Secrets of London
[Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków (/showthread.php?tid=1681)

Strony: 1 2


[Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Laurent Prewett - 01.08.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett (Pierwsze koty za płoty, Ziewnięcie to bezgłośny krzyk)
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic

Wiedział doskonale jak nikt inny (no, może poza samą Florence?), żeby nie pchać się tego dnia na Pokątną. No wiedział. I co mu z tego przyszło? Siedział oklapnięty, zmizerniały i nieszczęśliwy w kuchni Florence, poobijany i z rozciętą wargą. Nie wiem, czego ludzie nie rozumieli w "tylko nie po twarzy". Wiedzieć, dostosować się, wykonać - trzy kroki. Laurent wiedział, dostosował się. Nie wykonał. Wiedział, że musi być ostrożny, bo jakiekolwiek marsze kojarzyły mu się po prostu z zamieszkami. I czasami, wiecie, człowiek ma takie przeczucie... jakby ktoś ci szeptał prosto do uszka, żebyś tego jednak nie robił. Lub wręcz przeciwnie - żebyś właśnie to zrobił. I to teraz, zaraz, bo jutro - jutro to będzie futro, jak to zabawnie mawiali. Dostosował się do tego - specjalnie popatrzył na mapy, gdzie to ten huczny marsz właśnie się odbywał i jak dostać się do miejsca docelowego tak, żeby to gówniane wydarzenie ominąć. Ha! Gówniane... Tak, gówniane w jednej części jego duszy. Bo nie chciał problemów, nie chciał, żeby stało się coś złego, bo to upierdliwe, bo musiał nagle chodzić na palcach i liczyć na to, że się w nic nie wplącze. I nawet nie to, żeby przyciągał kłopoty. Po prostu na takich wydarzeniach kłopoty same znajdowały takich jak on.  I chociaż nie lubił tego określenia, to aż chciało się tu wytknąć: chłopaczków do bicia. Więc tak, wziął na to poprawki. I niestety też nie był tka wielkim optymistą, żeby naprawdę liczyć na to, że nic się nie stanie. Ale musiał. Po prostu musiał, bo to, że marsz trwa niestety nie oznacza, że można nagle przełożyć istotne spotkanie w Ministerstwie. Bardzo istotne, bo Laurent ciągle walczył o wszystkie regulacje prawne i inne pierdoły związane ze swoim rezerwatem dopiero co w zasadzie powstałym. Więc nie, nie mógł się po prostu zaszyć w domu. Takim sposobem wykonał - z minusem. Tym, który właśnie obejmował ten "nadmierny optymizm".

Było późne popołudnie, wieczór w zasadzie. Laurent siedział przy stoliku w kuchni Florence z chudymi i bladymi dłońmi, ciągle rozedrganymi, opartymi na kubku ciepłej herbaty. Dokładnie tego potrzebował. Tego i pozbycia się bólu. Nie chciał nawet wracać do domu. Strach ciągle chodził mu po plecach, wprawiał w niepokój. Widział właśnie coś, co nie uciekało łatwo z głowy. Obraz ludzkiego zezwierzęcenia, kompletnej pierwotności w miejscu, w którym każdy chwalił się ludzkością, społeczeństwem i morałami. Dobre intencje nie miały tam znaczenia, a każdy zły ruch mógł przyczynić się do śmierci. Tak, śmierci. Okrutnej śmierci, która migotała blondynowi przed oczami i robiło mu się od tego słabo. Naprawdę sądził, że może tam umrzeć. Zadeptany pod ludzkimi kopytami. Trzymał się jak szalony brzegów, domów, murów, żeby tylko nie upaść, żeby tylko nie skończyć na bruku. Nie wstałby. Ciągle tłukło mu się po głowie, że już by więcej nie wstał.

- Dziękuję, że mnie przyjęłaś. - Odetchnął, odszukując kobietę spojrzeniem. Miał jeszcze siostrę, miał ojca, macochę. Ale, cholera, jak trwoga to do Florence. Mimo, że wcale nie była aż tyle starsza od niego, mimo tego, że w zasadzie ta różnica wieku zanikała na takim etapie, to była dla niego w sumie jak... jak matka. Traktował ją jak bardzo bliską ciotkę, z którą w sumie można konie kraść. Tylko bez kradzieży. Tak, bez kradzieży, bo to przecież niemoralne... - Wiedziałaś, że przyjdę? - Zagaił bardziej z ciekawości, albo po to, żeby w ogóle coś mówić. Już znał te paskudne sztuczki Flo (paskudne!), którymi manipulowała dzieciaczkami! Bo wiedziała, że coś się wydarzy, więc starała się albo temu zapobiec, albo szybko gotowa była leczyć skutki. Tak między żarty wkładając, rzecz jasna. Och, jakże był jej wdzięczny, że często sprawdzała, co u dzieciaków, że im pomagała... że teraz przyjęła go tutaj i gotowa była wydmuchać i wychuchać. Potrzebował tego. Pragnął tego.




RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Florence Bulstrode - 01.08.2023

To był trudny i dziwny dzień.
Florence w pobliżu Marszu znalazła się przypadkiem. Na całe szczęście jednak samo wydarzenie niejako ją ominęło – za to kolejne godziny spędziła na udzielaniu pomocy rannym, najpierw na ulicach, potem w Mungu. I wreszcie we własnej kuchni, gdy za oknami zapadły już ciemności. Pora i to, jak trudny był dzień, nie miało jednak znaczenia: nie, kiedy chodziło o rodzinę. Tę jedną naukę Florence na pewno wyciągnęła z domu – rodzina była najważniejsza, a Bulstrode miała skłonności do wciągania w tę definicję zarówno bliskiego, jak i dalszego, młodszego kuzynostwa.
- Oczywiście, że cię przyjęłam – odparła, takim tonem, jakby chciała go zganić za to, że w ogóle dziękował, bo dziękowanie dopuszczało możliwość, że mogłaby tego nie zrobić. Kręciła się teraz po kuchni: idealnie wysprzątanej i idealnie uporządkowanej. Kamienicę przy Horyzontalnej dzieliła z braćmi, ale łatwo było odgadnąć, w których pomieszczeniach królowała Florence. Tam, gdzie przemykała regularnie, wszystko musiało być ustawione jak pod linijkę i nie mógł się wkraść nawet pyłek. Sama Florence była dziś odrobinkę mniej idealna niż zazwyczaj, bo pomiędzy powrotem ze szpitala a pojawieniem się Laurenta, nie zdążyła się porządnie uczesać. A niestety, gdzieś pomiędzy marszem a przybyciem do Munga, rozplótł się jej warkocz (normalnie traktowałaby to jak coś niedopuszczalnego, tym razem jednak okoliczności były wyjątkowe). Przynajmniej zdążyła zadbać o to, aby jej szata wyglądała prawidłowo, czyli tak, jakby została pięć minut wcześniej wysuszona i uprasowana.
Prewett został na progu najpierw obejrzany ze wszystkich stron, a dopiero kiedy Bulstrode upewniła się, że się nie wykrwawia, nie ma połamanych żeber ani nie oberwał żadną paskudną klątwą, usadowiła go w kuchni, wetknęła w dłonie kubek herbaty, który chwilę wcześniej akurat przyrządziła dla siebie i zabrała za szukanie specyfików potrzebnych, by przywrócić jego anielską buzię do poprzedniego stanu.
Gdy zadał pytanie, akurat wyjęła z szafki, gdzie trzymała podstawowe eliksiry i maści (wszystkie starannie posegregowane, każdy odpowiednio opisany, a na niektórych fiolkach poza nazwą i składem dopisano także malutkimi literkami, na co powinny być stosowane) niewielkie pudełko. Otworzyła je i zwróciła na Laurenta spojrzenie jasnych, czujnych oczu – które czasem spoglądały w przyszłość, ale akurat… nie tego dnia.
– Nie. Nawet w najśmielszych snach nie podejrzewałabym, że troje moich krewnych omal nie da się dziś stratować – przyznała, po czym odsunęła sobie krzesło, siadając obok Prewetta. Bo tak, okazało się, że na Marszu znaleźli się nie tylko Atreus, którego się tam jako aurora spodziewała, ale także kuzynka Seraphina i jeszcze Laurent. Laurent! Jego nigdy by się nie spodziewała. – Pokaż tę wargę, mój drogi. Zaczniemy od niej. Będzie ci wygodniej pić tę herbatę. Co ty tam robiłeś, Laurent? Chyba nie maszerowałeś w imię łatwiejszego dostępu charłaków do Pokątnej?
W jej tonie nie było potępienia. Zdziwienia też nie, chociaż gdyby faktycznie poszedł tam z myślą o charłakach, byłaby co najmniej zdziwiona. (Jakoś jej to do niego nie pasowało. Nie pasowało zresztą do większości członków rodziny, w tym do niej. To nie tak, że nienawidziła charłaków albo szczególnie nimi pogardzała, ale nie poświęcała im do tego dnia niemal żadnych myśli.) Pytanie było zadane spokojnym, rzeczowym tonem – którym zresztą Bulstrode mówiła najczęściej.
Na pytania o to, jak to wszystko zniósł psychicznie, przyjdzie czas później – gdy już pozbędą się obrażeń fizycznych.


RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Laurent Prewett - 01.08.2023

Było mu głupio. Bardzo, bardzo głupio. Florence była jedną z bardzo, bardzo niewielu osób, przed którymi nie trzymał swojej maski wiecznego uśmiechu i zadowolenia z życia. Trzymał ją niemal przed wszystkimi. Przed matką, ojcem. Siostrą. Przy Pandorze było trudniej, częściej doskonale wiedziała, że coś jest nie tak. Ale Florence jakoś... była może jedyną osobą w jego życiu, przed którą był po prostu sobą? Przy której nie czuł, że musi się pilnować, że musi uważać na każde słowo i słuchać uważnie, bo nic poza tym mu nie zostaje. Miał tylko siłę na to, by słowa i uczucia zamieniać w broń. To było wyczerpujące. Tak samo jak dzisiejszy dzień. Więc nie poszedł do kogokolwiek innego, tylko właśnie do niej. Gdyby nie to, że Florence już go nauczyła, że kłamstwo ma krótkie nogi, to pewnie i by śpiewał bajkę, że tak naprawdę nigdy go na tym Marszu nie było. Za dużo ludzi dało się złapać w tę pułapkę. Mimo to było mu teraz głupio i czuł się źle z tym, że w ogóle tutaj przylazł, bo w sumie zważywszy na okoliczności na pewno kobieta miała bardzo wiele na głowie. Patrząc na jej stan - o wiele ZA dużo na głowie. Jak zawsze szukał gdzieś schronienia i ucieczki u kogoś, kto by go utrzymał w pionie i jak zawsze chyba za dużo myślał o sobie, zamiast też o swoim otoczeniu. Zawsze byłem takim egoistą? A może to się pojawiło z czasem, kiedy głód, by mieć więcej i więcej wzrastał i coraz bardziej fokusował się na sobie? I czy to grzech, w takim razie, a jeśli grzech, czy powinien wyjść? Florence by mu na to nie pozwoliła. Nie było w ogóle takiej opcji. Czy to więc rozpieszczenie? Zupełnie jakby to było właśnie teraz najbardziej istotne w całej tragedii, jaka miała miejsce tego dnia. Nie było. I było jednocześnie. Laurent pomyślał, że w tym czasie Florence mogłaby... pomóc na przykład komuś innemu, zamiast poświęcać czas jemu. I byłoby to szlachetne, byłoby to właściwe. Tylko że... on chciał, żeby dała mu trochę swojego czasu. Chociaż odrobinę. Potrzebował jej.

- Ach, twój ton... - Uśmiechnął się mizernie. Znał go doskonale. "Nie gadaj głupot, Laurent!" - równie dobrze mogłaby tak powiedzieć. Fakt, że to było oczywiste. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek Florence odmówiłaby mu pomocy. Naprawdę starał się jej tę dobroć wynagradzać, kiedy tylko mógł. - Widzę, że jesteś zabiegana, to nie aż takie oczywiste. - Starał się zabrzmieć całkowicie spokojnie, tak jak zawsze. Nie dlatego, żeby coś udawać, ale skupiając się na tym, żeby sobie samemu pomóc. - Byłaś tam dzisiaj? Trafiłaś na Pochód? - Nie wyglądało, żeby coś jej było, ale może doprowadziła się do porządku? Nie mógł patrzeć na te jej włosy. Bolało go aż serce, kiedy na to spoglądał i skupiał się na tym odczuciu. Na tej potrzebie, żeby jej te włosy uczesać i spleść.

Stratować... aż troje. On był trzeci? Czwarty? Jak tamci skończyli?

- Nie jestem aż takim altruistą, prawda? - Zadrgały mu kąciki warg. Takie odczucie, jakby kiedyś ktoś już to robił... Takie oglądanie twarzy. Tylko inna osoba, w innym czasie i innym miejscu. I sytuacja była zgoła inna. - Nie musisz się fatygować, prawie nic mi nie jest. - Był trochę poobijany, ale siniaki same znikną, a największą tragedią był tylko siniak przy ustach i rozcięcie. Przy jego mazgajowatości to fakt, że picie herbaty było problematyczne i bolesne. Już jednak widział, jak Florence gotowa była tu szpital otwierać. Naprawdę - jak matka do dziecka. I przy Florence czuł się dzieckiem. Czuł się bezbronny. I lubił to uczucie. - Musiałem dzisiaj pójść do Ministerstwa. Byłem tylko z boku, ale... - Ale to wystarczyło. Laurent zacisnął szczęki.




RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Florence Bulstrode - 02.08.2023

Florence była zajętą kobietą. Poświęcała swoje życie pracy i realizacji ambicji, a te były spore. Bulstrode chciała kiedyś awansować w Mungu, a najlepiej nawet za jakieś piętnaście lat wydrzeć pozycję ordynatora z rąk rodu Lestrange. Wierzyła święcie, że mogłaby uporządkować to wszystko lepiej. Chciała zostać światowej sławy klątwołamaczką – nie dla samej sławy, ale po prostu by mieć świadomość, że jest najlepsza. To pochłaniało czas, poświęcany na naukę, dodatkowe dyżury, poznawanie funkcjonowania szpitala.
Ale jednocześnie, nie traktowała oddania odrobiny tego czasu krewnym w kategoriach poświęcenia. Nie miała własnej rodziny. Nie miała męża ani dzieci i – choć kiedyś, pewnie dlatego, że przywykła do takich wzorców sądziła, że będzie inaczej – przyzwyczaiła się już do myśli, że nigdy nie będzie ich mieć. Nie miała wielu przyjaciół. Nie, nie zaliczała się do grona kompletnych odludków, ale zawsze była trochę za rzeczowa, zbyt skupiona na priorytetach, aby zostać duszą towarzystwa, a część dawnych znajomości rozpadała się, w miarę jak robili kariery i znajomi zakładali rodziny.
Można było powiedzieć, że bracia oraz wizyty krewnych, zwłaszcza tych młodszych, których kiedyś wpychano jej pod opiekę, by starsi członkowie rodziny mogli w spokoju popijać wino, przypominali Florence, że wciąż jest człowiekiem, a nie mechaniczną uzdrowicielką. Że istnieje jeszcze coś dla niej poza murami Munga.
- Zabiegana? Bardzo nie lubię poruszać się biegiem. Zbyt wiele rzeczy może wtedy ujść uwadze – poinformowała. Owszem, nie lubiła, robiła to tylko, gdy sytuacja była absolutnie ekstremalna. Nie należała do najsprawniejszych fizycznie. – Nie byłam na samym Marszu, tylko w jego pobliżu. Ja też jestem o wiele za małą altruistką, by brać w nim udział – przyznała. Tak, Laurent nie wydawał się jej dość altruistyczny, aby dołączać do protestów, ale Florence ani trochę tego nie potępiała, bo przecież jej samej nigdy nie przyszłoby coś takiego do głowy. Polityka zresztą, przynajmniej na tym etapie życia, nie interesowała Florence niemal wcale. – Udzielałam potem pomocy rannym. Mój brat pełnił służbę i był trochę poobijany.
To był ten aspekt, dzięki któremu przed „wcale” następowało „niemal”. Florence zdążyła nauczyć się, że polityka niekiedy wysyłała ludzi do szpitali, a szpital interesował ją żywo. Nawet z powodu głupich kłótni o ministra magii zdarzało się, że na szpitalnych łóżkach lądowali pacjenci. A ten marsz? To dopiero był problem.
Obrzuciła Laurenta surowym spojrzeniem, a potem sięgnęła ku jego podbródkowi, chcąc, by obrócił twarz w jej stronę. Uniosła różdżkę.
- Kiedy ostatnio sprawdzałam, to ja miałam dyplom Akademii Munga, nie ty. Pozwól, że sama to ocenię - oświadczyła stanowczo na jego zapewnienia, że nic mu nie jest. Poza tym gdyby "nic" mu nie było, nie pojawiłby się tutaj. – Nie ruszaj się przez chwilę… – mruknęła, celując w niego różdżką. Episkey i rana na wardze zaczęła się zaleczać. Przez moment zaswędziało, ale zaraz ból powoli ustępował. – Odrobina maści na palec i na ten siniak na czoło, zniknie za trzy minuty. Jakieś obrażenia pod ubraniem? – spytała, puszczając jego podbródek i podsuwając mu pudełeczko, wyjęte z szafki. – Ach. Jak zwykle, przeciwnicy charłaków i tym podobnych zapomnieli, że kiedy wypalasz zaklęcie w eter, może trafić tę jednostkę ich zdaniem godną życia – westchnęła. Czyli był tam przypadkiem. Jak pewnie wiele innych osób.


RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Laurent Prewett - 02.08.2023

Florence była zajętą kobietą. Tak. Była. Była, miała dużo obowiązków, wielkie ambicje, plany. I nie miała rodziny. Dlatego czas i miłość, jaką posiadała, wylewała na innych. Na dzieciakach, które się przypałętają. Tylko że ona miała ten dryg już dawno temu. Lata mijały, a on miał wrażenie, że chociaż we dwójkę się rozwijali, ewoluowali, tak jak każdy powinien, to między nimi nie zmieniło się nic. I zadał sobie kiedyś pytanie - powinno? Czuł się niemal tak, jakby żerował na jej dobroci. Zamiast zajmować jej głowę mógłby ją namówić na to, żeby spotkała się z jakimś przystojnym czarodziejem i zrobili sobie jakąś randkę. Tylko, hm... znając charakterek Bulstrode zaraz by petenta przegoniła, zanim ten miałby szansę poznać, jak pełną ciepła i troski jest osobą. Podziwiał Florence w chyba każdym aspekcie. Taak, wszyscy marudzili, że kobieta nadal jest niezamężna, nie brakowało słów, które słyszał, że coś z nią nie tak, ale z drugiej strony on też nie wyobrażał sobie siebie z żoną. Z dzieckiem. Czuł, że to byłaby zbrodnia przeciwko światu, żeby to ON miał się rozmnożyć. Co ta niewinna istota zrobiła, żeby trafiać na ten świat i żeby była zepsuta jego wszystkimi paskudnymi cechami? Nie. Ale Florence? Miała siłę, miała wizje przyszłości, miała jednocześnie ciepło i stanowczość. I w tym wszystkim była po prostu sobą. Ludzie ją szanowali. Podczas gdy swój zamek widział jako domek z kart, ten Florence był pięknym zamkiem Windsor. Nie było porównania.

Zaśmiał się cicho na jej powiedzenie, że nie lubi biegania. Tak, bieganie do niej nie pasowało. Szybki chód - jak najbardziej. Z tym jej mocnym spojrzeniem wbitym przed siebie, sprawiającym, że wszyscy i wszystko umykali jej z drogi! To była właśnie Florence. Ale ten śmiech szybko zamilknął, tak jak i jego uśmiech. Zatonął pod ciężkimi chmurami tego dnia.

- Nie sądzisz, że to przez takie osoby jak my nic w tym świecie się nie zmienia? - Bo on sobie zadawał to pytanie. Czy jeśli tacy jak oni, osoby jednak nie pozbawione wpływów, zajęliby się tematem, rzeczywiście wywalczyliby zmiany. Osoby, które miały jakąś władzę. Które mogły ludzi poprowadzić ku czemuś lepszemu. Gdyby tylko takie osoby nie odwracały wzroku i nie uważały, że to nie ich sprawa... Laurent miał bardzo dużo rozterek moralnych. I z jednej strony myślał, że powinien pomóc. Z drugiej był po prostu tchórzem. Z jednej strony wkurwiała go ta sytuacja, bo mu przeszkadzała. Z drugiej strony rozbrajało go współczucie. Szukał swojego złotego środka, ale nie potrafił znaleźć odpowiedzi. - Współczuję im. Jest mi ich żal. Przecież nie powinniśmy być wobec tego obojętni. - Co było prawdą? W którą stronę iść? Jak się zachować? Wiedział, że Florence ma na to odpowiedź i że nie uważała tego, że ani ona, ani on, nie byli altruistami za coś złego. On w pewnym stopniu... też nie. W pewnym. Dopóki to wszystko nie zaczynało się mieszać, bo za dużo "za" i "przeciw" przysłaniało świat. Skinął głową lekko na znak, że rozumie. Z tym szpitalem. Florence naprawdę ratowała ludziom życia. Grzecznie dał się obejrzeć bez dalszego marudzenia, jak dziecko, które zostało przez mamę upomniane. Ciężko zaprzeczyć, że tak nie było.

Jestem jednostką godną życia?

- Florence... - Zanim sama zaczęła się upewniać, czy nic go nie boli delikatnie położył długie palce na jej przedramieniu. Żeby troszkę zwolniła obrotów. Chyba działała od najwyższych od samego rana, kiedy tylko kłopoty się zaczęły. - Może bym ci uczesał włosy? - Zaproponował z tym swoim anielskim uśmiechem, przy którym wyglądał całkowicie niewinnie. I teraz to było faktycznie niewinne. Problem w tym, że doskonale sobie zdawał z tego sprawę i potrafił to niecnie wykorzystywać w życiu codziennym. Ale nie przy niej. Już nie. Już się przekonał, że na nią to nie działało. Sięgnął po maść, którą mu podawała. - Dziękuję. Gdyby nie ty mazgaiłbym się całą noc. - Zażartował, ale oboje wiedzieli, że jego próg odporności na ból był... bardzo znikomy, delikatnie ujmując. - Jeszcze chyba mam siniaka na żebrach...




RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Florence Bulstrode - 02.08.2023

- „Nic”? Czy przypadkiem nie wybieramy po prostu, co chcemy zmieniać? Zakładam, że znów byłeś w ministerstwie w sprawie magicznych stworzeń – powiedziała Florence. Teraz, gdy rana na wardze zaczęła znikać, znów podsunęła mu herbatę: gorący napój nie powinien już parzyć zmaltretowanych ust.
Bulstrode przypatrywała się mu z uwagą i pewnym namysłem. Bo Marsz Charłaków faktycznie osiągnął jeden ze swoich celów: zmusił ją i pewnie wielu innych, do tej pory niezbyt zainteresowanych losem takich osób, wolących zapominać o ich istnieniu, do rozważań.
Ale problem polegał na tym, że przemyślenia Florence mogłyby nie spodobać się jego organizatorom. Poglądy uzdrowicielki ściągały wprawdzie ku rejonom, które wielu czystokrwistym nie przypadłyby do gustu, jednak rzadko była w nich bardzo radykalna. Tak jak teraz, oscylowała gdzieś… można powiedzieć, że w okolicach centrum, trochę ściągając na lewo. Skupiała się na konkretnych rzeczach. Nie czuła potrzeby zbawiania całego świata. I doskonale znała swoje miejsce w życiu oraz otaczającej ją rzeczywistości.
– Też im współczuję. Im i ich rodzinom. Narodziny charłaka to tragedia, bo nigdy nie będzie w pełni należał ani do świata swoich rodziców, ani do świata mugoli, skoro wie, co kryje się za zasłoną – powiedziała z powagą. – Ale co mielibyśmy zrobić w tym braku obojętności, mój drogi? Zadbać o to, aby łatwiej było im wejść na Pokątną, gdzie znajdą różdżki, z których i tak nie skorzystają, składniki do eliksirów, których przyrządzanie wymaga niemal zawsze zaklęcia, magiczne przedmioty, których nie potrafiliby ukryć przed mugolami? Jeśli czarodzieje zaczęliby palić charłaków na stosach, maszerowałabym w ich obronie, ale nikt nie da im tego, czego pragną teraz.
Bo pragnęli czuć się u siebie w świecie magii, a jej nie posiadali. W oczach Florence nie mieli szans się tu odnaleźć. Było to straszne: straszne dorastać do pewnego wieku, czekając na pierwszą różdżkę, na Hogwart, obcować z magią na każdym kroku… a potem nagle odkryć, że żadnego listu nie będzie, żadnej różdżki, żadnej wymarzonej pracy. I wtedy mieli już tylko dwie ścieżki. Zawsze polegać na swojej rodzinie albo spróbować ułożyć sobie życie tam, w mugolskim świecie.
Zasługiwali na życie.
Ale tutaj nie mogli się odnaleźć. Przynajmniej jej zdaniem.
A czy zasługiwał na nie Prewett? Oczywiście. Pomijając już, że Florence chyba bardzo niewielu osobom byłaby skłonna tego prawa odmawiać, to on dla niej zawsze miał pozostać wrażliwym chłopcem, skrzywdzonym przez los, czasem trochę złośliwym, trochę nadmiernie chętnym do manipulacji, ale inteligentnym i obdarzonym dobrym sercem. A podobno to ono było najważniejsze.
Jej oczy rozszerzyły się nieco z zaskoczenia, kiedy Laurent nagle spytał, czy może ją uczesać, a potem uśmiechnęła się mimowolnie. Kuzyn wciąż potrafił czasem zaskoczyć Florence – a niekiedy, niby zrzędliwa starsza pani, którą jeszcze się nie stała, sądziła, że już nikt nie zaskoczy jej niczym. Nie doszukiwała się tym razem żadnych podstępów i też dlatego nie próbowała nawet szukać w jego intencjach i planach jakichś niecnych poczynań.
– Wyglądam aż tak źle? – spytała żartobliwie, chociaż ta nieidealna fryzura drażniła ją trochę, bo Bulstrode miała nadmierne skłonności do perfekcjonizmu. – Możesz, ale najpierw pokaż te żebra – zarządziła, znów unosząc różdżkę, by znów wycelować ją w niego, wyszeptać zaklęcie, a jeżeli siniak byłby za wielki, aby to wystarczyło – zarządzić i tutaj aplikację maści.


RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Laurent Prewett - 03.08.2023

Nie wiedział, co jest z nim nie tak. Dostawał przecież wystarczająco miłości ze wszystkich stron, żeby nie móc mówić, że miał "trudne dorastanie". Miał kochającą rodzinę, mimo wszystko, Florence, znajomości, które przecież budowane były na czymś pozytywnym. A mimo to nigdy nie był naprawdę szczęśliwy. Och, no może w momencie, w którym naprawdę zakupił ten teren i pozyskał zgodę na utworzenie tam rezerwatu dla magicznych stworzeń. Trochę przesada z tym "nigdy", to przecież bardzo mocne słowo. Mimo to czuł się niepełny. Wybrakowany. I nie wiedział, dlaczego. Kiedy był dzieciakiem paliło się w nim chociaż pragnienie, żeby stać się kimś, żeby coś osiągnąć. Dorósł, dojrzał, stał się kimś. Uczucie się wypaliło i nie pozostawiło po sobie satysfakcji. Pozostawiło po sobie pustkę. Gorzki smak popiołu. Rozumiał, co chciała Florence tutaj zasugerować. Brzmiało to po prostu jak dodawanie sobie... dodawanie sobie w sumie plusików do rachunku sumienia. Że niby był lepszy, niż sam o sobie myślał. A on myślał, że to dodawanie było sztuczne. Przykrywka na własne oczy, bo koniec końców - czy nie robił tego najpierw po to, żeby sprostać oczekiwaniom rodziców, a potem z czystego egoizmu i wyrwania się z rodziny?

- Wiesz, jakie jest dopinanie formalności z Ministerstwem... Ciągnie się latami, mam nadzieję, że wyrobią się, zanim posiwieje. - Zażartował delikatnie, choć było w tym ziarno prawdy. Albo masz farta i przyklepią szybko, albo ktoś znajdzie jakiś kruczek, a do kruczka kruczek, albo masz jakąś, nie dajcie bogowie, nietypową prośbę i uniwersum całe wybuchało. Niestety. - Będę się pocieszał teraz za każdym razem, że zająłem się kilkoma zwierzątkami jak przyjdą mi niemądre myśli do głowy. - Doceniał, chciał słyszeć coś, co do niego trafi, co mu pomoże przekonać samego siebie, że wcale nie jest taki zły, za jakiego się uważał. Dość pokrętne, prawda? Dość... puste wręcz, ktoś by powiedział. A Laurent chował pod maską szarmancji i dumy cały dwór kompleksów i niepewności.

Laurent aż się wzdrygnął, kiedy Florence to powiedziała i niezwykłe, błękitne oczy były jak fale morskie, na które spadł deszcz. Smutne. I znów położył bat na własnych plecach, bo on tak przeżywał i tak go bolały docinki, że nie jest czystej krwi, że jest brudny, ale miał magię. Nawet trochę więcej niż przeciętny czarodziej ze swoim głosem stworzonym do śpiewu. Tymczasem mógł się urodzić dosłownie "wybrakowany". Bez magii jakiejkolwiek. Widział to, czuł to i przeżywał to. Każdego tego charłaka, którego świat całkowicie został zniszczony i zawalony. Wstrząsnęło nim to jeszcze bardziej, kiedy zostało przed nim wyraźnie wymalowane - czerwoną farbą na białej kartce, jak znak ostrzegawczy "nie marudź, mogło być gorzej". I jako tragedia dla tych, którzy nie dość, że tak mało mieli to jeszcze nie mogli ubiegać się o więcej. Zacisnął mocniej palce na moment na herbacie podsuniętej przez ciotkę, zanim ją puścił, żeby ściągnąć z siebie sweter i zaprezentować paskudnego, dużego siniaka na żebrach. Żebrach, które można było policzyć, bo Laurent zaczął tracić na wadze ostatnimi czasy, mimo że zawsze był szczupły.

- Gdybym usiadł i powiedział, że niczego nie mogę z tym zrobić, takie są prawidła życia, a potem uwierzył we własne słowa poczułbym się lepiej. Tak jak z wieloma innymi sprawami. Staram się sobie takie zdanie powtarzać. Potem się potykam, a ten ładny obrus złożony z "nic nie mogę z tym zrobić" spada i pokazuje mi znów, co było pod spodem. Naprawdę nie mogę z tym niczego zrobić? Czy może nie chcę, dla własnej wygody? Gdzie leży granica w tym, co mogę, a obrzydliwym, ludzkim egoizmem? Egoizmem, który jest taki zdrowy. - Umysł Laurenta był taki sam, jak jego oczy - jak morze. Gdyby tylko był bardziej otwarty do ludzi to pewnie niejeden byłby zadziwiony, jak głęboko zwiedzał świat ludzkiej natury i jakie wnioski wysnuwał i wyciągał. Jak uważnie przypatrywał się ludziom i jak układał ich jak puzzle, rozkładając na części pierwsze, by potem ich układać. - Ale masz rację. Nie przywrócimy charłakom magii. Nigdy nie będą nigdzie pasować. - Może poruszało go to tak dlatego, że sam miał ciągle to poczucie. Że nie do końca pasował do czarodziei. I nie do końca pasował do morskich czeluści. Ale to byłoby wręcz wstydliwe porównywać te dwie sytuacje, bo on chociaż mógł podróżować swobodnie po obu światach. Charłaki - nie. - Dziękuję ci pięknie. - Powiedział wdzięcznie, kiedy przyniosła i ulgę jego brzuchowi.




RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Florence Bulstrode - 03.08.2023

Florence nie była magipsychiatrą, ale na Akademii Munga miała pewne podstawowe zajęcia. Poza tym napatrzyła się na swoje młodsze kuzynostwo, na braci, na pacjentów. Spoglądała na nich, na to co robili, a czasem i na to, co planowali. I na tej podstawie zapewne powiedziałaby, że z Laurentem nic nie było „nie tak”. Miał za to pewne problemy. Wynikające z chęci zaimponowania ojcu, udowodnienia, że jest dostatecznie dobrym Prewettem. Być może pewien kompleks niższości wobec siostry – ta mogła być uroczą kobietą, mogła go kochać i on mógł kochać ją. Ale wciąż, była tą „prawowitą” córką, a gdy Florence na nią spoglądała, czasem miała wrażenie, że wszystko przychodzi jej z taką łatwością, gdy Laurent pewnie czuł, że o wszystko musi walczyć. Dodać do tego wspomnienie śmierci matki, ambiwalentne stosunki z macochą, a kto wie, czy w tej blond czuprynie nie mieszkały jakieś myśli związane z tym, że zrodził się ze związku selkie i człowieka?
Jej zdaniem wystarczało to, aby odnalezienie się niekoniecznie było proste. Nawet jeżeli nie rozumiała tego w pełni, bo akurat ona z określeniem swojego miejsca nigdy nie miała problemów.
– Jestem pewna, że nawet jeśli nie zmieniłeś w ten sposób całego świata, zmieniłeś świat dla nich – powiedziała po prostu.
Zmarszczyła lekko brwi na widok żeber Laurenta. Nie podobał się jej ani ten siniak – czy tego chłopaka omal nie zadeptano? Zimno się jej robiło na samą myśl… - ani to, że wyraźnie schudł. A nigdy nie był przy kości.
Chyba zamiast tej herbaty, powinna przygotować mu kolację.
– Jeżeli cię to dręczy, jesteś dużo lepszą osobą ode mnie, mój drogi – stwierdziła, bo sama owszem, współczuła im, rozumiała ich tragedię, ale na pewno nie spędzała jej snu z powiek myśl o tym, że nie może zmienić ich losu. – Nie zdołasz zbawić wszystkich. Nikt nie zdoła. Jeśli czujesz, że robisz za mało, wybierz jeden cel i skup się na nim. Inaczej będziesz tylko niepotrzebnie się zadręczał – poradziła. Czy była to dobra rada? Może nie. Florence jednak szczerze wierzyła, że ma rację (inna sprawa, że Bulstrode ogółem przywykła uważać, że ma rację, nawet w tych sytuacjach, gdy absolutnie jej nie miała, ot należała do uparciuchów).
Uśmiechnęła się z odrobiną zadowolenia, kiedy siniak zaczął blednąć.
– Masz może ochotę coś zjeść? – zaproponowała, opuszczając różdżkę. Wprawdzie sama była wgetarianką, ale miała całkiem smaczną sałatkę, trochę jajek, obrzuconych specjalnym zaklęciem wychładzającym, by przypadkiem się nie zepsuły, a gdyby Laurent domagał się mięsa, to i to znalazłoby się przy Horyzontalnej. W końcu jej bracia nie byli zbyt chętni do jedzenia wyłącznie zieleniny. – A może wolisz mi powiedzieć, co spotkało cię na marszu? – spytała, przekrzywiając lekko głowę i obserwując z uwagą. Ale nie, nie zamierzała nalegać, jeżeli młody Prewett uznał, że jednak woli o tym nie mówić. Florence obawiała się jednak, że mogło nie chodzić tylko o to, że ktoś go przewrócił czy uderzył uciekając. Czy zobaczył tam coś, co tak nim wstrząsnęło, że zdawał się obwiniać za wszystkie nieszczęścia, jakie spadały na charłaków?


RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Laurent Prewett - 03.08.2023

Ludzie marudzący i nadmiernie płaczący nie byli lubiani. Koniec i kropka. Takie nauki wyniósł i nie sądził, żeby to się magicznie zmieniło. Dlatego starał się nie narzekać za dużo, trzymać uśmiech i grać swoją rolę bystrego biznesmana. Takowi przecież nie mieli ani czasu ani pieniędzy na jakieś marne załamania. Przed bliskimi jednak to zupełnie inna sprawa. A może konkretniej przed samą Florence? Osoby, która tak - może i nie była magipsychiatrą, ale za to miała dużo sił i poukładany świat, na którym Laurent starał się opierać jak na żadnym innym. Z jej słów tworzył stelaże swojej rzeczywistości. Była jak stolarz, u którego zamawiasz dobre regały, żeby udźwignęły wszystkie księgi, jakie tylko na nim zamieścisz. Laurent może i nie pisał za wiele na papierze, ale na pewno pisał we własnych myślach. I nie rozumiał jednego - skąd ona sama brała siłę? Swoją mądrość? Jak już było mówione - mijały lata, a on miał wrażenie, że Florence była tak samo mądra te 10 lat temu co jest teraz. A to przecież niemożliwe. Dla niego szczególnie rozbijające posady mózgu, bo 10 lat temu to on był kompletnym szczylem, który nieufnie przypatrywał się wszystkiemu i mały mózg pracował, jak tu dostać to, czego chciał bezwysiłkowo. To znaczy - wysilając się, ale mózgiem. Czymś przecież musiał nadrabiać swoją wspaniałą tężyznę fizyczną. Skąd więc siły miała, a skąd - nie wiadomo. Chociaż też, jak każdy, miała prawo do słabszych i bardziej mizernych dni to nawet taki jak ten jej nie pokonał. Mogłaby usiąść, odpocząć. Naprawdę by mogła.

Uśmiechnął się rozbrajająco ciepło, zaraźliwie wręcz ciepło. Jak malutkie słoneczko, albo płomień w kominku, do którego można dostawić dłonie. Wdzięczność. Kochał tę kobietę. I nigdy nie miał pomysłu, co mógłby jej dać. Przeróżne rzeczy przychodziły mu do głowy, od tych najbardziej chorych, o których lepiej nie wspominać, poprzez ciężkie wzdychanie w sklepie z eliksirami, że może jej pomóc uzupełnić po prostu zasoby, aż do patrzenia, czy nie przydałby jej się nowy szalik, żeby nie zmarzła w zimie. I starał się jej czasami robić te małe przyjemności. Ale takie, które naprawdę coś znaczyły. Które nie były kupnem kolejnego porcelanowego słonika, którego i tak się nie lubiło, ale ktoś nie miał pomysłu na prezent to wziął bo wydawało się w miarę ładne. Taki prezent-byle-jak.

Wydawało się oczywiste, że powinien wiedzieć, że jednak zmienił życie paru osobom. Że pomógł magicznym istotom. Ale dopóki Laurentowi nie pokazało się takich rzeczy palcem, to jakby były wielkim sekretem wszechświata. No nie istniały, bo był za głupi, na ich pojęcie i zauważenie. Najpierw w ogóle zauważenie, co dopiero o pojmowaniu mowa.

- To ty składasz na co dzień ludzi w jeden kawałek, niezależnie, co sobie zrobią. - Kto tutaj zmieniał czyjś świat? A samo myślenie... tak, to prawda, że to, jak człowiek myśli, może zmieniać postrzeganie świata, definiować do pewnego stopnia moralność. Do bardzo dużego. Ale tutaj by mógł zaprzeczać wszystkimi nogami. Florence była przecież najlepsza! Co za bzdura mówić inaczej. - Dziękuję. I przepraszam, że ci tym w ogóle zaprzątam głowę, wprowadzam niepotrzebnie negatywną atmosferę. Czasem wystarczy po prostu kilka twoich słów i od razu mi lepiej. - I nie przesadzał tutaj. Może i nie rozwiązywało to pełni problemu, nie wywracało do góry nogami jego świata, ale było jak ładowanie baterii. Przede wszystkim również - uspakajało go. Przeganiało te chmury, z których padał deszcz. - Staram się. Mam ochotę włożyć dłonie w jeszcze inne rzeczy, ale organizowanie całego New Forest spędza mi sen z powiek, chyba zabrakłoby mi na razie doby na coś więcej. - I nawet on sam wiedział, że to nie była po prostu wymówka. Sam przed samym sobą. Przecież nie był wariatem, żeby nie wiedzieć, że potrzebował też czas, żeby odpocząć. Jak każdy człowiek.

- Mam. - Nie odpowiedział od razu, chwilę się zastanowił, przyglądając Florence, chcąc wybadać, czy powinien jeszcze zajmować jej czas. - Ale dopiero jak ci uczeszę włosy. - Oderwał wzrok od swojej skóry, której kolor wrócił do normalnego i włożył na siebie sweter z powrotem. Wyciągnął dłonie do Florence i poruszył sugestywnie palcami, meldując, że czas na grzebień. I nie, brak mięsa nie była dla niego żadnym problemem. Na moment osowiał i zamyślił się głęboko na pytanie o marsz, odłączając się od kuchni. To były jedne z takich obrazów, które chyba zostają z tobą do końca życia. Albo tylko teraz mu się tak wydawało? Przez świeżość tego wydarzenia? - Skoro tam byłaś... to chyba widziałaś? - Tylko ile? - Ci wszyscy ludzie tam... - Laurent aż się wzdrygnął. - Zadeptali człowieka. Zadeptali człowieka żywcem. Nikt nie pytał, czy jest charłakiem czy czarodziejem. Wrzeszczeli i biegli jak spłoszone stado buchorożców. Szarpali się, żeby tylko dostać się do przodu. Kobiety, dzieci... nikogo to nie obchodziło. Nawet magiczne bestie się tak nie zachowują.




RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Florence Bulstrode - 04.08.2023

Czy Florence była mądra? O to zapewne można by się kłócić. Na pewno była odpowiedzialna. Mogło to wynikać po części z tego, że była swego czasu dzieckiem, które z jednej strony patrzyło na odpowiedzialnego ojca, a z drugiej – na absolutnie nieodpowiedzialną (jej zdaniem przynajmniej) matkę. Mogło z faktu, że była jedną z najstarszych w swoim pokoleniu, z obu stron rodziny, i Prewettów, i Bulstrodów. Zawsze otoczona młodszymi braćmi i kuzynostwem, odruchowo wchodziła w rolę tej, która opatrzy rozbite kolano, wyjaśni, że nie wolno wyrywać piór latającym koniom z rodzinnej hodowli i zapobiegnie katastrofie pod postacią wpadnięcia w wielki tort na urodzinach nestora rodu.
Uśmiechnęła się mimowolnie, bo uśmiech Laurenta był po prostu zaraźliwy. Sprytny Ślizgon pewnie wykorzystywał to od czasu do czasu, ale podejrzewała, że tym razem uśmiechał się absolutnie szczerze. I trochę ją to cieszyło, bo miała dziwne wrażenie, że zniósł ten dzień znacznie gorzej od niej – mimo, że w dniu wolnym odbyła niespodziewany, czterogodzinny dyżur w szpitalu. A przecież też kochała tego chłopaka. I drobne gesty, pod postacią tego szalika – bo lubiła ładne, dobrej jakości rzeczy, a nie lubiła różnych zapychaczy chwytających kurz -
- Tak. To mój sposób. Na życie, ale i pewnie pomaganie. I przy okazji realizację własnych ambicji – odparła bez oporów. Florence nie miała żadnych problemów z przyznaniem, że lubi pracę w szpitalu, że zawsze – już w Hogwarcie – wiedziała, co będzie robić, że chce pomagać, ale i że w tym wszystkim dużą rolę odgrywają ambicje. To, że chciała mieć odpowiednią pozycję, chciała mieć wpływ na szpital, chciała być postrzegana jako specjalista. Może nigdy nie pchała się w światła reflektorów, ale nie miała natury szarej myszki.
– Nie opowiadaj bzdur, Laurent – skarciła go lekko, kiedy zaczął ją przepraszać. Znowu. Jej zdaniem Prewett miał nadmierne skłonności do przepraszania. No doprawdy, w takich chwilach nie dowierzała, że był absolwentem Slytherinu. Wyduszenie przeprosin z jej brata, też Ślizgona, równało się niemalże cudowi, a tutaj? – To oczywiste. New Forest to w pewnym sensie projekt twojego życia.
Dla niej takim projektem była własna kariera w Mungu. A pomagania zwierzętom wcale nie uważała za mniej ważne niż ludziom. Wprawdzie nie nadawała się specjalnie do prowadzenia hodowli osobiście, bo nadmierne przywiązanie do porządku nieco kłóciłoby się z zajmowaniem stadem zwierzaków. Ale lubiła je. Czasem bardziej niż ludzi. Nie bez powodów nie włączała mięsa do swoich posiłków.
– Dobrze, w takim razie najpierw grzebień, potem kolacja. Poczekaj chwilę – poprosiła, bo rzecz jasna ktoś tak pedantyczny jak ona, nie mógł trzymać grzebania w kuchni. Wróciła moment później i wręczyła mu szczotkę. To zresztą też świadczyło o tym, jak ogromnie była przywiązana do Laurenta, bo normalnie jej koki i warkocze były absolutnie idealnie, więc pozwolenie, aby ktoś inny doprowadził jej fryzurę do porządku, stanowiło u Florence wyraz najwyższej sympatii.
Z jej ust wyrwało się westchnienie, kiedy podjął swoją opowieść. Tak, kręcąc się na miejscu po marszu, miała okazję obserwować efekty zamieszek. Paradoksalnie, osób, które zostały ranne w wyniku rzucania zaklęć, było stosunkowo niewiele. Znacznie więcej obrażeń okazało się efektem paniki. Przewracania się, wpadania na siebie nawzajem. Uczestnicy marszu, uczestnicy kontrmarszu, przypadkowi przychodnie.
Tak mało brakowało, aby Prewett też skończył zadeptany. Coś mogło stać się Atreusowi – coś poważniejszego niż te obrażenia, które wyleczyła, ledwo dotarł do szpitala. A Seraphina? Florence znów stanęła przed oczyma jej sukienka, ubrudzona krwią.
Ani Laurent, ani Prewettówna, nie powinni nigdy znaleźć się w tym miejscu. Oglądać takich rzeczy. Ona i jej brat w pewnym sensie przywykli.
– Wpadli w panikę, Laurent. To nie tak, że to ich nie obchodziło. Nie byli w stanie o tym myśleć. A nawet gdyby ktoś próbował pomóc wstać tym, którzy upadli, nie zdołałby, bo inni, nie rozumiejący, że ktoś się przewrócił, napierali. Przykro mi, że musiałeś to oglądać – wymruczała. Nie, nie obwiniała spanikowanego tłumu, za to była jak najbardziej skłonna obwiniać organizatorów kontrdemonstracji. Na co im to było? Tylko ściągnęli większą uwagę na charłaków, na pewno nie udało im się w żaden sposób im zaszkodzić, a w tym całym zamieszaniu ucierpieli przecież także czarodzieje czystej krwi. Nie mówiąc o tym, ile roboty teraz miał Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów oraz szpital.
Fanatycy, westchnęła w myślach, ale nie chciała o tym rozmawiać z Laurentem. Chłopak był już dostatecznie przygnębiony.