Secrets of London
[styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel (/showthread.php?tid=1693)

Strony: 1 2


[styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Nicholas Travers - 05.08.2023

Styczeń 1971r.

Odkąd kraj, czy nawet już świat, dowiedział o działaniach Czarnego Pana, każdy z jego podwładnych, otrzymał jasne zadanie. Atakować mugoli, mugolaków i zdrajców krwi, aby pokazać siłę czarodziei. Nicholas Yaxley, jako jeden z podwładnych, który dążył swoimi osiągnięciami, wsparciem i informacjami dołączył do grona popleczników, również otrzymując zadanie do wykonania - zaatakowania pewnej pary mugolaków, którzy pracowali w Ministerstwie na jakimś niższym stanowisku. Na wskazane miejsce, nie udał się sam. Została mu przydzielona inna osoba do pomocy. Bezpieczniej jest poruszać się w parach, w przypadku wykonywania takich zadań. Zawsze to lepsze dodatkowe wsparcie, w razie krytycznej sytuacji. Z drugiej strony to była także szansa dla Nicholasa, aby mógł wykazać się jako przyszły śmierciożerca.
Połowa stycznia. Zima nie była łagodna. O tyle było dobrze, że nie sypał śnieg, ale było pochmurno i puchato. Bardzo późny wieczór, zapadający w noc. Latarnie oświetlały okolice. Yaxley w odzieniu czarnego stroju i szaty, z narzuconym na głowie kapturem i maską na twarzy, czekał dwie ulice dalej w zaułku na towarzysza, który ma mu pomóc w zadaniu. Mieli ten sam cel i we dwóch go wykonać. Miejsce mieli wyznaczone na spotkanie. Czekał cierpliwie ze skrzyżowanymi rękoma, opierając się o ścianę jakiejś kamienicy. Zachowywał spokój i czujność na otoczenie. Mieć nadzieję, że pójdzie wszystko sprawnie i zgodnie z planem.


RE: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Sauriel Rookwood - 14.09.2023

Kiedy Śmierciożercy dostawali do swojego towarzystwa Pardusa mógł liczyć na kilka rzeczy. Po pierwsze - coś się odjebie. Jeszcze nie wiem co, ale na pewno się odjebie. Po drugie - przemoc jest wpisana w akcję. Po trzecie... po trzecie trzeba uważać na to, co się mówi jak i przygotować mentalnie na prosty fakt: koty zawsze chodzą swoimi drogami. Czarny Kocur nie był tutaj wyjątkiem. Sauriel chętnie udawał się na misje z prostej przyczyny - można było się wyszumieć. Naprawdę w nosie miał tę całą ideologię, którą Śmierciożercy wprawiali w ruch. Uważał, że wszyscy byli sobie równi, że kwestia różnicy krwi - kogo to obchodziło? Każdy krwawił tak samo. A przynajmniej Sauriel dotąd nie widział różnicy w rozpruwaniu mugoli czy obijaniu mord czystokrwistym. Wszyscy mogli dostać tak samo, kwestia ustawienia się w kolejkę, żeby nikt nie oberwał dwa razy. Im dalej wszystko to brnęło tym bardziej Sauriel się wygłuszał na wyrzuty sumienia, które niszczyły go i gniotły przez lata nauki tłuczonej przez ojca do głowy, że przecież mugolaków, szlamy, trzeba je jebać, najlepiej to prądem. Albo ogniem. Wykastrować, schować do wora, wór do jeziora - tak akurat starszy Rookwood nie mówił, ale taką rymowankę już układał sobie w głowie sam czarnowłosy.

Koniec końców motywacje były nie ważne - ważne było to, że zarówno on jak i jego przyszły "brat w walce o słusznej sprawie" mieli zająć się dwójką mugolaków. Śmierciożercami miał rządzić terror, Voldemort nie był zainteresowany imprezami łączącymi ludzi, nie było wyjazdów integracyjnych. Ale Sauriel akurat wierzył w braterstwo. W to, że jeśli z kimś jesteś, to... w sumie ciężko powiedzieć, co, bo w zasadzie Sauriel był solo zawodnikiem. Kiepsko mu szła "praca w grupie" tak na dobrą sprawę. Jak ktoś mu przypadł do gustu, jak to koty już miały, to po prostu mógł być milszy i grzeczniejszy. I nawet bardziej się słuchać. Aczkolwiek! Aczkolwiek nie zmieniało to tego, że uważał, że jeśli na siebie nie będą mogli liczyć w tym gronie spierdoleńców, to już na nikogo innego. Tak, tak, panowała tutaj maniera porównywania długości penisów i sprawdzania, kto więcej osiągnął - oprócz Sauriel, którego raporty ograniczały się do "no umar". Koniec. Co tu dużo mówić. Nie płacili mu za to, żeby gadał, tylko za to, żeby robił swoją robotę. Robił ją dobrze. Więc oto - był.

- No heeej. - Rozbrzmiał mrukliwy głos Sauriela za plecami Nicholasa. Jak to Rookwood - poruszał się w zasadzie beszelestnie, kiedy tego chciał. Ubrany w szaty Śmierciożerców, z maską na twarzy - nie było widać jego uśmieszku, bezczelnego i ponurego, zza niej, ale tej uśmieszek, niemal kpiący, był słyszalny w jego głosie. Nawet mimo zmodyfikowania przez magię maski. - Ja pukam, ty gadasz. - Brzmiało enigmatycznie? Ale chyba każdy znał tę zasadę ze szkoły! - Jestem twoją tarczą i mieczem, wykorzystaj mnie jak chcesz, kociaku. - Oparł się barkiem o mur. Ton jego głosu wskazywał na to, że był znudzony i zupełnie nieprzejęty, ale na pewno nie zdenerwowany, podekscytowany, czy, nie wiem, skupiony? Skoro mieli zadanie...




RE: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Nicholas Travers - 14.09.2023

Może i nie powinno być różnić i kategoryzowania każdego, pod względem pochodzenia i czystości krwi. Kto od jakiego ojca pochodził, jakie posiadał umiejętności. Mogli wszyscy żyć w zgodzie i sobie pomagać. Ale nie mogło być aż tak barwnie i kolorowo. Ten świat potrzebował zmian. Ideologia głoszona przez Lorda Voldemorta miała na celu pokazać, oddzielić obie społeczności. Mugoli i Czarodzieji. Kto zna przeszłość ludzkości z dawnych lat średniowiecza, to pamięta zapewne z lekcji historii mugolskich szkół, czy na czarodziejskie zajęcia z mugoloznawstwa, że mugole karali za magię. Dlaczego miałoby być inaczej? Nawet już nie ze względu na przeszłość, ale i na teraźniejszość. Wchodzili butami do ich świata. Szkolili się i pracowali w tych samych miejscach. Posiadali wynalazki, które przecież mogła pomóc zastąpić im je magia. Po co mieszać?
Nicholas był zdania, że mugole a nawet mugolacy, powinni pozostać w swoim rejonie. Już samo ogłoszenie Ministrem Magii mugolaka, było hańbą, ośmieszeniem naszego kraju.

Długo nie musiał widocznie czekać na towarzysza. Usłyszawszy za plecami pomruki powitania, obejrzał się za siebie, a następnie opuszczając ręce, stanął bokiem. Zlustrował go od góry do dołu, analizował jego postawę i zachowanie. Westchnął na słowa o tym, kto co robi.
„Czyli cała odpowiedzialność za powodzenie misji spadnie na mnie. Perfekcyjnie.” – skomentował sobie w myślach. Jeżeli ta tarcza zawiedzie, bo będzie ciężko. Choć nie powinno, zważając na to, że mają za cel tylko mugolaków. Takiego Pardusa może wystarczy tylko wpuścić do pomieszczenia i niech sam posprząta? Zabezpieczenie trzeba mieć jednak, na wypadek gdyby coś poszło nie tak.
- Za cel mamy mugolaków. Pracują w Ministerstwie. Mamy ich po prostu sprzątnąć. To ma być ostrzeżenie i zastraszenie, aby nie podejmowali pracy w Ministerstwie z takim statusem krwi.
Papilio stwierdził, że dobrze jest przedstawić sprawę, co mają zrobić, jeżeli towarzysz nie był wtajemniczony w misję. Znajdowali się w bezpiecznym miejscu, gdzie raczej nikt by ich nie usłyszał.
Jeżeli dotarło do uszu Pardusa, Nicholas ruszył w kierunku wejścia następnej kamienicy, pochylając głowę, aby kaptur zakrył większość jego twarzy. Starał się także unikać wejścia w oświetlone miejsca, aby nikt nie dostrzegł ich cienia. Gdy weszli, do budynku, Papilio odszukał drzwi do mieszkania państwa „Marley”. Skoro kolega chciał pukać, Nicholas odstąpił mu drzwi.
- Po cichu. Niech mają niespodziankę.
Dodał zanim towarzysz cokolwiek zacznie robić. Yaxley nie chciał już na starcie robić rabanu. Maska miała chronić jego tożsamość. Nie planował prowadzić z lokatorami tego mieszkania jakiejś dłuższej konwersacji.


RE: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Sauriel Rookwood - 14.09.2023

Sauriel kochał zgrywać debila (nie musiał się przesadnie starać) i lubił, jak ludzie go za takiego mieli. To ułatwiało jego życie. Nikt niczego nie chciał, nikt niczego nie oczekiwał - i tak chciał żyć. Leżeć na ciepłym piecu całymi dniami, przeciągać się leniwie. Schodzić, kiedy ktoś zaszeleścił paczuszką z karmą, albo kiedy chciało się zapolować. Nie tylko dlatego, że był głodny. Z potrzeby samej zabawy. Podręczyć jadowitego węża, znudzić się nim i zostawić, kiedy zdechnie. Podrapać wielkiego wilczaka po nosie, bo wsadzał go na jego podwórko. Skoczyć na jakieś dziecko, które się naprzykrzało i chciało dotknąć jego dopiero co wyczyszczonego futerka. A kiedy wołali? Aaach... no może kocur się pokusił na to, żeby obdarzyć tego człowieczka swoim spojrzeniem, łaskaawym. Im bardziej mają cię za głupiego tym mniej wymagają, to było kurwa proste jak dwa dodać dwa. I proszę, jak niewiele również trzeba było, żeby tutaj odpowiedzialność i plan całego działania spoczął na barkach kogoś innego. Powiedzieć, że to była manipulacja byłoby to zdecydowanie za dużo powiedziane. Z Sauriela był taki aktor jak z koziej dupy trąbka. On po prostu nie kładł za bardzo na nic faka. I ludzie to widzieli i wyczuwali. Czasami to było aż zbyt widoczne i przynosiło sporo problemów, no bo "kiedy ty w końcu dorośniesz!". Ale po co dorastać, skoro na tym etapie było dobrze?

- Zastraszanie? Mam ich flaki przeciągnąć po całym domu? - Sauriel nie był jeszcze na takim etapie, gdzie taka makabra byłaby mu bardzo na rękę. Nie znaczyło to jednak, że nie był do tego zdolny. Preferował pozbywać się ludzi szybko. Bo im szybciej zdechną, tym szybciej problem z głowy, tym szybciej można wrócić do leżenia do dołu brzuchem i wyciąganiem swoich łapsk do przodu. Na przykład po jakąś książkę. O zgroozo - mugolską na ten przykład. To, że to byli mugole, że to miała być przestroga dla Ministerstwa... meeh. Whatever. Równie dobrze mogliby właśnie iść mordować hodowców świń, bo Tomcio miał na ich punkcie fobie. To, czy to ma być makabra, czy po prostu śmierć wolał ustalić już teraz. Kiedy Sauriel słyszał "zastraszenie" albo "śmierć z przekazem" to jego mózg potrafił się niezdrowo odpalić i tworzyć jeszcze bardziej niezdrowe wizje tego, co można było z człowiekiem zrobić. I to było zawsze zadziwiające, jak giętkie potrafiło być ludzkie ciało, kiedy tylko połamało się je w paru miejscach. - Jesteś z tych z kijem w tyłku, ay? - Nie trudno było usłyszeć lekkiego sarkazmu z jego tonie. Tak jak i po kilku słowach nie trudno było się domyślić, że Pardus był jednym z tych, do których trzeba było mieć cierpliwość, żeby przebywać w jego towarzystwie. No po prostu... muszę, albo się uduszę. Musiał pozaczepiać "towarzyszy broni". A że w większości Śmierciożercy to były nadęte bufony to tym bardziej go to bawiło i zachęcało do wyzłośliwiania się. Nic dziwnego, że kiedy przez moment na Sauriela rzucono zaklęcie sznurujące usta to wszyscy się cieszyli. Rozczarowaniem było to, że to zaklęcie samo przestało działać.

Pardus stąpał gładko i bezszelestnie obok Papilio. Gdyby nie szelest jego szaty byłby jak rozmazujący się w kącikach oczu cień, dementor, którego przysłano tu po to, by pochłonąć wszelkie światło. A on po prostu korzystał z otoczki cieni. Cóż, Papilio mógł zresztą dołączyć do kompletu dziwactw, jakie w życiu napotkał, tym jednym spotkaniem wampira. Bo właśnie tym był towarzysz, którego dobrano mu na tę misję.

Rookwood już miał wypierdalać drzwi z zawiasów, wchodząc razem z nimi, ale pojawiało się hasło-klucz. Więc zamiast tego Sauriel odsunął się parę kroków, przyglądając się budynkowi. W jednym z pokoi nadal paliło się światło, zdaje się, że w salonie. Podszedł do drzwi, ale zgodnie z podejrzeniami - były zamknięte. Tak samo zresztą jak wszystkie okna. Nic dziwnego, był styczeń, późny wieczór, nikt nie chciał wpuszczać do wnętrza mroźnego powietrza zbliżającej się nocy. Raczej palono w kominkach i ogrzewano. I co prawda można było zrobić wszystko, bo i dużo możliwości i tak przesunęło się przez jego głowę, takie jak proste otworzenie zamków magią, ale nawet sobie nie wyobrażacie jaką nieodpartą chęć miał, żeby po prostu zapukać..! Ale nie zrobił tego. Chociaż cieszył się do samego siebie pod nosem z tej wizji i jak potencjalnie wkurwiłby kompana.

Różdżka dotknęła drzwi, a Pardus otworzył je (dziękował bogu, że to był zwykły zamek a nie jakieś turbo zabezpieczenia, którym by nie podołał) i wsunął się do wnętrza. Jak cień. Jak czarny kot, który przesuwa się między nogami, nie potrzebując nawet bardzo szeroko otworzyć drzwi, by dostać się do środka. I światło naprawdę zaczęło przygasać, a mgła przesunęła po posadzkę, gdy cień wampira począł rosnąć, wydłużać się i prezentować sobą diabelskie skrzydła.




RE: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Nicholas Travers - 14.09.2023

Jedna z pierwszych misji, gdzie Nicholas miał się wykazać. Zlecenie nie było zwyczajnie trudne. Dostał pomocnika, który miał być wsparciem, na wypadek sytuacji, gdyby coś poszło nie tak. Już na miejscu, poznając charakter Pardusa, Papilio wiedział, że musi to wziąć na siebie. Oby więc się udało.

Yaxley załatwianie spraw, jak sprzątnąć kogoś, wolał także usunąć dosłownie jednym zaklęciem, bez bawienia się w jakieś tortury, jeżeli nie było konieczne w tym wszystkim przesłuchanie. To też miał być dowód na to, że umie bez problemu odbierać cudze życie. Jeżeli mieli oczyścić świat z brudów, to nawet licząc trupy. Każda wojna ich liczyła, każda bitwa, każda potyczka.

- Jeżeli masz na to taką ochotę i starczy na to czasu.
Wzruszył lekko ramionami, jakby byłoby kompletnie obojętnie, jaką śmierć zgotuje im jego towarzysz. Jednak dodać swoje musiał.
- Ja preferuję szybkie działanie. Nie tracąc niepotrzebnie czasu.
Nigdy nie wiadomo, czy czasami w pobliżu nie znalazłby się jakiś auror. Przechodzący, a w najgorszym przypadku mieszkający mieszkanie obok. Na wszystko trzeba być przygotowanym i uczulonym. Nicholas z pozytywnych cech, był cierpliwy. Lecz i to miało również swoje pewne granice. Nie przejął się tym, że został porównany do tych z kijem w tyłku. Na te słowa odparł bez emocji, z obojętnością i chłodem w głosie.
- Być może.
Nie potwierdził do razu, ale zaznaczył, że może być jednym ze sztywniaków. Nie przeszkadzało mu to. Nie liczył też na to, że nagle by się zaprzyjaźnili. Na to nie było tu miejsca.

Kiedy znaleźli się przed wejściem do wnętrza mieszkania, Yaxley zdążył jeszcze zwrócić uwagę koledze, aby weszli po cichu. Być może przewidział, że ten będzie chciał wejść z hukiem. Ciekawa koncepcja, ale nie wiedzieli ile dokładnie osób może tam przebywać. Narobienie hałasu zwróci uwagę okolicznym. Najwyraźniej Pardus musi być w patrolu z kimś, kto myśli głową a nie butami.
Z pomocą zaklęcia z różdżki Rookwooda, mogli wejść do środka. Nicholas wyciągnął swoją różdżkę, trzymając w dłoni, okrytej rękawicą. Wszedł do środka za towarzyszem. Palące się światło tylko było problemem. Mugolacy nie spali. Przynajmniej nie wszyscy. To znaczyło, że nie będą mieli czasu aby wyciągać im flaki.

- Działamy szybko. Starając nie robić za dużo hałasu.
Szepnął do niego. Co znaczyło, że chodzi o szybkie zabicie. Bez cackania się i podejmowania rozmów.
Korytarz, na jakim się znaleźli, po lewej stronie miał wejście na górę. Tam znajdowały się dwa pokoje. Po prawej było wejście do salonu i kuchni. A dalej najprawdopodobniej do łazienki. Musieliby się podzielić. W salonie przebywał mężczyzna, który mógł kończyć swoją papierkową robotę. Na górze w jednym pokoju spała, albo szykowała się do spania kobieta. W kolejnym pomieszczeniu nie było wiadomo czy jest ktoś jeszcze. Może dzieci?


RE: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Sauriel Rookwood - 15.09.2023

Och, właśnie o takich ludzi Pardus nic nie robił! Konkretnych, precyzyjnych, którzy nie tworzyli zajebiście skomplikowanego planu i przy okazji nie komplikowali tego życia sobie i innym wokół. Nie było tego widać pod maską, może to i lepiej, że się uśmiechał pod nosem już czując, że się dogadają. Czarnowłosy wolał działać, nie siedzieć na dupie i przekminiać plan o tym, jak się gdzieś dostać. I nie to, że był takim ignorantem, żeby nie zdawać sobie sprawy, jak bardzo istotna bywała to część przedsięwzięć. Po prostu jemu samemu się nie chciało. A kiedy mówili o takich rzeczach jak dobranie się komuś do dupy, komuś takiemu jak mugolaki, to potrafił się zacząć wkurwiać, gdy ktoś wykładał całą tyradę na temat tego, jak dostać się do środka, jak zabić, jak... ech. Szczególnie, że potem docierało do akcji i wszystko brało na łeb na szyję. Oczywiście mogła być to też częściowo jego wina, że nie miał cierpliwości na nadmierną finezję, kiedy nie widział takiej potrzeby, ale to... szczegół! Koniec końców nie liczyło się JAK. Liczyło się, żebyś zrobił.

- Nie mam. Zakuj, zdaj, zapomnij, kojarzysz takie powiedzonko? - Pewnie nie, gość wydawał się jednym z tych, co w komplecie z kijem w dupie zabierali bycie szkolnym prymusem. Albo coś w ten deseń. On tam jednak chuja wiedział i chuja się znał. I w zasadzie to nic do tego nie miał, bo mógł być analfabetą i Pardusa by to grzało. Szczególnie, że nie byli tutaj na spotkaniu towarzyskim. Niby. - Noo i to mi się podoba. Już cię lubię. - I miał to dosłownie na myśli, co powiedział. Oczywiście nie można tutaj mówić o wielkiej przyjaźni, ale gość bez problemu podjął lidership, jego plan był tak prosty, że nawet największy tłuk by zrozumiał i w dodatku był typem szanującym swój czas. A może i nawet cudzy, ale już pal licho z tym - ważne, że swój. Bo jak ktoś szanuje swój czas, to siłą rzeczy ty mogłeś go sobie... poszanować z nim samym? Czy coś. Ale chyba wiecie, o co chodzi! W głosie Sauriela pobrzmiała aprobata - ton poparł wypowiedź.

Nie odpowiedział Nicholasowi na jego słowa, ale skinął głową, by ten nie miał wątpliwości, że Sauriel przyjął to do swojej świadomości. Po prostu. Co prawda było to absolutnie nudne i nijak nie zadowolało jego bestii (bo najlepsza krew to ta wypełniona adrenaliną), ale nie miało to znaczenia. Dla przyjemności można ludziom poobijać mordy na Nokturnie. Dziwne wrażenie otulające jego sylwetkę zniknęło, cofnęło się, rozproszyło, kiedy Sauriel przestał tkać Nocną Marę i przesunął się do salonu, zostawiając Nicholasowi, jak sam uważał, tę o wiele mniej wdzięczną robotę. Nie lubił krzywdzić kobiet. I był jeszcze na tym etapie, gdzie skrzywdzenie dziecka wiązało się z oporem. Oczywiście nikt o tym wiedzieć nie musiał, a nawet nie powinien jeśli o grono Śmierciożerców chodzi. W tej organizacji panowała naprawdę paskudna maniera łamania tych, którzy wykazywali się jakąkolwiek wyrozumiałością, jakimikolwiek zasadami. Już zdążył tego doświadczyć. Więc skoro miał wybór - wybierał dla własnej wygody. A podejrzewał, że skoro mąż jest tu, żona jest albo na górze albo w kuchni. A dzieci... jeśli w ogóle są - na pewno smacznie śpią.

Mężczyzna zbliżył się do salonu, żeby ocenić najpierw sytuację. Nie było słychać tam ruchu, może w ogóle zauważony mężczyzna tam spał? Nie. Siedział z gazetą przy zapalonym świetle i kubkiem... czegoś. Ogień wesoło trzaskał w kominku, a sielankowa atmosfera podkreślona była świątecznymi dekoracjami, które jeszcze nie zostały ściągnięte. Wszystko wyglądało tak ładnie. Tak rodzinnie. Jak coś, co chciałbyś złapać w swoje dłonie, chciałbyś mieć, ale nie możesz tego objąć. Nie miało to żadnego znaczenia. Przecież w tym momencie był na polowaniu.

Wsunął się do wnętrza, prześlizgując się może i nawet w polu widzenia mężczyzny, który siedział nie do końca w pełni obrócony plecami do przejścia z korytarza do salonu, ale doskonale wiedział, na co go stać. Tutaj nie było mowy do pomyłek - mógł być czarną owcą rodziny, ale był Rookwoodem, czy to się podobało co poniektórym czy nie. Tak, by znaleźć się za plecami mężczyzny. I zbliżyć się - ze schowaną różdżką, przesuwając swoją maskę na bok. I położyć na nim swoje lodowate palce. Dalej to był moment. Zakrycie jego ust, przytkanie nosa, zaciśnięcie ramienia na jego torsie i wbicie kłów w jego szyję. Zduszony krzyk wydobył się z ust mężczyzny. Wierzgnął, próbował się wyrwać, ale to było zupełnie bezskuteczne. Siły upływały z niego w tempie natychmiastowym - pochłaniane przez krew i przez dłonie, pozostawiając go zimnym, by samego siebie chociaż na chwilę ogrzać - wewnętrznie. By pozwolić sobie na okrycie się tą czerwoną, upojną mgiełką, przez momencik zagłuszyć pragnienie.

Mężczyzna osłabł w objęciach wampira. Sauriel oderwał w końcu od niego usta, oblizując się z ukontentowaniem. Popchnął go, pozbawionego sił, na sofę, by złapać za poduszkę i przycisnąć ją do jego twarzy. Reszta była czekaniem. Minuta. Dwie. Trzy. Nasłuchiwał dźwięków z góry. W końcu oderwał przyciśniętą poduszkę i sprawdził, czy mężczyzna jeszcze dycha. A kiedy upewnił się, że nie - zostawił go tutaj. Złapał jeszcze kubek, żeby powąchać, co było w środku. Gorąca czekolada. Odstawił go na miejsce, zrobił kilka kroków po pomieszczeniu, nim wyszedł z powrotem na korytarz.




RE: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Nicholas Travers - 15.09.2023

Wszystko też zależało od zleconego zadania, misji. Jeżeli to było coś dużego, to wymagało przeprowadzenia analizy i taktyki działania, zanim cokolwiek zostanie podjęte w działania. Ale takie małe zlecenia, idź zabij i wróć, nie zawsze wymagały głębokiej analizy działania. Dlatego i tutaj Nicholas chciał to raz dwa wykonać, aby uniknąć niepotrzebnych świadków i nie zostać wykrytym. Mogli się zabawić, ale po co? Dlatego Nicholas był zgodny iść na kompromis, że jeżeli jego towarzysz ma nieodpartą chęć mazać flakami po ścianach, zgodzi się, ale to już będzie dodatkowa zabawa. Aurorzy mieliby co robić ze sprzątaniem miejsca i zastanawianiem nad działaniami seryjnego mordercy.

- Kojarzę.
Odpowiedział mu krótko, na zapytanie o kojarzenie krótkich słów, które jasno mówiły o wykonaniu zadania, podobnego do tej ligi do mają obecnie. Niekoniecznie Nicholas musiał być w szkole prymusem, ale o ile nauczyciele do niego nic nie mieli i doceniali edukacyjne starania, mając wysokie stopnie w ocenach a na ostatnim roku został prefektem naczelnym, to może coś tym jest? Prawdę mówiąc, nie każdy prymus musi mieć kij w tyłku. Edukacja w Hogwarcie uczyła nie tylko zagadnień z użytkowania magii w praktyce jak i wiedzę teoretyczną. Uczyła także społeczności. Obserwacji, porozumień, dowodzenia i wyciągania wniosków z popełnianych błędów. Być może Nicholas miał parę sytuacji, gdzie wylądował na dywaniku u opiekuna. Na szczęście te kończyły się jedynie rozmowami, upomnieniami.

Nicholas usłyszawszy od Pardusa, że go polubił za konkrety w działaniu, nic nie odpowiedział ale jedynie spojrzał na niego krótko. Dało mu do myślenia czy rzeczywiście jest to tylko tarcza i maszyna do zabijania. Nawet nie sprecyzowano mu, że będzie miał wampirze towarzystwo.

Kiedy znaleźli się wewnątrz budynku, na korytarzu i wiedzieli już jak działać, Yaxley dał prawo wyboru czarodziejowi co do ofiary. Pardus udał się zatem do salonu, gdzie przebywał mężczyzna. Nicholas udał się za nim, ale pozostał przy wejściu. Różdżkę trzymał w pogotowiu, na wypadek gdyby ktoś schodził lub wychodził z innego pomieszczenia. Obserwował poczynania kolegi, nie spodziewając się zabicia gospodarza w sposób… krwiodawstwa. Na twarzy Yaxleya wymalowało się pod maską zaskoczenie. Być może myślał, że polecą zaklęcia, ale sposób zamordowania był wręcz… interesujący.

„Już Cię lubię.” - rzekł do siebie w myślach i postanowił zostawić już Pardusa ze swoją ofiarą, wierząc ze dokończy to należycie. Papilio udał się najpierw do łazienki, aby sprawdzić, czy tam ktoś jest. Było pusto. Sprawdził także kuchnię, zabierając z niej nóż. Mając rękawiczki, nie obawiał się zostawienia swoich odcisków. Skierował następnie swoje kroki w kierunku piętra. Różdżkę miał przed sobą, trzymając w lewej ręce. W prawej miał nóż. Dotarł do pierwszych drzwi, które powoli uchylił zaklęciem. Panował w środku półmrok. Siedziała na łóżku kobieta rozplątująca swoje długie warkocze. Nicholas bez zastanowienia rzucił w jej kierunku zaklęcie paraliżujące. Jej ciało opadło na bok, oszołomione, nie mogąc się poruszyć. Niespodziewanie jakieś dwa metry dalej usłyszał kroki.
- Mama?
Rzekło dziecko. Z automatu się odwrócił i machnął różdżką, posyłając to samo zaklęcie w stronę małej dziewczynki. Zadziałał za szybko. Nie sprawdzając jaki dziecko miało wiek. Na oko sześciolatka. Trzymała białego pluszowego królika. Jej ciało w piżamce leżało na podłodze. Nicholas zbliżył się do niej i żeby nie tracić czasu, podciął jej gardło. Dzieci często najwięcej krzyczą. O dziwo, nie odczuł wyrzutów sumienia. Szkoda dziecka, ale nie mogli pozostawić świadków. Wrócił do pomieszczenia, gdzie leżała kobieta. Również i jej pociął gardło. Obie wykrwawiały się nie mogąc nic zrobić. Ruszył dalej aby zajrzeć do kolejnych pomieszczeń. Nie było tam już nikogo więcej. Nóż opuścił przy dziecku, zostawiając narzędzie zbrodni bez jego odcisków. Opuścił piętro schodząc na korytarz.
- Na górze czysto. Dwa trupy.
Zakomunikował zdecydowanie. Wierząc że kobiety nie otrzymawszy szybko pomocy, wykrwawią się, jeżeli Pardus nie udał się za nim na górę. Na pewno można było usłyszeć upadające na posadzkę ciało dziecka. A skoro towarzysz był wampirem, na pewno miał wyostrzone zmysły.


RE: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Sauriel Rookwood - 15.09.2023

Musiał się pilnować tylko i wyłącznie w jednej rzeczy: nie pozwolenia sobie na to, żeby wychlać za dużo. Nie mógł stworzyć kolejnego wampira. To znaczy - mógł, ale nie chciał zostać ojcem jakiegoś mugolaka. I nie chodziło o to, że krew nieczysta, że rasizm, że... cokolwiek takiego! Nie był gotowy na tacierzyństwo, ot co. A potem byłby problem z takim wampirzym bachorem, weź to odchowaj. Widział na własnym przykładzie, że to wcale nie było proste, bachor wariował, siadał w kącie gotów zapisać się emo-tional groupe i ciąć sobie żyły. Pryz czym bezskutecznie, bo krew i tak nie miała szans już z nich polecieć. Wypicie całej krwi przez wampira z człowieka wiązało się bowiem niestety z tym, że z jakiegoś powodu klątwa była przekazywana dalej. I takim sposobem powstawały takie smrodki-kaszojadki, wampirze pomioty, które często przez nieodpowiedzialnego rodzica wampirzego (bo jak to inaczej nazwać?) biegało i siało spustoszenie i... w ogóle było do dupy.

Brakowało tylko tego, żeby stojąc na tym korytarzu Sauriel zaczął sobie dłubać w kłach. Przez moment czekał, wsłuchując się w te dźwięki, słysząc to uderzenie ciała o podłogę. Wszystko odbyło się w tak idealnej ciszy, że mógłby to wręcz nazwać muzyką. Tą najbardziej przerażającą. Bo głuchą. Nie będzie tutaj już kołysanek na dobranoc ani czułych słówek przy rodzinnym stole. Już nic nie miało się tu rozegrać. Tylko Śmierć cicho stąpająca w swoich pantofelkach po miękkich dywanach. Więc nie było dłubania w zębach, była ponura akceptacja tego otoczenia i zadowolenie, rozpieszczenie samego siebie z powodu przyjemnego zastrzyku energii. Choć, jak każdy szanujący się kot, po zjedzeniu Sauriel mógłby iść spać. Albo przynajmniej poleżeć. Sauriel spojrzał na komodę, koło której stał, gdzie były rodzinne zdjęcia, jakieś książki... położył palec na krańcu posążka przedstawiającego kota i zaczął go powoooli przesuwać do krańca mebla, kiedy tak czekał przez chwilkę tylko na towarzysza. Bardzo krótką chwilkę. Gliniany kotek nie dotarł na skraj mebla i nie spotkał się z brutalnym rozbiciem o podłogę.

- Ay, ay, kapitanie. - Mruknął, spoglądając na towarzysza od góry do dołu. Ygh, te szaty... jebane szlafroki, ciągle nie rozumiał, kto to w ogóle wymyślił. No ale trudno. Jak już mają być współczesny ku kux klanem to niech będzie. Przynajmniej biel została zamieniona na stylową czerń. A mógłby być róż... Totalnie, ale to by było wydupione w kosmos. - Chcesz kakałko? - Możliwe, że były o wiele bardziej bystre i odpowiednie pytania do zadania w tej sytuacji. Mimo zresztą tego pytania skierował się do wyjścia. Spojrzał tylko na mijane schody, zastanawiając się, czy faktycznie są tam trupy. Ale tak po prawdzie - nie obchodziło go to. Mogli nawet tam przeżyć, mógł pozwolić im uciec, mogło się stać wszystko. Sauriel i tak by powiedział w raporcie to samo. "No umar."

- Wiesz, że w 1386 roku we Francji aresztowano świnię? Zaatakowała dziecko, które zmarło od ran. Potem świnię trzymano w więzieniu, a następnie stanęła przed sądem za morderstwo. Została uznana za winną, a następnie stracona przez powieszenie. - Odezwał się totalnie z dupy, kiedy wyszli na ulicę. No bo... co miał robić? Tak iść dalej w ciszy? Dziwnie tak. Nie to, żeby porównał Nicholasa do świni, było to przypadkowe i niecelowe. Nie wiedział, że zabił dziecko, mimo wszystko. No i o czym może dwóch morderców gadać po... morderstwie. Brzmiało jak wstęp do dobrego kawału, tylko Sauriel nie miał pomysłu jak go skończyć. Może: wychodzi dwóch Śmierciożerców z miejsca zbrodni. Jeden mówi: uważaj, w gazecie pisali, że szukają mordercy mugoli. Na to drugi: wiem, wysłałem CV i list motywacyjny.

Może jednak nie był taki kiepski w te żarciki, jak tak o tym pomyślał..?




RE: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Nicholas Travers - 15.09.2023

Jeżeli już o potomstwie mowa, różnego pokroju, rodzaju i gatunku, Nicholas w roli ojcowskiej także się nie widział. Może i dałby radę wychować swojego dziedzica, to nie wiadomo jaki byłby wobec swojego dziecka, biorąc pod uwagę, że właśnie tego wieczora pozbawił życia inną małą istotkę. Zadziałał instynktownie, w obawie, że to małe coś będzie krzyczeć i wołać ojca. Zlecieliby się inni sąsiedzi. Nie mogli pozostawić to dziecko przy życiu. Nie mogli.

Pomimo świątecznej atmosfery w tym domu, dopadła tę rodzinę śmierć. Zapewne przy badaniu zwłok, aurorzy będą mieli co opisywać w raportach. Nie wiadomo tylko, czy określą atak jako działanie jednej osoby, czy dwóch. Każde zginęło od czegoś innego. Kły wampira i zaklęcie uśmiercające. Zlecenie zostało wykonane i mogli opuścić to miejsce zamieszkania.
- Nie mam na nic ochoty.
A tym bardziej picia czegoś, co należało do mugoli. Im szybciej opuszczą to miejsce, tym lepiej. Wyszli więc a Nicholas zamknął za sobą drzwi. Zaklęciem różdżki zamknął na zamek. Im dłużej tam pozostaną w zamknięciu, większa pewność, że nie przeżyją. Szczególnie mężczyzna, który stracił sporo krwi.
- Gęba nigdy Ci się nie zamyka? Lubisz podejmować rozmowę na losowe tematy?
Skomentował jego wiedzę historyczną, kiedy oddalali się od miejsca egzekucji na mugolakach. Nie chciał uznawać tego co powiedział Pardus za jakieś ostrzeżenie, jakby miał zaraz iść z wyrzutami sumienia do Biura Aurorów przyznać się do zabicia dziecka i matki. Nie miał też pojęcia, co kierowało w tym momencie Pardusem, że podjął taki temat do rozmów. Jeszcze dojdzie do tego, że Nicolasa ten temat zaciekawi i uda się do jakiejś biblioteki szukać na temat tego wydarzenia informacji lub do archiwum prasowego.
Oddalali się na tyle daleko, że mogli skręcić w ciemne ulice, tak aby w odzieniu czerni wtopić się w ciemność.


RE: [styczeń 1971r.] Pierwsze ataki Śmierciożerców - Nicholas i Sauriel - Sauriel Rookwood - 15.09.2023

Podobno z rodzicielstwem to było tak, że nigdy do końca niee byłeś na to gotowy, dopóki nie spotkałeś odpowiedniego partnera. Takiego, który dawałby ci poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji. Podobno, bo Sauriel nigdy nie był typem, który by szukał relacji, co dopiero typem, który zastanawiałby sie nad tym jakby to było gdyby został ojcem. Przyjmował, że kiedyś znajdą mu żonę. A potem zamiast żony dostał w spadku rodzinnym wampiryzm. Trudno. Za życia też się nadmiernie nie oglądał za kobietami, to i po śmierci się to wiele nie zmieniło. Przynajmniej jak zdechł to odwiedził pierwszy raz burdel i to nie po to, żeby poruchać, ale żeby zapłacić chętnym dziewczynkom za ich krew. To było pojebane, co ludzie potrafili robić dla pieniędzy. A jeszcze bardziej pojebane, jak się zaczęły trafiać takie, które wręcz tobie płaciły za taką... wątpliwą przyjemność. Bo to bolało. Cholernie bolało. Ludzie jednak lubili i rajcowały ich różne kinky.

Nie zamierzał tutaj brońcie bogowie namawiać na kakałko, zresztą nawet nie pytał poważnie. Zapytał, bo... nie wiem, on też nie wiedział. A tak sobie palnął, bo to kakao zwróciło jego uwagę. Koniec. Takie się wylosowało z maszyny losującej. Czy też - generującej randomowe rzeczy, żeby przelać je gładko na słowa. Sauriel się rzadko zastanawiał nad tym, co mówił - po prostu sobie peplał. Czaaasem tylko gryzł się w język. Poziom tego gryzienia się zależał od kilku czynników - na przykład tego, czy kogoś lubił, albo z drugiej strony - czy się kogoś bał lub go szanował. Że zaś bał się tylko trzech osób w swoim życiu to wiadomym było, że raczej chodziło o te pozostałe "odczucia". Prosty był z niego samiec - szanował między innymi siłę fizyczną lub psychiczną. Tak, tak, należał do tych osób z którymi można było zawrzeć przyjaźń aż po grób po daniu sobie parę razy w papę. Taki to był właśnie... wysublimowany członek rodu błękitnej krwi.

- Możesz spróbować ją zamknąć. - Ach tak, bo może to też było nieoczywiste, ale świńskie żarty i kompletny brak skrępowania również zaliczały się do jego wspaniałej osobowości. Świetnie się bawił - jego towarzysze często niekoniecznie. - Lubię. - Odpowiedział całkowicie wprost. Lubił wiedzę bezużyteczną, uwielbiał historię i lubił się tą historią dzielić. Z tym, że zawsze wybierał najbardziej przypałowe i bzdurne tematy z całej pożytecznej wiedzy, jaką posiadał, którą niektórzy brali w ogóle za bełkot i jakiś żart, a nie faktyczną ciekawostkę historyczną. Co też całkowicie mu odpowiadało. - Nie to nie, nawet nie wiesz, co tracisz. - Powiedział przesadnie dramatycznym głosem. Ich dola tutaj była skończona, zadanie było krótkie, jasne, czytelne. Ciche. Wyeliminować malutki brud z wycieraczki. Czuł się niemal obrażony, że w ogóle mu tym zawrócili głowę, bo Nicholas ewidentnie by sobie świetnie poradził. W jakimś stopniu troszkę przypomniał mu o jego ulubionym Śmierciożercy - Roberciku - co zdefiniowało małą słabość do niego. Ta jednak mogła być jeszcze zmieniona przez wiele przyszłych sytuacji. - Papa, Kolego z Kijem. Miłego wałęsania. - Sauriel po prostu odbił w jedną z uliczek i wyglądało to niemal tak, jakby rozpłynął się w jej ciemnościach.

Im jaśniejsze światło, tym głębsza była ciemność.