![]() |
|
[13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick (/showthread.php?tid=1734) Strony:
1
2
|
[13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Patrick Steward - 16.08.2023 adnotacja moderatora
Po spotkaniu z Florence, Patrick nie wrócił do domu dziadków. Nie pojawił się również w wynajmowanej przez siebie kawalerce. Myśli o ojcu były zbyt intensywnie, by udało mu się od tak od nich uciec. Wiedział, że w tym przypadku nawet próba przelania ich na papier nic nie da. Nie, bo namaluje ojca. Już wiedział nawet jak: stojącego na tle błękitnego ognia i bełkoczącego od rzeczy. Nie, stanowczo nie chciał go malować. Chciał się go pozbyć. Chciał, żeby zniknął. Nie chciał oglądać jego twarzy. Nie chciał jej nawet pamiętać.Rozliczono - Sebastian Macmillan - osiągnięcie Piszę, więc jestem Tak więc po spotkaniu z Florence, błądził bez celu po mugolskim Londynie, mając nadzieję, że rozwiązanie samo do niego przyjdzie. Ale to nie nadchodziło. Może gdyby jeszcze choć odrobinę znał się na limbo, gdyby rozumiał jego funkcjonowanie, gdy wiedział czemu właściwie to akurat przeklęty ojciec do niego przyszedł a nie np. Clare… Ale nie wiedział. Niewiele rozumiał. A to, co próbował sobie sam dopowiedzieć, brzmiało w jego głowie tylko gorzej i gorzej. Był w połowie mostu londyńskiego, na poważnie zastanawiając się, czy nie powinien się z niego rzucić, gdy wreszcie dotarł do niego sens własnej rady, którą kierował nie tak dawno do Mavelle. Sebastian. Sebastian mógł być rozwiązaniem jego problemu. Był przecież egzorcystą a Patrick sam widział jak przeprowadzał dusze na drugą stronę. Jeśli ktoś mógł wiedzieć, co robić to z pewnością on. Oczywiście, Steward nie był aż tak zdesperowany, żeby przyznać mu się, kogo konkretnie miał w głowie (tu już wolał jednak skoczyć z mostu), ale… przecież mógł to jakoś tak zakręcić, żeby Macmillan wiedział i nie wiedział. Ostatecznie zawsze mógł w niego potem cisnąć Obliviate. Kierowany tą myślą przyśpieszył ku punktowi, z którego mógł się aportować. A potem, prawie biegnąc kierował się na Nokturn do mieszkania Sebastiana. O tym, że mężczyzny mogło nie być w środku, nie pomyślał – w desperacji gotów nawet się włamać i czekać tam aż wróci. Wciąż miał na sobie to samo ubranie, co na molo: chociaż wysuszone zaklęciem, nosiło na sobie ślady zaschniętej soli po morskiej kąpieli. Na głowę narzucił kaptur, byle aż tak nie rzucać się w oczy (wciąż drażniło go, że nagle stał się głupio rozpoznawalny i to przez coś, czego nawet nie mógł skontrolować). Przez to, że tak bardzo chciał uniknąć rozpoznania, przez ubranie, kaptur, pochyloną sylwetkę, nieźle upodobnił się do większości grasujących po Nokturnie indywiduów. Nasunął kaptur jeszcze głębiej na oczy, wchodząc do bloku, w którym było mieszkanie McMillana. Wbiegł po schodach a potem zaczął stukać gwałtownie do jego drzwi. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Sebastian Macmillan - 18.09.2023 Czemu nie jest tak codziennie?, zachodził w głowę rozanielony Sebastian, pozwalając sobie na głębokie westchnienie. Trudno było mu sobie wyobrazić wieczór lepszy od tego, którego właśnie doświadczał. Było i d e a l n i e. Z radia wetkniętego między atlasy historyczne poupychane na regale wygrywały nuty muzyki jazzowej, a główny lokator mieszkania... Siedział w pozycji półleżącej na fotelu, opatulony kocem, z dwiema poduszkami wetkniętymi pod plecy dla większego komfortu. Jakby nie było wystarczająco perfekcyjnie, w rękach miał najnowsze wydanie kwartalnika kowenowego, a na stoliku stał kubek z gorącą herbatą. Czego człowiek mógłby chcieć więcej?
Te kilka ostatnich dni spędzonych poza miastem z ekipą Cathala Shafiqua, uzmysłowiły mu, że naprawdę nie przepadał za dużymi skupiskami ludzi. Chociaż w grupie wykopaliskowej byli praktyczie sami swoi, tak nawet od tak małego grona czasami trzeba było po prostu odpocząć. Właśnie dlatego Macmillan zdecydował się na powrót do Londynu, co by przemyśleć kilka spraw, upewnić się, że krewniacy sobie radzą oraz... Że jego biuro nie jest oblegane z powodu konsekwencji wydarzeń w Kniei Godryka. Ale tym miał zająć się jutro. Dzisiaj miał zamiar tylko się relaksować i... — KOGO NIESIE O TEJ PORZE?! — warknął pod nosem, zrzucając z siebie koc. Momentalnie przeszył go chłód, więc pokuśtykał do drzwi wejściowych, licząc, że szybko odprawi gościa i wróci do swojego gniazda. — Niczego nie potrzebuję. Już jestem naprawdę wystarczająco uduchowiony, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Więc byłbym bardzo wdzięczny, gdyby... Zamrugał zdziwiony, gdy na progu swojego mieszkanka zobaczył Patricka Stewarda. Momentalnie się zgarbił i wyjrzał na klatkę schodową. Pierwsze, co przyszło mu na myśl, to to, że Brenna Longbottom czai się na półpiętrze, ale posłała swojego towarzysza przodem. Sebastian wystawił głowę na zewnątrz, drżąc od kolejnego powiewu chłodu. — Znaleźliście kolejną czaszkę? — spytał, jednak po chwili się zaczerwienił. — To znaczy... Dobry wieczór, Patricku. Czy znaleźliście kolejną czaszkę? — Uniósł wysoko brwi, gdy zorientował się, że auror przybył do niego w cywilnych ciuchach. — Ekhm... Coś się stało? Potrzebujesz... Potrzebujesz wejść? Wbił w niego wyczekujące spojrzenie, jednak po chwili przesunął się w głąb swojego lokum, pozwalając Stewardowi wejść do środka. — Longbottom przyszła z tobą? — Nie mógł przepuścić tego pytania. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Patrick Steward - 05.11.2023 Gdyby Patrick nie był aż tak zdesperowany, z pewnością doceniłby zachowanie Sebastiana. Może nawet byłby rozbawiony faktem, że został – w pierwszej chwili wzięty za… w sumie nie wiedział kogo. Domokrążcę? Słowo „domokrążca” było chyba właściwym określeniem na kogoś, kto mógłby roznosić ulotki o duchach i o Matce. A już na pewno roześmiałby się całkiem głośno, gdy pojął, że McMillan w swojej paranoi najwyraźniej uznał, że przyszedł do niego z Brenną Longbottom. Ale na chwilę, w której znalazł się na korytarzu przed drzwiami do mieszkania Sebastiana, był za bardzo skupiony na sobie, by docenić podobne rzeczy. Zmarszczył brwi, a potem trochę odruchowo sam spojrzał za siebie, jakby naprawdę spodziewał się, że może zobaczyć tam wspomnianą brygadzistkę. Pytanie o kolejną czaszkę kompletnie zignorował, może tylko odrobinę zdziwiony tym, że Brenna najwidoczniej nie przekazała stojącemu naprzeciwko niemu żadnych konkretnych informacji. A przecież sprawa była już rozwiązana. Czarnoksiężnika pożarły jego własne stwory. Nie było więcej kryształowych czaszek (albo były, ale skryte gdzieś, gdzie jeszcze nie dotarli). Zamiast tego jego umysł uczepił się myśli o Longbottom. Kurwa. Kurwa mać. Przecież ona na pewno się domyśli, że dzieje się z nim coś nie tak. Była widmowidzką. Już raz, tylko przypadkiem, udało mu się zatuszować przed nią prawdę. Kolejny raz na pewno mu się nie uda. Pewnych rzeczy, na ten przykład obcego wariata w głowie, nie dało się ot tak ukryć. - Nie, nie ma jej – odpowiedział szybko, siłą powstrzymując się przed wykonaniem takiego ruchu, który w jego mniemaniu po prostu zagoniłby szybciej Sebastiana do jego własnego mieszkania, ale w rozumieniu paranoicznego Sebastiana mógłby wyglądać albo na próbę rabunku, albo na próbę rabunku i zabójstwa jednocześnie. – Mam prywatną sprawę. Mogę wejść do środka? – zapytał cicho. Patrick nawet nie ukrywał nut desperacji, które czaiły się w jego głosie. Ale na swoją obronę miał tyle, że w tamtym momencie naprawdę był przekonany, że lada moment jego ojciec może przejąć nad nim kontrolę. I może McMillan wiedziałby jak tego uniknąć? Albo chociaż w jaki sposób go zablokować? Może umiałby wyrzucić niechcianego gościa z jego głowy? - Potrzebuję specjalistycznej porady – dodał jeszcze, ciągle tym samym cichym głosem. I o ile Sebastian go nie powstrzymał, gotów był wepchnąć się do jego mieszkania. Oczywiście z egzorcystą u boku. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Sebastian Macmillan - 30.11.2023
— Uff... W takim razie zapraszam. — Przesunął się w drzwiach, co by wpuścić Stewarda do środka. — Zazwyczaj to ona przychodzi z tymi najgorszymi przypadkami. W jej towarzystwie można wejść na magiczną pułapkę i zorientować się, dopiero gdy zaczyna tykać ci pod stopą. — Pokręcił głową. — Już raz mnie wpakowała na podwójne opętanie. Szalona dziewczyna.
Otaksował roztargnionym wzrokiem sylwetkę swego gościa. Patrick zazwyczaj wydawał się dosyć rzeczowy i twardo stąpający po ziemi. Taki typowy auror, który ostatnie dziesięć lat spędził, oglądając rzeczy o których większość ludzi wolałaby nawet nie słuchać i nie czytać. Jednak teraz wydawał się zdenerwowany. I to dosyć mocno. Sebastian zamknął za nim drzwi, ryglując zamek. — Porady? — sapnął po słowach mężczyzny, powstrzymując się przed komentarzem, że mógł poczekać do rana, kiedy to miał pełnić dyżur w Ministerstwie Magii. — Specjalistycznej? — Zmarszczył czoło, nie wiedząc, czego może się spodziewać po takim wstępie. — Z gatunku tych rad, po które ludzie idą do kościoła? W grę wchodziły jeszcze usługi egzorcysty, jednak Macmillan wolał nie zakładać z góry, że wie, po co Patrick do niego przyszedł. Zamiast tego dał mu przestrzeń do wypowiedzenia się i podzielenia swoimi przemyśleniami. Chociaż oficjalnie nie przyjął pełnych święceń kowenu, tak wystarczająco głęboko zanurzył się w tradycjach i wierzeniach czarodziejów. Znał się na modlitwach, poznał parę prostych rytuałów, potrafił wyrecytować formułki z modlitewnika... Czy takiej usługi szukał Patrick? Wsparcia duchownego? — Chcesz się czegoś napić? — spytał, prowadząc Stewarda do salonu. — Wody, herbaty, kawy... — Być może spanikowany auror i alkohol to nie było dobre połączenia, ale kapka wina mszalnego raczej by mu nie zaszkodziła. Może nawet pozwoliłaby mu się nieco uspokoić. — Czegoś mocniejszego? Jeśli Patrick chciał zmoczyć usta w jakimś napitku, Sebastian machnął różdżką, aby przywołać z kuchni szkło i odpowiedni napój. W przeciwnym wypadku wrócił do swojego fotela, czekając aż będą gotowi kontynuować rozmowę. — Longbottom do mnie pisała po Beltane. Pytała o kogoś z waszego departamentu. Jednego z Bulstrode'ów — zagaił po chwili. — Też tam byłeś podczas ataku czy przydzielili ci jakąś robotę w mieście? Ostatni sabat skończył się traumatyczie; arówno dla służb bezpieczeństwa, cywili, ale też duchownych, którzy wzięli na swe barki ciężar organizacji tych wielkich zgromadzeń. Sebastian odwiedził siedzibę główną kowenu Whitecroft niedługo po tym wydarzeniu. Kapłanki były jeszcze bardziej skryte niż zazwyczaj i poruszone do głębi. A biorąc pod uwagę pogłoski, że Czarny Pan postanowił rozgrzebać bariery między światem żywych i umarłych... Ta noc raczej dla nikogo nie była przyjemna. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Patrick Steward - 21.01.2024 Patrick chciałby powiedzieć Sebastianowi, że wcale nie przyszedł do niego z najgorszym możliwym przypadkiem. Tylko, że nie wiedział. Właściwie nie miał zielonego pojęcia na ile zły był jego stan, na ile jego ojciec mógł naprawdę przejąć nad nim kontrolę i na jak długo. Także brał gderanie McMillana za dobrą monetę, która pozwalała mu na zebranie niewesołych myśli. - Podwójne opętanie? – zapytał, marszcząc brwi a potem wzdrygnął się dość niekontrolowanie. I znowu przekuł w głowie słowa na własną sytuację – w jego przypadku oznaczałoby to, że nie tylko miał w głowie ojca ale jeszcze matkę. Aż dwóch wariatów do kolekcji, tylko w jej przypadku babcia pewnie by się ucieszyła, bo mimo upływu lat, wciąż cierpiała po śmierci córki. Za ojcem nikt nie tęsknił Patrick wszedł za Sebastianem do jego mieszkania. Dopiero w środku ściągnął z głowy kaptur. Nagła i niechciana sława związana z byciem Zimnym dodatkowo go deprymowała. Stał z wciśniętymi do kieszeni lodowato zimnymi rękami, zastanawiając się jak ubrać w słowa to, z czym przyszedł do McMillana. Zazwyczaj nie brakowało mu słów, ale jak porozmawiać o pilnie strzeżonym rodzinnym sekrecie, o którym nie rozmawiało się nawet w gronie tych, którzy o nim wiedzieli? - Herbaty – rzucił odruchowo wychodząc z założenia, że jeśli ojciec naprawdę mógłby przejąć nad nim kontrolę, łatwiej by mu przyszło, gdyby syn był pijany. – Brenna do ciebie pisała? - Domyślił się, że skoro Sebastian wspomniał Bulstrode’a to pewnie chodziło o Atreusa. Nie była to wielka dedukcja, w końcu w limbo przebywała tylko czwórka znanych jej czarodziei oraz Lord Voldemort i jego poplecznik. – Dziwne, że pytała akurat o niego – powiedział na głos. Nie był może wtajemniczony we wszystkie sprawy osobiste Brenny, ale wiedział że Mavelle była dla niej jak siostra, z Victorią się przyjaźniła a z nim samym łączyła ją silna, oparta na zaufaniu i lojalności więź. Z Atreusem miała najmniej wspólnego, więc czemu interesowała się akurat nim? - Byłem. Razem z Bones, Lestrange i Bulstrodem trafiliśmy do Limbo – wyjaśnił wprost. Choć to było całkiem miłe, że najwyraźniej Sebastian nie czytał gazet i nie miał zielonego pojęcia o tym, że był jednym z Zimnych. Patrick uśmiechnął się ponuro, a potem zbliżył się do siedzącego w fotelu i wyciągnął w jego stronę rękę: mimo właściwego dla żywych koloru, przejmująco zimną, trupio zimną zimnem, którego nijak nie dało się rozgrzać. - Wróciliśmy stamtąd tacy – podsumował. – Ale nie z tym do ciebie przychodzę. – Choć może właśnie z tym przyszedł? – W limbo… w limbo natknęliśmy się na… pewne byty, to chyba były duchy, strzępki duchów... teraz… teraz mamy ich wspomnienia. To chyba wspomnienia, ale bardzo realne. I… tak się zastanawiam czy to tylko wspomnienia – zakończył koślawo. Steward rzadko był naprawdę nieporadny. Zazwyczaj udawał głupszego niż był, bo udawanie pomagało mu w obserwacji. Ale teraz przebijała przez niego desperacja. Nie chciał wspomnień ojca, nie chciał też jego samego w swojej głowie a już absolutnie nie życzył sobie, żeby ten człowiek mógł przejąć nad nim kontrolę. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Sebastian Macmillan - 24.01.2024 — Dokładnie! — Wycelował w niego palec, ciesząc się, że nie tylko jego poruszyła ta informacja. — Czasem mnie przeraża, jakie dziwactwa potrafi przyciągnąć. Podwójne opętanie, kto to w ogóle widział.
Skinął głową na pytanie mężczyzny, po chwili wzruszając po prostu ramionami. Nie widział nic szczególnie dziwnego w tym, że wypytywała go akurat o Atreusa. Może był najbardziej ranny spośród osób, które trafiły pod opiekę kapłanów? Może był w jej jakiś sposób bliski? Nie wiedział zbyt wiele o życiu prywatnym Brenny. Była wprawdzie gadatliwa i trajkotała jak najęta, kiedy tylko dało jej się szanse, jednak Sebastian nie był pewny, czy ta kobieta ma w ogóle czas na coś takiego, jak życie po pracy. — Jasne, a ja tamtej nocy egzorcyzmowałem własnego kuzyna — rzucił cierpkim głosem, odbijając piłeczkę bez większego zastawienia. On przynajmniej miał ducha zamkniętego w medaliku, aby mieć jakiś dowód na potwierdzenie swoich słów. — Jak nie chcesz mówić, co się stało, to nie mów. W pierwszej chwili uznał słowa Patricka za drobny żart ze względu na swój zawód. Bo to takie śmieszne mówić, że ktoś odwiedził zaświaty, albo potrzebował szeroko zakrojonych egzorcyzmów. Dowcip byłby nawet zabawny, gdyby nie to, że walił się już na poziomie podstaw. Nie można tak po prostu wejść do Limbo, a potem wrócić. Każde dziecko wychowane w kowenie to wiedziało. A przynajmniej te, z którymi miał kontakt Sebastian. Uśmiechnął się pod nosem, ale ponury wyraz twarzy Stewarda uświadomił mu, że coś nie do końca było w porządku. — Ty tak na poważnie. — Wbił wzrok w czarodzieja. Momentalnie poczerwieniał, gdy zdał sobie sprawę z implikacji tego zdarzenia. Doszły do niego jakieś strzępy plotek, jednak nie miał zbyt dużo czasu na zapoznanie się z oficjalnymi doniesieniami. Tu coś usłyszał, tu ktoś potwierdził, tam zaprzeczył, a koniec końców ciężko było znaleźć konkretne informacje. Teraz najwyraźniej miał do czynienia z opowieścią z pierwszej ręki. Bardzo zimnej ręki, pomyślał tępo Macmillan, ściskając krótko dłoń Patricka. Fascynacja zaczynała mieszać się ze strachem, ale przede wszystkim... pretensjami. Co oni sobie wyobrażali! — Nikt wam nie powiedział w szkole, że każda magia ma swoją cenę? — spytał ostro, masując czoło między brwiami końcem dużego palca, po czym oparł wygodniej głowę o oparcie fotela. — Dosłownie weszliście do zaświatów, czego się spodziewaliście? — Pokręcił z niezadowoleniem głową. — To nie jest miejsce dla żywych. Dlatego przy jakichkolwiek kontaktach z drugą stroną korzystamy z rytuałów, zabezpieczeń, zaklęć ochronnych, czy nawet modlitw. — Gestykulował dłonią, wyliczając na palcach kolejne techniki obronne. — Widziałeś, jak z Jamilem uchyliłem drzwi na drugą stronę. Najwyraźniej w Beltane zostały wręcz wyważone z kopa. Subtelność czarnoksiężnika, ot co! — Przymknął oczy, starając się powściągnąć kotłujące się w nim emocje. A więc Lord Voldemort faktycznie wsadził różdżkę tam, gdzie nie powinien. A bohaterowie z Polany Ognisk ruszyli za nim. — Co wam za przeproszeniem strzeliło do głów, żeby tam wleźć? Prawdę powiedziawszy, najbardziej zaskakującym elementem całej tej opowieści był fakt, że panna Longbottom nie wpakowała się do Limbo jako piąta podróżniczka między wymiarami. Znając jej temperament, mogłaby nawet rozpychać się rękami i nogami, żeby tylko dopchać się do wejścia. Za każdym razem, jak przychodzą ze sprawami duchów, czuję jak ich niańka, zdał sobie sprawę Sebastian, wzdrygając się na samą myśl. Niby powinien uważać wierzących czarodziejów i czarownice za ''owieczki'' tudzież ''kwiatuszki'' Matki, jednak perspektywa doglądania Brygadzistów i Aurorów pomiędzy innymi obowiązkami służbowymi sprawiała, że nawiedzała go migrena. — Musicie sobie znaleźć jakiegoś dodatkowego patrona — wymamrotał Sebastian, pozwalając sobie w ten sposób na okazanie swojego niezadowolenia. — Pani Księżyca jest w stanie zrobić wiele, ale nie wiem, czy mając pod opieką cały kraj, będzie w stanie jeszcze odgrywać rolę waszej osobistej patronki od spraw beznadziejnych. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jesteście gorsi od Departamentu Tajemnic, tylko że wy przynajmniej rozmawiacie o tym, co robicie. I chwała wam za to. Westchnął przeciągle. Nie był na Beltane, nie miał bladego pojęcia, jak wyglądał atak. Słyszał pogłoski, że wydarzenia na festynie miały związek z Limbo i doszło tam do zaburzenia naturalnego porządku rzeczy. Kapłanki, z którymi się kontaktował tuż po sabacie, nie były jednak zbyt chętne do tego, aby uraczyć go nawet jednym kwiecistym, bogatym w szczegóły monologiem. Odpowiadały krótko i na temat, a desakralizacja Polany Ognisk określały jako "jedną z największych tragedii w historii kowenu". Żadnych badań, żadnych teorii - przynajmniej nie na etapie wtajemniczenia Macmillana. A ponoć to nazwisko miało coś znaczyć w tych kręgach. Phi. — Znajome duchy, czy nieznajome? To byli ludzie, którzy zginęli w trakcie ataku? — Uchylił w końcu powieki ciemnych oczu, próbując skupić się na głównym problemie Patricka. — Tak jak mówiłem, samo wejście do Limbo było cholernie głupim pomysłem. Bo faktycznie zrobiliście to bez jakiegokolwiek przygotowania, prawda? — Uniósł wymownie brwi. — Wprowadziliście do zaświatów obcy element - swoją energię życiową. Może wytraciliście jej trochę podczas samej podróży, ale, tak czy siak, byliście jak latarnia na wzburzonym morzu. Cokolwiek to było, dobre czy złe, od razu was namierzyło. Zleciały się do was jak ćmy do ognia. Kowen Whitecroft i Ministerstwo Magii może i maczali palce w badaniach związanych z Limbo, próbując je lepiej zrozumieć, jednak ciężko było uznać jakiekolwiek informacje za pewnik. Zaświaty to był inny wymiar, rzeczywistość zmieniała się każdego dnia i każdy rok przynosił nowe odkrycia. Skoro ludzka cywilizacja nie odkryła jeszcze wszystkich tajemnic swojego świata, jak mogli zrozumieć świat operujący na zupełnie odmiennych zasadach? Sebastian mógł co najwyżej gdybać, kierować się logiką i własnymi doświadczeniami. — Najprawdopodobniej odbił się na was czyjś ślad — stwierdził po dłuższej pauzie. — Powiedziałbym, że są dwie możliwości. Jeśli... przyczepili się do was zmarli tragicznie podczas Beltane, to najprawdopodobniej stało się to przez to, że byliście blisko. Jeśli mówimy o kimś obcym lub z przeszłości... — Rozłożył ręce, gdyż tutaj ewidentnie kierował się głównie swoimi domysłami. — Wasza energia życiowa mogła wydać się im znajoma. Ludzie lubią myśleć, że tuż po śmierci będą czekać na nich najbliżsi, którzy zdążyli odejść z tego świata. Może dlatego się zbliżyli i przekazali wam tę schedę, jeśli możemy tak to nazwać. Nic dziwnego, że przenieśli Bulstrode'a do siedziby, zorientował się Macmillan. Fragmenty układanki powoli wskakiwały na swoje miejsce. Samo to, że wkroczyli do Limbo i z niego wrócili, wielu starszych kapłanów i kapłanek uznałoby za cud, swoiste błogosławieństwo Matki. Kowen był nie tylko odpowiedzialny za organizację sabatu, ale też miał najprawdopodobniej największe szanse na to, aby doprowadzić ocalałych do porządku. Na tyle o ile to było możliwe, biorąc pod uwagę cały ten chaos, który zapanował w Dolinie i w mieście, gdy gruchnęła wieść o ataku Smierciożerców. — Nie rozpowiadam tego na prawo i lewo, ale rodzina mojej matki miewa... Wizje. Zdarza nam się wiedzieć, co się dzieje po drugiej stronie. Nie oznacza to, że jesteśmy w tym ekspertami. Trudno wyćwiczyć coś, co przychodzi tak niespodziewanie. — Teoretycznie przy odpowiednich warunkach mogły oczywiście zaistnieć wyjątki od tej reguły. Zwłaszcza gdy Trelawneyowie próbowali rozwijać się w kierunku wiedzy o zaświatach i poszerzali swoją wiedzę. — Współczuje tobie i twoim przyjaciołom tej wizyty. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Patrick Steward - 04.02.2024 Na ustach Patricka pojawiło się coś na kształt ponurego uśmieszku. Sięgnęło kącików wąskich warg i wprawiło je w drobne uniesienie. Jednocześnie westchnął, gdy do Sebastiana dotarło, że wcale nie żartował. Uciekł spojrzeniem, omiatając znajdujące się w pomieszczeniu przedmioty i bezmyślnie patrząc na ściany. - Miewam beznadziejne poczucie humoru, ale chyba nie aż tak – sprostował. Ba, do niedawna nie miał nawet szczątków wiedzy, by w ogóle myśleć o takich tematach jak Limbo. Chyba czekał na wzdrygnięcie się, gdy McMillan ścisnął jego dłoń. Większość, właściwie niemal wszyscy, wzdrygali się choćby mimowolnie od trupiego chłodu, którym był przesiąknięty. Inna reakcja, nawet tak nerwowa, była… przyjemnym rozczarowaniem. Słuchał jego tyrady, mimowolnie odprężając się pod jej wpływem. Zniknęło napięcie malujące się w linii ramion. Założył ręce na piersiach i pokręcił głową. Tak z perspektywy czasu, trudno mu było racjonalnie odpowiedzieć na pytania Sebastiana. - Lestrange doznała czegoś na kształt wizji. Była przekonana, że Czarny Pan morduje znajdującą się gdzieś kapłankę. Coś kazało jej wejść do ognia a ja… - urwał. Dużo łatwiej byłoby wszystko zrzucić na kompletną niewiedzę i pewnie po części chodziło o niewiedzę. Naprawdę nie miał pojęcia, żadne z nich nie miało pojęcia, że wbiegając w ogień (nawet metafizycznie) przeniosą się do Limbo, ale on wtedy zdawał sobie sprawę, że jako jedyny nie ma żadnej ochrony. W jego żyłach nie płynęła krew Parkinsonów. Nie miał przy sobie też mikstur, które mogłyby go ochronić przed śmiercią w płomieniach. Być może z boku to rzeczywiście wyglądało tak, jakby był po prostu durniem (i pewnie był durniem), ale w tamtej sekundzie, gdy podejmował decyzję, gotował się na śmierć. Nie na spotkanie z nią, ale na poparzenia ogarniające całe ciało, piekący swąd spalenizny i cierpienie. Był świadomy decyzji, którą podejmował. – Chcieliśmy mu przeszkodzić. Nie udało nam się. Kiedy pojawiliśmy się w Limbo, ta kobieta, kapłanka, boginii, Matka – czymkolwiek była – już nie żyła. Odwrócił się do Sebastiana plecami. I znowu, to była tylko jego teoria, w dodatku nie poparta żadnymi sensownymi informacjami, ale spodziewał się, że jej śmierć nie była na zawsze. Przecież chyba nie dało się zabić boga? A jeśli dało, to jak ogromną mocą musiał władać Czarny Pan? - Znajome. Nie wiem kim były duchy, które pojawiły się przed pozostałymi, ale strzelam, że każdy spotkał kogoś, z kim był związany. U mnie to… - zająknął się mimowolnie. Słowo „ojciec” nie chciało przejść mu przez gardło. Samo zestawienie tego wyrazu ze znajdującym się obok „związany” było dziwne i obcesowe. Do Beltane Patrick wcale nie czuł się związany z ojcem, bo stracił go, gdy miał niecałe cztery lata. – Jestem sierotą. Spotkałem ojca. Zmarł prawie trzydzieści lat wcześniej. Uśmiechnął się gorzko. Rzadko myślał o śmierci, ale gdyby miał się spodziewać kogoś czekającego na niego po drugiej stronie, pewnie obstawiałby Clare. W odróżnieniu od rodziców, ją znał i jej śmierć odcisnęła na nim silne piętno. A tu taka niespodzianka. Najwidoczniej Clare miała go w dupie nie tylko za swojego życia, ale również po śmierci. - Te czyjeś ślady… - zaczął powoli, starannie cedząc słowa. – To tylko wspomnienia? – Brzmiał cicho, spokojnie, ale głęboko w jego środku czaiła się panika. Gdyby to nie były tylko wspomnienia, Zakon Feniksa miał zbyt wiele do stracenia, by mógł to tak zostawić. Sebastian raczej nie zdawał sobie sprawy, że Patrick pytał go właśnie czy powinien popełnić samobójstwo. Zmarszczył brwi. - Ty też miewasz takie wizje? RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Sebastian Macmillan - 05.02.2024 Kobieta. Kapłanka. Bogini. Matka. Z każdym kolejnym słowem jakie padło z ust Stewarda, Macmillan nachylał się coraz bardziej w jego stronę, nie wierząc własnym uszom. Wdarcie się Czarnego Pana do Limbo z Polany Ognisk wydawało się nieopisaną katastrofą samą w sobie, ale w najgorszych koszmarach Sebastian nie wpadłby na to, że celem czarnoksiężnika mogło być autentyczne bóstwo rezydujące po drugiej stronie. Wciągnął głośno powietrze do płuc, czując dreszcze na plecach. Mimowolnie wrócił do swoich dotychczasowych wizyt w kowenie od czasu Beltane. Podenerwowanie kapłanek, brak dostępu do informacji, niechęć do pytań... Czy to naprawdę mógł być powód? Strata Matki?
— Znam kapłanów, którzy za takie sugestie napiętnowaliby cię jako bluźniercę. — Wwiercił się spojrzeniem w plecy Patricka, jakby w ten sposób mógł wydobyć z niego wszystkie odpowiedzi. — Powiedzieliście o tym komuś, czy zachowaliście to dla siebie? Bulstrode przecież wylądował pod opieką kowenu, odpowiedział Sebastian. Jeśli Atreus widział to samo, co panna Lestrange, to teoretycznie mógł przekazać te informacje kapłankom. Może nawet samej arcykapłance? Czy informacje na temat wizyty w Limbo widniały w oficjalnych raportach Brygady Uderzeniowej i Biura Aurorów? Mimowolnie zaczął sam siebie nakręcać, a każdy kolejny scenariusz, jaki wdzierał się do jego głowy, zdawał się być gorszy od poprzedniego. Ale przecież Matka była naturą. Była wszędzie i nigdzie zarazem. Była w każdym drzewie, każdej roślinie i każdym głazie, jak więc ktoś mógł ją unicestwić? — Przykro mi — odpowiedział niemalże automatycznie na wzmiankę o zmarłym rodzicu. Zamrugał parokrotnie, ponownie skupiając się w pełni na swoim gościu. — Przykro mi. Pewnie nie takiego spotkania się spodziewałeś, biorąc udział w obronie festynu. Pracownicy służb bezpieczeństwa pisali się na obronę zwykłych czarodziejów i potencjalną walkę ze Śmierciożercami, ale raczej żadne z nich nie wpadło na to, że przyjdzie im wedrzeć się do innego wymiaru i spotkać zmarłych krewnych. Sebastian miał szczerą nadzieję, że kapłani kowenu odmówili bardzo długie modły za wszystkich ocalałych. — Przyznaję, trzydzieści lat to nie jest dużo dla zmarłego. Czas po drugiej stronie płynie inaczej, a trzy dekady dla niektórych dusz to tyle, co mrugnięcie okiem. — Musiał postawić na szczerość, żeby rozwiać, chociaż część wątpliwości Patricka. — Jednakże... Gdybyś przyprowadził z Limbo nieproszonego gościa, trudno byłoby ci na tym etapie zachować kontrolę. Obcy napierałby na twoją świadomość, próbując cię stłamsić i samemu zyskać przewagę. To praktycznie instynkt - albo on, albo ty. — Podniósł czoło ku sufitowi, licząc, ile dni minęło od Beltane. — Ludzkie ciało nie jest przystosowane do tego, aby gościć w sobie dwie dusze jednocześnie. Fizycznie by tego nie wytrzymało. Minęły dwa tygodnie, więc gdybyś musiał walczyć z inną duszą, wykorzystywałbyś dziś swoją siłę do zachowania ułamka pełnej świadomości. Ojciec Stewarda stosunkowo szybko zaadaptowałby się do nowych warunków. Sebastian był nawet skłonny założyć, że cały proces byłby dla niego duży łatwiejszy niż dla innych duchów. Do kontaktu między krewnymi doszło w Limbo, a więc martwy czarodziej zyskałby znaczący element zaskoczenia w walce o fizyczne naczynie. Mógł wniknąć do umysłu syna niewykryty, po czym uderzyć, korzystając z pierwszej nadarzającej się chwili słabości. Efekty byłyby jednak po takim czasie widoczne. Longbottom na pewno by coś takiego wykryła, pomyślał, być może niesłusznie uznając, że ta dwójka pracowała ze sobą na co dzień i większość swoich dyżurów spędzała we dwoje. Wychwyciłaby różnice w zachowaniu, ruchach ciała czy manierze wypowiadania się. — Nie jesteś opętany, Patricku — stwierdził rzeczowo, dając mu czas na przetrawienie tej informacji. — Zabrzmi to brutalnie, ale gdybyś miał w głowie ojca, to po prostu byś tutaj nie siedział. Nie byłbyś w stanie oprzeć się opętaniu przez tak długi czas, a już na pewno nie zabrałbyś też siły woli potrzebnej do tego, aby aktywnie szukać pomocy na własną rękę. — Wypuścił powoli powietrze z ust, opierająć małą poduszkę o brzuchu i obejmując ją. — Tylko wspomnienia, tylko odbicia wrażeń, czy jakkolwiek chcesz to nazwać. Mówiłeś, że są bardzo realne, więc zdają się ważne. Nie znam tych duchów, więc nie wiem, czy miały jakieś konkretne intencje. Czy to był ich ''rachunek sumienia''? Ostatnie przemyślenia? Wydarzenia, które je zdefiniowały za życia? — Westchnął cicho. — Moim zdaniem powinineś porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi. Jak porównacie notatki, to może znajdziecie jakiś punkt wspólny. Zwykłe, jak na standardy świata czarodziejów, obcowanie ze wspomnieniami innych ludzi za pomocą myślodsiewni mogło namieszać komuś w głowie. Intensywne badanie czyjejś przeszłości, oglądanie raz po raz tych samych zdarzeń z różnej perspektywy... Nawet wytrzymałe i lotne umysły mogłyby przyjąć takie strzępki historii na własność, pozwolić, aby przemieszały się z ich własnymi wspomnieniami. Ocaleli z Limbo dostali jednak pakiet czystych. pierwotnych wspomnień. Przynajmniej tak to interpretował Sebastian, skoro Patrick określał je jako niezwykle realistyczne. Okropne, a przede wszystkim cholernie ciężkie brzemię. — Nie takie jak wy — sprecyzował niepewnie, nieprzyzwyczajony do tego, aby zwierzać się z tej kwestii. — Nie mam dostępu do wspomnień zmarłych, nie widzę też zaświatów z ich perspektywy. Powiedzmy, że mentalnie przenoszę się do Limbo. — Skrzywił się, mimowolnie wracając myślami, gdy jako dziecko w najmniej spodziewanych momentach nagle zerkał na drugą stronę. — To się dzieje nagle. W jednej chwili jestem w łazience, wycieram twarz ręcznikiem, a gdy go odkładam bum, mam dostęp do Limbo. Czasem na kilka sekund, innym razem paręnaście minut, a potem wszystko wraca do normy. Problem w tym, że nigdy nie wiesz, co sprowokowało wizję, ani jak ją przerwać. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Patrick Steward - 06.02.2024 Patrick wzruszył ramionami. Właściwie w ogóle się nie zastanawiał nad tym jak nieodpowiednio mogły zabrzmieć jego słowa i jak straszne mogły nieść konsekwencje, jeśli były prawdą. - Jestem już napiętnowany jako Zimny – zauważył. I pewnie i tak niektórzy widzieli w nim bluźniercę. W końcu był jednym z tych, którzy weszli do Limbo. Nawet jeśli nie wiedział co robi (nie wiedział) i wiodły nim dobre intencje (a wiedział że przynajmniej ich czwórką wiodły dobre intencje) nie powinno mieć to żadnego znaczenia dla tych, którzy pozostawali dogmatykami. – Nie mam pojęcia, ile wiedzą kapłanki, jeśli o to pytasz. Ale nie ukrywaliśmy tego, co widzieliśmy w Limbo. – Co oczywiście nie oznaczało, że rozpowiadali o tym na prawo i na lewo. – Gdy się ocknęliśmy w namiocie polowym na Polanie Ognisk po Beltane, wszyscy dookoła już wiedzieli co się z nami stało. Steward nie dochodził, kto puścił parę z ust. Najpierw próbował się zmierzyć z nieoczekiwaną sławą, która go dotknęła a teraz martwił się głównie sławą oraz tkwiącymi w jego głowie wspomnieniami ojca. Niewiele w tym było miejsca na rozważania teologiczne. Utkwił wzrok we własnych rękach i uśmiechnął się z zakłopotaniem. Sebastian nie miał zielonego pojęcia jak bardzo… jak bardzo spotkanie z ojcem, cieniem ojca, namiastką ojca, wytrąciło go z równowagi. Jako sierota mógł zdać się na babcię i udawać, że jego rodzice – nie byli tak źli jak sugerowało to zachowanie dziadka. A teraz, z każdym dniem, przekonywał się bardziej, że dziadek miał rację. I jednocześnie, do głosu zaczęło dochodzić w Patricku coś, czego istnienia nawet się nie spodziewał: jakiś głęboko zduszony żal i poczucie krzywdy. - Cóż, z pewnością nie spodziewałem się, że kiedykolwiek poznam ojca. W inny sposób niż ze wspomnień babci – odpowiedział wymijająco. Spodziewał się walki z Czarnym Panem, nie prywatnej wojny z czymś, co przypadkiem wdarło się do jego głowy. Może też panika, którą czuł wynikała z faktu, że jego rodzice byli tematem tabu w rodzinie? Prawie jakby się urodził bez udziału matki i ojca? Pewnego dnia, po prostu, został sprowadzony do Anglii przez wuja - dyplomatę - chlubę rodu? A teraz musiał się w swojej głowie mierzyć z niewygodną prawdą? Ale słowa Sebastiana niosły ze sobą prawdziwą pociechę i Patrick mimowolnie się odprężył. Jeśli chodziło tylko o wspomnienia, to nawet te najgorsze, potwierdzające, że był dzieckiem dwojga owładniętych śmiertelną lojalnością wobec Grinewalda szaleńców, mógł znieść. Tak, obrazy które pokazywał mu ojciec były przykre (jeszcze bardziej, gdy widział w nich namiastkę uczuć do samego siebie), ale nie mogły zniszczyć nikogo poza nim samym. A to w przypadku członka Zakonu Feniksa było najistotniejsze. - Myślisz, że to przez nie jesteśmy Zimni? Ja, Lestrange, Bones, Bulstrode? Przez to, że duchy pozostawiły w nas swoje wspomnienia? – zainteresował się. – Nie wiem, czy rozmowa o nich ma sens. Te moje są… - zamyślił się. Nagle zdał sobie sprawę, że otworzył się akurat przed Sebastianem, choć tak naprawdę nigdy nie był z nim jakoś szczególnie blisko. – One czasami nie mają sensu. Są tak realne jak moje własne. Jedno z nich było wspomnieniem obserwowania morza. Inne dotyczyło patrzenia na małego mnie, gdy rysowałem. – Były jeszcze dużo gorsze, okrutniejsze, ale o nich Steward nie mógł powiedzieć na głos. – Nie widzę w nich związku przyczynowo skutkowego. Najgorsze, że pojawiają się w najmniej oczekiwanej chwili. Dzisiaj, przez jedno z nich, omal nie pozwoliłem Florence utonąć w morzu. Był aurorem. Trochę obawiał się, że kolejne stanie mu przed oczami podczas walki z jakimś czarnoksiężnikiem. A teraz okazywało się, że coś bardzo podobnego ciążyło nad McMillanem. Nagle zamiłowanie jego rozmówcy do ciszy i spokoju, wydało się Patrickowi całkiem zrozumiałe. Łatwiej ukryć podobną przypadłość, gdy przebywało się samotnie w łazience a nie podczas spotkania w gronie znajomych. - Twoje wizje… one mają jakiś cel? Limbo próbuje ci coś przekazać? Czy raczej trudno to określić? – zapytał i dopiero po wypowiedzeniu tych słów zmarszczył brwi, uzmysławiając sobie, że być może okazywał się właśnie za bardzo wścibski. – Przynajmniej jesteś świadomy, że to wizja. Ja… ja nawet nie wiem czy to moje wspomnienie, czy ojca. Niektóre z nich naprawdę mogłyby być moje. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Sebastian Macmillan - 07.02.2024 — Przez kowen, społeczeństwo czy prasę? — odbił skrzętnie piłeczkę.
W jego mniemaniu tylko jedna z tych odpowiedzi tak naprawdę miała znaczenia. I przede wszystkim to, czy arcykapłanka faktycznie wykonała jakiś ruch ku temu, aby faktycznie ich... skreślić. Słowa Patricka go zaskoczyły. Może wynikało to z tego, że nie było go na miejscu katastrofy i nie dotarły do niego takowe pogłoski. A może to kapłani i kapłanki zadbali o to, aby pewne informacje nie rozeszły się zbyt szybko i dokładnie. Musieli coś kombinować. Jego własna rodzina musiała coś wiedzieć i się do tego nie przyznawała nawet przed innymi krewniakami. Swoista katastrofa w przygotowaniu. — Po części? — Pokiwał niepewnie głową, drapiąc się za uchem. — Weszliście do Limbo, więc samo to, powinno odcisnąć na was jakieś piętno. Możliwe, że wspomnienia, które otrzymaliście, wzmocniły tylko skutki uboczne wizyty w zaświatach. — Westchnął cicho, uśmiechając się krzywo do Patricka. — Niestety, jesteście jedyni w swoim rodzaju. Poza tym jest zbyt dużo czynników, jakie należałoby wziąć pod uwagę, aby podać wam jasną odpowiedź. Magia Polany Ognisk, zakłócenie uroczystości, pierwiastek czarnej magii w formie Czarnego Pana i jego Śmierciożerców, morderstwo... w zaświatach, kontakt z innymi duchami, obce wspomnienia, wasz powrót... Nawet obrażenia, jakich doznaliście w trakcie walk. Bo wy się zawsze z kimś lejecie podczas tych swoich misji, dodał z przekąsem, postanawiając jednak nie wypowiadać tych słów na głos. Teraz robił już to tylko i wyłącznie z czystej przekory. Był wdzięczny za to, że Brygada Uderzeniowa i Biuro Aurorów ryzykowało życiem własnych pracowników, aby bronić kapłanów i cywili. Gdyby nie oni, kowen zapewne pogrzebałby po Beltane dużo większą ilość osób. I kto wie, jakie jeszcze koszmary zaległyby się w Kniei Godryka, gdyby nie wykazali się hartem ducha i tą swoją odwagą? — Myślisz, że twoje losowe wspomnienia miałyby stuprocentowy sens, gdyby ktoś miał do nich dostęp? — Uniósł pytająco brew, chcąc raczej zachęcić Stewarda do zgłębienia tej kwestii samodzielnie, niż dzielić się z nim kolejnymi wielowątkowymi teoriami. — Spróbuj sił u jakiegoś wróżbity. Najlepiej takiego, który nie ogłosi wszem i wobec, że Zimny zarezerwował u niego wizytę. Postawienie tarota może nie rozwiąże twoich problemów, ale interpretacja tego, co widzisz w tych urywkach wspomnień, powinna naprowadzić cię na jakiś trop. Choćby szczątkowy. Akurat to brzmi dziwnie znajomo, pomyślał zaintrygowany Sebastian. Kompletna losowość wspomnień przywodziła mu na myśl jego własne transe, kiedy to miał okazje zerkać za zasłonę dzielącą świat żywych i umarłych. Skoro nawet tonąca koleżanka nie była w stanie go wyrwać z tego wspomnienia, to musiał być wtedy kompletnie bezwładny. Oczy Sebastiana nagle rozbłysły. — No i... Jest jeszcze legilimencja. Nie, żebym sam o niej jakoś dużo wiedział. — Poczerwieniał nieco na twarzy. Mógł zasypywać Stewarda teoriami i założeniami, ba nawet mitami i przypowieściami o zbliżonych przypadkach, jednak przypominało to metodę prób i błędów. I każda kolejna mogła być bardziej irracjonalna od poprzedniej. — To pozwala na badanie czyichś wspomnień, a nawet usuwanie ich, czyż nie? — Zerknął na Stewarda, podejrzewając, że przez swoją profesję może wiedzieć o tym nieco więcej. — Taki specjalista też może ci coś podsunąć. Zimnych rąk się nie pozbędziesz, ale wspomnienia może ustaną. Czy posunął się za daleko? Jako egzorcysta wykluczył opętanie, czy przeniesienie z Limbo duszy ojca Stewarda, ale na same wspomnienia nie mógł wiele poradzić. Zimni byli ewenementem na skalę krajową, jak nie światową, a ich problem tak złożony, że jeden specjalista mógł co najwyżej usunąć jedną warstwę i pozwolić, aby inni lekarze zajęli się kolejnymi. — Chyba wszystko zależy od punktu widzenia. — Sama myśl o tym, że Limbo mogło mieć świadomość niezbyt do niego przemawiała. — Czy jeśli pójdę do miejsca pełnego anomalii magicznych i dostanę wizję z zaświatów skupioną na nich, to Limbo mi w czymkolwiek pomogło z własnej inicjatywy, czy po prostu było narzędziem, które znalazło się w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze? — Rozłożył ręce, aby zaraz znowu objąć poduszkę. — Ile ludzi, tyle teorii. Chrząknął cicho, czując, że zaczyna go drapać w gardle. Przywykł do tego, że na co dzień wypowiadał się oszczędnie i wręcz zatajał sporą ilość informacji przed swoimi współpracownikami. Był samotnikiem i tak mu było dobrze. Nie widział sensu w dzieleniu się swoimi sekretami i faktami z życia z ludźmi, dla których był tylko ekspertem, który ma spędzić z nimi parę godzin, zamknąć sprawę, a potem zniknąć z ich życia. To były tylko przelotne znajomości. A jednak Steward i Longbottom byli jak rzep, który nie dość, że się go uczepił, to rozgadywał go. Dziwne. Przedziwne. — Teraz jestem ich świadomy. — sprecyzował naprędce, chwilowo ignorując zapytania przyjaciela. — Ta przypadłość ujawnia się wśród Trelawneyów nawet w młodym wieku. Jestem przekonany, że już za dzieciaka miałem te wizje. Kiedy miałem, a bo ja wiem... Sześć, siedem lat? — Zmarszczył brwi, błądząc wśród zakurzonych regałów w bibliotece swych wspomnień. To musiał być ten okres. Bądź co bądź, to właśnie w tym okresie następował wzrost naturalnych zdolności pośród małych czarodziejów i czarownic. — Coś takiego... Zaburza wizję świata. Budzisz się któregoś dnia w środku nocy, a zamiast własnego pokoju widzisz zaświaty, które zaraz znikają. Nie wiesz nawet, jak pokazać dorosłym, co właściwie ci się przydarzyło. Chyba każde dziecko obdarzone takimi umiejętnościami na tym etapie czułoby się bezradne i zagubione. Sebastian miał to szczęście, że zarówno jego rodzina od strony matki, jak i ojca obcowała ze światem duchów, toteż dosyć szybko domyślili się, co tak właściwie się przydarzyło. A potem przyszły szkolenia, rozmowy z podstarzałymi ciotkami i babkami, które miały pomóc. Ich wskazówki i opowieści pomogły zrozumieć ten fenomen, ale na pewno nie pozwalały go zgłębić, czy zablokować. Choćby odizolował się od całego świata, Limbo i tak by go dogoniło. Tak jak i śmierć dopadnie w pewnym momencie każdego człowieka. |