nooo był w tym jakiś romantyzm, ale miał nadzieję, że tak nie pomyślała, że to był jakiś tekst na podryw, albo coś takiego... Bo przecież najbardziej doceniasz właśnie, kiedy stracisz, ale skoro wiesz, że możesz to odzyskać, to w tęsknocie zaczynało kryć się coś niezmiernie pięknego! Ale nie, to było całkowicie pragmatyczne, całkowicie przyziemne. Po prostu... cieszył się, że będzie bezpieczna i że naprawdę nie będzie się denerwował przez prasę i media. - To... ją powiększ? - Zasugerował, bo on to nie. Nie tykał się transmutacji i chociażby chciał jej pomóc to nie zamierzał. Zawsze coś z tą transmutacją spierdolił! Był absolutnym antytalenciem i już nawet profesor się nad nim ulitował i go wręcz wygonił z Hogwartu, żeby tylko nie wracał na jego zajęcia. Więc może głupi pomysł, no ale też - może... a zaraz. Czy ona nie mówiła, że też nie jest dobra w te klocki? - Albo można ją gdzieś tam... ponacinać na nitkach. - Wzruszył ramionami. A potem się przecież naprawi! Tylko tak na tymczas. Albo i wyrzuci, przecież to tylko ubrania. Super. Nie powiedział tego, ale skinął głową. Cieszyło go to, chociaż tylko troszkę. Była to ta radość za to, że Victoria naprawdę poważnie bardzo do tego podchodziła i nie lekceważyła tematu. On by pewnie lekceważył, znając siebie... a brzmiało to po prostu bardzo groźnie. Tym razem na Nocturnie się nic nie stało. A co jeśli następnym razem popędzi do jakiegoś lasu, prosto w legowisko akromantuli czy innych okropieństw? No właśnie, co wtedy? Mógł sobie żartować, że zawsze będzie za nią łaził, albo z tego, że będzie jak ten jej pies strażniczy, ale nie mógł i nie zamierzał. Victoria miała swoje życie i swoje sprawy i to szanował. Tak samo wkurwiałby się, gdyby ona nagle chciała wsadzić nos w każdą rzecz, którą robi on. Ale Sauriel miał absoilutnego pierdolca na punkcie swojej niezależności. Albo raczej tych małych częściach, które jeszcze miał. - Ay. Zaraz po napadzie twojej psiapsi. - W sumie całkiem zabawnie to brzmiało - że to brygadowcy napadają biednych i poszkodowanych dilerów, którzy przecież uczciwie pracowali i sprzedawali... eliksiry. Czy inne cuda. No co, a nie? Przecież pracowali! Musieli się natrudzić, żeby to uwarzyć, stworzyć i w ogóle. Oczywiście Sauriel nie myślał tymi kategoriami, kiedy to mówił. A po tym, jak powiedział, to nie zwrócił uwagi, bo była ona pochłonięta przez otoczenie. Nawet jeśli pozornie nic się nie działo. - Może wrócili i coś nałożyli. Nie wiem. Nikt się nie zleciał, jak tam wszedłem... właściwie jak ktoś się tam jeszcze kręcił w ostatkach - Sauriel w końcu potrafił być szalenie cichy i dyskretny, jeśli tylko chciał. Jeśli tylko się postarał. Natomiast rzeczywiście, nie pomyślał i nawet nie wpadł na to, że mogliby coś takiego zrobić... - Czemu mieliby pustą dziuplę zostawić z nadzorem? - Liczyli, że tamta dwójka wróci? Musieliby być absolutnymi kretynami! Nie wiedział, ile udało im się "spakować" i zabrać ze sobą, ile wpadło w ręce BUM, ale co za różnica? Nie wracasz na miejsce zbrodni, przecież to idiotyzm... Sauriel nie wracał. - Chcesz tam wchodzić? - Tam to akurat nie wierzył, że mogliby cokolwiek znaleźć, skoro BUM to już przeszukiwało. Ale skoro uważała, że to dobry pomysł... nie zamierzał teraz tego podważać i marudzić, pomoc to pomoc. Wzruszył lekko ramionami - i poszedł przodem. I nawet nie wszedł z drzwiami, a po ludzku - drzwiami. Obdrapana boazeria ścian, skrzypiące deski pod nogami. Było tu bardzo sucho. Pył walał się po podłodze - nienaturalny. To nie kurz, miał kilka kolorów. - To chyba resztki tego, co robili. Już niegroźne. Albo w takiej formie niegroźne. Mi nic ostatnio nie było. - Wolał to uściślić, żeby się nie denerwowała, że mogą mieć teraz halucynacje. Ostatnie, czego potrzebowała do swoich dziwnych wspomnień to jakieś narkotyczne halunki. Widać było, że miejsce zostało przetrzebione, że walały się po podłodze rzeczy, a jednocześnie półki i stoły tu poustawiane były puste. Bo to była w sumie jedna hala ze schodami prowadzącymi na górę, mimo tego, że wyglądało jak zwykłe mieszkanie z zewnątrz. Wysoki sufit podpierany topornymi kolumnami. Ślady walki też spokojnie dało się wyczytać. Skrzynie, które tu stały, tworząc momentami korytarz, były też przetrzebione. Niektóre części były poodgradzane ścianami, tworząc coś na wzór "boksów". RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Victoria Lestrange - 31.07.2023 Saurielowi dobrze się kojarzyło. Sam był beztalenciem w transmutacji, ale Victoria też nie była żadnym asem. Była całkowicie… przeciętna. Nie to, że wierzyła, że teraz spieprzy sukienkę, skurczy ją nagle czy coś w tym guście, ale ostatecznie uznała, że taka nieco za mała dopełni jej wygląd niekoniecznie zamożnej, podstarzałej czarownicy, kręcącej się po Nokturnie. Więc się męczyła. Samej sukni nie było jej szkoda, po wszystkim i tak by się jej pozbyła, tak na wszelki wypadek. W odpowiedzi wymamrotała więc mało zrozumiale do Sauriela, że wytrzyma i zostawiła ten temat, odruchowo się jeszcze kilka razy poprawiając. Wyjaśnienie Sauriela nieco ją uspokoiło, ale i tak te nieprzyjemne myśli gdzieś jej się kręciły po głowie. Lestrange była ostrożna. Nie była paranoikiem, po prostu skoro już się podjęła pomocy Saurielowi w wytropieniu dwóch typów, to zamierzała zrobić to dobrze. Nie na skróty, nie na pół gwizdka. I tak, żeby i ich w tym procederze nie złapali. Miała na to przygotowaną wymówkę w razie czego, ale miała nadzieję, że nie będzie musiała się nią wyłgać z całej tej sytuacji – nie była gotowa położyć na szali swojej reputacji. Tym niemniej dlatego wolała się kilka razy upewnić, że nie wejdzie na nich nikt nieproszony. Miała też nadzieję, że Sauriel faktycznie nie wszedł wcześniej w żadną pułapkę i po prostu puścili go dla spokoju, albo żeby zobaczyć, co zrobi… Tak czy siak – ewidentnie zaklęcie było rzucone i Victoria je rozproszyła. I dopiero wtedy zdecydowała się wejść do środka - Na wszelki wypadek chociażby – a może też podejrzewali, że nie jest pusta. Albo wiedzieli, że jest i po prostu zastawiali pułapkę. Nie planowała tego tłumaczyć Saurielowi, będzie musiał pogłówkować sam – przecież nie poda mu na tacy wszystkich metod, jakie stosowali stróże prawa, czy raczej powodów. Był bystry, zakładała, że się domyśli sam. Bardziej zdziwiona była, że jeszcze tego nie wiedział. - Tak. Chcę sama sprawdzić – może i BUM wszystko sprawdził, może coś znaleźli – może i im uda się coś znaleźć i łatwiej będzie Saurielowi połączyć niektóre fakty i wskazówki. Chodziło o to, by przekonać się na własnej skórze, zrównać się w wiedzy z BUMem, a może… wyprzedzić ich o krok. Bez zaglądania w akta sprawy. Podreptała za Saurielem, zaklęciem zamykając za nimi drzwi. Na dłoniach miała rękawiczki – tak na wszelki wypadek, bo nie wiedziała, czy jej chłód nie przebije się pomimo eliksiru wielosokowego i nie chciała nikogo zaskoczyć swoim zimnem. Dopiero gdy drzwi były zamknięte – rozejrzała się wokół, ale nim zapaliła swoją różdżkę – rzuciła zaklęcie, by światło nie było widoczne z zewnątrz. Uważnie stawiała kroki na skrzypiącej podłodze, starała się rozeznać w planie budynku, w tym jak rozrzucone były skrzynie i pudła. Podeszła nawet do jednej z nich i lekko uchyliła wieko, by zajrzeć do środka. Pusto. Kolorowy pył udający kurz i mieszający się z nim, osiadał na wszystkim i teraz kobieta spojrzała na podłogę, patrząc na ślady – ignorując te, które zostawiała z Saurielem. Zanotowała, że przy wyjściu trzeba będzie to „poprawić” by wyglądało to tak, jakby nigdy tutaj nie byli. Znowu machnęła różdżką, chcąc rozproszyć ewentualne zaklęcia, jakie były rzucone tutaj na parterze budynku. I w taki sposób, pomalutku, dostała się do schodów. Spojrzała w ich górę. Weszła nawet kilka kroków, by z wysokości spojrzeć na podłogę parteru, na te wszystkie schody, skrzynie… Czy nie układały się w jakiś pozornie przypadkowy wzór…? RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Sauriel Rookwood - 31.07.2023 Za mała sukienka brzmiała jak problem. Pomijając niewygodę samą w sobie. To jak... za małe spodnie. No cieżko jest biegać, na ten przykład. Już, och, w ogóle pomijając, że sama SUKIENKA brzmiała jak problem. Co prawda nigdy nie zakładał spódnic ani tym podobnych kreacji, ale no nie wyglądały jako coś super... do robienia fikołków. Okej, kolejna rzecz: Victoria z fikołków też nie była alfą i omegą. Sauriel rzadko zakładał spierdalanie. Głównie dlatego, że znał siebie. I za bardzo lubił się NApierdalać, żeby Spierdalać. Proste i zrozumiałe. Natomiast miał tutaj Victorię, która potrafiła o siebie zadbać i jednocześnie nie chcieli, żeby teraz ktokolwiek dowiedział się czegokolwiek więcej o ich dwójce. Jakoś ich nakrył, odkrył. Dopadł. Kiedy zaczynało się zamieszanie różnie to bywało. Sauriel się poczuwał za swoistego "bodyguarda" tej tu pani. Rola, której wręcz został nauczony, szczególnie jak formalnie powstali Śmierciożercy, nawet jeśli wtedy się o nich jeszcze nie mówiło. Więc tak, ostrożność była tutaj bardzo zalecana. Sukienka ostrożnie nie brzmiała. Za mała sukienka brzmiała jeszcze mniej ostrożnie. Czy w za małej sukience da się oddychać? Co to w ogóle za abominacja - niby nosisz sukienkę, bo luz między majtkami, a jednak nie, bo za mała..? Ja pierdole, no brzmi strasznie. Wydawało mu się jednak, że niekoniecznie Victoria chce teraz słuchać o jego rozkminach na temat sukienek. Z drugiej strony... - Ej, a jak to jest nosić sukienkę? - No mógł wytrzymać, niby mógł. Ale jednak nie mógł. To palnął. - Sukienki niby są fajne, bo masz luz, ale twoja jest za mała... - To jak to działa? Pewnie za mała tam, gdzie luzu nie było. Znaczy się - na przykład tam, gdzie się poprawiała. NO ALE NADAL! I jakie to musi być śmieszne uczucie - majda ci materiał, ale niczego na nogach niby nie masz... To tak w ramach przerwy nad myśleniem nad rzeczami ważnymi. Bo tak, oczywiście, że na to wpadnie. Ale jednocześnie nigdy dotąd się jakoś z tym nie spotkał. A przynajmniej nie tak bezpośrednio, żeby wiedzieć, że to akurat taka metoda. Przede wszystkim też nigdy wcześniej nie myślał nawet, że będzie tak blisko kłopotów z BUM. To znaczy nie, myślał. Myślał nawet o poważniejszych. O wiele poważniejszych. Mieli już nawet rozmowę o Azkabanie. Rookwood nawet tutaj nie pomyślał o zacieraniu śladów, bo wszystko było tak zadeptane, że nie dało się tutaj czytać kroków. Wszystko wydeptane, wszystko zadeptane. Poprzesuwało to... no dobrze, może nie dziesiątki dłoni, ale tak to wyglądało. Szukali w końcu wszystkiego, co tylko się dało. - Zaczekam tu. - Zaplótł ręce na klatce piersiowej, spoglądając z dołu na Victorię, kiedy ta zaczęła iść na górę. Bo myślał, że na górę chciała faktycznie iść. - Mają też piwnicę. Tak w razie czego. - Z góry dobry był widok na miejsce, w którym chyba rzeczywiście był jakiś czar ochronny, brutalnie rozwalony w trakcie całego, nazwijmy to, najazdu. Sauriel obejrzał się na zamknięte drzwi. Teren wcale nie był duży, nie był wielki, ale z uwagi na brak faktycznego podziału na pokoje i wysokość stropu był optycznie powiększony. Sięgnął po różdżkę i odruchowo do twarzy. Chcąc ją zasłonić. Ale nie. Nie miał czym. Tym razem maska go nie obowiązywała. RE: [18 maja 1972] Cień Williama Wachera cz. 2 - Victoria Lestrange - 31.07.2023 Sukienka nie była obcisłym kawałkiem materiału, który nie pozwalał ruszać nogami. W małej czarnej ciężko się biegało, to fakt, ale Victoria miała na sobie długą suknię, która w talii robiła się luźna aż do ziemi i gdyby była wystarczająco giętka, to mogłaby w niej zrobić nawet szpagat – tyle, że nie była. Przeszkadzało jej, że opinała ją ciaśniej, że właśnie – nie była wystarczająco szeroka w ramionach, tak ze była pewna, ze przy gwałtowniejszym ruchu jakiś szew pewnie pęknie z trzaskiem. Ale to nic, to nic. Nie bała się ewentualnej potyczki, była jednak wyszkolona w pojedynkach. Cholera, nie bała się stanąć twarzą w twarz z Voldemortem – a powinna. Adrenalina jednak w takich momentach robiła swoje. Tak czy siak – Sauriel nie musiał bawić się w jej obstawę, bo nie była panienką, która nie zna pracy w terenie i która zna bardziej… teoretyczne dziedziny, jak jakaś historia czy inne runy. A jak to jest być skrybą, dobrze? Nie przemknęło to co prawda przez myśli brunetki, ale brzmiało dość absurdalnie. Na tyle, że – Morgano i Merlinie – nie wiedziała co ona mu ma odpowiedzieć. No kurna, jak to jak jest nosić sukienkę… - Nooo… Normalnie. Wygodnie – odpowiedziała baaardzo inteligentnie, kiedy tak ostrożnie przechodziła przez pomieszczenie, uważnie rozglądając się za tym, gdzie stawia swoje kroki. Te skrzynie faktycznie poustawiane były tak, że robiły się z tego korytarzyki – bardzo irytujące. - Zależy od sukienki, jej kroju i przeznaczenia – zreflektowała się, kiedy już otrząsnęła się z zaskoczenia jakim było to pytanie. - Ta jest trochę za mała. Po prostu jak będę robić gwałtowniejszy ruch to się coś spruje pewnie – dodała i nie patrząc na Sauriela, kontynuowała swoje oględziny. - Musisz koniecznie spróbować na sobie, wtedy będziesz mieć pełny obraz sytuacji – ten chrapliwy głos nie był najlepiej przystosowany do sposobu, w jaki Victoria zazwyczaj żartowała, czyli śmiertelnie poważnie coś mówiła, i teraz brzmiało to trochę jakby mu groziła. I jednocześnie go trollowała. - Oddam ci połowę moich drinków, a potem… Potem się zobaczy – a potem da mu przymierzyć jakąś swoją kieckę. Nie mówiła mu tego, ale po pijaku miała naprawdę durne pomysły – póki co nie było się czym chwalić i był to też trochę powód, dla którego nie piła specjalnie dużo… ale było co opowiadać. Na przykład o tym jak z hukiem zakończyła swoją edukację w Hogwarcie. - Hmm, dobrze wiedzieć. Ale piwnica na koniec – stwierdziła, przyglądając się z góry. Tak, z tej pozycji było widać, że faktycznie stoczono tutaj jakąś walkę. Kto z kim? BUM z obecnymi tutaj osobami? A może nie BUM, może wpadli tu nabałaganić po wszystkim? Albo jeszcze później…? Nie… Był nałożony alarm, który ściągnęła. - Musiała tu być jakaś walka, nie chodzi mi o porozwalane skrzynie, ale zobacz na te ściany. Na niektórych są ślady jakby osmolenia – wskazała palcem na ścianę prostopadłą do tej, na której były drzwi. Ale nic tutaj więcej nie widziała, nic też się nie ujawniło po tym, jak próbowała rozpraszać zaklęcia. - Nic tu nie ma, chodź na górę – odwróciła się i ruszyła po schodach. Musiała też złapać kawałek materiału sukienki, żeby jej nie przydeptać i nie wyrżnąć na głupi ryj. Na górze… Nie było lepiej. Znaczy na pierwszym piętrze – a mieli do przejścia jeszcze dwa. Schemat się powtórzył, Victoria rzuciła zaklęcie rozpraszające magię, pokrążyła, popatrzyła – null. Nim ruszyła dalej, wydobyła z torebki zakorkowaną butelkę z jakimś… błotnistym czymś. - Jakby mi miało wypaść z ręki to za żadne skarby do tego nie dopuść i błagam, złap to – powiedziała do Sauriela. Ta mikstura była stokroć ważniejsza od niej w tej chwili. Wyciągnęła korek, i skrzywiła się nim jeszcze szkło dotknęło jej ust. Nie jej ust. Ale jej. Wiecie o co chodzi… Pociągnęła solidny łyk i zachwiała się, łapiąc ręką barierki. Naprawdę wyglądało to tak, jakby miała upuścić buteleczkę, bo zaraz zachwiała się i skuliła, i wydała z siebie taki odgłos, jakby miała wymiotować. Albo już właśnie wymiotowała. Nic takiego się jednak nie stało. - Naprawdę wisisz mi te drinki – powiedziała słabo. Pierwsza godzina odkąd wypiła miksturę dobiegała końca, a wolała nie ryzykować, że coś ich zaskoczy. Dopiero kiedy zakorkowana butelka wylądowała na powrót w torebce, ruszyła na drugie piętro. Tam schemat się powtórzył: zaklęcie rozpraszające – rzucone kilka razy i… Ot. Poczuła coś, od strony rogu pomieszczenia, w zupełnie niepozornym miejscu, bo nawet nie za jakąś szafą, a zupełnie na widoku. - Tu coś jest – rzuciła do Sauriela. I faktycznie było. Wydrapany w ścianie symbol, który nic jej nie mówił – i którego przed chwilą na pewno nie było. |