Secrets of London
[zima 1967] You're only as young as you choose to be - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [zima 1967] You're only as young as you choose to be (/showthread.php?tid=1755)



[zima 1967] You're only as young as you choose to be - Laurent Prewett - 20.08.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett (Ziewnięcie to bezgłośny krzyk).

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=HyyWubC.png[/inny avek]

Ludzie dzielili się na osoby, które lubiły słodycz, jakim była lukrecja i na tych, którzy jej nie tolerowali. Czy ktoś znał osobę, która pozostawała wobec niej obojętna? Która powiedziałaby: ach, no smakuje jakoś tam... nie robi na mnie żadnego wrażenia? Trzecią grupę tworzyli tylko ci, którzy jeszcze jej smaku nie poznali. Łakoć jednak łakociem. A przecież kwiat lukrecji był piękny. Drobny, delikatny jak tchnienie poranka wiosny, która ją przynosiła. A korzeń? Miód. Laurent nie dla wszystkich był tą lukrecją, która miała w sobie gorycz i tylko drobinę słodyczy. Były takie osoby, które sprawiały, że jego usta były miodem, a dotyk delikatnych palców jak muśnięcia anielskich piór. Mimo tego, że rzeczywiście, zazwyczaj goryczą jego usta smakowały. Wszystko przez to, że choć lubił przynosić słodycz, to sam za słodyczami nie przepadał. I za bardzo lubił smak czarnej kawy.

Ogień buzował w kominku i trzaskał klockami drewna, które zostały mu rzucone na pożarcie jak dzikiej bestii. Był równie cichy i zmysłowy jak oddech młodego mężczyzny ułożonego na łóżku. Jasne, blond włosy rozsypywały się wokół niego, a ciepły pomarańcz ognia grał w jego nieludzko niebieskich oczach przyjemnym ciepłem. Pieczęć jego narodzin. Niemożliwy do pozbycia się dowód na to, że Lauren był przynajmniej jedną nogą dalej od szlachetnej, czystej krwi. Splamiony syrenią krwią. Te oczy, jasny błękit oceanicznych toni, wpatrywały się z ciekawością w Philipa. Teraz już ciekawością, słodką miękkością. Anielska twarz Laurenta zdawała się całkowicie niewinna, kiedy uśmiechał się do kochanka, choć niewinność była być może ostatnim słowem, które powinno przychodzić do głowy opisując tego człowieka. Badał każdy ruch Philipa i każdą zmianę w jego oczach i na ciele. Może i wcześniej napiętym, na jednym z wielu przyjęć, na jakich przyszło mu się spotkać, ale teraz wydawał się całkowicie odprężony. To dobrze. Bo tego właśnie dla niego chciał. Lubił te chwile, kiedy mógł nasycić się jego obecnością, zanim przyjdzie uciekać jak złodziej ukradkiem, zbierać ciuchy w pośpiechu, żeby nie dotrwać poranka. Bo przecież co ludzie powiedzą. To grzeszne, nieboskie, wiązać ciało z ciałem dwóch mężczyzn. Niegodne. Ale niegodność nie było też czymś, co gościłoby wśród tych powolnych oddechów i przyjemnego spokoju. A przynajmniej nie w momentach, kiedy przyjeemność przeważała ponad konsekwencjami pewnych ruchów i decyzji.

Laurent wyciągnął dłoń, żeby dotknąć twarz Philipa, jakby chciał zbadać kształt jego kości policzkowej, tego jak skóra schodzi w dół, na linię szczęki, jaki kształt ma jego podbródek. Albo jakby chciał się go nauczyć na pamięć. Podobał mu się. Dlatego mógł mu szeptać czułe słowa, mógł dotykać go, jakby był jego bogiem i składać modlitwy w aksamitnej pościeli. Podobał mu się nie tylko z powodu dużych dłoni na swoim drobnym ciele, jego silnych ramion, ale przez to, jakie miał oczy. Dobre. Jak każdy człowiek miał swoje wady, swoje demony, ale dla Laurenta był po prostu dobrym człowiekiem. Osobą, która traktowała go z szacunkiem, sympatią. Z oddaniem, kiedy przyśpieszało serce i krew szumiała w uszach.

- Chciałbym, żeby wszyscy patrzyli na mnie tak, jak ty teraz. - Było w tym coś całkowicie bezbożnego. Laurent był aniołem, którego nie zesłały Niebiosa. Uniósł się na przedramionach, uśmiechając szerzej i patrząc na Philipa z błyskiem w błękitnych oczach. - Ale to niemożliwe. Bo nie ma drugich takich pięknych oczu. - Niemożliwe z wielu innych względów, ale to nie było zupełnie istotne. Nie tu. Nie teraz. Tutaj bożkiem był tylko Philip. I to był tylko jego sen na jawie.




RE: [zima 1967] You're only as young as you choose to be - Philip Nott - 21.08.2023

Przymykając leniwie powieki, wsłuchiwał się w rozkoszne trzaskanie ognia w kominku i cichy, zmysłowy oddech mężczyzny przy swoim boku, z delikatnym uśmiechem błąkającym się po jego wargach; wywołującym ujmujące dołeczki w policzkach. Złote loki pozostawały poza jego kontrolą, w nieładzie, który zupełnie mu nie przeszkadzał. Nie musiał i nie zamierzał stąd wychodzić przez najbliższy czas, przez co nie musiał prezentować się nienagannie przed światem zewnętrznym. Nie było tutaj wstępu dla wszystkich osób, dla których był jedynie twarzą z okładki, szukających sensacji (znaleźliby niejedną pod różnymi imionami) i błysku fleszy. Ograniczył ten świat do dwóch osób i tak miało pozostać przez pewien czas. Do ponownego spotkania.

Bardzo dobrze czuł to, że skupia na sobie pełne ciekawości, jasnobłękitne niczym morze spojrzenie kochanka. Przemykał ku jego twarzy niebieskim spojrzeniem, szukając z nim w ten sposób kontaktu wzrokowego. Gdyby nie znał Laurenta to wziąłby go za chodzące uosobienie niewinności, które sprowadził na złą, acz bardzo przyjemną drogę. Podczas każdego z tych przyjęć, brylował w towarzystwie niczym prawdziwy lew salonowy. Czasami bywały takie momenty, w których miał wrażenie, że jeśli uśmiechnie się jeszcze szerzej to pęknie mu twarz a dłoń nie wytrzyma kolejnego uścisku dopiero co poznanej osoby. W takich chwilach marzył o wyrwaniu się stąd. Zdołał uciec w doskonały sposób.

Będąc w pełni zrelaksowanym, delektował się tą chwilą i bliskością kochanka. Cechująca go niestałość zdołała zejść na drugi plan. Pomimo upływu lat pozostawał kawalerem. Nie było przy jego boku żadnej kobiety ani mężczyzny, dla którego zacząłby łamać swoje zasady odnośnie relacji męsko-męskich. Byłby to przełomowy moment w jego życiu. Schadzki w względnie bezpiecznych czterech ścianach przy zaciągniętych zasłonach mogłyby nabrać nowego wymiaru. Nie był na tyle wyzwolony spod presji społeczeństwa i gotowy do postawienia na szali całego swojego życia aby w pełni przestać kierować się tym, co ludzie powiedzą na wieść o jego niemoralnym prowadzeniu się, zdaniem wielu uchodzących za wbrew naturze człowieka i porządkowi świata.

Czując na swoim policzku ciepłą dłoń kochanka, zamruczał cicho z zadowoleniem. Przez moment nawet wtulił policzek w dłoń kochanka, po czym lekko uniósł podbródek podczas tego swoistego badania swojej twarzy. Gdyby to było przelotne zainteresowanie z jego strony to nie przekroczyłby po raz kolejny drzwi pokoju, w którym czekał na niego przystojny blondyn. To, czy miał do niego pewną słabość, popychającą go ku niemu lub to, czy znalazł się pod syrenim urokiem, wymagało rozważenia. Wszechświat zdawał się sprzyjać ich spotkaniom, gdyż obracali się w dokładnie tych samych kręgach i łączyły ich wspólne pasje, jak chociażby zamiłowanie do jeździectwa.

Laurent zdawał się dostrzegać w nim więcej, niż wszyscy ludzie. Świadczyć mógł o tym fakt, że do tej pory nie nazwał go dupkiem lub palantem. Należało wspomnieć o tym, że jedno i drugie przychodziło mu z łatwością. Zmienną mogło być to, że naprawdę polubił Laurenta i to sprawiało, że jak dotąd zachowywał się poprawnie w tej materii. Przy bliższym poznaniu trochę zyskiwał, jeśli ktoś w ogóle chciał go lepiej poznać takim, jakim jest naprawdę.

Bo się zarumienię.

Pomyślał pod wpływem tego wyznania, któremu towarzyszył komplementowanie piękna jego oczu. Poczuł delikatnie mrowienie w obrębie policzków, świadczące o delikatnym zaróżowieniu skóry w tym miejscu. Prawdziwie szczery komplement lub próba uraczenia go odrobiną pięknych słówek były za to odpowiedzialne, trafiając i tak na podatny grunt cechującej go próżności. Nawykł do bezpośrednich i niegrzecznych komplementów, którymi nie było tak łatwo wywołać u niego taką właśnie reakcję. Dobrze się składało, że wszystko pozostanie w tych murach.

Laurie... ci wszyscy ludzie nie zmieściliby się w tej sypialni. — Wymruczał w odpowiedzi na jego słowa w subtelnie żartobliwym tonie. Nie było tutaj miejsca na takie tłumy, patrzące w ten sposób na tego anioła z piekła rodem, co on. Odwzajemnił uśmiech, wciąż z delikatnym rumieńcem na policzkach. — Musiałbym przynieść albo przywołać lustro, by Ci coś udowodnić. Nie tylko mnie obdarzono pięknymi oczami. Nie każ mi tego robić, proszę. — Mruczał z półuśmiechem na ustach. Nie śpieszyło mu się do opuszczenia łóżka, jak i sięgnięcia po swoją różdżkę. W chwili obecnej nie był w stanie określić jej położenia, gdyż znajdowała się w którejś ze stert porozrzucanych po podłodze ubrań. Starał się w tym momencie zwrócić uwagę Laurenta na to, że nie tylko on jeden został obdarzony pięknymi oczami. Bo to była prawda.




RE: [zima 1967] You're only as young as you choose to be - Laurent Prewett - 21.08.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=HyyWubC.png[/inny avek]

Czym była miłość..? Jeśli człowiek był sztuką, to miłość musiała nią być tym bardziej. Dłonie były pędzel wiedziony przez płótno, symbole na skórze jak farba, która pozostawiała swoje znamiona. Zazwyczaj lekkie, które rozpływały się kiedy tylko palec oderwał się od uciskanego miejsca. Przecież nie wolno było uszkodzić płótna. To byłaby taka wielka strata. Miłość musiała mieć malutkie skrzydła amorka i chyba zamiast łuku kupidyna wyposażono ją w szarfę, którą zasłaniała oczy. Nie musiałeś iść na ślepo, bo przecież to, jak wyglądała osoba przed tobą widziałeś doskonale. Lecz potem coś się nagle zmieniało, przestawałeś widzieć wady, przestawałeś zwracać uwagę na ułomności. Wznosiłeś osobę, z którą się spotkałeś, na wyżyny. Jak muza, która mruczała do uszka słodkie melodie, żebyś mógł malować dalej. Laurent zaślepiony nie był. To chyba dlatego, że nie był zakochany. Był zauroczony, był zachwycony, ale nie był zakochany. Prawdę powiedziawszy - chyba nie zakochał się jeszcze w swoim życiu tak naprawdę. Wiedział jednak, że ta miłość między ich dwójką była jak najbardziej prawdziwa, nawet jeśli nie była opiewana przez chóry anielskie i jeśli nie sięgała głęboko w serce tak, by już niczego poza sobą nie widzieć. To była miłość na jedną noc. Kiedy leżało nagie ciało obok nagiego ciała ciężko mówić o tajemnicach. Jeszcze ciężej było mówić o granicach, skoro oboje wiedzieli, czego chcą i nie bali się po to sięgnąć. Laurent zaś chciał w tych wieczorach i nocach dać Philipowi wszystko. Chciał być doskonałym puzzlem, który wpasuje się w nadane mu miejsce, chciał być plasteliną, którą uginają dłonie, brakującym elementem, dzięki któremu połówka stawała się całością. Chyba mu się to udawało. Nie musiał przy tym przyjmować szarfy tej Miłości przez wielkie "m". Nie musiał zasłaniać sobie oczu. Ba! Doskonale wiedział i doskonale widział, jakim człowiekiem jest Philip Nott i to nie sprawiało, że lubił go mniej. Wręcz przeciwnie. Lubił go tym bardziej. Tego lwa o złotej grzywie, który potrafił być arogancki, który nosił zawsze wysoko swoją głowę i który potrafił z taką bezczelnością odnosić się do ludzi wokół. Podobało mu się to, bo lubił potem podejść i skraść dla siebie całą jego łagodność, sympatię i ciepło. I było to równie próżne z jego strony - wypełniał tym swoją potrzebę poczucia, że nawet ktoś taki jak on może być wyjątkowy. Ta nakręcająca się karuzela sprawiała, że Philip był jedną z niewielu osób, z którą miał dobry kontakt również po tym, gdy już emigrował z jego objęć nad ranem bez obietnicy zaznania słodkości wschodu słońca, żeby potem przeżyć wspólnie dzień. Nawet o tym nie marzył.

Uwielbiał te dołeczki w policzkach i to, jak rozbrojony ten mężczyzna stawał się pod jego dotykiem. Jak tu mógł mieć go dość? Nie miał. Nie sądził, żeby przez najbliższy czas mógłby się tym znudzić. Za każdym razem nachodziła go ta sama ekscytacja z myślą o kolejnych doznaniach. A przecież Laurent miał bardzo bogatą wyobraźnię. Mógłby gładzić jego twarz godzinami tylko po to, żeby się uśmiechał, tak lekko i szczerze jak robił to teraz. Nie tak, jak pokazywał się przed wszystkimi na salonach. Laurent w tych chwilach żył z Philipem w szklanej bańce, która nie miała prawa pęknąć. Musiała zostać skryta przed oczami wszystkich, żeby nikt niczego nie szepnął, nie zdradził, by te chwile mogły pozostać tak samo magiczne, jakimi były. Nasz mały sekret.

- Nie? - Spojrzał za swoje ramię na sypialnię, zginając nogi w kolanach. Albo raczej same się zgięły, bo zamachał nimi jak szczęśliwy dzieciak w reakcji na rumieniec, jaki pojawił się na przystojnej twarzy kochanka. Oczywiście zdziwienie w jego pytaniu było udawane. Zaraz zresztą spojrzeniem wrócił do jego oczu i cicho zaśmiał słysząc jego słowa. Och, jaka słodycz... Philip potrafił być przekochany. I jak chyba nikt inny sprawiał, że Laurent nabierał trochę pewności siebie. Bo wierzył w to, co mówił. Jednak potem wyganiał go dzień z jego sypialni i znów z żalem spoglądał w lustro. W swoje odbicie, które wiedział, że wielu się podoba, a dla niego wciąż było niedostatecznie dobrze. - W tym celu musiałbyś się ze mnie wyplątać, albo zabrać mnie ze sobą. - Naiwne myślenie, że go tak szybko stąd wypuści, ha! Chociaż kusiło go sprawdzenie, czy rzeczywiście Philip by to zrobił... ale miał wrażenie, że tak. Że wystarczyło poprosić i naprawdę by to zrobił. Zamiast tego jednak oparł się o jego klatkę piersiową, by spojrzeć na niego z góry. Tak na potwierdzenie tych żartobliwych słów, że tak łatwo go nie puści. - Kiedyś ja cię zabiorę. Na Aetonanie, albo pięknym abraksanie, którego przygotuję tylko dla ciebie. Na podróż poza Doliną Godryka, przy brzegu morza i po dziewiczych lasach. Będziesz mógł uciec tam, gdzie nikt nie będzie na ciebie patrzył i gdzie będziesz mógł się szczerze uśmiechać. Gdzie będziemy mogli się kochać na zielonej trawie i przy szumie drzew i szepcie morza. - Tak, Laurent był romantykiem i marzycielem. Tylko się tym nie dzielił. Przynajmniej nie z większością ludzi. Ale miał poczucie, że Philip to wręcz lubił. Może dlatego, że było takim przecięciem od jego intensywnej, ciężko przykutej do gleby rzeczywistości? Przede wszystkim Laurent nie mieszał swojego marzycielstwa z realiami. Bo bardzo dobrze kalkulował i świetnie potrafił sobie radzić w interesach. Ale ten sen, to marzenie... wiedział, że ten konkretny sen mógł połączyć z rzeczywistością. Że to był sen, który mógł spełnić.




RE: [zima 1967] You're only as young as you choose to be - Philip Nott - 21.08.2023

Gdyby był odkrywcą i miał znaleźć święty graal relacji międzyludzkich, za który była postrzegana miłość, to byłby skłonny go pogrzebać głęboko pod własną powierzchownością. Nie potrafił przewidzieć tego, gdzie będzie za rok albo dwa i czy w tym w czasie będzie poszukiwać bliskości w połączeniu z rozkoszą, jakie może zapewnić obcowanie z przystojnym i intrygującym go kochankiem.

Pragnął zagarnąć całą uwagę blondyna dla siebie do samego rana, odwdzięczając się tym samym. Przekraczał granicę własnego egocentryzmu, dbając o potrzeby drugiego człowieka w swoim rozumieniu. Wzajemna przyjemność była głównym wyznacznikiem. Potrafił również zadbać o ducha odpowiednim słowem lub najmniejszym gestem. Zwłaszcza u osób, które na to zasługiwały, wyróżniających się na tle wszystkich jego dotychczasowych przygodnych związków. Wyjątkowość była takim właśnie wyznacznikiem.

Łącząca ich relacja była zdrowa w odczuciu Philipa. Ilekroć ich drogi krzyżowały się raz za razem towarzyszył temu pożądany komfort. Wynikał z posiadania pewności co do tego, że kochanek nie zdradzi światu natury ich relacji. Nie musiał obawiać się swojego udziału w głośnym skandalu, zniszczenia swojej nienagannej reputacji i upadku spektakularnej kariery sportowej z powodu własnych preferencji. Nie chciał przekonać się w najbardziej dotkliwy dla siebie sposób, że pokładana ufność w tym mężczyźnie była wyłącznie złudzeniem. Sam podłożyłby się niczym na tacy i sam musiałby opanować kryzys, przekonując wszystkich co do nieprawdziwości tych zarzutów o niemoralne prowadzenie się z drugim mężczyzną.

Zima była taką porą roku, w której tęsknił za ciepłem słońca w letni dzień i za morską tonią, w której można było poszukać ukojenia przed lejącym się z nieba żarem. Jasny błękit oczu blondyna przywodził mu właśnie na myśl bezkresne morze, w którym byłby gotów utonąć na własne życzenie. Niejednokrotnie bawił się ludźmi, których porzucał po pierwszej i ostatniej nocy, nie pamiętając nawet imion. Twarze wszystkich dotychczasowych kochanków rozmywały się bladym świtem.

Wszystkie drogi prowadziły ich do wspólnej sypialni, po której przekroczeniu progu odkrywał własną ekscytację z tego spotkania, tego co mogło przynieść i poszukiwanych nowych doświadczeń, które mogli razem przeżyć. Znajomość własnych ciał uprzyjemniała każdą z tych schadzek. Zręczne dłonie, potrafiące z łatwością pochwycić ruchliwą, uskrzydloną piłeczkę, zdawały się znać każdy centymetr jasnej skóry młodszego mężczyzny i każdą krzywiznę jego ciała. Pozostawał w pełni odsłonięty przed Laurentem, nie dostawszy żadnego powodu do samoobrony. Nie musiał być ukrywającym się przed światem tchórzem. Nie tutaj.

Nie pomieścilibyśmy tutaj tych wszystkich ludzi, którzy chcieliby patrzeć na Ciebie. Nie byliby jedyni, którzy próbowaliby się tutaj dostać. Dlatego nie moglibyśmy ich wpuścić do środka. — Wytłumaczył mu ze spokojem w głosie. Gdyby naprawdę za tymi drzwiami czaili się ci wszyscy ludzie to otwarcie ich zapoczątkowało prawdziwą reakcję łańcuchową, nad którą straciliby kontrolę. Podobnie jak nad własną prywatnością, której musieli skrzętnie pilnować.

Nie jest to coś, na co mam ochotę w tym momencie. Tu mi bardzo dobrze. — Wymruczał po raz kolejny w odpowiedzi. Mając świadomość, że nikt ani nic go nie goni, nie zamierzał się stąd ruszać przez najbliższe godziny, póki te należały tylko do nich. Unosząc powieki, skupił roześmiane spojrzenie na spoglądającego na niego góry kochanka, opierającego się o jego klatkę piersiową. Otoczył ramionami jego kark. Uśmiechnął się promiennie, słysząc to wyznanie niepoprawnego romantyka. Szczere, w które podczas wsłuchiwania się w przyjemny dla ucha głos kochanka, aż chciało się uwierzyć i doświadczyć jego spełnienia. Nie zamierzał w żaden sposób potępić tego mężczyzny za jego własne marzenia, które zostaną jak zawsze zweryfikowane przez brutalne życie. Byłby do tego zdolny, gdyby kogoś lubił znacznie mniej i doszedł do wniosku, że taka osoba posuwa się za daleko w swoich mrzonkach.

Naprawdę o tym marzysz? Musisz w takim razie dotrzymać słowa. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie uznał... że z pewnymi rzeczami nie trzeba czekać na to kiedyś. Możemy wyruszyć na długą, nawet kilkudniową przejażdżkę konną. Nad ostatnim punktem możemy pomyśleć — Wyraził swoje zainteresowanie snutymi przez tego mężczyznę marzeniami, zobowiązując go niejako do przekucia ich w plany na czas ich następnego spotkania. Tym razem zaplanowanego. To byłaby jedna z tych okazji, które Laurent powinien wykorzystać. Nie mówił też nie najprzyjemniejszemu elementowi. Kimże byłby aby odmawiać diabelskim podszeptom? Zwłaszcza wypowiadanym tak słodkim głosem.




RE: [zima 1967] You're only as young as you choose to be - Laurent Prewett - 21.08.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=HyyWubC.png[/inny avek]

Upiorność drzemała w tym, że Philip gotów był grzebać to, co przecież powinno być w życiu najpiękniejsze. Laurent zaś mógłby wznosić tego Grala w górę, a malarze mogliby mu domalować skrzydła i białe szarfy wokół, przeciągnęliby jeszcze raz odrobiną złota i świetlistymi promieniami z ciemnych chmur, jakby sama Gloria objawiała zwycięstwo. Ale to byłby tylko obraz. Ponieważ są tacy ludzie, którzy po prostu kochają miłość. Którzy gotowi są robić bardzo wiele dla samej idei miłość, chcieli ją chołubić i podziwiać. I chcieli jej doświadczać tak zachłannie, że ograniczanie się do jednej osoby przecież było jak ścięcie tych skrzydeł. Przymrużenie oczu, zabranie światłości. Nie możesz przecież doprowadzać czegoś pięknego do upadku. Nie możesz wtrącić kanarka do klatki. A może..? Ludzie robili różne ohydne rzeczy. Ale Laurent przynosił tego Grala ze sobą każdej nocy do Philipa. Po prostu nie nazywał go prawdziwym. Był lśniący, piękny i pieścił zmysły, a tego obaj chcieli. Nie pejzaży artystów, nie muzyki świętej, wygrywanej na organach kościelnych. Chcieli tylko siebie. Niczego więcej, niczego mniej. Przynosił go więc w dłoniach, składach w podarunku i potem odkładał na szafkę nocną. Wtedy grzebali go obaj. Nie pod ziemią, a pod aksamitną pościelą, materacem, drewnem łóżka i w końcu... może jednak do ziemi docierał. Prosto przez drewniane panele. Co było najbardziej upiorne to to, że nikt za nim nie płakał. Przynosiło się kolejnego udowadniając, że w miłości nie było prawdy. Były tylko te piękna, który jeden człowiek zaoferował drugiemu - i oczekiwał
w zamian dokładnie tego samego.

Człowiek był jednak istotą naiwną i niektórzy w naiwności wierzyli, że miłość może być bezinteresowna. Nie była. Nawet dziecko nie kochało bezinteresownie, bo przecież musiałeś się nim zajmować, przecież ciągle czegoś chciał. Zabawy, jedzenia, picia, potrzymaj, pokołysz. Nic nie zapowiadało tego, żeby ich dwójka miała chcieć od siebie więcej. Coś ponad akt, jaki tworzyli związani własnymi ciałami. Tak było dobrze - im obu. Philip nie chciał wierzyć w to, że Laurent mógłby zniszczyć jego reputację, a Laurent nawet nie pomyślał, że miałby to robić. Nie dlatego, że był takim wspaniałym człowiekiem, tylko dlatego, że Philip był dla niego dobry. Niektórzy dobrze wiedzieli, że anielska twarz Laurenta skrywa pod sobą węża o tęczowych łuskach. Dopasowującego się, mieniącego, wpasowującego w otoczenie. I jak każdy wąż - miał swój jad i potrafił kąsać. Tylko czemu miałby w ogóle o tym myśleć tutaj, przy Philipie? Nie, nie miał do tego głowy! Nie miał na to czasu! Chciał chłonąć piękną twarz, którą uwielbiał w każdym wydaniu. Zarówno, kiedy się złościł (tylko nie na niego), kiedy unosił wysoko głowę w swojej arogancji, kiedy był taki bezbronny w chwili uniesień i kiedy uśmiechał się do niego jak Eros z tymi złotymi lokami. Ta historia była z nim bezpieczna. I choć upadek Philipa reputacji chodził mu po głowie to w zupełnie innym wydaniu - kiedy z troską patrzył na godzinę i zapewniał, że będzie uciekał, żeby nikt nie zauważył. I nigdy nie poskarżył się na to nawet słowem. Bo czemu miałby? Nie było na co. Chciał dla tego człowieka dobrze. Chciał jak najlepiej. Nie potrzebował do tego żadnej prawdziwej miłości. Nie miało się to zmienić przez najbliższe lata.

Zaśmiał się perliście na jego słowa o tych wszystkich ludziach, którzy chcieliby popatrzeć. Umysł Laurenta był całkiem zwichrowany i potrafił mieć całkiem szalone pomysły, więc zamiast zawstydzenia pojawiła się w jego oczach ciekawość, jakby właśnie rozważał taki scenariusz. Bo rozważał. W czystej teorii własnej wyobraźni, ale mógłby się prężyć i wyginać, i wtulać w Philipa, żeby inni zazdrościli. Jemu, rzecz jasna. Jemu, że może leżeć tak blisko niego. Z przyjemnością przyległ do ciała mężczyzny, kiedy ten go objął i położył głowę na jego klatce piersiowej, żeby wsłuchać się w głos serca, obejmując go samemu. Teraz biło tak przyjemnie spokojnie... Silne, spokojne serce. Wspaniałe. Miał nadzieję, że pozostanie takie silne na zawsze.

- Naprawdę? - Poderwał się do góry, kompletnie zaskoczony słowami Philipa. I ucieszony. Choć to ucieszenie zaraz przeszło w odrobinę niepokoju. Albo raczej - zmartwienia? Widać było, że Laurent bardzo szybko coś kalkulował w swojej głowie. - Jesteś pewien? Zniknąć na kilka dni? - W końcu... nie uważał, żeby to był dobry pomysł, żeby przy ich schadzkach jakoś bardziej się obnosili ze znajomością przed ludźmi. Tym bardziej że nagle wybrali się we dwójkę na przejażdżkę, a przecież Philip był osobą medialną. Nie to, że chciał zabijać nastrój i w ogóle... ale tutaj akurat wkraczało to, że owszem, Laurent był romantykiem i marzycielem, ale nie pozwalał na to, żeby to przysłoniło rzeczywistość. I to była jedna z jego największych tragedii. Romantyk w ciele człowieka kierującym się logiką. Mimo to zaraz się uśmiechnął na powrót, spoglądając trochę psotliwie na Philipa. - Wszystkie kobiety by mi zazdrościły, ich łzami zaparzyłbym sobie poranną herbatę. - Zażartował. - Jeśli masz ochotę to bardzo chętnie. Ale zastanów się nad tym. Moja romantyczna wizja może poczekać. A kiedy już otworzę własny rezerwat i podkradnę rodzinie kilka koni to będzie na pewno łatwiejsza do realizacji. - Znowu zamachał nogami z zadowoleniem. Tak, to nie tylko marzenie. To plan.




RE: [zima 1967] You're only as young as you choose to be - Philip Nott - 22.08.2023

Podejmował starania o to, aby żyć po swojemu zamiast dać się w pełni zamknąć w sztywne ramy konwenansów. Nie istniała jedna słuszna droga dla każdego, niezawodny przepis na życie. Nie było miejsca na wszystkie powinności, postrzegane jako naturalny etap w życiu każdego człowieka - założenie rodziny, spłodzenie dzieci i przetrwania reszty życia z jedną kobietą przy boku. Wypełnienie takiej powinności uradowałoby jego rodziców, uciszyło starszego brata i byłoby dobre wizerunkowo, gdyby istniała jakaś pani Nott. Przy jego rozwiązłości przynajmniej raz został ojcem poczętego podczas uniesienia dziecka.

Jeśli zajdzie taka zmiana w nim samym na tym polu to świat o tym się dowie na łamach kolejnego numeru Czarownicy, opatrzonego jego nienagannym wizerunkiem. Za wyjątkiem wąskiego grona wyjątkowych osób, które powinny dowiedzieć się o tym od niego zamiast ze stron plotkarskiego czasopisma. Dlatego ten graal, to co rzekomo nadawało sens życiu i pozwalało zapełnić pustkę powinno pozostać tam, gdzie zostało ukryte przez niego. Przyjmował to z otwartymi dłońmi to, co zostawało mu ofiarowane i co zostawało z każdym kolejnym dniem zakopywane głębiej.

Pozostawał w przekonaniu, że wyzbył się własnej naiwności. Postrzeganie drugiego człowieka jest wyłącznie kwestią perspektywy. Nie chciał znaleźć się w sytuacji, w której gorzko pożałowałby obdarzenia Laurenta zaufaniem, którym nie szastał na lewo i prawo. Okazałby się wówczas głupcem, który postawił na szali samego siebie i przegrał w własnej grze przeciwko niegodziwemu światu. To zawsze pozostawało z tyłu głowy, gdy powracał do swojego życia. Nigdy teraz. Nie chodziło również tylko o niego. Wszystko to dotknęłoby również tego wspaniałego mężczyzny zamotanego w pościel przy jego boku. Byłoby to jak rykoszet potężnego zaklęcia. Chciał tego uniknąć dla ich dobra.

Naprawdę — Odpowiedział pytaniem na pytanie, z subtelnym półuśmiechem na ustach. Zanim ten mężczyzna się poderwał do góry, leniwie dotykał jego skóry i włosów. W tym momencie czytał z niego niczym z otwartej książki. Nie było to trudne zadanie przy kimś, kto nie zamierzał ukrywać przed nim niczego. Zaskoczenie. Radość. Odrobina niepokoju. Zmartwienie. — Jestem. O tej porze roku również można zrobić sobie wakacje. W zeszłym roku byłem w Egipcie oraz i we Francji. — W chwili obecnej obstawał przy swoim, pozostając świadom, że przy wprowadzeniu tego planu w życie będą musieli dokładać wszelkich starań, aby uchodzić za przyjaciół. Jest osobą medialną, bogaczem i obraca się w gronie podobnych sobie ludzi. Jeśli będzie chciał się wybrać na kilkudniową przejażdżkę z przyjacielem to się wybierze. Żaden z nich nie miał wypisane na czole swoich preferencji.

Piję średnio raz w tygodniu herbatę zaparzoną łzami mojego brata, to ocean goryczy w filiżance. Twoja mogłaby mieć słodszy smak. — Zażartował w podobnym tonie. Doprowadzał swojego brata do szewskiej pasji. Nieraz nawet z premedytacją.

Mam, ale się zastanowię. Do wiosny z pewnością. Jak Ci idzie otwieranie tego rezerwatu? Z pewnością to cała masa biurokracji. — Przystał na tę sugestię z zastanowieniem się. Konno można było jeździć niezależnie od pory roku. Wiosna wydawała się lepszą porą na tego typu atrakcje. Zainteresował się planami swojego kochanka odnośnie otwarcia rezerwatu. Takie miejsca były potrzebne.




RE: [zima 1967] You're only as young as you choose to be - Laurent Prewett - 22.08.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=HyyWubC.png[/inny avek]

Otwarta księga czasami była największą ułudą, jaką stworzył pisarz. Znajdujesz drogę palcem przez dywan liter, rozczytujesz się w nich, łączysz pojedyncze wątki w całą opowieść. Myślisz, że wiesz, że rozumiesz. Dopiero na ostatniej stronie, na którą nawet nie wpadło się, by zajrzeć, leżało zaś rozwiązanie całej tajemnicy. Prawda była jednak o wiele słodsza tej zimnej nocy. Masz rację, Słodki, noce takie jak te, ogarnięte władaniem Pani Mróz, były chyba najbardziej magiczne. Noc była o wiele dłuższa, chociaż doba wcale nie zmieniała swoich godzin, zegary się nie poszerzały. Była bardziej intymna, bo jakoś mniej ludzi było chętnych krzątać się po ulicach, kiedy palce i policzki kąsał mróz. Za oknem śnieg, wewnątrz ciepły ogień. Można było tonąć w pościeli i cieszyć się własnym ciepłem. I jak zostało powiedziane - mało było miejsca na kłamstwa, kiedy leżało się nagim przy drugim człowieku. Dokładnie tak, jakim Pan Bóg cię stworzył. Z każdą niedoskonałością i każdym najlepszym atutem, bo przecież ludzie doskonali nie istnieli. Laurent nie miał powodu, żeby nie dawać dostępu Philipowi do tego, co przeżywał i o czym myślał, kiedy teraz rozmawiali i leżeli. Gdy pojawił się temat, którego poruszać nie chciał, dawał o tym zwyczajnie znać. Nie spędzał z nim czasu po to, żeby zbierać gradowe chmury nad ich głowami. Był tu, żeby po fizycznej przyjemności mogli popijać jeszcze płynny lukier ze swoich ust. Jak to dobrze się składało, że Philip lubił smak Lukrecji. Dlatego mógł snuć malownicze wizje i swoim słowem malować całe obrazy przed błękitnymi oczami Notta. Miał to poczucie, że Nott je widział tak samo wyraźnie, jak on, choć może to było jedno z jego złudzeń. W końcu miał paskudne tendencje do tego, żeby niektórych ludzi wynosić o wiele wyżej, niż znajdowali się rzeczywiście. Tworzyć z nich bohaterów książek, które on ledwo muskał. I czuł się wdzięczny za każde muśnięcie, na jakie mu pozwalali. W końcu sam był tylko pobocznym wątkiem, któremu główny bohater mógł powiedzieć parę słów, zwierzyć się z problemów, albo o problemach zapomnieć przy momentach, gdy serce mocniej kołatało. Nie tylko on pozwalał, żeby stronice książki, które tego wieczoru miały różaną okładkę, dokładnie tak samo miękką jak płatki tych kwiatów, były bardziej czytelne i dostępne. Philip też zachowywał się inaczej w towarzystwie, te uśmiechy były tak różne od tych, które widział na przyjęciach. Odważyłby się wręcz powiedzieć, że uśmiech Philipa, jaki potrafił tutaj widzieć był rozmarzony.

Przewrażliwienie - to było słowo klucz, które mocno oplatało się wokół jego umysłu, kiedy myślał o zadawaniu się z osobami, z którymi połączyło go nieco więcej niż jedna wspólna noc. Kiedy naprawdę zależało mu na drugim człowieku, bo po prostu go lubił, cenił, szanował. Tak jak cenił Philipa, chociaż wiedział, że potrafił być nade aż grubiański i niektóre kobiety potrafiły go trzasnąć dłonią w policzek za jego bezpośredniość. Czasami wręcz myślał, że mógłby go nauczyć sztuki flirtu, bo Laurent, oh! Laurent z tego czynił prawdziwą sztukę. Ale to był jego talent - wchodzenie ludziom pod skórę, rozkładanie ich na części pierwsze, by zobaczyć, czego pragną, czego potrzebują i to im dać. W żadnym wypadku nie altruistycznie. Przewrażliwienie dotyczyło zaś tego, że rzeczywiście, żaden z nich nie miał wypisane na czole, że poza tym, że lubią ze sobą pogawędzić czasem na przyjęciach miewają schadzki od czasu do czasu na o wiele bardziej prywatnym podłożu. Zawsze pojawiał się głosik w jego głowie, że po prostu nie warto kusić losu. Szczególnie, że Laurent nie chciał od tego człowieka więcej, niż miał teraz. A jednak... słodka przejażdżka zimą brzmiała fantastycznie. Laurent lubił uciekać nie tylko w ramiona innych osób, żeby uciec przed rzeczywistością i samym sobą. Lubił uciekać też tam, gdzie nikt nie patrzył i gdzie czuł, że można być wolnym. Można być sobą. Rozważał. Leżał i rozważał słowa Philipa, rozważał to, czy warto i przede wszystkim to, czy silniejsza była chęć spełnienia fantazji czy może jego własna obawa. Nigdy nie był odważnym człowiekiem, choć starał się, by to nie wychodziło na wierzch.

- Zgoda. - Obwieścił w końcu, znowu z szerokim uśmiechem, kiedy wszystkie te kalkulacje zostały poukładane w jego głowie. Wyrwał się z tego zamyślenia. Tak, kiedy znało się Laurenta doskonale było po nim widać (o ile nie krył się za maskami), kiedy głęboko nad czymś myślał. Wyglądał wtedy, jakby tworzył całe matematyczne równania, czasem wręcz jakby jego oczy przesuwały się po tablicach, na których zapisywał szybko ułamki, mnożenia i delty. Teraz wcale nie było inaczej. - Na pewno nie znam nawet połowy takich pięknych miejsc, jak ty. Zaskocz mnie. - Zachęcił mężczyznę nie szczędząc mu kolejnego komplementu nawiązując do tego, że już teraz się pochwalił tym, gdzie on to nie był. Już był gotów podpytać go, co tam porabiał i co widział. Bo był ciekaw. I jednocześnie Laurent bardzo lubił oddawać wodze prowadzenia komuś innemu do prowadzenia. Przy Philipie to nie był żaden problem - tym bardziej, że bardzo lubił to, jak mężczyzna szanował przy tym jego granice. To chyba było jego największe zaskoczenie, kiedy trochę go poznał. Bo z pierwszego wrażenia miał wrażenie, że to ten typ mężczyzny, który bierze, co chce i nie do końca dba o potrzeby drugiej strony. Nawet kiedy wspólnym mianownikiem, jak zostało wspomniane, była przyjemność.

Prychnął śmiechem na te nowinki o herbacie z łez brata.

- Aaach, nie warto nawet wspominać... - Lekko poruszył dłonią, trochę zbywająco. - Chyba bym cię zanudził opisywaniem, jak trzeba chodzić z okienka do okienka, wypełnić formularz A38, potem przynieść dokument 202 i jeszcze powtórzyć proces, bo w zasadzie to trzeba było najpierw mieć dokument 202 a potem dopiero można pozyskać A38. - Wykrzywił wargi w rozbawionym uśmiechu, ujmując to oczywiście całkowicie prześmiewczo, ale fakt był taki, że psuło mu to sporo krwi. - Ale jeśli masz ochotę to mogę twój wspaniały umysł pozanudzać. - Mógł go też pozbawiać zupełnie innymi opowieściami. Sięgnął do twarzy Philipa, żeby przesunąć palcami po jego złocistych lokach.




RE: [zima 1967] You're only as young as you choose to be - Philip Nott - 22.08.2023

Nadmiaru posmakowanej słodyczy lukrecji powinno wystarczyć mu do następnego spotkania, do którego prędzej czy później dojdzie. Jeśli nie stanie się tak z powodu przypadku, kaprysu sprzyjającemu temu wszechświata to stanie się tak, jeśli będzie skłonny wziąć sprawy w swoje ręce i dopiąć swego, co nie zawsze było wyzwaniem samym w sobie. Nie o to w tym chodziło. Nie należało odmawiać sobie dobrych rzeczy, a za takie postrzegał uniesienia i rozumianą na swój sposób bliskość drugiego człowieka po akcie. Jeśli było naprawdę miło to nie wskaże swojemu kochankowi drzwi wyjściowych.

Wsłuchiwanie się w snute wizje było przyjemne, dlatego ulegał im bez walki. Pogłębiało to jego poczucie komfortu, nie odrywało go od trwającego wzajemnego relaksu i dawał się ponieść tym wszystkim marzeniom. Zapobiegało to również powstawaniu niezręcznej, trudnej do zapełnienia ciszy pomiędzy nimi. Tego rodzaju cisza pozostawała mu dobrze znana przez to, że potrafił zaoferować ją każdemu, z kim połączyła go wyłącznie jedna noc i kilka chwil poranka zanim trzasną drzwi wyjściowe. Potrafił się zdobyć na większy takt ze swojej strony przy darzeniu sympatią swojego kochanka. Nie sprawiała ona, że stawał się ideałem. Cechująca go grubiańskość wiązała się z bolącymi policzkami, ze złamanym nosem i niekiedy uciekaniem oknem przed mężem jakieś kobiety, który wrócił do domu zawczasu.

Przez swoją niepokorną naturę, na przekór wszystkim przybrałby postawę obronną to nie jest z nim problem, ale ze światem zaglądającym mu do sypialni. Przyjęcie takiej postawy stałoby się trudne, gdyby naprawdę musiał zmierzyć się ze światem po tym jak obdarł go ze wszystkich sekretów alkowy. Zostałby zmuszony do zaprzeczenia temu wszystkiemu poprzez powtarzanie kłamstw tak długo, aż nawet on sam uwierzyłby w ich prawdziwość. Wówczas uwierzyłaby opinia publiczna. Pozostałyby tylko niesmak, nieprzyjemna woń tlącego się skandalu i zgliszcza. Inna opcja nie wchodziłaby w grę.

Nie pożałujesz. — Wymruczał niczym zadowolony lew. Wstępnie zaplanowana przez nich przejażdżka, co prawda wymagała dopracowania. Musieli ustalić przede wszystkim dokładny termin i trasę. Należało przygotować wierzchowce. Będzie starał się przekonać tego blondyna, aby zostawić należące do Prewettów abraksany w stajniach przez to, że potrafią mówić. To miała być przejażdżka dla dwojga. Konie mogłyby okazać się wyjątkowo gadatliwe.

Jestem pewien, że znasz. Moja praca sprzyja wyjazdom za granicę. Głównie zwiedzam w czasie wolnym i poza sezonem. Byłeś w Tajlandii? Mają tam bardzo piękne plaże pełne niemal białego piasku. Jako pasjonat magicznych stworzeń również znalazłbyś coś dla siebie, nie brakuje tam rezerwatów. — Może pozostawał w błędnym przekonaniu, że opływający w bogactwo Prewettowie nie szczędzili galeonów na zagraniczne wojaże dla rekreacji. Laurent do nie należał do grona biednych czarodziejów i naprawdę nie musiał trzymać się tego kraju. Wszystkie swoje wyjazdy dzielił na te służbowe i dla rekreacji. Podczas tych pierwszych zdarzało mu się wygospodarować odrobinę czasu na zwiedzanie. Za idealny wypoczynek postrzegał przede wszystkim wylegiwanie się na jednej z mniej zaludnionych plaż. Poza tym zwiedział dany kraj i korzystał z uroków bogatego życia nocnego.

Byłaby to długa historia pełna zawiłości biurokratycznych, w której pierwsze skrzypce graliby zmęczeni życiem, niemili urzędnicy. Możesz mi powiedzieć, czy mogę jakoś pomóc. — Nad wyraz trafnie podsumował tę pisaną życiem opowieść. Nie było tak, że go to nie interesowało. Po prostu to nie był czas na utyskiwanie na system. Może było coś, co mógł zrobić. Przez lata zawarł liczne znajomości z mniej lub bardziej wpływowymi czarodziejami. Także z tymi, którzy pracowali w Ministerstwie Magii. Była to propozycja, którą Laurent powinien rozważyć i przekazać mu za jakiś czas swoją decyzję. Nie zamierzał niczego mu narzucać.

Philip regularnie angażował się w działania charytatywne, robiąc w ten sposób coś dobrego. Tego typu aktywność działała korzystnie dla jego wizerunku. Nie zaproponował tego, aby w tym momencie go sobie podreperować. Doceniał to, że ten mężczyzna nie poprosił go o przysługę. Posiadanie takich niebotycznych sum pieniędzy i tworzenie kontaktów przyciągało ku niemu osoby chcące go wykorzystać. Dawało mu możliwość zadecydowania, czy chce zaoferować swoją pomoc.

Niesforne kosmyki opadły miękko na jego czoło. Posłał swojemu przystojnemu kochankowi ujmujący uśmiech, w dalszym ciągu leniwie łaskocząc jego skórę dotykiem. Umościł się również nieco wygodniej, podkładając pod głowę zgiętą rękę w łokciu.




RE: [zima 1967] You're only as young as you choose to be - Laurent Prewett - 23.08.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=HyyWubC.png[/inny avek]

Bardzo często czuł się dziwnie w ciszy. Co druga osoba myśli, dokąd ucieka swoim mózgiem? Czy jest skupiona na tu i teraz, na nim? Jeśli nie, to czy ma więcej interesujących rzeczy niż on, bardziej wartych uwagi? Wszystko zaczynało się napędzać i nakręcać. Najcenniejsze były te osoby, obok których siedziałeś i takie wątpliwości w ogóle się nie pojawiały. Nie było tej niezręczności, zastanawiania się, czy przerwać tę ciszę, a jeśli przerwać to czym i jak. W jego doświadczeniach to była raczej rodzina, choć zdarzały się też czasem osoby po spotkaniach o wiele mniej dystyngowanych niż to dzisiejsze, przy których w ogóle nie chciałeś niczego mówić. I nie dlatego, że w ciszy było ci tak dobrze, tylko nie interesowała cię druga strona. Ot, każdy dostał, czego chciał, ale poza cielesnością niczego w tym nie było. Żadnej potrzeby eksploatacji drugiego człowieka. Tymczasem chwila jak ta były dla niego tak cenne, że nie był pewien, czy woli sam akt uniesienia, czy może właśnie to - poczucie braku granic, możliwość zatopienia się w bajdurzeniu, marzeniu, śnieniu na jawie. Gdyby się zastanowił to niby wydawałoby się oczywiste, nie nie dawało takiego silnego uderzenia serca niż cielesna miłość drugiego człowieka. Z drugiej strony bez takich nocy stawało się to jakieś... nijakie. Nieznośne stawało się to jedynie wtedy, kiedy okazywało się, że partnerka chciała czegoś więcej. Że sądziła, że trochę słodkich słówek z jego strony i uprzejmości z rana zamienią się w prawdziwą miłość. W tego Grala, o którym już rozprawialiśmy. Ale o tym na pewno już wiesz, drogi Philipie. W końcu w twoim świecie nie brakowało osób, które miłość udawały chociażby po to, żeby coś od ciebie uzyskać.

- Z twoją pomysłowością? Nawet przez moment nie pomyślałem, że mógłbym żałować. - Nott był bardziej obeznany ze światem niż on, a przynajmniej sam Laurent miał taką perspektywę tego. Młody Prewett był tak mocno skupiony na tym, co chciał osiągnąć, że odkąd opuścił Hogwart i chwilę przepracował w hodowli u ojca, tak potem wpadł na trasę przygotowywania swojego własnego życia. I to pochłaniało jego lata. Ale teraz, TERAZ wszystko już właściwie było na idealnej drodze. Można było rzec, że pieniądze były problemem. Laurent sam w sobie majątku nie posiadał. Za to jego rodzina była obrzydliwie bogata. W końcu Prewett obracali w swoich dłoniach absurdalne ilości galeonów i zapewnienie synowi głowy rodu życia, jakie sobie wymarzył, nie było problemem. Co problemem było to to, jaki uparty czasami Laurent być potrafił. Chciał stworzyć to, co tworzył, samodzielnie. Tak samo uparcie samodzielnie zbierał do tego fundusze. Pewnie wiele osób powiedziałoby, że to głupota, strata czasu. Może i tak. Ale Laurent bardzo chciał udowodnić rodzinie i przede wszystkim sobie, że naprawdę jest coś wart, że potrafi, że może. Że to, że nie był idealnym synkiem Edwarda i Aydayi nie czyniło go gorszym. Czas miał zweryfikować, że może i tak, może będzie zadowolony, że ma coś, co nie jest zależne od jego rodziców, ale czy warto..? Czy na pewno było warto...

- Hmm... - Nie znał. Nie to, że nie wyjechał nigdy z Anglii, ale jego życie wyjazdom już nie sprzyjało. Z jakiegoś powodu trochę go to poruszyło, choć nie był pewien, dlaczego. Bo znów - przecież to nie była kwestia pieniądza. Nie wyobrażał sobie jednak, żeby wyjechać i balować za pieniądze rodziny. To było normalne, a jednak jemu wydawało się niepoprawne. Chyba wyrobił sobie jakąś obsesję na temat tej własności, jaką chciał mieć. Niezależności, jaką chciał osiągnąć. Albo może to jakiś wstyd, gdy patrzył na swoją idealną siostrę i gdzieś tam zawsze jej zazdrościł. Kiedy pojawiło się wspomnienie o Tajlandii inteligentne oczy rozbłysły tysiącem gwiazd, jakby Philip właśnie powiedział, że w tym roku Gwiazdka będzie szybciej. O tak na przykład - dzisiaj. - Och, widziałeś kiedyś słonia? A pawia? Och, pawie są takie przepiękne, jak to możliwe, że ciągną za sobą ogony przyozdobione całą tęczą! - Nie, nie był w Tajlandii, za to o jej florze i faunie potrafił powiedzieć wiele. Zaczął ćwierkać Philipowi o niesamowitych, magicznych stworzeniach, podpytywać, czy je widział! Oczywiście tak, dopóki Notta to w ogóle interesowało i chciał o tym rozmawiać. Laurent był tym typem człowieka, którego zazwyczaj chciało się słuchać, kiedy zaczynał mówić z pasją w głosie. I czasem nie ważne, że nie masz pojęcia, o czym mówi - sam fakt, jak lśniły jego oczy, jak wydawał się całym ciałem opowiadać o swoim oddaniu danemu tematowi sprawiało, że to było ciekawe. Czasem wręcz niesamowite. Niewielu ludzi miało w sobie to coś, choć wiele osób potrafiło czemuś oddać serce to po prostu niekoniecznie potrafili to przekazać, podzielić się tym ze światem.

Właśnie, to nie był czas i miejsce do marudzeń i opowiadaniu o biurokracji, liczbach czy polityce i praktycznie zawsze, nawet jeśli temat się prześlizgnął, to Laurent rysował granicę i pytał co najwyżej, czy Philip chce ją przekraczać. Zawsze to było właściwie "nie". Byli co do tego absolutnie zgodni. I bez problemu odbijało się wtedy gdziekolwiek indziej. O takich rzeczach mogli rozmawiać w codzienności, na salonach, przy spotkaniach biznesowych. Nie tu i teraz. Możesz się zastanowić, czy mogę ci pomóc. Pewnie normalny człowiek by się ucieszył, kiedy taki bogacz pyta i proponuje coś takiego. Jak zostało powiedziane - pewnie sporo pchających się do łóżka Philipowi osób robiła to licząc na skapnięcie galeonów, na jakąś przychylność. Ale Laurent zamiast się ucieszyć to trochę zmarkotniał. Rozumiał i doceniał dobrą wolę, ale wydawało się to niepoprawne. Rodziło w jego głowie bardzo nieprzyjemną myśl, której nie chciał się poddawać i nie chciał psuć tą myślą tych wspaniałych chwil, jakie spędzali razem. Bo naprawdę nie znał wielu takich osób, z którymi czuł się tak swobodnie jak z Philipem. Nie chciał się stać właśnie tą osobą, która przychodzi tu, bo chce coś materialnego. To znaczy - chciał, a było to ciało Notta. Jakby nie patrzeć to było całkowicie materialne.

- Nie chciałem czegokolwiek sugerować. Mam nadzieję, że tego tak nie odebrałeś. - Bo nie taka była jego intencja, kiedy zaczął temat. Chciał się po prostu podzielić swoim marzeniem, planem. Zarazić Notta jego pięknem. Ale zaraz ewidentnie Laurent sobie to poukładał w głowie i posegregował. Przynajmniej na dany moment. - Możemy o tym porozmawiać przy kawie. Nie chcę mieszać tu, między nas, żadnych interesów i pieniędzy. - Powiedział to całkowicie poważnie i jak na siebie - całkowicie zdecydowanie. Jak na siebie, bo Laurent był łagodny i ugodowy, miękki i podatny. Ale był taki, kiedy sobie mógł na to pozwolić, a w biznesie nie było na to miejsca. Ponadto - było to dla niego ważne. Żeby Philip miał klarowny obraz tego, co myślał i że biznes biznesem, ale nie przychodzi tu po to, żeby żebrać o pomoc Notta. To byłoby poniżające. I po części musiał samemu sobie to powiedzieć, żeby jego mózg, zbyt podatny na to, by ciągnąć go w dół, nie poddawał go myśli, że może jest zwykłą ladacznicą. A kiedy to zostało wyjaśnione to Laurent odetchnął z ulgą, taką prawdziwą, kładąc dłoń na swoim sercu, że Philip tak o nim nie pomyślał. Bo wcale nie był tego taki pewien.

Tak minęła noc, nim Laurent uciekł przed porankiem - o opowieściach o miejscu pełnym magii, czarów i wolności.


Koniec sesji