Secrets of London
[wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje (/showthread.php?tid=1688)

Strony: 1 2


[wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Brenna Longbottom - 03.08.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Brenna nawet w wieku lat niemal siedemnastu nie potrafiła zrozumieć logiki niektórych nauczycieli. Spędzali – jej zdaniem – jakieś pół życia, dbając o to, aby uczniowie nie wchodzili do Zakazanego Lasu. A kiedy ci uczniowie bardzo ich zdenerwowali, co robili?
Wysyłali ich do Zakazanego Lasu.
Ciekawe, czy to była jakaś dziwna, hogwarcka tradycja.
Nie to, żeby Brennie to przeszkadzało. Był piękny, wiosenny dzień, wolała spędzić go na łonie przyrody w śmiertelnie niebezpiecznej puszczy, do której i tak zakradała się od czasu do czasu, ćwiczyć absolutnie nielegalną animagię, niż na czyszczeniu jakichś starych sreber albo kociołków. Poza tym od dawna nie dostała szlabanu – w tym roku ani jednego. Z jednej strony było to zapewne mile widziane, skoro podobno powinna zachowywać się i dawać przykład, z drugiej miała wrażenie, że opiekunka Domu i wszyscy krewni patrzyli na nią podejrzliwie. Jakby oczekiwali, że skoro jest grzeczna, to knuje coś bardzo paskudnego.
Wreszcie odetchną z ulgą.
– Zbierajta tylko takie, co są o, takie duże. Tylko trzymajta się w zasięgu głosu. Żadnego wchodzenia dalej w las. Rozumita? – zakończył instrukcje gajowy. Dotyczyły zbierania ziółek, których bardzo potrzebował nauczyciel od eliksirów, a które nie rosły w szkolnych szklarniach, za to podobno całkiem obficie w Zakazanym Lesie.
– Jasne, jasne. Nie oddalać się, nie wchodzić w las, nie gonić wielkich pająków, nie próbować jeździć na jednorożcach. Srebrzyste liście, białe kwiatki, nie ruszać tych żółtych, bo mogą nam wydrzeć mózgi, i do zebrania nadają się tylko te, co mają minimum dziesięć centymetrów – wyrecytowała Brenna. Chociaż pośród instrukcji gajowego nie było ani słowa o „wielkich pająkach”, „jednorożcach” albo „wydzieraniu mózgu” (a tylko, że mogą wpływać halucynogennie). Może dlatego mężczyzna popatrzył na nią i pokręcił głową z rezygnacją.
– Oj, Longbottom, Longbottom, ty dziewucho nie zginiesz śmiercią naturalną.
– Taka tradycja rodzinna.
Kąciki ust gajowego drgnęły, a potem przeniósł spojrzenie na Kaydena.
– Dasz radę? – upewnił się. Ciężko było stwierdzić, czy pyta o spacer po Zakazanym Lesie w poszukiwaniu ziółek, czy raczej o zniesienie towarzystwa Brenny. Po sześciu latach na jednym roku Delacour mógł być pewny, że zostanie zasypany bardzo dużą ilością gadania. Inny Dom i tylko jedne wspólne zajęcia chroniły go przed tym w miarę skutecznie przez jakieś pięć lat, ale po SUMach mieli już więcej lekcji, ta naturalna bariera więc została obalona.
– Nie zjem go. Nie zjadam ludzi. Jestem pewna, że są bardzo niesmaczni. Wolę pudding. Albo kurczaka.
Gajowy znów pokręcił głową, a potem ruszył pomiędzy drzewa. Razem z nim szło dwóch nieszczęśników z trzeciego roku. Brenna i Kayden zostawali sami, bo jako starsi i teoretycznie bardziej odpowiedzialni powinni nie dać się niczemu zeżreć, nie zgubić się i nie uciec do zamku z krzykiem.
– Wiesz, jak wyglądają te zioła, o których mówił? – zapytała Brenna, spoglądając za odchodzącą grupką. Odwróciła się do Kaydena. Była wysoka jak na dziewczynę: właściwie ogólnie była wysoka, przerastała niejednego chłopca z szóstego roku. Ciemne włosy ścinała dość krótko i dziś, jak niemal zawsze, były niemożliwie rozczochrane. Patriotycznie nosiła na szyi czerwony szalik ze złotym gryfem, chociaż zawiązała go niezbyt starannie i jeden kraniec dyndał z ramienia. Zamiotła nim ziemię, kiedy pochyliła się, by podnieść z trawy koszyk. – Proszę, powiedz, że wiesz. Bo ja to właściwie nie mam pojęcia. A ostatnio na zajęciach pomyliłam diabelskie sidła z bluszczem. Jak to ja będę miała decydować, które mamy zerwać, a które wyżrą nam mózgi to no… skończymy z wyżartymi mózgami. Pewnie dużo osób powiedziałoby, że u mnie i tak nie zauważą różnicy, ale jednak ja jestem do mojego mózgu bardzo przywiązana.


RE: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Kayden Delacour - 04.08.2023

Srebrne oczy Kaydena obserwowały w milczeniu liście drzew i przedzierające się przez gałęzie promienie wiosennego słońca. Przez moment wyłapał jakiś ruch między koronami, zastanawiając się, czy to przypadkiem nie był jerzyk. Wsłuchiwał się przez chwilę w śpiew ptaków, żeby rozpoznać owo stworzenie, kompletnie nieprzejęty tym, że odbywa właśnie szlaban. Dla niego była to wycieczka krajoznawcza, tylko po prostu odwiedzał bardziej... dzikie tereny, o! Nie mógł wcale narzekać, bo sam sobie nagrabił, z czego zbyt dumny nie był... Nocna przechadzka na wieżę astronomiczną nie była dobrym pomysłem, Kay musiał to przyznać przed samym sobą. Iście gentlemeńsko przyjął jednak na siebie karę, swoją towarzyszkę z tarapatów jakoś wyciągając i tak oto trafił do Zakazanego Lasu. Sam musiał się zastanowić nad paradoksem odbywania kary na najbardziej niebezpiecznym terenie szkoły za poruszanie się pod osłoną nocy po zamku. Że niby... las bezpieczniejszy? Tak, to była sprawa wymagająca większej analizy, bo jednak sensu to nie miało.

Na ziemię sprowadził go głos gajowego, który skutecznie rozproszył jego uwagę, wdając się w krótką wymianę zdań z... Brenną? Chyba tak miała na imię... Krukon spojrzał na towarzyszącą mu Gryfonkę i zamrugał długimi rzęsami. Wydrzeć mózgi...? Zara... co?

Chłopak przechylił lekko głowę, słuchając jej z lekkim rozbawieniem na twarzy. Wydawała się dość rozmowna, ćwierkliwa jak wiosenny ptak. Aż mu się usta w krzywy uśmiech wygięły. Srebrne oczy spojrzały na gajowego, gdy zapytał, czy "da radę". - Obiecuję, że mózgu nam nic nie wydrze. Chociaż te jednorożce brzmią kusząco... - Sarknął, chociaż oczywiście nie miał najmniejszego zamiaru robić żadnej z tych powyżej wymienionych rzeczy. Łażenie za akromantulami nie było na jego dzisiejszej liście rzeczy do zrobienia, a jednorożce nie przepadały za płcią męską. Kayden miał ochotę zapytać, czy dostanie z kopyta od jednorożca, było wliczane w "śmierć naturalną", ale się ugryzł w niewyparzony język.

- Czy czasem ludzkie mięso nie smakuje jak kurczak? - Zastanowił się na głos, zanim zdążył powstrzymać krukońską gębę od głośnej refleksji nad rzeczami całkowicie zbędnymi do zachowania w pamięci. Chyba gdzieś coś takiego czytał... w jakiejś książce o Dżungli Nowej Gwinei. Jak na nią natrafił? To był łańcuszek zdarzeń przypadkowych, bo oczywiście szukał całkowicie czego innego w bibliotece mugolskiej, a trafił na... to. Tak czy inaczej, mógłby przysiąc, że na ową opinię gdzieś natrafił.

Gdy gajowy odszedł, pozostawiając ich dwoje na pastwę losu, Kay odetchnął głęboko świeżym powietrzem lasu i spojrzał na Brennę. Znów rozbawienie zatańczyło w jego srebrnych oczach. - Ale ćwierkasz... - Mruknął z krzywym uśmiechem. Nie było to złośliwe! No, może trochę, ale minę miał jak najbardziej łagodną. Raczej zabrzmiało to jak zaczepka. Z Kaydena był taki nonszalancki kujon. Niby gadał nudy, ale język miał cięty, jak i cięte były jego srebrzyste oczy. - Tak, wiem, jak wyglądają... ale korci mnie, żeby zobaczyć, jak znajdujesz w lesie ciekawe rośliny z zębami. To wyżeranie mózgu to wymyśliłaś, czy naprawdę gdzieś widziałaś taką roślinę? - Zainteresował się, tym razem już na poważnie, bo jednak był ciekawy, czy to tylko frazes, czy jednak doświadczenie. Czy istniały takie kwiaty? No cóż, skoro istniały diabelskie sidła, to dlaczego nie i jakieś demoniczne paszcze czy równie absurdalne rośliny. Nigdy jakoś się nie fascynował roślinami, chociaż naturę lubił. Uczył się zielarstwa, bo musiał, ale czy to była jego pasja? Niekoniecznie. Tak czy inaczej, patrzył na Brennę z przechyloną głową i uniesioną brwią, czekając na jej kolejne słowa.




RE: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Brenna Longbottom - 04.08.2023

- Sprawdzałeś? – spytała Brenna z odrobiną zaintrygowania. – Trudno mi sobie wyobrazić, żeby… no na przykład psorka od numerologii smakowała jak kurczak.
A Brenna nienawidziła numerologii z całego serca i duszy. Psorki od numerologii może nie nienawidziła – bo Longbottomówna nie miała natury skłonnej do takich uczuć, i nienawidzić miała dopiero się nauczyć wiele lat później, gdy ich świat rozdarła wojna – ale na pewno nie była to jej ulubiona przedstawicielka kadry nauczycielskiej.
Uniosła śmiało głowę i prychnęła, kiedy gajowy już znikł z trzeciorocznikami, a Kayden – pamiętała jego imię, podobnie jak każdego z ich roku, a także roku wyżej, bo tam była Mavelle, roku niżej, bo tam były Danielle i Nora, a kiedy były jeszcze dwa lata wyżej, to i tego, bo tam był Erik – oświadczył, że ćwierka.
– Ćwierkam? Wypraszam sobie, ja ani trochę nie ćwierkam. Ja paplam. Jestem oficjalnie największą paplą na roczniku 1956 i kompletnie nie rozumiem, dlaczego do tej pory nikt nie wręczył mi z tej okazji medalu. Albo przynajmniej dyplomu. Ale może czekają na zakończenie edukacji, więc nie tracę nadziei – oświadczyła, wyrzucając z siebie słowa bardzo prędko. Jakby chciała się upewnić, że nie pozostawi żadnych wątpliwości względem tego, że faktycznie ten tytuł naczelnej gaduły należy się jej i tylko jej. Brenna doskonale wiedziała, że dużo gada. I wiedziała, że niektórym to przeszkadza. I nie, nie próbowała tego zmienić. A świadomość tego, w jaki sposób się zachowuje, i nie ukrywanie tejże, tylko ułatwiało znoszenie ewentualnych uwag i zaczepek z uśmiechem na twarzy.
– W sumie to. Wspomniał przecież, że jak weźmiemy te żółte, to szkodliwe wpłynie na nasze mózgi. To znaczy chyba coś takiego powiedział, czasem mam problem z przekładaniem z języka gajowego na nasze – wyjaśniła Brenna odnośnie zębatych roślin, wskazując przy okazji kciukiem na miejsce, gdzie zniknął ich niedawny towarzysz, by nie pozostawić wątpliwości odnośnie tego, kto tak przed chwilą wspominał. – Coś mówił o jakichś halucynacjach? Wolałabym nie mieć halucynacji. Zamek Hogwart stoi tutaj od tysiąca lat, ale nie jestem pewna, czy jest gotów na mnie pod wpływem naćpania żółtymi kwiatkami ze srebrnymi liśćmi… czy jakoś tak. Ale kwiatki z zębami przecież istnieją. Ta mordercza kapusta, którą psorka pokazywała nam w zeszłym tygodniu? Nigdy już nie spojrzę tak samo na kapustkę na moim talerzu. Chociaż mam nadzieję, że ona nie rośnie w Zakazanym Lesie.
Tu Brenna spojrzała w stronę drzew odrobinę podejrzliwie, jakby spodziewała się, że zaraz spomiędzy paproci i mchu wyłonią się główki chińskiej, kąsającej kapusty. Sama nigdy nie była wielką fanką zielarstwa, ale tamta lekcja wzmogła jej szacunek wobec takich. A strzelające tentakule? Oj, nie chciała zdenerwować żadnego specjalisty od zielarstwa.
– To co? Żółty kwiat i srebrne liście? Tfu, biały kwiat i srebrne liście, tych żółtych unikać… mam nadzieję, że gajowy tu dobrze zapamiętał instrukcje – oświadczyła, gotowa ruszać wzdłuż linii Zakazanego Lasu i rozglądać się za roślinkami, które podobno miały rosnąć przy korzeniach konkretnych drzew.


RE: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Kayden Delacour - 04.08.2023

- Nie sprawdzałem. - Odparł Kayden, krzywiąc się lekko na samą myśl o konsumowaniu ludzkiego mięsa. Chyba mu nie dobrze... - Przeczytałem. - Dodał, jakby to było oczywiste. Potem spojrzał na Briennę z uniesionymi brwiami, obserwując jej reakcje i starając się czytać między wierszami. To, że wzięła za przykład numerologię, zwróciło jego uwagę. Nie znał jej za dobrze, właściwie to mało kim się interesował aż na tyle, żeby wiedzieć, jakie kto miał zainteresowania. Ale Gryfonkę kojarzył, bo chyba mało kto jej nie kojarzył. Wyraźnie zaznaczała swoją obecność. Może to go skłoniło, żeby się jednak trochę bardziej zainteresować... albo po prostu wolał rozmowę od ciszy. Nie, zaraz... na odwrót. - Nie lubisz numerologii? - Osobiście wolał starożytne runy, ale numerologia też nie była jakaś szczególnie zła. Jedynie podejście nauczyciela mogło zrazić do nauki tego przedmiotu, no, chyba że ktoś naprawdę nienawidzi liczb. Nie oceniał, każdy nadawał się do czegoś innego. Zapytał się więc Brienny wprost, nie chcąc wyjść na jakiegoś tam gbura, który będzie tylko mamrotał pod nosem i ignorował. Ignorować dziewczęta? Nieee... To by było przegięcie. Odwrócił wzrok na gąszcz traw, ziół i kwiatów, by dostrzec rośliny, których szukali. Skakał oczami po barwnych kwiatach, które wykwitły na wiosnę, po koniczynach i chwastach kąsających po łydkach. Biały kwiat, srebrne liście... biały kwiat, srebrne liście... Ciekawe co by powiedział gajowy, jakby oznajmił, że jest daltonistą.

- Ćwierkanie i paplanie to to samo. - Zaśmiał się cicho, bo i jedno i drugie dotyczyło przesadnego gadania. Nie mógł jednoznacznie stwierdzić, czy mu to przeszkadza, czy wręcz przeciwnie. Właściwie, to słuchanie trajkotania Brienny było zabawne. - Skąd wiesz? Może masz już puchar w Izbie Pamięci? - Uśmiechnął się krzywo. - Wy, Gryfoni, lubicie kłopoty. Może po prostu rzuć transmutację na jakąś plakietkę, żeby widniało twoje nazwisko i tytuł Papli XX Wieku. Założę się, że nikt się nie skapnie... - Zachichotał pod nosem. Jak często czyścili te wszystkie nagrody? Na pewno uczniowie na szlabanach się tym zajmują, ale tak, to wystarczyło machnięcie różdżką i już, czyściutkie. Czy ktoś w ogóle patrzył na te wszystkie grawery? Szczerze wątpił. Chyba że ktoś, kto był na tyle zadufany w sobie, że przychodziłby do Izby Pamięci każdego wieczora, żeby pogapić się na własny medal. Chyba nie było nikogo aż tak narcystycznego w szkole, co? Nawet on nie był na tyle arogancki...

- Halucynacje, moja droga, halucynacje. - Przytaknął. - Zresztą zerwanie ich chyba nie spowoduje halucynacji? Raczej konsumpcja? W sumie nie pamiętam... - Westchnął ostentacyjnie, bo zielarstwo jednak nie było jego ulubionym przedmiotem i chyba z każdym kolejnym dniem przestawało być coraz bardziej. Nie wiedział jeszcze, ile te informacje w przyszłości mogą mu uratować dupę w dziczy, na terenie jakichś wykopalisk. Nie zaprzątał sobie tym głowy. Dopiero później będzie czas na wzdychanie i plucie sobie w brodę, że, ah, mogłem jednak się bardziej przyłożyć. Mogłem posłuchać trochę na zajęciach, to bym wiedział, że raptuśnika się nie je, bo wywołuje nagły śmiech, a od kolcokrzewu lepiej spierniczać jak najdalej. - Kapusta, no tak, zapomniałem o tym... - Mruknął, bo rzeczywiście wyleciało mu to kompletnie z głowy. - Tylko, że ona ci mózgu nie wyżre... a może... Czekaj, one się żywią mięsem, czy tylko gryzą? - Wydął usta. - Myślisz, że dla niej smakujemy jak kurczak? - Pytanie kompletnie od czapy, ale jak tak się w sumie zastanowić, to... no dalej jest bez sensu. Bo i nie zapytasz i nie potwierdzisz w żaden inny sposób. Możesz jedynie spekulować, ale i to nic nie da. Co nie zmienia faktu, że myśl się pojawiła, choć głupia. - Wiesz co, czasami się zastanawiam, czy oni tymi szlabanami kogoś kiedyś nie zabiją... - Westchnął Kayden, podążając wyznaczoną drogą, na której mieli owe rośliny znaleźć. Rozglądał się za białymi kwiatami i srebrnymi liśćmi, choć za bardzo skupiony na tym nie był, kątem oka obserwując las. - Kara karą, ale to chyba lekka przesada?




RE: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Brenna Longbottom - 04.08.2023

- Nie lubię? Ależ skąd – zapewniła Brenna. – Nienawidzę jej z mocą tysiąca słońc, z całego serca, duszy, każdym włókienkiem mojego jestestwa – sprostowała, zapewne trochę celowo przesadzając, bo ton miała przy tym wyjątkowo dramatyczny.
Owszem, całkiem jej nie kojarzyć było trudno. Była energiczna, była gadatliwa i lubiła wszędzie wpychać swój nos. Większość osób z najbliższych roczników więc jako tako wiedziała, kim jest. Jednocześnie – nigdy nie była szkolną królową, tą najbardziej lubianą, popularną, tą, na której wzorowały się dziewczyny, chłopcy chcieli się umówić i tak dalej. Nie zabiegała o to zresztą. To raczej jej kuzynki czy brat byli tymi, którzy robili furorę na hogwarckich korytarzach.
– Naprawdę? Ćwierkanie kojarzy mi się z ptakami. Chyba nie mam wiele wspólnego z ptakiem. Prędzej z… hm, w sumie to nie jestem pewna. Chociaż zaraz, papugi chyba potrafią gadać? To może jednak mam coś wspólnego z ptakiem – oświadczyła beztrosko, przykucając przy jakiejś kępie traw, aby przyjrzeć się wyglądających spod niej roślinom. Miały białe kwiatki i, chyba, na ile Brenna umiała to ocenić, srebrzyste liście. Zdawały się wyrastać prosta z pnia. Dźgnęła roślinkę, jakby oczekując, że ta zaraz ją ugryzie, po czym sięgnęła i zerwała dwa największe kwiatki. – To chyba to, co? Jeżeli nie to, ja już nie odpowiadam za brak rezultatów, mogli nam pokazać rysunek albo co.
Zadarła głowę, spoglądając na niego, kiedy wspomniał o Izbie Pamięci.
– O kurde, że też wcześniej na to nie wpadłam – zachwyciła się, jakby szczerze planowała teraz zrobić coś takiego. – Nigdy w ogóle nie rozumiałam tej całej idei Izby Pamięci. Wręczasz komuś medal, żeby mu go potem zabrać i umieścić pośród dwustu innych medali, żeby za dwadzieścia lat jakiś uczeń myślał, jak bardzo cię nienawidzi, bo musi polerować wręczony ci medal – westchnęła, wrzucając kwiaty do koszyka. Podniosła się i otrzepała spódnicę, raczej w odruchu niż faktycznie próbując się pozbyć z niej trawy. – Poza tym my Gryfoni wcale nie lubimy kłopotów. My tylko nie lubimy się nudzić. Jestem pewna, że dowolny Krukon, gdyby mu powiedzieć, że… nie wiem, gdzieś w lochach w skrytce spoczywa jedyny egzemplarz dzienników Roweny Ravenclaw też wpakowałby się kłopoty – stwierdziła, dziarskim krokiem ruszając dalej w las i rozglądając się za kwiatkami. Im szybciej napełni koszyk, tym lepiej. Ona też jeszcze w beztroskiej naiwności nie zdawała sobie sprawy z tego, że właściwie to informacje o zielarstwie mogą się jej w przyszłości przydać i to bardzo. – Nie wiem. Nie uważałam na tej lekcji – przyznała szczerze. – Może sam zapach? Albo pyłek, to wtedy wąchanie? Ale zerwałam białe. Jestem pewna, że zerwałam białe – powiedziała, podejrzliwie zaglądając do swojego koszyka, ale jako żywo: kwiatki w środku były białe.
Znów skierowała spojrzenie na Kaydena, kiedy zaczął spekulować odnośnie kapusty i smakowania jak kurczak, a po jej ustach przemknął uśmieszek. Brenna bardzo lubiła, kiedy ludzie podłapywali jej gadanie i sami zaczynali wygadywać różne szalone rzeczy.
– Nie jestem pewna, ale jeżeli dobrze pamiętam, to zdaniem psorki mogą pokonać trolla. Jeśli jest więcej niż jedna i są odpowiednio wyrośnięte. To może jednak zjadają, nie tylko gryzą? Bo takie gryzienie w stopy… chyba nie zabije trolla. I jestem pewna, że my może smakujemy jak kurczak, ale troll to na pewno nie… – powiedziała, po czym znów przypomniała sobie, że miała wypatrywać kwiatków i zaczęła błądzić wzrokiem po ściółce. – Eee tam. Teraz to nie mamy na co narzekać. Widziałeś takie przerdzewiałe kajdany w lochach? Jeden duch mi powiedział, że za jego czasów zakuwali w nie uczniów, kiedy byli niegrzeczni. To dopiero, nie? Teraz rodzice by ich chyba zabili. Zastanawiam się, czy sprawował wtedy władzę jakiś dziwny dyrektor, czy to była taka hogwarcka tradycja. Od czasów Założycieli. Jeżeli tak, to Tiara strasznie nas oszukuje. Wiesz, zawsze mówi o śmiałym Gryffindorze z wrzosowisk, słodkiej Hufflepuff z dolin dna, przebiegłym Slytherinie z trzęsawisk i mądrej Ravenclaw z górskich hal… ani słowa o rzeczach w rodzaju „a jak jakiś uczeń ich zdenerwował, zakuwali go w kajdany”. W każdym razie… wolę Zakazany Las od kajdan. O ile ten duch mnie nie wpuszczał w maliny. Może to robił. Ale nie wiem, czy duchy mają poczucie humoru. Prawie Bezgłowy Nick nie ma, zawsze się obraża, kiedy ktoś zwraca uwagę, że jego głowa nadal jest na szyi…


RE: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Kayden Delacour - 04.08.2023

- Merlinie, skąd taka nienawiść? - Zapytał teatralnie, łapiąc się za serce, jakby go ta zniewaga osobiście dotknęła. - Cóż ci te biedne liczby zrobiły? - Ironia wpasowała się idealnie w dramat. Kayden schylił się po biało-srebrne rośliny przy pniaku, zbierając te najwyższe. - No jak nie jak tak... Słuchaj, nadają jak najęte. - Powiedział, unosząc palec wskazujący w górę, bo ptaki rzeczywiście świergotały im nad głowami radośnie, zadowolone ze słonecznej pogody. Lubił tą melodię matki natury. Pieśń bez słów i instrumentów. - Papugi raczej powtarzają... Z ciebie to taki bardziej szczygieł. Jak zacznie świergotać, to nie powstrzymasz. Poza tym... - Uśmiechnął się krzywo. - Ma czerwone pióra przy dziobie, więc do Gryfona jak ulał pasuje. - Skinął głową, widząc zebrane przez Brennę kwiatki na potwierdzenie, że to właśnie te mają zbierać. Później mlasnął językiem przy temacie z Izbą Pamięci. - Kurde, mogłem ci pomysłów nie podsuwać... Znowu się w szlaban wpakujesz. - Zerknął na Gryfonkę. - Chyba nie planujesz naprawdę tego zrobić, co? - Zapytał, unosząc w górę brew. Nie była to jego sprawa, ale w zasadzie to keknął by, jakby faktycznie coś takiego miałoby miejsce. Oh, chciałby to zobaczyć. - Nieee... Nie odważysz się. - Podjudził ją z błyskiem w srebrnych oczach, mając nadzieję pojechać jej po ambicji i zobaczyć tego skutki. Potem westchnął cicho i rozglądnął się po ściółce leśnej w poszukiwaniu roślin. - Niby tak, ale zobacz, sama chcesz mieć medal, nie? To znaczy, że chyba jednak działa... Nagrody to nic innego jak manipulacja. Widzisz imię na złocie i od razu też pragniesz być na szczycie, zdobyć wyróżnienie, chcesz być podziwiana. Taki pstryczek w nos dla ambitnych i zanim się obejrzysz, już biegasz w wyścigu szczurów. - Głos Kaydena był trochę monotonny, jakby nie pochwalał wcale takiego sposobu na zachęcenie do nauki. Nie, wróć, nie pochwalał tak perfidnej manipulacji młodymi umysłami. Później dziwne, że nowe pokolenia są coraz głupsze... Ale tak właśnie kieruje się ciemnym ludem, ale to dopiero w przyszłości zobaczy na własne oczy. Teraz może jedynie powtarzać to, co zasłyszał w domu, u ojca i jego politycznych bełkotach. - Ah, czyli to o nudę chodzi... A ja myślałem, że po prostu lubicie czyścić te wszystkie puchary~ - Zachichotał. - Hmm, może i masz rację... - Przyznał, bo faktycznie, może by i się pokusił o zanurkowanie do lochów, jeśli ów dziennik faktycznie istniał. Musiałby mieć niesamowitą wartość historyczną... Kayden z przyszłości już by miał tutaj oczy jak dwie srebrne monety. - Mnie nie pytaj, mi też to wyleciało już z głowy. - Wzruszył ramionami. - Może powąchaj. Jak dostaniesz halucynacji, to będziemy wiedzieć, że to jednak żółte. - Prychnął złośliwie.

Młody Kay, tak jak i starszy Kay, byli do siebie podobni w jednej konkretnej rzeczy, mianowicie dostosowywania się do otoczenia i uważnej obserwacji. Nic więc dziwnego, że tak szybko podłapał zachowanie Brenny i wpasował się w obrazek, dodając szczyptę swojej soli, bo jednak sarkazmu nie mogło tu zabraknąć. W końcu Tiara chciała go wpakować do Slytherinu. Ni mniej jednak nie przeszkadzało mu to świergotanie nad uchem, choć musiał uważnie słuchać, żeby nie pominąć jakiegoś szczegółu. No, ten szczegół o tym, jak smakuje troll, jednak zdecydował się pominąć i przemilczeć, wyrzucając go szybko z pamięci. Nad resztą się zastanowił. - Jest jednak różnica między przykuciem do ściany na parę minut, czy tam już nawet godzin, jeżeli chcemy być wyjątkowo okrutni, a wysłaniem uczniów samych do lasu, pełnego potworów. Od kajdan nie zginiesz, mogą ci co najwyżej ręce otrzeć. Od strzały wbitej w łeb przez centaura już chyba prędzej... - Westchnął. - Czasy były inne. Bardziej... surowe. Może nie znali innych skutecznych kar? Albo po prostu to bujdy na resorach i tylko straszyli tymi kajdanami? Kolejna manipulacja ze strony kadry, tym razem strachem... - Namyślił się przez chwilę, ponure oczy wbijając w ścieżkę. To by znaczyło, że jednak czasy się nie zmieniły. Kiedyś używali strachu, teraz nagrody. Oba przypadki były skrajnie różne, ale w zasadzie cel miały taki sam. Posłuszność. - Prawie Bezgłowy Nick jest przewrażliwiony. Po prostu ma... głowę na karku, heh~ - Parsknął z krzywym uśmiechem.




RE: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Brenna Longbottom - 04.08.2023

– Robią różne paskudne sztuczki i nie chcą się dobrze sumować.
Brenna, wbrew pozorom, miała całkiem analityczny umysł. Potrafiła liczyć i potrafiła radzić sobie z rachunkami. Ale ta cała numerologia ją irytowała, zdawała się zupełnie niepotrzebna, jakoś te wszystkie obrazki pośród liczb się jej mieszały, a już szyfrowanie, o zgrozo!
– Szczygieł mówisz? W porządku. Mogę być szczygłem – zgodziła się Brenna bez oporów, zadzierając głowę, kiedy wskazał w górę i obserwując ptaki, fruwające nad ich głowami i skaczące pośród gałęzi. Po prawdzie Brenna zapewne orzekałby też, że może być papuga, sową, gąsienicą, mrówką, a nawet termitem. Miała całkiem sporo wad, ale przewrażliwienie na własnym punkcie raczej się do nich nie zaliczało.
Próby sprowokowania zarzucając brak odwagi działały pewnie na większość Gryfonów. Na Brennę akurat nie. Jeżeli coś robiła, to zwykle dlatego, że chciała albo prosił ją o to ktoś inny – nigdy dlatego, że starano się ją do tego zachęcić. Jeżeli jednak chodziło o ten konkretny pomysł… Zatrzymała się i obróciła ku Delacourowi, a nawet pochyliła ku niemu z taką miną, jakby miała zamiar powiedzieć coś bardzo istotnego.
– A to już Kayden… będzie mój sekret. Przecież ci się nie przyznam, jeśli planuję takie skandaliczne naruszenie szkolnego regulaminu, prawda? – szepnęła konspiracyjnie, nim się odwróciła i bardzo energicznie, niemalże w podskokach, dopadła do najbliższego drzewa, by porzyklęknąć tam i zacząć przyglądać się roślinkom, które kwiaty miały białe, ale liście to chyba bardziej szare niż srebrne…
Manipulacja, pstryczek w nos, wyścig szczurów… słuchała go wbrew pozorom całkiem uważnie, kiedy poddawała oględzinom zielska, i wybierała te, które trafiały do koszyka. Milczała trochę dłużej niż wcześniej głównie dlatego, że przetwarzała jego słowa. Bo myśli tego typu raczej Brennie nigdy do głowy nie przychodziły.
– Ale wiesz, że ja chcę medal za bycie paplą? – przypomniała w końcu tylko z uśmiechem, znów wstając z klęczek. W koszyku miała kilka kolejnych ziółek. – Myślę, że to taki słaby pstryczek. Patrzcie, Brenna ma medal za to, że gada, bądźcie jak Brenna, gadajcie jeszcze więcej… Właściwie to nie jestem pewna, czy ludzie są gotowi na więcej osób, które tak gadają jak ja – stwierdziła z zastanowieniem. Nie, nigdy jej nie zależało na pochwałach. No dobrze, może tych dziadkowych, ale to było coś zupełnie innego. Nie brała, przynajmniej we własnym mniemaniu, udziału w wyścigu szczurów. Poza tym, tak naprawdę, rodzina miała wobec niej stosunkowo nieduże oczekiwania. Przyzwoite oceny – co wcale nie oznaczało samych wybitnych czy nawet powyżej oczekiwań, nie bycie chuliganem, pamiętanie o tym, co słuszne i postaranie się, aby zanadto nie zepsuć opinii całej rodzinie. Wprawdzie papa wyznaczył ścieżkę synowi i dziedzicowi, ale jeżeli szło o córkę, prawdopodobnie zaakceptowałby niemal wszystko, co by wymyśliła – może poza dołączeniem do cyrku. (Na szczęście nie musiał się tym martwić. Konsultacje zawodowe Brenny rok temu trwały równo trzy minuty, bo wkroczyła do sali opiekunki roku, poinformowała, że ma zamiar zostać Brygadzistką, wie, jakie przedmioty wybrać i nie jest chętna do omawiania innych opcji.)
– To byłby ciekawy wyznacznik przynależności do Domu. „Trafisz do Gryffindoru, jeżeli lubisz sprzątać” – stwierdziła lekko. – I czemu ja mam je wąchać? Ani myślę.
O tym, że on byłby ewentualnie zapewne odporny – nie miała pojęcia.
– Eeee tam. Tereny centaurów są głębiej w las, teraz idziemy wzdłuż linii lasu… chociaż masz trochę racji, bo podobno w Zakazanym naprawdę mieszkają wielkie akromantule. Nie chciałabym wejść do ich gniazda. Może naprawdę wysłali nas tutaj z nadzieję, że zostaniemy zeżarci? Mogę jeszcze zrozumieć, że chcieli pozbyć się mnie, ale ciebie? Czym im aż tak podpadłeś? – spytała, rozglądając się za kwiatkami. Albo nie zauważyła, albo niezbyt dbała o to, że głównie to zbierała je ona. Za to na słowa o Nicku, parsknęła cichym, krótkim, ale szczerym śmiechem. – No tak – przyznała, ale zaraz wiedziona solidarnością domową dodała. – Ale wasza Dama za to ciągle chodzi i zawodzi. A Krwawy Baron? Podzwania łańcuchami. Hej, może on tak zginął, był tu uczniem i zapomnieli go wypuścić po szlabanie…


RE: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Kayden Delacour - 06.08.2023

Podziwiał ją. Przynajmniej w tym momencie poczuł lekki przebłysk szacunku, który jak liść, opadł na płaszcz i tam pozostał. Wydawała się bystra. Coś w Brennie było takiego, że mimo tej całej paplaniny sprawiała wrażenie... rezolutnej? To chyba tego słowa szukał, kiedy tak słuchał o tej numerologii, medalach i chińskich kapustach, a słuchał uważnie, z przechyloną w bok głową. Zaczął się nawet zastanawiać, czy czasami nie udawała takiej gaduły, żeby coś ukryć. Część siebie? Chyba za dużo analizował... za dużo czasu spędzał w książkach, aniżeli zwykłej rozmowie. Może kopał za głęboko... Nie jego ziemia do zbadania. Odwrócił od niej wzrok z cichym westchnięciem i zabłądził nim na ściółkę, wypatrując kwiatów. Znalazł, schylił się, by zerwać parę, ale słuchał dalej. Potem się uśmiechnął pod nosem, już nie tak krzywo, jak zwykle.

- Oczywiście. - Odparł z rozbawieniem. - Ta rozmowa nie miała miejsca. Nie wiem nic o żadnych medalach... - Powiedział, bo właściwie, nawet jeśli Gryfonka faktycznie zdecydowałaby się na taki wyskok, on przyglądałby się temu z chichotem z cienia. Lubił, jak coś się w zamku działo. Jak było czym przegnać nudę. Mały zamęt nikomu źle nie zrobi, a już na pewno nie coś tak błachego. Niech się dzieje, będzie zabawnie. W duchu liczył, że jednak Brenna spłata tego figla w Izbie Pamięci. Był gotów osobiście przejść się tam parę razy, żeby sprawdzić, czy jej nazwisko faktycznie będzie widnieć na jednym z medali.

Kay parsknął bezgłośnym, krótkim śmiechem. Kiwnął głową i schylił się po wypatrzone przy kolejnym pniu kwiaty. - Taa, wiem. Wybacz, trochę się zapędziłem... Ale mówiłaś, że nie rozumiesz idei Izby Pamięci. No więc właśnie to jest ta idea. Jak chcesz być w ładnie oszklonej gablotce, musisz się ścigać z innymi o puchar. - Mruknął kwaśno. Kryły się tu trochę głębsze przemyślenia, ale nie chciał już tu zanudzać, bo faktycznie, trochę za dużo myślał. Jeśli Brenna miałaby dostać medal za gadulstwo, on z pewnością dostałby medal za filozofowanie. - Hnn~ - Kay uśmiechnął się złośliwie. - Wiesz co, zamiast tych szlabanów w Zakazanym Lesie, powinni po prostu cię zatrudnić do paplania nieszczęśnikom nad uchem. - Zażartował, mając nadzieję, że raczej nie obrazi się za to, skoro była taka samoświadoma. - To sprzątanie jakoś bardziej pasuje mi do Puchonów... Chociaż może i mój dom by tu pasował. Większość Krukonów lubi porządek... - Powiedział po lekkim namyśle, choć sam raczej nie byłby zachwycony, jakby Tiara nagle oznajmiła, że trafi do Ravenclaw, bo lubi sprzątać. Nie lubił. Ale faktycznie wolał, jak wszystko było na swoim miejscu. - No, jak to czemu? Myślałem, że każda dziewczyna lubi wąchać kwiatki. - Parsknął cicho. Nie, wcale tak nie uważał.

- Gniazda Akromantul raczej będą w głębszych rejonach lasu. No i poznałabyś, że wchodzisz na ich terytorium, przez te wszystkie pajęczyny... - Oznajmił z pewnością w głosie, bo pewny był. - Ja? Oh, niczym szczególnym. - Uśmiechnął się niewinnie, na tyle na ile zdołał, bo niewinny na pewno nie był. Daleko mu było od bycia aniołem, ale mógł udawać, że aureolki wcale złamanej nie ma. Później parsknął na tę anegdotę o Krwawym Baronie. - Chyba by nie dożył aż tyle lat, przykuty łańcuchami i zapomniany. - Zachichotał. Chyba zaraził się od Brenny humorem... i gadulstwem. - Może był beznadziejnym nauczycielem i to uczniowie zamknęli go w lochach? Taka mała zemsta za te wszystkie szlabany. - Przykucnął przy większym zbiorowisku kwiatków i zaczął szukać tych najwyższych.




RE: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Brenna Longbottom - 06.08.2023

Lubiła mówić. I lubiła słuchać, a wbrew pozorom, kiedy sama mówiła, mówiła i mówiła, większość ludzi robiła jedną z dwóch rzeczy: uciekała albo zaczynała odpowiadać. A to, co zaczynał odpowiadać, dużo pokazywało – na przykład zwykle nieco milczący Kayden, zmuszony do znoszenia jej gadaniny w pojedynkę, okazywał się godny miana Krukona, bo to ci inteligentni, miał poczucie humoru i całkiem ładnie podłapywał wszystkie jej głupotki. Taka paplanina w pewnym sensie była też bronią i zasłoną, chociaż używać jej w ten sposób Brenna jeszcze świadomie się nie nauczyła: nie w Hogwarcie.
- Doskonale, nie będę musiała angażować żadnych Ślizgonów w załatwianie sposobu, żebyś znikł z tego świata… Ślizgonów, bo jak chodzi o morderstwo doskonałe, to my Gryfoni nie mamy należytego doświadczenia – powiedziała z rozbawieniem i wyszczerzyła się jeszcze bardziej, kiedy parsknął śmiechem.
A za jakiś czas, konkretnie po feriach, faktycznie miał znaleźć taką odznakę podrzuconą do Izby Pamięci. Wraz z całą kolekcją innych, rzecz jasna wszystkich podrobionych, z imionami i nazwiskami jej kolegów i koleżanek z roku, przyznawanych Za Najlepsze Wyczucie Stylu, Najpiękniejszy Uśmiech i inne absurdy. Oraz rzecz jasna Największe Paplanie. Brenna po prostu nie mogła się powstrzymać się przed sprawdzeniem, jak szybko ktoś się zorientuje, że nie powinno ich tam być i usunie.
– Masz rację. Chociaż chyba wszystkich i tak obchodzi jeden puchar. To znaczy ten quidditcha. I zawsze myślałam, że w tym chodzi o utarcie nosa innym Domom, ale jak tak stawiasz sprawę… – stwierdziła z zastanowieniem. – Och, nie podpowiadaj im. Chociaż zaraz, może już na to wpadli? Może to… – tu potoczyła ręką wokół, po otaczających ich drzewach – …jest tylko dodatkiem, a to skończenie tutaj ze mną jest prawdziwą karą?
Rzeczywiście się nie obraziła. Obrażała się rzadko, chociaż jeśli już o coś się wściekała, to porządnie. Na całe szczęście Brennie zazwyczaj szkoda było na to energii, którą mogła spożytkować na dużo ciekawsze rzeczy, na przykład sprawdzanie, czy za posągiem na trzecim piętrze faktycznie jest tajne przejście. (Nie było. Zarys drzwi za nim okazał się fałszywką.)
– Nie, nie, Puchoni to ci, którzy lubią jedzenie. Dlatego ich Pokój Wspólny jest koło kuchni. W beczce. Rozumiesz? Mają przejście w beczce. Zawsze zastanawiałam się, czy nie mają tam własnej kuchni i spiżarki. Castiel zarzeka się, że nie, ale może każą im przysięgać, że tego nie zdradzą, żeby inne Domy im nie zazdrościły… – Według tego podziału więc Gryfoni nie lubili nudy, Krukoni lubili sprzątanie, a Puchoni jedzenie… Brenna nie była tylko pewna, co przypisać Ślizgonom. – Człowieku! Jadowita. Chińska. Kapusta. Nie ufam kwiatkom, odkąd odkryłam, co te potrafią zrobić – zaprotestowała ze śmiechem przeciwko temu wąchaniu kwiatków. Nie, nie to, że nie lubiła zapachu kwiatów – jej mama była Potterówną, podtykała jej perfumy i zapachowe szampony uparcie od dzieciństwa, licząc, że córka wreszcie zainteresuje się tym bardziej niż mieczem nad kominkiem. Ale wolała je już w butelkach.
– Niczym szczególnym? Teraz to dopiero masz moją uwagę – stwierdziła, zerkając na niego, ale zaraz przykucnęła po drugiej stronie drzewa, by wyrwać kilka roślinek. – O… to faktycznie brzmi bardziej prawdopodobnie. Z tą brodą musiałby chodzić do Hogwartu bardzo, bardzo długo. W ogóle, woźny kiedyś narzekał, że w ramach szlabanów nie udziela się już chłosty. Zastanawiam się, czy faktycznie kiedyś się uczniów chłostało, czy on to sobie wymyślił, bo chciałby parę osób wychłostać. I komuś takiemu dają pracować w szkole…


RE: [wiosna 1962, Hogwart] Hogwarckie tradycje - Kayden Delacour - 06.08.2023

Kayden wybuchnął szczerym śmiechem, zanim zdążył się powstrzymać. Rozbawiła go ta groźba, wpasowywała się w jego czarny humor. - Nie wierzę w to. Jestem gotów się założyć, że wymyśliłabyś coś tak pochrzanionego, co nikomu innemu nie przyszłoby do głowy. - Oznajmił. - Za mała wyobraźnia może czasami utrudnić śledztwo. - Zachichotał.

Na temat Quidditcha wolał się nie wypowiadać. Nie lubił go. Nie lubił latania. Nie lubił wysokości i nie znosił, jak ktoś pepla mu o tym, jaki to cudowny sport i tyle w nim emocji i w ogóle, głupi jest, że nie chce spróbować. Próbował, ale jakoś się nie przekonał. Przedwczesnego zawału dostać nie chciał.

- No, jeśli taki był ich zamysł, to trochę im się nie udało. - Powiedział z krzywym uśmiechem. To miał być komplement. Taki ukryty, bo nie przywykł do komplementowania, jeśli nie miał w tym jakiegoś celu. Tutaj nie miał, po prostu mówił, co myślał. - Mają kuchnie niedaleko... Za obrazem misy z owocami jest przecież kuchnia. Nie mają daleko, a założę się, że skrzaty domowe nie mają nic przeciwko, jeśli czasem wymkną się, żeby coś zwędzić smacznego... - Mlasnął językiem, trochę im tego zazdroszcząc. Jego pokój wspólny był za daleko, żeby mu się w ogóle chciało tam pójść. - A od kiedy kapusta to kwiatki? - Zaśmiał się. - Wyobrażasz sobie dostać na Walentynki bukiet kapusty? Oh... chyba muszę to wypróbować. Ciekawe jak bardzo tym kogoś wkurzę... - Uśmiechnął się krzywo, bo już sobie wyobrażał jakąś śliczną twarzyczkę, całą czerwoną ze złości. Oczywiście nie miał zamiaru wykorzystywać w tym celu tej chińskiej, gryzącej... Za takie coś to nie tylko dostałby w mordę, ale jeszcze by go wyrzucili ze szkoły, jakby kogoś pogryzła.

- Niczym szczególnym. - Powtórzył, tym razem nie próbując już żartować ani być tajemniczym. - Po prostu wymknąłem się na wieżę astronomiczną w nocy. - To, że poszedł tam z dziewczyną, zręcznie ominął. - A ty czym zawiniłaś? - Zapytał z ciekawością, schylając się po kolejne kwiatki. O mało nie zerwał tego o żółtych płatkach. Zatrzymał się z ręką w powietrzu i cofnął ją po chwili. - Ooo, patrz. Takiego masz nie dotykać. - Wskazał na roślinkę, która wyglądała bardzo podobnie, tyle że płatki zamiast białych, były żółtawej barwy. - Chcesz zerwać? - Wyszczerzył do Brenny zęby. Po chwili wrócił do zbierania, tym razem tych właściwych.

Skrzywił się lekko na tą informację. Chłosta jako kara? - Musiał być tam niezły rygor... Nie wyobrażam sobie, żeby to była prawda. Inaczej Gryfoni dostawaliby lanie co tydzień, skoro się nudzić nie lubią i cały czas szukają rozrywki. Już nie mówiąc nic o Ślizgonach, co też usiedzieć na miejscu nie potrafią i ciągle szukają guza. Ja myślę, że to wszystko bujdy... - Zastanowił się. - W zasadzie to można by poszukać w Historii Hogwartu. Może gdzieś jest jakaś zapiska o stosowaniu... surowszych kar. - Spojrzał na Brennę w zadumie. - Myślisz, że gdzieś w zamku są jakieś dzienniki napisane przez uczniów? Wiesz... taki pamiętnik czy coś? Może ktoś się kiedyś żalił...