Secrets of London
[2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella (/showthread.php?tid=1751)

Strony: 1 2


[2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 19.08.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I

2 maja 1972, popołudnie
mieszkanie Stelli
Stanley Andrew Borgin & Stella Avery

Ostatnie kilkadziesiąt godzin nie było dla Stanleya zbyt łagodne, wręcz złe czy tragiczne. Zaczynając od tej cholernej głowy, która jak się okazało, nie została dostarczona bez żadnych problemów i zaczęły się pojawiać pierwsze pytania o nią w ministerswie, potem to całe Beltane - peruka rudej miotlary z Harpii, amortencja i, o niemal włos, bójka z bratem Jackie. To oczywiście nie był koniec przygód Borgina, należało do tego dodać udział w zamachu na tenże sabat, niedokończoną próbę morderstwa Esther Moss, która to uszła ledwo z życiem, walkę z Harper Moody, a na sam koniec starcie z całą zgrają Ministerialnych kolegów czy koleżanek. Nie wspominając jeszcze o całej ucieczce i wszystkimi komplikacjami, które były z nią związane. No i ten przeklęty młotek sędziego z Wizengamotu, który nadal, momentami, dudnił w jego głowie kiedy tylko robiło się ciszej. W wielkim skrócie - nie było kolorowo, a miało być jeszcze gorzej.

List, który wysłał o poranku tego dnia, miał być jedyną miłą rzeczą, która miała go spotkać od ostatnich kilku dni. Stanley chciał po prostu usłyszeć, że Stelli nic się nie stało. Dobrze wiedział, że jej matka zajmuje się organizacją sabatów, więc i musiała być na tym przeklętym Beltane. Co gorsza, pewnie nawet zachęciła swoją córkę aby i ona tam się zjawiła, co okazało się prawdą i tym samym narażało Avery na stanie się jedną z rannych czy, nie daj Merlinie, ofiar. Borgin nigdy by sobie nie wybaczył tego, że mogłoby jej się coś stać przez niego czy któregoś z popleczników Czarnego Pana. O ile z krzywdzeniem innych nie miał już żadnych skrupułów czy problemów, tak była pewna granica, której nawet on nie przekraczał i nie akceptował jej przekraczania przez innych - rodzina i najbliżsi jego sercu, a do tej grupy właśnie zaliczał Stelle, byli nietykalni.

Z każdym kolejnym listem jednak żałował. Żałował, że napisał - wolał chyba nie wiedzieć o niektórych rzeczach. Kolejne odpowiedzi, zamiast go uspakajać czy powodować spokój na duchu, działały na odwrót, podnosząc ciśnienie i powodując, że czuł się jeszcze gorzej. W pierwszej chwili zgniótł je, będąc jakby w jakiejś furii, później jednak je wyprostował, zdając sobie sprawę, że mogą się jeszcze przydać. Nie do końca wiedział co miał zrobić w tym momencie. Z nią, z nim, z tym wszystkim. Nie chciał nikogo z zewnątrz angażować w swój problem. Nie było mowy aby poprosił Anthony'ego czy Sauriela o radę. To był jego problem z którym musiał sobie poradzić.

Theon Yaxley... niby kuzyn ale czy na pewno? Jennifer była z Borginów i nie dało się tego ukryć, jednak do jej syna trzeba było podchodzić z pewną dozą nieufności. W końcu kiedy on mówił komuś "dzień dobry", należało się zastanowić czy przypadkiem nie kłamał. Stanley próbował to sobie tłumaczyć na różne sposoby - że nikt o nich nie wiedział, że może to przypadek, że może to zwykła pomyłka i to nic takiego. Starał się podejść do tego z otwartą głową ale nie potrafił. Nie był w stanie myśleć trzeźwo w tym momencie, zwłaszcza, że dowiedział się bardzo ciekawych rzeczy... Po pierwsze - jakiś ukryty urok, a po drugie - nie mogę przestać o nim myśleć... i to nie chodziło przecież o niego samego.

Nie widząc innej możliwości, udał się na ulicę Pokatną, zgodnie z tym co zapowiedział. Teraz jednak miał nieodparte wrażenie jakby szedł w jakiejś drodze krzyżowej. Im był bliżej, tym bardziej chciał się wycofać, zawrócić i zostać w domu aby przetrawić to z samym sobą. Wiedział, że to nie było rozwiązanie, nadal pamiętał jak to się skończyło ostatnim razem po śmierci Anne, kiedy to próbował się ogarnąć na własną rękę, a poszło co najmniej źle - jak nie tragicznie.

Z ciężkim bólem, dotarł pod tak dobrze znany mu adres. Tym razem nie było to zwykłe spotkanie, takie na które zjawiał się przeważnie aby upewnić się, że u Stelli wszystko było w porządku - ta przecież nadal nie podniosła się do końca po śmierci Kordelii. Stał tak przed tymi drzwiami przez kilka dobrych minut, dywagując ze swoim wewnętrznym ja, co powinien dalej robić. Czuł, że muszą porozmawiać... szczerze porozmawiać.

Zapukał. Minę miał pokerową, nie przedstawiała za dużo - ani smutku ani szczęścia - Dzień dobry - przywitał się bez zbędnych emocji, lekko pustym głosem, kiedy drzwi zostały otworzone. Nie był to zwyczajowy sposób w którym się przecież witali chyba na żadnym etapie tej znajomości ale Borgin nie potrafił powiedzieć nic więcej, a już na pewno nie w tej chwili kiedy zobaczył Avery. Ciężko westchnął, a następnie uniósł otrzymane listy, które wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza. Bez słowa ruszył w głąb mieszkania, powolnym krokiem kierując się w stronę kanapy. Tym razem jednak nie usiadł na niej, a zatrzymał się za nią aby oprzeć się o jej oparcie i pochylić głowę, kierując swój wzrok w materiał. Zgiął pięści na oparciu, nie puszczając jednak listów. I tak nastała cisza.




RE: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stella Avery - 20.08.2023

Maj rozpoczął się dosyć burzliwie. List, który dostała od Stanleya uświadomił ją, że wydarzyło się coś złego. Przegapiłaby to najpewniej siedząc zamknięta w swojej jaskini. Przesadziła wczoraj z alkoholem, od momentu, kiedy zmarła jej siostra zdarzało się to dosyć często. Starała się nie dawać po sobie poznać, że dalej jest z nią źle. Raczej jej się to udawało, bo rodzice przestali mieć podejrzenia, że dalej to przeżywa. Zresztą świetnie grała, pokazywała się tam, gdzie chcieli ją wiedzieć chociaż na chwilę. Uśmiechała do tego, do kogo trzeba. To wystarczało, żeby uważali, że jest z nią w porządku. Przecież świetnie się bawiła w towarzystwie. O to jej chodziło, nie chciała, żeby wiedzieli, jak bardzo wpływały na nią wydarzenia z przeszłości.

Kiedy się obudziła, poczuła strach. Miała wrażenie, że coś złego przydarzyło się Theonowi Yaxleyowi. Nie miała pojęcia dlaczego był pierwszą osobą, o której pomyślała po przebudzeniu. Chciała się znaleźć tuż obok niego, czuła, że nie wytrzyma długo bez jego obecności. Było to dziwne. Bardzo dziwne. Ich znajomość zaczęła się stosunkowo niedawno. Otumaniła go podczas jednego ze swoich występów, tyle, że nie do końca było to chwilowe. Miała wrażenie, że jej ukryte zdolności działają na niego trochę bardziej niż na kogokolwiek innego, co bardzo ją ciekawiło. Nie spotkała się jeszcze z tym, żeby ktoś ulegał jej aż tak mocno. Chciała zobaczyć ile to potrwa, jak bardzo może go omamić. Szczególnie, że nie miała ostatnio zbyt wiele do robienia i każda forma zabawy wydawała jej się być interesująca. Trochę brakowało jej bodźców, alkohol przestawał wystarczać także sięgała po inne rozrywki. Tyle, że po Beltane coś się zmieniło. Czuła, że i ona wpadła po uszy, chociaż nie powinno się tak zdarzyć, przecież jej serce należało do kogoś innego. Nie powinien tego zmienić nawet jeden głupi pocałunek z Theonem Yaxleyem, jak widać jednak było zupełnie inaczej.

Można o niej było mówić wiele, jednak na pewno nie to, że była jakąś bezduszną intrygantką. Dlatego też podzieliła się tym wszystkim z Borginem. Uważała, że musi być w stosunku do niego szczera. Tyle razem przeżyli, że nie wypadało, aby go okłamywała. Od razu przyznała się do tego, co miało miejsce wczoraj. Może nie była z tego dumna, jednak sumienie miała czyste, nie umiała kłamać, więc nie wyobrażała sobie zupełnie innej możliwości. Tym bardziej, że czuła, że coś było nie tak, a Stanley był brygadzistą, prawie aurorem, na pewno odpowie na jej dziwne pytania. Przynajmniej tak zakładała, a jeśli nie, to będzie szansa, że czegoś się dowie, gdy będzie w pracy.

Nie uzyskała od niego konkretnej odpowiedzi kiedy się pojawi. Nie było to dla niej dziwne. Jeśli na Beltane był zamach, to na pewno miał ręce pełne roboty. Udało jej się dotrzeć do matki, była więc już nieco spokojniejsza mając świadomość, że rodzicielce nic się nie przytrafiło poprzedniego wieczoru. Sama Avery miała do siebie pretensje, że pojawiła się w Dolinie z Yaxleyem, żadna z tych głupot, która jej się przytrafiła nie miałaby miejsca, gdyby została w domu. Niestety chciała trochę się zabawić jego kosztem, zobaczyć, czy jej wiłe zdolności nadal są takie silne jak wcześniej. Głupi to był pomysł.

Zmyła z siebie kurz dnia poprzedniego, ubrała całkiem skromnie, w suknię sięgającą do ziemi, lekką, gdyż było nawet ciepło, w kolorze pudrowego różu. Rozczesała włosy, żeby w miarę wyglądać i czekała. Liczyła na to, że Stanley faktycznie się u niej dzisiaj pojawi. Miała ochotę nalać sobie wina do kieliszka, ale było stosunkowo wcześnie, więc się powstrzymywała, przynajmniej jak na razie.

Trochę bała się konsekwencji, reakcji Stanleya na to co napisała mu w liście. Nie czuła się jednak jakoś mocno winna, nastrój święta, zabawy, to wszystko jej się udzieliło. Kto wie, może ktoś jej dolał do czegoś amortencji, przecież nie zachowałaby się w ten sposób zupełnie świadomie, albo za dużo wypiła... chociaż to nie powinno być wytłumaczeniem. Gdyby tylko wiedziała, ile spraw aktualnie męczyło Borgina i że dołożyła mu kolejne zmartwienie... na szczęście nie wiedziała. Zdaniem Stelli Stanley wczoraj, jak przystało na brygadzistę zajmował się walką z zamachowcami podczas Beltane. Podziwiała go za to, że był taki bezinteresowny...

Usłyszała pukanie do drzwi. Poderwała się z fotela gwałtownie. Szybko znalazła się przy nich. Otworzyła je, bo wiedziała, kto się znajduje za nimi. Stresowała się tym spotkaniem, jak żadnym wcześniejszym. Mimo, że przeżyli już razem sporo, to jednak nigdy nie zdarzyło jej się coś takiego. Może nie powinna mu o tym wszystkim pisać? Z drugiej strony przynajmniej nie musiała tego ukrywać, a nie była szczególnie dobra w kłamaniu. Dzień dobry... To zabolało. Poczuła się trochę tak, jakby była dla niego kimś obcym. Na szczęście wszedł do środka, skierował się do wnętrza mieszkania. Mogła więc zamknąć za nim drzwi i zrobić to samo. Walczyła ze sobą krótką chwilę, przegrała jednak tę walkę i nim znalazła się w salonie ruszyła jeszcze do kuchni, aby nalać sobie kieliszek białego wina. Łatwiej było jej przyjąć to wszystko, kiedy miała przy sobie alkohol. Upiła niewielki łyk wina. Wiedziała, że jest zły, a może zawiedziony? W powietrzu było czuć gęstą atmosferę. Nie usiadł jak zawsze na kanapie, tylko oparł się o nią i nie patrzył w stronę Stelli, co chyba ją najbardziej bolało. - Jak ci minął dzień? - Próbowała jakoś rozpocząć rozmowę, choć nie było to takie proste. Sama również nie usiadła, przynajmniej jak na razie, a oparła się o parapet, zachowała dosyć spory dystans między nimi.




RE: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 21.08.2023

Stanley cenił sobie szczerość ponad wszystko ale teraz miał dużą rozterkę. Nadal nie był pewien czy powinien być wdzięczny za to, że mu o tym powiedziała czy nie wolał żyć w błogim stanie nieświadomości. On sam przecież nie był do końca szczery ze Stellą ale nie mógł być. Nie mógł jej powiedzieć wprost, że jest Śmierciożercą i tam gdzie stąpa w swoim stroju, tam zostaje tylko pożoga i zniszczenie. To zresztą nie była jedyna rzecz o której nie mógł jej wspomnieć mimo, że chciał być nią całkowicie szczery. Zdawał sobie sprawę, że ten dzień kiedyś będzie musiał nadejść ale to na pewno nie był 2 maja 1972.

Borgin czuł się bardzo źle z myślą i faktem, że dał się wrobić w jakąś herbatkę z amortencją. Nie wspominając już o tym co było dalej - napastowanie Merlinowi winnej dziewczyny. Na całe szczęście dał radę uciec po tej całej wspinaczce na pal. To pozwalało mu być trochę spokojniejszym niż by był jakby poddał się tej dziwnej chęci bliskości z Jackie, która ofiarowała mu swój wianek. Prawda była też taka, że i Stanley czuł coś dziwnego... jakby pustkę? Czuł, że potrzebuje kogoś kto go zrozumie, kogoś z kim będzie mógł się podzielić swoimi obawami, kogoś kto będzie... No ale przecież miał taką osobę - była nią Stella, a on sam był o tym święcie przekonany, że tak właśnie jest. Nie rozumiał dlaczego więc to uczucie się pojawia i czemu to akurat on musiał to czuć.

Cisza przed burzą? Tak najpewniej było. Trochę teraz żałował, że tu przyszedł. Każda kolejna sekunda czy minuta powodowała, że powracały wspomnienia - te złe, te dobre, wszystkie. Nie ważne co się działo, zawsze przecież dawali radę. Zawsze było to samo - ona i on. Nie miało znaczenia przed jak wielką kłodą się znaleźli - wspólnymi siłami nie stanowiła dla nich jakiegokolwiek problemu. Byli po prostu niezniszczalni.

Kiedy Avery się odezwała, ciężko westchnął. Na język pchały mu się dwie odpowiedzi - na pewno nie tak dobrze jak Tobie albo niemal skończyłem w Azkabanie. Nie zdecydował się jednak na żadną z nich. Zdawał sobie sprawę, że to mogło być niczym gwóźdź do trumny, a przecież nie chciał niczego zamykać - Stella... - odezwał się ale po chwili załamał twarz we własnych dłoniach aby moment przejechać po włosach do tyłu i na nią spojrzeć - Chyba powinniśmy porozmawiać... Szczerze porozmawiać - dodał jakby to nie było oczywistością, w końcu po to się tutaj znalazł. Stanley kupował sobie po prostu cenny czas, próbując ubrać to wszystko w słowa.

- Ja wiem, że było Ci ciężko i źle. Rozumiem to jak najbardziej... - zaczął, spoglądając na kieliszek wina, która znajdował się w jej dłoniach. Mówił powoli i wyraźnie - Ale dotarliśmy chyba do pewnego punktu kulminacyjnego. Mam wrażenie jakby jakaś bańka pękła z dniem wczorajszym - przyznał, przymykając na moment oczy. Stanley czuł jak słowa mu się blokują w krtani, każde kolejne przychodziło z coraz większym trudem. Nie było jednak co się zbytnio zdziwić - każdy ciężki temat był niczym żyletki w przełyku, co wcale nie ułatwiało roboty.

Odłożył listy na bok aby sięgnąć drżącą dłonią po paczkę papierosów. Borgin kiedyś nie palił - nie licząc momentu słabości po śmierci Anne. Nie palił też w towarzystwie Avery odkąd zaczął sięgać po tą używkę. Czuł jednak, że to jest to czego w tym momencie potrzebuje - remedium na zszargane nerwy. Otworzył paczkę i skierował ją w stronę Stelli, przekręcając lekko głowę jakby chciał zapytać - poczęstujesz się?. Sam po chwili sięgnął po jednego z nich i czym prędzej odpalił, pozwalając aby nikotyna spętała jego umysł.

- Dwa pytania - stwierdził, przytrzymując papierosa ustami aby móc swobodnie czytać z listów - Po pierwsze... Hmmm... - zamyślił się na moment, czytając fragment drugiego listu - wczoraj mi się nawet nie podobał, bardziej bawiło mnie to, że moje wile zdolności tak na niego działają... - podniósł wzrok znad pergaminu na Stellę. Po chwili jednak powrócił do trzeciego listu - Grałam koncert, wiesz, że lubię wtedy trochę pobawić się tym moim ukrytym urokiem... - złożył całą korespondencję aby załatwić sobie jakąś popielniczkę i tym samym dać Avery trochę czasu na namyślenie się odnośnie tych słów. Mijając ją, posłał jej spojrzenie jakby chciał się zapytać - jakie wile zdolności? Jakim "tym" twoim ukrytym urokiem?.

Szybkim krokiem udał się do kuchni z której przyniósł jakiś pierwszy, lepszy kubek. Zachowywał jednak bezpieczny dystans, który ustaliła Stella. Powrócił do swojego miejsca aby ponownie zabrać się za cytowanie - Nie mogę przestać... - zaczął ale przestał, czując jak słowa nie chcą mu przechodzić przez gardło. Odchrząknął, licząc, że to może cokolwiek pomóc - Nie mogę przestać myśleć o Yaxleyu... - podniósł ponownie wzrok na Avery - A teraz coś się popsuło, bo to ja o nim myślę - skończył czytać, składając kartki jedna w drugą, a następnie odłożył je do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Bez dwóch zdań dało się zauważyć, że to druga część - ta odnośnie Theona - sprawiła mu więcej bólu i trudności w przeczytaniu - Powiem krótko. Co tam miało miejsce? - zapytał, strzepując popiół do kubka. Spodziewał się najgorszego ale w głębi duszy liczył, że może nie było tak źle. Że nie wybuchnie, że po prostu wytrzyma...




RE: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stella Avery - 21.08.2023

Stella sama nie wiedziała, czy dobrze zrobiła. Czasem chyba lepiej było się zamknąć, nie mówić wszystkiego. Nie byłoby teraz tej całej dramtycznej sytuacji. Tyle, że należała do tych osób, które nie były zupełnie wyrachowane. Nie umiała knuć intryg, kłamać. Mimo tego, że była delikatna, to nie bała się brać odpowiedzialności za swoje czyny. Jakoś to będzie, jak zawsze. Czyż nie? Wychodziła z tego założenia. Wydawało jej się, że najgorsza prawda jest dużo lepsza od  kłamstwa, nawet takiego, które było w dobrej sprawie.

Teraz pozostawało jedynie się zmierzyć z konsekwencjami. Jakoś to będzie, przeżyła już w swoim krótkim życiu zdecydowanie gorsze wydarzenia, także to nie wydawało się jej być aż takie straszne i najgorsze. Mimo wszystko czuła się źle, że zawiodła zaufanie Borgina, ale chyba nie tak do końca, od razu mu o wszystkim powiedziała, przyznała się. Nie ukrywała przed nim niczego. Trochę, jakby wybrała mniejsze zło, przynajmniej jej zdaniem.

Parapet był całkiem wygodny. Mogła obserwować Stanleya z daleka. Trochę się obawiała tego, jak to spotkanie może się skończyć. Przeszli razem wiele przez te kilka lat. Ostatnio było w miarę stabilnie, przynajmniej pozornie. Teraz chyba wszystko eskalowało. Nie pierwszy raz zresztą. Upiła łyk wina z kieliszka. Wpatrywała się w niego uważnie, widziała, że jest źle. Pytanie które zadała... cóż, jakoś musieli rozpocząć rozmowę. Miała świadomość, że było raczej średnio na miejscu. Prosiła się nim również o błyskotliwą odpowiedź, ale trudno.

- Tak, powinniśmy. - Przyznała mu rację. Był to odpowiedni moment na rozmowę. Może trochę bolała ją jeszcze głowa po wczorajszym wieczorze, ale wino zaraz powinno pomóc. Czym się strułeś, tym się lecz - ktoś jej tak kiedyś powiedział.

Wyciągnął w jej stronę paczkę papierosów. Paliła może kilka razy w swoim życiu, nigdy też specjalnie nie ciągnęło ją do tego nałogu, wolała alkohol. Nie ruszyła się więc z miejsca, nie poczęstowała się petem. Nie wiedziała jednak, że Stanley pali, znaczy widziała go kilka razy z papierosem, jednak czy to była dla niego taka trudna sytuacja, że musiał dać w płuco? Mogło się okazać, że ta sprawa była o wiele większym orzechem do zgryzienia niż się jej wydawało. Odetchnęła głośno. Zeszła z parapetu i uchyliła okno, bo robiło jej się duszno, bardzo duszno i potrzebowała świeżego powietrza. Usiadła teraz ponownie na tym parapecie, okno zostawiła otwarte na oścież.

Kiedy wyciągnął jej listy, zrobiło jej się jeszcze cieplej. Miał wszystko na piśmie, te dowody. Jej słowa. Zmarszczyła nos, kiedy zaczął czytać je na głos. Pierwsza część dotyczyła jej pochodzenia. Miała wrażenie, że mu o tym wspominała. Na pewno mu powiedziała, prawda? Może to nie był on. Na pewno mówiła Theonowi, że patrzy tak na nią dlatego, że jest wiłą. Nie znosiła tego, miała wrażenie, że to powoduje, że wszystkie relacje jakie nawiązuje są nieszczere. Jak mogła o tym nie wspomnieć Borginowi. Właściwie to tylko raz użyła na nim swoich zdolności, wtedy gdy zmarła jego matka... Nie powiedziała mu też o tym do dzisiaj. Czyżby miał to być dzień, kiedy wszystko wypłynie? Oby nie. Nie była na to gotowa. Upiła łyk wina nim się odezwała. Milczała przez moment, ale chyba wypadałoby coś powiedzieć. - Nie wspominałam Ci o tym? - Najpewniej zapomniała, jakby to nie było nic wielkiego. - Moja babcia od strony mamy była wiłą. - Spuściła głowę na dół, wpatrywała się w swoje stopy, jakby były bardzo interesujące. - Mam po niej pewne umiejętności. - Dodała jeszcze, żeby wyjaśnić sprawę. Kordelia też w końcu miała babcię wiłę, ale nie  dostała w spadku tego specyficznego daru. Nie było to dla niej nic wielkiego, dla innych mogło być. Miała nadzieję, że Borginowi to nie przeszkadza.

Wtedy się ruszył. Poszedł do kuchni po kubek. Miała chwilę, żeby znowu głęboko odetchnąć. Czuła się trochę, jakby stała przed sądem i miała jedną szansę na wytłumaczenie wszystkiego. Nie wyglądało to dobrze, patrząc też na to, że nie czuła się dzisiaj najlepiej. Była trochę wczorajsza. Stanley wrócił, z kubkiem. Podejrzewała, że ma mu służyć za popielniczkę. Spięła się ponownie. Zacisnęła dłoń mocniej na kieliszku z winem. Czekała na dalszą część rozmowy.

Zaczął czytać. To, co napisała w liście nie brzmiało dobrze, jeszcze gorzej, kiedy Borgin czytał to na głos. Ponownie spuściła głowę, poczucie winy nie znikało. Będzie musiała się jakoś z tego wytłumaczyć. Co tam miało miejsce. Gdyby tylko wiedziała. Sama nie miała pojęcia, co się tam takiego wydarzyło, że wszystko się zmieniło. Były te pale, wianki, zabawa jak zazwyczaj. Później coś się stało, nie umiała tego wytłumaczyć, ale ciągle myślała o Theonie. Czuła, że jest jej przeznaczony. Ta myśl ją zaślepiła, wiedziała jednak, że coś jest nie tak. Nie spojrzałaby na niego w ten sposób. Nie od kiedy łączyło ją to wszystko ze Stanleyem.

- Noo, wiesz. - Zaczęła, głos trochę jej się trząsł. No ale skoro sama zaczęła temat, napisała o tym wszystkim w listach, to musiała to wyjaśnić. - Wiesz, byliśmy razem na sabacie. - Od czegoś trzeba zacząć. - Były te wszystkie standardowe zabawy, wianki, pale, cała reszta. - Kontynuowała, upiła kolejny łyk wina, a jej kieliszek powoli stawał się pusty. Niedobrze. - No i jakoś tak wyszło, że mnie pocałował, a jak już mnie pocałował, to właściwie chwilę później poszłam do domu. Mówił, żebym wracała. - No to wróciła, na szczęście, przynajmniej nie robiła innych głupot. - No, a dzisiaj jak się obudziłam, to czułam, że Theon jest w niebezpieczeństwie, w ogóle nie mogę przestać o nim myśleć, coś się we mnie popsuło. - Nie patrzyła na niego, gdy to wszystko z siebie wyrzucała. Spoglądała nadal na swoje stopy.




RE: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 21.08.2023

Przynajmniej teraz mieli jasność co do jednego - musieli porozmawiać. Obopólna zgoda była już jakimś sukcesem jakby się uprzeć. Szkoda tylko, że był najprostszym jaki zapewne uda im się wypracować tego popołudnia... o ile uda się coś wypracować. Stanleyowi właśnie na tym zależało. W końcu gdyby tak nie było to by tutaj nie przyszedł, zacząłby pewnie ignorować wiadomości od Stelli, uznałby ją za martwą czy nieistniejącą dla siebie.

Borgin nie wiedział o jej talencie, bo tak należało rozpatrywać te umiejętności, a to tylko świadczyło, że wszystko co mówił czy okazywał Avery, było jak najbardziej szczere i nie wymuszone. "To" - jak mieli w zwyczaju określać to co między nimi było, jeszcze jakiś czas temu - przyszło samo, bez żadnej dodatkowej pomocy. I w sumie nie było potrzebne nigdy bo najpierw on się zakręcił, a potem jak się okazało, ona również. Może i z tym darem byłoby szybciej ale tak, to chociaż było bez żadnych oszustw i w zgodzie z samymi sobą.

Słysząc odpowiedź na pierwsze pytanie, nie odpowiedział. Wolał poczekać, aż usłyszy odpowiedź na drugą część i wtedy będą mogli porozmawiać. Wyprostował się kiedy do jego uszu dotarło jedno słowo - "wila". Zdawał sobie sprawę jak to działa, czytał o tym kiedyś w jakiejś z książek. Ta odpowiedź zamiast go uspokoić to spowodowała kolejne trzęsienie ziemi. No proszę, na mnie też to wykorzystywałaś? Zastanawiał się, próbując sobie przypomnieć wszystkie spotkania. Zupełnie jakby starał się je przefiltrować pod względem takich zachowań. Gdyby tylko patrzyła na niego, zamiast na swoje ciekawe stopy, mogłaby dostrzec powiekę, która nerwowo drgała.

Nie miał pojęcia czy Stella miała w domu popielniczki. Musiał więc improwizować, a kubek idealnie spisywał się do tejże roli. Z jednej strony niby każdy miał w swoim domu jakaś popielniczkę lub coś co mogło za nią służyć, z drugiej strony, nie miał teraz ani czasu ani chęci aby szukać takiego przedmiotu. Została druga część do skonfrontowania.

Powrócił bo nie było już odwrotu. Rana została rozdarta, więc trzeba było ją zasklepić... albo chociaż spróbować. I znowu stało się to samo - odpowiedź wcale go nie uspokoiła. Dobrze, że miał tego papierosa w dłoni, przynajmniej nie świerzbiły go ręce aby coś zrobić. Nie to żeby uderzył Avery - nigdy by tego nie zrobił - ale posłać coś z impetem o podłogę to już jak najbardziej. Nie przerywał jej kiedy mówiła, pozwolił kontynuować bez zbędnego rozpraszania. Jedynie zaciągał dym do płuc aby po chwili się go pozbyć i tak w kółko przez dobrą minutę. Nastała głucha cisza, znowu.

Wyrzucił nikotynowego przyjaciela do pojemnika, a następnie sięgnął po kolejnego - Wróćmy na chwilę do pierwszego pytania - zaproponował, chociaż tak naprawdę ustalił to z samym sobą - Jedna... Bardzo ważna kwestia... - skierował dłoń z papierosem w kierunku Stelli - Czy Ty... Kiedykolwiek... Użyłaś swojego daru... Talentu na mnie? - przełknął ciężej ślinę - Aby cokolwiek zrobić... Cokolwiek zyskać, ugrać - przejechał językiem po spierzchniętych ustach. Czuł jak zasycha mu powoli w gardle. Nigdy by o coś takiego nie oskarżył Avery... Ale skoro na jaw wyszły pewne fakty, wolał się upewnić, że nie został zaślepiony i nie był aż tak głupi aby nic nie zobaczyć przez te wszystkie lata. Zaczął się obawiać, że od pierwszego, pamiętnego, spotkania był zauroczony jej umiejętnościami, niż jej osobą.

Teraz nadszedł czas na trudniejszą część. Przepracowywał sobie w głowie słowa, które przed chwilą usłyszał - Pocałował Cię, a Ty po prostu się temu poddałaś zamiast zareagować? Zrobić cokolwiek? - dopytał jakby chciał sprostować całą sprawę, próbując znaleźć winnego tej sytuacji. Jak tak się zastanawiał w tej chwili to doszedł do jednego wniosku - Azkaban i tak miał już na karku. Wraz z postępem śledztwa na wierzch wychodziłyby nowe faktu o dokonaniach Stanley czy jak kto wolał jego Śmierciożerczego alter ego - Vulturisa, który dużo przeskrobał. Nekromancja, czarna magia, morderstwa, napady, zastraszanie, udział w zorganizowanej organizacji terrorystycznej... Trochę tego było, a to był dopiero początek listy. Jedno zabójstwo, w tę, czy we wte, nie robiłoby żadnej różnicy - wyrok już znał i był o nim święcie przekonany. Żaden prawnik by go z tego nie wybronił, co sugerowało, że zasługuje tylko i wyłącznie na dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Zastanawiał się tylko kogo powinien zabić - Theona czy Stelle, a może ich dwójkę?

Szybko się jednak skarcił na tę myśl. Jak Ty w ogóle mogłeś o tym pomyśleć? Złapał się za głowę w niedowierzaniu, że mógł w ogóle na coś tak szkaradnego wpaść. Że jego rozmyślania zeszły na tak złą stronę - Stella... Jeżeli to prawda co mówisz i nic do niego wcześniej nie czułaś, niż po tym... Czymś... - przerwał na moment aby puścić głowę i zrobić znak cudzysłowia palcami - Przysięgnij, że tak było. Że to wszystko przez ten pierdolony sabat. I nic wcześniej między Wami nie było... - dodał, przykładając złożoną pięść do ust. Bał się co może usłyszeć dalej.

No oczywiście, że był w niebezpieczeństwie... Przecież Theon brał udział w zamach razem ze mną Pomyślał, oczekując na odpowiedź od Avery. Tego nie mógł jej napomknąć chociaż zaczął powoli jakoś łączyć fakty, układać to w jakąś układankę. Brakowało mu jeszcze kilkunastu, kilkudziesięciu czy nawet kilkuset części ale był na tropie. Powolnymi kroczkami do celu...




RE: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stella Avery - 22.08.2023

Nie był to pierwszy sukces, jaki udało im się wypracować. Przez te kilkuletnią znajomość mieli już sporo wzlotów i upadków, które tylko umocniły ich relację. Avery wierzyła, że tak samo będzie tym razem, że co ich nie zabije, to wzmocni, czy jakoś tak. Musieli to przetrwać, bo właściwie to nie potrafiła sobie wyobrazić, że nagle Stanleya nie ma obok. Przyzwyczaiła się już do tego, że jest. Nie potrafiłaby chyba przywyknąć do innej możliwości. Zależało jej na nim, nie wybaczyłaby sobie, gdyby taki głupi wybryk miał zakończyć tę relację. Póki co trzymała się myśli, że będzie dobrze, i że odpowiednio postąpiła mówiąc mu o wszystkim.

Stella starała się nie chwalić szczególnie swoją umiejętnością. Wiedziała, że ludzie różnie reagują na informację o tym, że ją posiada. Zresztą sama często się zastanawiała, czy zainteresowanie jej osobą nie było głównie spowodowane urokiem związanym z jej genetyką. Miała problem, aby ufać ludziom, bo nie wiedziała na ile są z nią szczerzy, a na ile to tylko chwilowe zauroczenie. Borgin trwał u jej boku tyle, że miała pewność co do szczerości tego wszystkiego. Nie zdarzało się to często.

Do jej nozdrzy dotarł zapach tytoniu. Spojrzała na swój kieliszek, który był pusty. Skłoniło ją to do tego, żeby udać się do kuchni bez słowa. Potrzebowała więcej alkoholu, żeby przetrawić tę rozmowę. To było jedyne, czego była dzisiaj pewna. Nalała sobie pełny kieliszek, nie patrząc w ogóle na zasady savoir vivre'u. Nie będzie musiała tu wracać za moment, chociaż może była to przynajmniej jakąkolwiek wymówka, aby uciec od tej całej konwersacji. Z drugiej strony, czy powinna uciekać? Sama chciała stawić temu czoła, jakoś dobrnie do końca. Wróciła więc do salonu, na swoje miejsce. Zwilżyła usta wiem. Wiatr przyjemnie muskał jej plecy, gdy siedziała na parapecie. Istna sielanka, gdyby nie to, że przed sobą miała zirytowanego Borgina.

Uniosła wzrok, spojrzała na niego nieco speszona, gdy ponownie się odezwał. Chciał wrócić do pierwszego pytania. Słuchała uważnie tego, co chciał wiedzieć, a jego słowa wcale nie były przyjemne. Powtórzyło się to, co znała. Ludzie za każdym razem reagowali tak samo. Zakładali, że korzystała ze swoich umiejętności, żeby coś ugrać. Odetchnęła głęboko, jej oddech stawał się coraz cięższy i bardziej przyspieszony. Widać było, że naprawdę się denerwuje. - Masz odpowiedź, dlaczego Ci nie powiedziałam o tym darze. - Głos jej drżał, bo była zdenerwowana. - Za każdym razem zostaje posądzona o to, że próbuje coś ugrać, że nie jestem szczera, że wykorzystuje innych. - Mówiła coraz głośniej, wkurzyły ją dosyć mocno te zarzuty.

- Tak Stanley, jesteś tutaj tylko dlatego, że od samego początku naszej znajomości traktowałam cię urokiem. Inaczej by cię tutaj nie było. - Prychnęła. - Zadowolony? To właśnie chciałeś usłyszeć? - Zeskoczyła z parapetu i zbliżyła się do mężczyzny. - Jak w ogóle śmiesz o to pytać. - Naprawdę okropnie się poczuła, kiedy usłyszała te pytanie które brzmiało dla niej jak zarzut. Szczególnie, że naprawdę była przewrażliwiona na tym punkcie.

Stanęła tuż przed nim. Uniosła głowę do góry, aby móc się mu przyjrzeć. Oczy jej błyszczały, była wściekła. Postanowiła ponownie upić spory łyk wina z kieliszka. Wydawać się mogło jednak, że alkohol zamiast ją uspokajać, to działał zupełnie inaczej. Nakręcał ją jeszcze mocniej. Nie zamierzała też mu oczywiście wspomnieć o tym jedynym razie, gdy użyła na nim swoich umiejętności. Nadal uważała, że cel był słuszny i zrobiła to dla jego dobra.

- Czy widziałeś kiedyś pierdolonego Theona Yaxleya? Wiesz jak on wygląda? Mówią, że ich rodzina kiedyś trochę zbyt blisko zapoznała się z olbrzymami, widać to po nich. - Nadal miała uniesiony głos. - Co Twoim zdaniem miałam zrobić? Odepchnąć go, uciec? Jakim cudem? - Była wkurwiona. Miała ochotę zakończyć temat, a ten dopytywał bardzo szczegółowo o każdą pierdołę.

- Jeśli to prawda? Jeśli to prawda?! - Nie mogła zrozumieć dlaczego jej nie wierzy. Zamachnęła się i rzuciła kieliszkiem w ścianę, żeby wyładować złość. - Jesteś idiotą, że w ogóle możesz mnie o coś takiego podejrzewać. Sama ci o tym wszystkim powiedziałam, naprawdę myślisz, że by tak bo, gdybym coś do niego czuła? Gdyby mnie coś z nim łączyło? - Zrobiła się czerwona na twarzy, czuła że policzki że złości zaczynają ją piec.

- Nic tu po tobie jeśli mi nie wierzysz. Tam są drzwi. Do widzenia. - Powiedziała chłodno, bo nie zamierzała przysięgać. Uważała, że ta prośba jest przesadzona.




RE: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 23.08.2023

Gdyby tylko wiedział, że poruszenie tego tematu zadziała na Stelle jak czerwona płachta na byka, to pewnie by go odpuścił ale tak było już za późno. Nie oskarżał jej przecież o nic - może jednak trochę to robił ale odbierał to bardziej jako zirytowanie faktem, że nic mu o tym nie wspomniała przez ten cały czas, zupełnie jakby mu nie ufała, niż atak w jej kierunku. Jakby bała się, że to cokolwiek może zmienić bo przecież nie bardzo miała wpływ na to co odziedziczyła, a co nie. A Stanley chciał po prostu się upewnić, że jest tak, a nie inaczej - że nie został zmanipulowane i to co sądził o Avery do tej pory, było czystą, nie przekłamaną prawdą. O ile w sytuacji bez stresowej i bez zbędnych emocji, temat mógłby zostać zakopany pod dywan, tak teraz nie bardzo były na to szanse.

- Bo mi nie ufasz... - dodał jako swoje wytłumaczenie, wręcz dopowiedzenie do jej słów. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej się przekonywał do faktu, że tak właśnie jest. No bo skoro by ufała to raczej by wspomniała o tym dużo wcześniej, niż teraz, czyż nie?

No i się zaczęło. Z każdym kolejnym słowem, ta kula rosła i niebezpiecznie nabierała prędkości. Borgin miał wrażenie, że w pomieszczeniu robi się gorąco, jeżeli już nie było tutaj upału czy wrzątku, zwłaszcza po tym kiedy Stella podeszła bliżej, przekraczając 'bezpieczną' granice - Nie. Nie to chciałem usłyszeć i bardzo dobrze o tym wiesz - odparł, przymykając na moment oczy. Raz, dwa, trzy... Starał się uspokoić za wszelką cenę, nie chcąc stracić równowagi. Prawdę mówiąc oczekiwał po prostu krótkiego - 'nie' - Bo się upewniam? Bo chce wiedzieć, że to wszystko co do Ciebie czuje, nie jest żadną fikcją czy kłamstwem. Że nikt na mnie tego nie wymusił? - nabrał powietrza do płuc, całkowicie zapominając teraz o papierosie, którego trzymał w ręce.

Kiedy podniosła swój wzrok, nie omieszkał na nią spojrzeć. Przysiągłby, że widzi w nich tańczące ze złości ogniki, co wcale a, wcale nie było przyjemnym widokiem. Jego twarz była zmęczona, a oczy podkrążone. Nie było w nich nienawiści, a raczej irytacja i ból. Im dłużej się wpatrywał, tym bardziej czuł jak narasta w nim poddenerwowanie - zwłaszcza, że agresja budzi agresję.

- Widziałem nie raz, nie dwa. Dużo razy nasze drogi się przecinały. Pewnie dlatego, że może... Hmmm... Jest moim kuzynem? - odpowiedział spokojnie, na tyle na ile mógł, chociaż można było usłyszeć zalążek wkurwienia, które też mu się zaczęło udzielać. Rozłożył ręce jakby to co powiedział było oczywistością - Cokolwiek zrobić. Może użyć swojego daru? - zaproponował, zdając sobie sprawę, że najpewniej dorzucił tymi słowami do pieca.  Nie było jednak przebacz, może bolało, może nie chcieli tego kontynuować ale musieli zakończyć ten temat tu i dzisiaj, wszak odkładanie go na później nie miało najmniejszego sensu.

Z tego nadmiaru emocji Avery chyba zapomniała, że Borgin w końcu był brygadzistą i wypytywanie ludzi należało do jednego z jego obowiązków. Fakt, mógł do tego podejść inaczej, niż utartymi i sprawdzonym taktyki, które bardziej brzmiały jak przesłuchanie niż rozmowa ale tego nie zrobił. Z drugiej strony nie przewidział, że to właśnie w ten sposób się rozwinie.

No i wtedy poleciał kieliszek. Mimo, że nie leciał w jego stronę to Stanley i tak się lekko uchylił na bok jakby to rzeczywiście miało go trafić. Miarka się przebrała, poczuł jak w nim coś pęka. Zdał sobie sprawę, że nie jest już w stanie trzymać emocji na wodzy, a zdenerwowanie sięgnęło zenitu - Kurwa, nie mam pojęcia?! Skąd mam to wiedzieć?! - eksplodował, unosząc głos - Teraz to ja już nic nie wiem. Prawie wczoraj zginąłem na tym pierdolonym sabacie i nadal pierwszą rzeczą, którą zrobiłem w wolnej chwili, było napisanie do Ciebie czy nic Ci nie jest! Ale masz rację, jestem pierdolonym idiotom, to właśnie ja. Stanley Andrew Borgin we własnej osobie - rzucił bez hamulców, a powieka mu zadrżała kilkukrotnie. Wyrzucił niedopalonego papierosa do prowizorycznej popielniczki, a następnie odszedł na kilka kroków, ponieważ potrzebował tej bezpiecznej przestrzeni aby go przypadkiem nie poniosło za bardzo - Tyle brakowało, a byśmy już nigdy ze sobą nie rozmawiali... Ale z tego co widzę to chyba by wyszło wszystkim na dobre. Czy może ten idiota się myli? - dopytał, pokazując za pomocą dwóch palców bardzo mały dystans, spoglądając po chwili w stronę okna.

Pokręcił głową na słowa Avery i ruszył w kierunku drzwi, zatrzymując się krok przed nimi - Wiesz, że wystarczy jedno, jedyne słowo, wyjdę stąd i już nigdy nie wrócę? Wystarczy, że to powiesz. Uwolnisz się ode mnie raz na zawsze. Na dobre - stwierdził lekko spokojniejszym głosem aby po chwili przenieść wzrok na twarz Stelli - Będzie mnie to bolało jak jakaś otwarta rana ale w końcu czas leczy rany. Pewnie przestanie jednego dnia... - dodał, czując jak narasta mu gul w gardle. Kciukiem przez plecy wskazał na znajdujące się za nim drzwi - Czy ten idiota ma sobie pójść? Czy usiądziemy i porozmawiamy na spokojnie? - zapytał, łapiąc za klamkę, czekając tym samym na werdykt.




RE: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stella Avery - 23.08.2023

Stella by pewnie powiedziała, że mógłby się domyślić, że tak to na nią zadziała. No, ale nie domyślił się. Nie było więc innego wyjścia, jak zmierzyć się z irytacją panny Avery. Stella rzadko kiedy wybuchała, na ogół była raczej spokojna i stonowana, tyle, że jak coś wyprowadziło ją z równowagi to jakby ktoś włączył jakiś przełącznik. Z tej całkiem sympatycznej, opanowanej dziewczyny wychodziła nagle prawdziwa furiatka nad którą nie dało się zapanować. Brawo Stanley po raz kolejny udało ci się aktywować ten stan. Niewiele było osób, które potrafiły doprowadzić ją do tej skrajności.

Borgin miał teraz sposobność, żeby się upewnić, czy faktycznie Stella postępowała wobec niego moralnie. Tyle, że Avery była tak zirytowana, że nie zamierzała udzielać mu tej odpowiedzi wprost. Jej słowa były pełne sarkazmu. Oburzenie rosło, a ona, ona robiła się coraz bardziej nerwowa. Miała ku temu powody. Nie znosiła tej okropnej zdolności, którą zyskała po babce. Nie dość, że całe życie zastanawiała się, czy ludzie są przy niej dlatego, że lubią ją po prostu, czy przez ten cholerny urok, to teraz ten pajac, z którym spędziła większość czasu przez ostatnie trzy lata kwestionował to, czy było to prawidziwe. Szlag jasny ją zaraz trafi.

- Jak widać dobrze, że ci nie ufam. Mogłam nadal o tym nie wspominać. Jak w ogóle mogłeś myśleć, że Tobą manipulowałam. - Strasznie ją wkurzyło to założenie. - Za każdym razem jest to samo. Dziwisz się, że o tym nie mówiłam, to popatrz. Jesteś jak wszyscy inni. - Zabolało ją to dosyć mocno. Fakt, mogła wspomnieć o tym wcześniej, ale bała się tej reakcji. Jak właściwie stwierdzić, kiedy jest odpowiedni moment na rzucenie takiej informacji? No nigdy. Od samego początku prawdziwość relacji może być kwestionowana.

- Biedny Stanley Borgin, okropna Stella Avery, wiła, namieszała mu w głowie i go omamiła. Jak mogła. - Westchnęła jeszcze ciężko. Najprościej by było wszystko zrzucić na jej urok. Jeśli jej nie wierzył, to może faktycznie pora się odwrócić na pięcie i stąd odejść.

Roześmiała się histerycznie, kiedy Stanley wspomniał o tym, że Theon to jego kuzyn. Jeszcze tej informacji jej brakowało, żeby ta sytuacja stała się aż tak bardzo absurdalna. Co za pojebany dzień. Nie spodziewała się tego, że to wszystko tak eskaluje. Jeszcze wczoraj przecież było normalnie.

- Gdybym użyła na nim mojego daru, mogłoby być tylko gorzej, zdajesz sobie z tego sprawę? - Wiele razy się zdarzało, że przez przypadek ludzie reagowali aż nadto na to, w jaki sposób na nich działała. Wiązało się to z chęcią dotknięcia jej, pomimo protestów. Czy naprawdę sądził, że to był najlepszy sposób na pozbycie się Yaxleya? Ona się z tym nie zgadzała.

Miała w nosie to, że był brygadzistą. Nie podobało jej się to, że traktuje ją jak jednego z oskarżonych. To wypytywanie wyglądało jak utarty schemat, z którego skorzysta w pracy. Tyle, że nie była to praca, chodziło o nią, może też przez to tak okropnie się irytowała.

Później wszystko działo się już bardzo szybko. Najwyraźniej i Stanleyowi się udzieliło, bo pękł niczym ten kieliszek, który uderzył chwilę wcześniej w ścianę. Avery zaczęła zaciskać dłonie w pięści, czuła, jak paznokcie ranią jej wnętrze rąk. - Z nikąd. Nic nie wiesz, jak zawsze ty jesteś ofiarą. - A ona była najgorszą, przebiegłą lafiryndą na tym świecie. Przynajmniej tak się teraz czuła. Po co mu o tym wszystkim mówiła, coraz bardziej upewniała się w tym, że szczerość nie miała najmniejszego sensu, że lepiej było się zamknąć i o niczym nie mówić.

- Trzeba było nie pisać. Nikt cię o to nie prosił. Teraz masz do mnie o to pretensje?! - Zrobiła krok do tyłu, czuła, że znajduje się za blisko niego. Wystarczyłoby jedno nieodpowiednie słowo i najpewniej by się na niego rzuciła z łapami. Spowodowane było to tym, że zupełnie nie wiedziała co się dzieje, nie miała pojęcia jak ma postąpić.

Teraz zaczął jeszcze grać jej na emocjach tym, że mógł wczoraj umrzeć. Bardzo dobrze przemyślane. - Wiesz co, sam sobie wybrałeś taką pracę, bo to pierwszy raz mogłeś umrzeć? - Rzuciła po raz kolejny z pretensją w głosie. Dla niego przecież to była codzienność, szczególnie, że teraz działo się wiele dziwnych rzeczy, czarodziejski świat był bardzo blisko jawnego konfliktu.

- Na bardzo dobre by nam wyszło. - Skomentowała jeszcze, bo naprawdę miała już dość. Nie myślała o tym, co mówi jakoś specjalnie. Zdecydowanie przemawiały przez nią negatywne emocje, które z minuty na minutę rosły.

Stanley ruszył w stronę drzwi, zrobił to, co mu powiedziała. Spoglądała na niego niepewnie. Czuła, że jak teraz zniknie za nimi, to raczej już się nigdy nie spotkają. Zaczęła drżeć, nie była pewna, czy faktycznie tego chce. Jeśli go straci, to nie będzie miała już przy sobie nikogo. To było chyba dla niej zbyt wiele, bo pękła już całkowicie i zaczęła płakać. - Nie idź, proszę. - Powiedziała jeszcze cicho, po czym odwróciła się jeszcze i usiadła na kanapie, schowała twarz w dłoniach. Była zmęczona, miała dość tego wszystkiego.




RE: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stanley Andrew Borgin - 24.08.2023

Jak widać dobrze, że ci nie ufam... Stanley nie dowierzał. Zabolało go to mocniej, niż wtedy gdy wiatr go porwał na Beltane i uderzył z impetem w jakieś drzewo. Nie wiedział nawet jak powinien na to zareagować, był w takim szoku. Spodziewałby się raczej wszystkiego ale nie tego, że Avery się zgodzi na jego własne słowa. To był prawdziwy cios. Jesteś jak wszyscy inni... Pokiwał tylko przecząco głowa, nie potrafiąc w żaden sposób tego skomentować czy błyskotliwie odpowiedzieć. Nie był w stanie uwierzyć, że to powiedziała. Przymknął na chwilę oczy aby się ocknąć. Mógłby przyznać, że to jakiś zły sen czy koszmar ale to niestety nie była prawda - to nie była żadna zmora czy ułuda, to się stało naprawdę.

Borginowi nie było niestety do śmiechu bo tak to może mógłby sobie pozwolić na jakiś uśmiech z okazji tego żartu. Próbował wrócić myślami do ich pierwszego spotkania aby przypomnieć sobie nieco szczegółów ale nie był w stanie tego zrobić. W jego głowie panowała jedna, wielka burza i nic nie wskazywało, że coś miało się w tej kwestii zmienić.

- Nie. Bo nie wiem jak działa dokładnie ten dar i jak się go kontroluje czy cokolwiek innego się z nim robi - odparł z oburzeniem. Nie znał przecież żadnej wili aby mógł się więcej dowiedzieć... Znaczy już znał, a raczej znał od bardzo dawna, tylko nie wiedział o tym talencie. Ciężko było wysuwać wnioski kiedy nie miało się pojęcia jak coś działa albo na ile można to kontrolować. I to już nawet nie to, że nie chciał, a raczej że nie mógł postawić trafnej ekspertyzy.

Zaśmiał się nerwowo, po chwili jednak wracając do swojej podminowanej miny - Zawsze jesteś ofiarą... - powtórzył pod nosem z niedowierzaniem na to co usłyszał. Teraz to już nawet nie wiedział czego miałby być ofiarą. Systemu? Beltane? Ministerstwa Magii, a może wręcz całego wszechświata, który się na niego uparł? Nic bardziej niedorzecznego.

- A no tak. Jak mogłem zapomnieć... Nikt mnie o to nie prosił, więc po co się w ogóle wychylam z szeregu. No to takie oczywiste, nie? - odparł, łapiąc się za zamknięte oczy, lekko je przyciskając, zupełnie jakby miał jakiś atak migreny czy czegoś w ten deseń. Oczywiście nie miał ale potrzebował chociaż na moment poczuć inny typ bólu. To takie proste, nikt Cię nie prosił Stanley abyś się martwił to nie powinieneś Tłumaczył sam sobie w myślach, chociaż nie do końca to do niego samego przemawiało.

- Tak, sam ją sobie wybrałem. I wiesz co? Żałuję teraz, że mnie tam wczoraj nie dopadli bo ewidentnie nie było warto walczyć ze wszystkich sił aby przeżyć
Nie warto było robić nic w tej kwestii!
- wręcz odsyczał bo już nie mógł wytrzymać. Stanley żałował, że walczył i tym samym udało mu się wyjść z Beltane z życiem. Był teraz święcie przekonany, że powinien był tam zginąć - wtedy nie musiałby poznawać tej całej prawdy, a jak widać niektórym też by to było bardzo na ręke.

- Na bardzo dobre by nam to wyszło? Hah! - aż parsknął, nie dopuszczający do siebie, że mogłaby to powiedzieć na serio, chociaż to się właśnie stało - Nie, nie... - pokręcił przecząco głową, zaprzeczając temu co usłyszał pod nosem. W tym momencie to sam miał ochotę czymś rzucić z impetem. Najlepiej dużym i ciężkim aby uderzenie było solidne. Nie zrobił tego jednak, ponieważ miał proste polecenie - udać się do wyjścia, a Borgin jako brygadzista z długo letnim stażem, wypełniał powierzone mu zadania.

Był gotów to zrobić. Nacisnąć klamkę aby następnie zmusić się do wyjścia i tym samym opuścić mieszkanie Stelli, raz i przede wszystkim na zawsze. Miał teraz dwie istoty siedzące na jego ramionach - złą i dobrą. Jedna, próbowała się buntować, sugerując umysłowi, że nie powinien wychodzić, druga wręcz zachęcała do tego aby to zrobić. Najgorsze było w tym to, że on sam już nie wiedział co dalej robić... A później stało się to, że nie mógł postąpić inaczej, niż zawsze.

Stanley przegrał z samym sobą. Był zbyt słaby aby móc opuścić Avery widząc w jakim stanie się teraz znalazła. Zawsze wolał wesołą, uśmiechnięta i rozpromienioną Stellę, wszak uważał, że to tylko dodawało jej urody. Nie lubił jednej rzeczy - kiedy płakała, a nienawidził siebie kiedy robiła to przez niego, tak jak w tym momencie. Ale musiał przyznać jedno - odetchnął z ulgą. Z wielką ulgą. Poczuł jakby kamień mu spadł z serca kiedy powiedziała nie idź, proszę.

Przetarł tylko twarz, wypuszczając ciężko powietrze, a następnie odwrócił się na pięcie i czym prędzej skierował się w kierunku kanapy aby na niej zasiąść, tuż obok Avery - Stella... - zaczął powoli, łagodnym i spokojnym głosem, kładąc dłoń na jej barku - Nie płacz, proszę. Nie chciałem aby ta rozmowa tak przebiegła... Ja... Ja się po prostu bardzo o Ciebie martwiłem. Bałem się, że mogło Ci się coś stać na tym sabacie. Bałem się, że mogłem Cię tam stracić. Że stałaby Ci się krzywda, a ja nie mogłem nic zrobić aby Ci pomóc... - starał się wytłumaczyć swoje zachowanie. Pozwolił sobie powoli gładzić ją po ramieniu - Przepraszam. Nie powinienem w ten sposób poprowadzić tej rozmowy ale naprawdę źle ze mną po wczoraj... Po tym wszystkim - dodał, czując jak mu się serce kraje na ten widok. Wiedział, że nie powinien rozładowywać swojej frustracji na niej ale nie miał przecież pojęcia, że ta rozmowa rozwinie się w takim kierunku kiedy przyszedł tutaj jakiś czas temu - Porozmawiajmy proszę na spokojnie. Obiecuje, że teraz będzie tak jak ta rozmowa powinna przebiec od początku... - poprosił, spoglądając na Stelle. Sam Stanley posmutniał kiedy Avery płakała - był w tym widoku jeszcze inny typ bólu. Całkowicie odmienny od tego kiedy ktoś go ranił fizycznie czy jak wspomniała o tym, że mu nie ufa. Ten miał to do siebie, że wpływał na całego Borgina - zarówno fizycznie jak i psychicznie, powodując uczucie złości na samego siebie.




RE: [2 maja 1972, mieszkanie Stelli] Chyba powinniśmy porozmawiać || Stanley & Stella - Stella Avery - 24.08.2023

Stella Avery była bardzo zdenerwowana, a kiedy się denerwowała to zupełnie nie panowała nad słowami, które mówiła. Zdecydowanie dzisiaj powiedziała zbyt wiele, wiele powinna przemilczeć, jednak tego nie zrobiła. Za bardzo bolały ją te wszystkie oskarżenia, które usłyszała. Nadal nie do końca radziła sobie z tym, że była trochę inna od zwyczajnych ludzi. Te geny babki przynosiły jej więcej problemów niż pożytku. Nie chwaliła się tym jakoś specjalnie, bo nie uważała, że jest czym. Może i powinna powiedzieć Stanleyowi o tym wcześniej, tyle, że bała się jego reakcji. Zazwyczaj strzegła tej informacji, trochę się rozpędziła pisząc list, ale to przez to zamieszanie z Theonem Yaxleyem. Nie spodziewała się, że wszystko potoczy się w ten sposób. Mleko się jednak wylało i teraz trzeba było pogodzić się z konsekwencjami, chociaż Stella chyba nie do końca się godziła, wylewała z siebie wszystkie żale.

- To może czas się dowiedzieć, a nie zakładać jakieś niestworzone rzeczy. - Bardzo łatwo mu to przychodziło. Zdawała sobie sprawę, że może tego nie rozumieć, przynajmniej jak na razie, jednak zdaniem Stelli nie powinien od razu zakładać najgorszego, a bardzo łatwo mu to przyszło. Rozzłościło ją to, nie podobało jej się to wcale i nie zamierzała tego ukrywać. Emocje, które się pojawiały były coraz silniejsze i niestety coraz bardziej negatywne.

Wszystko zmierzało ku temu, że za chwilę tutaj wybuchną i jedno i drugie. No, ale czasem dobrze jest w ten sposób oczyścić atmosferę, czyż nie? Ważne tylko, żeby nie oczyścić jej na tyle, żeby nie było do czego wracać. Jedno słowo potrafiło czasem być tym gwoździem do trumny, a tutaj padało bardzo wiele takich słów.

[ b] - Bardzo oczywiste![/b] - Nie zamierzała zamilnąć, dlaczego miał do niej pretensje, że to on się o nią martwił? To był już jego problem i nie powinien jej teraz tego wyrzygiwać. Takie było jej zdanie na ten temat.

- Nie wytrzymam tego dłużej, naprawdę. - Rozzłościło ją też to gadanie o tym, że mógł wczoraj umrzeć. Naprawdę bardzo dobry plan, żeby uciec od tej jakże przyjemnej konwersacji, dobre sobie. - Nie musiałbyś się ze mną konfrontować, idealna ucieczka, lubimy uciekać przed problemami, prawda? - Dodała jeszcze, zamiast ugryźć się w język. Avery jednak pękła i nie potrafiła nad sobą zapanować, przynajmniej jak na razie. Dolewała oliwy do ognia, jakby sprawiało jej to przyjemność.

Wiedziała, że przesadziła w momencie, w którym kazała mu stąd wyjść. Nawet ona wyczuła, że było to przekroczenie pewnej granicy. Przez te kilka lat jeszcze nigdy jej się to nie zdarzyło, mimo wielu sytuacji, które również nie należały do najprostszych. Dzisiaj jednak nazbierało się zbyt wiele, tak wiele, że zupełnie sobie z tym nie radziła. Czuła też pewne poczucie winy spowodowane tym, że pozwoliła zbliżyć się do siebie Theonowi Yaxleyowi. Gdyby nie była taka głupia, to nie doszłoby do tej całej awantury. Brakowało jej jednak ostatnio bodźców i na siłę szukała jakiekolwiej rozrywki. Nie do końca nadal poradziła sobie ze śmiercią Kordelii i odreagowywała ciągle to wszystko w bardzo głupi sposób.

Na całe szczęście Borgin nie wyszedł. Posłuchał jej prośby - jak zawsze. Został tutaj z nią. Może jeszcze uda im się jakoś to wszystko wyjaśnić. Póki co siedziała nadal na tej kanapie, z twarzą schowaną w dłonie. Cicho sobie łkała. Może ten płacz dobrze jej zrobi, przynajmniej pozbędzie się tych negatywnych emocji.

Poczuła dłoń Stnaleya na swoim barku, nie pomogło to specjalnie, bo zaczęła płakać jeszcze głośniej. Była na siebie zła, nawet nie na niego, zła, że prawie to wszystko popsuła przez swoją głupotę. Słuchała tego, co do niej mówił, jak na razie jednak nadal nie uniosła głowy. Musiała się uspokoić, szło jej to raczej średnio, potrzebowała jeszcze trochę czasu.

Po dłuższej chwili uniosła głowę i na niego spojrzała. Twarz miała całą czerwoną, wymęczyły ją te łzy. Wyglądała zdecydowanie nie najlepiej. Patrzyła na niego chwilę, próbowała zebrać myśli. Najchętniej w ogóle nic by nie mówiła, bo ta rozmowa ją przerażała. Wiedziała jednak, że skoro już zaczęli, to muszą sobie wszystko wyjaśnić. Nie warto zamiatać tych spraw pod dywan, bo do nich wrócą. Lepiej było od razu oczyścić atmosferę.

Wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić. - Ja przepraszam, przepraszam, że o tym nie mówiłam, ale sam widzisz. - Sam zareagował tak, jak cała reszta, gdy dowiedział się o jej ukrytym talencie. - To piętno, odziedziczyłam je po mojej babci, nigdy nie wiem, czy inni są wobec mnie szczerzy, czy to ten urok. - Podzieliła się z nim swoimi obawiami. - i przepraszam, że byłam niemiła, przepraszam za to wszystko, sama nie wiem dlaczego tak się stało. - Jak próbowała wszystko wyjaśnić, no ale szło jej to raczej ciężko. - Sama jestem na siebie zła za wczoraj, nie wiem dlaczego to się wydarzyło, ale chciałam Ci to powiedzieć, nie chciałam przed Tobą tego ukrywać. - Uważała, że nie zasługuje, żeby go okłamywała. Szczególnie, że zawsze był przy niej, gdy działo się coś złego. - Nie chcę cię stracić. - Dodała jeszcze spuszczając znowu głowę, bo trochę jej się zrobiło głupio.