![]() |
|
[20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? (/showthread.php?tid=1768) Strony:
1
2
|
[20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Philip Nott - 23.08.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett - osiągnięcie Piszę, więc jestem Rozliczono - Philip Nott - osiągnięcie Piszę, więc jestem Problem nie zniknął po rozmowie z Jonathanem. Dowodziło to tego, że nie odpowiadała za to wypita przez niego herbata ani jej opary. Nie był przekonany co do niewinności kapłanek. Wraz z upływem dni nie odstępujące go na krok odczucia straciły na swojej intensywności i zdawały się zmniejszać z każdym mijającym dniem, jednak nie odeszły zupełnie. Odciskały na nim swoje piętno niczym niemożliwa do złamania klątwa. Przewrotny los zdawał się śmiać mu prosto w twarz po sparzeniu się jak nigdy dotąd. Loretta była piękną kobietą o powierzchowności jadowitej tentakuli. Podobnie jak ona posiadała kolce, najeżoną ostrymi zębami paszczę i zdolne do uduszenia drugiego człowieka pnącza. Nie można odmówić jej urody. Nie można też zaprzeczyć temu, że jest idiotą. Nie nauczył się tego, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Płacił za własną głupotę zbyt wysoką cenę. Stracił kontrolę nad swoim dotąd poukładanym życiem i teraz stąpał po niepewnym gruncie, tonąc w meandrach własnych emocji. Nie opuszczało go to przygnębienie. Najbardziej rozdzierającym jego duszę uczuciem była ta tęsknota... względem potencjalnego partnera, za traktowanymi bez litości miłością i spełnieniem. W chwili narzuconej mu refleksji nad własnym życiem wyobrażał sobie to, jak to jest mieć kogoś szczególnego przy swoim boku, z kim mógłby dzielić swoje życie. Po raz pierwszy marzył o romantycznych chwilach, pełnych zrozumienia rozmowach, dzieleniu się radościami i smutkami. Wszystko, czego teraz pragnął, było tym, czego nie poszukiwał w swoim życiu. Na tak idyllicznych wizjach zawsze pojawiała się wyraźna rysa, będąca świadectwem tego, że nie potrafiłby dochować wierności jednej osobie. Był przeświadczony o tym, że nie potrafiłby zmienić się dla kogoś aby stać się odpowiedzialnym partnerem, w przyszłości mężem i ojcem. W obecnej sytuacji nie potrafił zadbać o siebie, więc jak miałby zadbać o kogoś innego? Nie pierwszy raz podejmował katastrofalne w skutkach decyzje. Tak jak podczas tegorocznego Beltane. Podejmował próby zagłuszenia tego wszystkiego poprzez zawieranie jednonocnych znajomości. Nie stanowiły one cudownego remedium na tę przypadłość. Pod wpływem nagłego impulsu podjął decyzję o opuszczeniu magicznego Londynu i przeniesienie się na południe Anglii - hrabstw Hampshire i Wiltshire. Postawienie nogi na progu domu należącego do Laurenta przez wzgląd na pojawienie się bez wysłania mu świadczącej się o dobrym wychowaniu zapowiedzi, przez wzgląd na przeżywanie emocjonalnych katuszy, z którymi nie był w stanie się uporać w typowy dla siebie sposób, stanowiło dla niego przekroczenie granicy łączącej ich przyjaźni. Z duszą na ramieniu zdecydował się zapukać do drzwi domostwa tego czarodzieja. Istniała szansa, że nie zostanie odprawiony z kwitkiem. Dopiero potem będzie się zastanawiać nad tym, czy będzie mógł liczyć na zrozumienie i dyskrecję z jego strony. RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Laurent Prewett - 23.08.2023 Laurent rzadko przyjmował gości niespodziewanych. Niezapowiedziana wizyta musiała się liczyć z kilkoma czynnikami, takie jak to, że blondyn miał może nie tyle bardzo napięty grafik, co zdrowo poukładany, żeby mieć czas na spokojnie wszystko poukładać w pracy i też jednak znaleźć jakiś czas na sen. Chociaż akurat wiele osób mogłoby go oskarżyć o pracoholizm i nie byłoby wcale nietrafione. W każdym razie Laurent nie mógł zazwyczaj (nie chciał) rzucić tego, co robił, żeby zabawić kogoś, kto przyszedł tak o sobie. Mógł oczywiście klienta przekazać w dłonie swojego pracownika, który był jego prawą ręką - czarnoskórego Alexandra - ale to zakładając, że ktoś przyszedł ogólnie popatrzeć, zobaczyć, jakich rozrywek można tu zaznać czy jaki interes ubić. Miał swoje zobowiązania wobec osób umówionych i ich też rzucić nie mógł, bo ktoś coś chce. Nie zajmował się ludźmi małej wagi - stety czy niestety, jak wielkim marzycielem by Laurent nie był pieniądz i czysta krew rządziła tym światem. Że zaś czystokrwiści zazwyczaj robili największe pieniądze, to jego uwaga była zazwyczaj zajmowana ludźmi istotnymi. Trzeci czynnik był taki, że zwyczajnie mogło go nie być. Zdarzało mu się wyjeżdżać na terenie Anglii, rzadko poza nią, bo ktoś potrzebował, nie wiem, przeprowadzić zagrożony gatunek żabek, bo Ministerstwo machało rąsią, że ich nie wolno ruszać! I owszem, dany realizator projektu mógł prosić o kogoś z Ministerstwa wypełniając mnóstwo papierkowej roboty, czekając, pewnie stopując taką budowę na parę lat... albo mógł zapłacić kupę szmalu Laurentowi, który zabierał swoją ekipę i się tematem zajmowali. Proste. Takie prace były strasznie lukratywne, ale też wymagały jego obecności na miejscu docelowym, gdzie zazwyczaj nie było fiuu i nie mógł sobie tak skoczyć z miejsca w miejsce na zawołanie. Lub mógł być po prostu w Londynie i załatwiać sprawy! Tak czy siak - był człowiekiem zajętym. Były jednak osoby, dla których robił wyjątek niezależnie niemal od tego, co się działo. Niemal. Po prostu w pracy ludzie byli ustawiani wedle wpływów. Nic innego niemal go nie interesowało. Najbardziej specjalne miejsce miała rodzina, dla której akurat mógłby rzucić wszystko. I byli jeszcze... przyjaciele, dla których mógł rzucić również wiele. Philip Nott był osobą wpływową, dla której odsunąłby wszystkich znajdujących się obecnie w New Forest, gdyby chciał robić interesy. I był też osobą, którą Laurent naprawdę bardzo lubił, nawet jeśli chyba przyjaźnią tego nazwać nie można było. Chyba. Bo Laurent nawet mógł go określić tym mianem. - Dzień dobry Panu. - Drzwi pozostały głuche i zamknięte, ale pojawił się przy nich skrzat Laurenta - Migotek. Skrzat, który musiał bardzo dużo przejść, było to po nim widać, ale teraz stał prosto, wpatrując się jednym zdrowym okiem w Notta. - Jeśli szuka pan Pana domu, to przebywa on obecnie w stajni lub jej okolicach. Czy życzy pan sobie, żebym pana zaprowadził? - Philip nie był Migotkowi nieznany. W innym wypadku pewnie nawet by się nie pojawił. Choć był odrobinę skonsternowany, bo tak - nie było w kalendarzu umówionej takowej wizyty. W istocie - poprowadził Philipa do stajen. - ...nie. Nie ma takiej możliwości. Wyrzuć to do kosza i nie chcę więcej tego widzieć. Nie będą tutaj powstawały żadne zabudowania, nie zmienię zdania. - Wzburzenie? Chyba tak można było określi ruch Laurenta, który zrobił, jakby chciał rzucić rzeczywiście trzymane papiery w pizdu na ziemię... ale się opamiętał, powstrzymał. Poskładał je i wręczył z powrotem kobiecie, dość pulchnej, w prostej, eleganckiej sukience. - Prosiłbym o nie zawracanie mi głowy tymi bzdurami. Chyba nie muszę odmawiać dziesięć razy, żeby wiadomość dotarła. - Bo niektórzy rzeczywiście nie potrafili po "ludzku" i trzeba było powiedzieć do nich bardziej dosadnymi słowami. Choć Laurent nie przeklinał, a przynajmniej nie robił tego na co dzień, teraz po prostu cisnęło mu się parę brzydkich słów niemal na usta. Był to brzydki język, który nie do końca mu leżał. Kobietka, zarumieniona, chyba też z nerwów, przyjęła te papiery, przytuliła je do piersi. Laurent ściągnął okulary z nosa. - Przepraszam, Paniczu. Pan Nott do Pana... Panicz nie będzie zły na Migotka? Migotek nie wiedział, nie zapisał w kalendarzu... - Szpiczaste uszy Migotka opadły, jak u smutnego psiaka. Laurent, ewidentnie zaskoczony, a tym bardziej dlatego, że przyłapano go na małym pokazie nerwów, spojrzał najpierw na Notta, a potem na skrzata. [a]- Nie, skądże. - Cała postawa Laurenta zmieniła się przy mignięciu oka. Nie dlatego, że był taki niestały w emocjach. Dlatego, że tak dobrze udawał, że tak zgrabnie potrafił manipulować ludźmi, by widzieli tylko to, co chcieli widzieć. Przykucnął i pogłaskał skrzata po głowie. - Idź, proszę, przygotuj dla mnie i mojego gościa podwieczorek. Napijesz się kawy, Philipie? - Zagaił, podnosząc się znów. Wsunął okulary do zewnętrznej kieszeni krótkiego do połowy ud płaszcza szytego nieco na modłę marynarek. Bo choć było już niemal lato to tutaj, przy brzegu morza, gdzie szum fal był wszechobecny, tak i morski wiatr, było zawsze o wiele zimniej niż w Londynie. Skrzat po otrzymaniu instrukcji co do tego, czym ugościć i uraczyć Philipa zniknął. - Czym mogę służyć? - Zapytał, spoglądając na blondyna, który wyglądał trochę... niespokojnie? Na napiętego? Sam Laurent był nieco skonsternowany, bo nie bardzo wiedział, czego się spodziewać. Philip nigdy dotąd nie wpadał... ot tak.RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Philip Nott - 24.08.2023 Z racji bycia gwiazdą sportu, celebrytą i posiadania bogatego życia prywatnego jego grafik zdawał się być wypełniony po brzegi. Potrafił doskonale zrozumieć, jak bardzo niepożądana może być niezapowiedziana wizyta kogokolwiek. Nie zawsze było możliwa reorganizacja swoich planów tak aby uwzględnić niespodziewaną wizytę. Przybywając tutaj nie oczekiwał tego, że po raz kolejny noszone przez niego nazwisko otworzy następne drzwi. Był gotów poczekać i wybrać się na dłuższy spacer po tych włościach zamiast siedzieć na ganku tego domostwa. — Dzień dobry, Migotku — Przywitał uprzejmie kolejnego niedocenianego sługę czarodziejów, obdarzając tego skrzata domowego przeczącym jego samopoczuciu uśmiechem. W rodowej posiadłości Nottów służyła od dnia jego narodzin skrzatka Złotogłówka. Traktował dobrze oddaną jego rodzinie służkę, która odwdzięczała się mu za okazywaną dobroć ochoczym wykonywaniem powierzonej jej pracy. Nic więc dziwnego, że i Migotka zamierzał traktować w ten sam sposób. — Szukam. Zaprowadź mnie do niego, proszę. — Odpowiedział twierdząco. Bez wahania podążył za swoim skrzacim przewodnikiem. Poradziłby sobie bez jego pomocy, jednak niegrzecznie byłoby odmówić. Po dotarciu do stajni stał się świadkiem sytuacji, którą mógłby określić mianem kłopotów w raju. Rezerwat New Forest niezaprzeczalnie był rajem dla wszystkich magicznych stworzeń. Pozostawał również niezwykle pięknym miejscem dla odwiedzających go czarodziejów i dlatego nie powinien zostać skalany jakimikolwiek budynkami o innym charakterze niż użytkowy, wybudowanymi na potrzeby rezerwatu. Zapytany o zdanie uznałby spostrzeżone przez siebie wzburzenie u Laurenta za uzasadnione. Niedane było mu ujrzeć kaskady opadających na ziemię papierów. Niewykluczone, że w odpowiednim momencie dowie się o co dokładnie chodziło i kim była ta kobieta. Jego niespodziewana wizyta zaburzała rutynę tego miejsca. Znalazło się dla niego miejsce w rozkładzie dnia opiekuna tego rezerwatu, który zdecydował się ugościć go podwieczorkiem. Cechujące go zamiłowanie do wszelkich słodkości nie uległo zmianie i na taki właśnie podwieczorek liczył. W zależności od tego, ile dane będzie mu spędzić tutaj czasu to może do kieliszków poleje się czerwone wino albo tumblery zostaną napełnione ognistą whisky. — Bardzo chętnie. — Nie zamierzał odmawiać. Przed wypełniającym ten zakątek świata chłodem chronił go płaszcz, który narzucił przed wyjściem z domu i udaniem się na najbliższy świstoklik. Nie zabrał ze sobą więcej rzeczy. Czym możesz służyć? Jak to wszystko ubrać w słowa i do kogo je skierować? Do przyjaciela czy kochanka? Czy nie będę żałować przekroczenia ustawionej przez nas granicy?— Chciałbym porozmawiać... — Podany przez niego powód jego wizyty wydawał się enigmatyczny. Była to sprawa, której nie chciał omawiać na terenie stajni. Wciśnięte w kieszenie spodni dłonie, wskazująca na odczuwane zagubienie mimika twarzy, brak spokoju ducha i wyraźne napięcie wyraźnie świadczyły o powadze sytuacji. w której się znajdował od czasu Beltane. RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Laurent Prewett - 24.08.2023 Raj. Marzenie Laurenta, spełnienie wszystkich fantastycznych wizji, które malował słowem, bo do płótna i farb akurat nie miał talentu. Nie musiał mieć. Potrafił w końcu oczarować swoimi wizjami, kiedy snuł je z głębi serca. Wszystko było na swoim miejscu - jasnowłosy anioł ze swoim pragnieniem, żeby ochronić to, co żywe i co nie było w stanie chronić się samo przed agresją człowieka i te magiczne istoty, które znajdowały tu schronienie. Jak i jasne, niezwykłe pegazy, z których jeden właśnie był siodłany i stała przy nim dość młoda kobieta, która chyba nawet nie miała jeszcze 20 wiosen, a obok niej starsza niewiasta, która właśnie instruowała, jak powinna się ze zwierzęciem obchodzić. Laurent miał prawie obsesję, żeby wszystko tutaj działało jak w zegarku. Ta potrzeba kontroli była dość niezdrowa, bo często zdejmowała mu tego ważnego czasu z wypoczynku, z jedzenia, ze snu. W pewny momencie swojego życia znacząco stracił na wadze i jego stan zdrowia się pogorszył. O zgrozo, było to w końcu całkowicie zbieżne z otworzeniem New Forest. Coś było więc nie tak z rajem, skoro ten raj, wydawałoby się, żerował na zdrowiu swojego opiekuna. Czy archanioł Gabriel również poświęcał swoje zdrowie trzymając płonący miecz, by nie wpuścić węża do raju..? Coś w minie i postawie Philipa sprawiało, że Laurent przestał się uśmiechać. Ten uśmiech delikatnie zszedł z jego twarzy i teraz naprawdę akurat zapomniał o tym, że jeszcze przed chwilą gotów był kląć na osobę, której wydawało się, że ten świat pieniądzem stoi. Do pewnego stopnia - na pewno. W końcu sam Laurent kochał pieniądze, ale to wszystko było kwestią priorytetów. I mimo wszystko nie były one pierwsze. Nie były nawet drugie ani trzecie. Nie bardzo wiedział na co patrzy, bo na kogo - nie miał wątpliwości. Wpełzło mu pod skórę wrażenie, że stało się coś naprawdę złego i poważnego, skoro mężczyzna przychodzi tutaj tak niespodziewanie... a potem padły magiczne słowa "chciałbym porozmawiać". I nastał moment ciszy, za którą Philip tak nie przepadał. Morskie oczy Laurenta wpatrywały się w człowieka, który przed nim stał, bardzo intensywnie, przenikliwie. I choć trwało to może z piętnaście sekund, mogło się wydawać całą wiecznością. - Oczywiście. Daj mi proszę chwilę. Muszę wydać instrukcje na czas mojej nieobecności. - Mimo tego, jak mocno patrzył na Philipa, obdarzając go takim spojrzeniem jak nigdy wcześniej, jego głos nie zabrzmiał na zdystansowany. Zabrzmiał bardzo miękko i spokojnie. Ruszył w kierunku budynków gospodarczych, żeby poinformować pracowników, co mają robić i poinstruować jednego z nich, co robić w razie sytuacji kryzysowych. Jak na złość jeszcze Alexandra dzisiaj nie było... Nie chciał kazać długo czekać Philipowi, więc ograniczył się do minimum wydawania poleceń. A kiedy już wrócił gestem zaprosił Philipa do wędrówki w stronę jego domu. Niezwykle małego jak na kogoś tak bogatego i należącego do rodu czystej krwi. Niemal śmiesznie małego. Ale Laurent nigdy nie chcial wielkiego domu - nie lubił wielkich przestrzeni. Były przeraźliwie puste i zimne. Migotek przygotował już kawę i poczęstunek na tarasie odpowiadający preferencjom Philipa. I to zrobił to z przyjemnością! W końcu nie każdy czarodziej był tak sympatyczny wobec domowych skrzatów. Laurent zaprosił Philipa, żeby ten się rozgościł i usiadł, zanim sam zajął miejsce, choć niekoniecznie był zainteresowany stolikiem. Nie odrywał oczu od Notta, ale tak jak zawsze właściwie, kiedy byli sami, w sypialni, Laurent spuszczał swoje zasłony, tak teraz przez krótki moment jego twarz i spojrzenie, każdy ruch, były całkowicie neutralne, wyważone. Ostrożne. Zupełnie nie wiedział, czego się spodziewać. Czegoś złego - takie miał wrażenie. Nie rozumiał, co to takiego, ale przeczucie podpowiadało mu, że stało się coś złego. Albo coś złego się dopiero stanie? Całkowicie naturalnie przeszło to jednak w łagodny uśmiech i zmartwione spojrzenie. - Bardzo się cieszę, że mnie odwiedziłeś, choć niespodziewanie. - Tak, coś musiało się stać. Bo naprawdę nigdy wcześniej nie widział takiej... miny... Philipa. Może ktoś inny powiedziałby, że miał minę całkiem normalną, ale Laurent znał go od tylu lat, że ta subtelna zmiana była dla niego diametralna. - Słucham cię z uwagą. Co się stało, Philipie i jak mogę ci pomóc. - Kwiaty, które Laurent trzymał w ogrodzie bujały się na wietrze muskającym włosy siedzących na tarasie mężczyzn. RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Philip Nott - 25.08.2023 Osobiste problemy, które przygnały go do tego zakątka, nie pozwalały mu się zachwycać pięknem majestatycznych pegazów. Nie dało się nie spostrzec zmiany sylwetki Laurenta, do którego doskonale zdawało się pasować określenie sama skóra i kości. Pozostawał zwolennikiem zdrowego odżywiania, zażywania ruchu i korzystania z wypoczynku. Wyrażenie swoistej troski wchodziło w grę, jednak mogłoby stanowić przekroczenie ustalonych przez nich granic odnośnie życia codziennego. Występująca pomiędzy nimi różnica wieku nie dawała mu prawa do tego aby mówić komukolwiek jak ma żyć. Zawsze było coś, co mógł zrobić chociażby pod pretekstem wspólnego lunchu w swojej ulubionej restauracji, oferującej dania w cenach przyprawiających o zawrót głowy. Niosło to za sobą ryzyko niezręczności podczas przeglądania menu i płacenia za posiłek. Nie każdy żył na takim poziomie, co on. Rozrzutność była domeną bogaczy. Niczym na zwolnionym filmie prześledził uśmiech schodzący z twarzy Laurenta. Jemu samemu nie było do śmiechu i doza powagi ze strony przyjaciela byłaby mile widziana. W innych okolicznościach cel jego wizyty pozostawałby dokładnie taki sam, jak w przypadku ich przeszłych spotkań. Zarówno tych przyjacielskich, jak i tych zarezerwowanych dla kochanków. Nie zawsze wszystko układało się po jego myśli, jednakże jeszcze nigdy nie wydawało się być tak źle. Gdzieś tliła się myśl o konfrontacji z tą modliszką w ciele kobiety, jednak przystąpienie do niej w tym stanie zakończyłoby się sromotną porażką. Nie mógł się dać pożreć. Musiał wyjść z niej zwycięsko. Panująca pomiędzy nimi cisza przyniosła ze sobą niezręczność. Zrzucał to wszystko na karb tego, że wszystko działo się tak nagle. Starał się nie unikać skupionego na nim spojrzenia tego mężczyzny. Jeśli chciał zostać wysłuchany to musiał pójść na pewne ustępstwa. Nie miał jednak pewności, czy zostanie zrozumiany i czy to, co otrzyma w zamian za swoją szczerość, przypadnie mu do gustu. Sugestie odnośnie ponownego związania się z Lorettą byłby skłonny z miejsca odrzucić. Dobre rady odnośnie stworzenia związku z inną kobietą nie są cudownym remedium na wszystkie jego bolączki. Nie była to żadna tajemnica, że nie tego szukał w życiu. — To ja oderwałem Ciebie od pracy, więc dam Ci nawet dwie — Odparł na słowa czarodzieja. Doceniał to, że znalazł dla niego czas i właśnie dlatego był gotów się dostosować. Zaproszony gestem przez gospodarza, podążył obok niego w stronę należącego do niego przytulnego domku. Pod względem wielkości tego domu przyrównywał go do swojego domku w Dolinie Godryka, do którego przenosił się za każdym razem, ilekroć chciał uciec od zgiełku magicznego Londynu. Kamienica na Ulicy Pokątnej stanowiła jego główne miejsce zamieszkania. Jest przyzwyczajony do standardów zbliżonych do posiadłości należącej do jego rodziców. Zachęcony przez gospodarza zajął jedno z krzeseł przy ustawionym na tarasie stoliku. Nałożył sobie na talerzyk kawałek sernika z brzoskwiniami, który to doskonale pasował do filiżanki kawy. Na razie nie spróbował ciasta ani nie napił się gorącego napoju. Ponownie czuł na sobie spojrzenie siedzącego na przeciwko niego blondyna. Dostrzegał zawarte w morskiej toni oczu mężczyzny to zmartwienie i ten łagodny uśmiech.— Powinienem wysłać do Ciebie list z zapytaniem, czy mogę Cię odwiedzić. — Przyznał z cichym westchnieniem. Postąpił aż nazbyt impulsywnie, zjawiając się na progu domku Laurenta bez zapowiedzi. Na szczęście był tutaj mile widziany. Przed nim było najtrudniejsze do wykonania zadanie. Było nim zwierzenie się drugiemu człowiekowi z tego wszystkiego, co go trapiło. — Jak wiesz, nie szukam związków... — Zaczął od poruszenia podstawowej kwestii. Stanowiła ona podstawę łączącej ich znajomości. Bez zobowiązań. Podparł się łokciem, wspierając na ugiętej w palcach dłoni swój podbródek. Po tych słowach nie miała nastąpić żadna deklaracja z jego strony. Obowiązujący ich układ bardzo mu odpowiadał. Po prostu stanowiły one wstęp do całej sprawy, która nie dawała mu spokoju.— Jednak od czasu Beltane... wyobrażam sobie siebie w związku z kimś, z kim nie będzie łączyć mnie wyłącznie seks tylko miłość. Po raz pierwszy myślę o czymś więcej, niż to... o dzieleniu z kimś życia, robieniu tych wszystkich romantycznych rzeczy... jest to przygnębiające... jeszcze bardziej przez to, że nigdy tego nie szukałem — Widać było, że mówienie o tym sprawia mu problem. Musiał się przełamywać aby w ogóle móc cokolwiek powiedzieć. Przygnębiało go to wszystko, co odczuwał i to po dwakroć przez to, że przed tym sabatem byłaby to ostatnia rzecz, której naprawdę pragnął. Zmieniająca się nieśpiesznie mimika jego twarzy: zmarszczone czoło, przygryzanie dolnej wargi, dotykanie dłonią krańców szczęki i wydatnego nosa wskazywały na zaniepokojenie i zagubienie. Nie był pewien reakcji swojego rozmówcy na ten wywód. Laurent mógł go w tym momencie nawet wyśmiać. Problem, z którym w swoim przeświadczeniu się zmagał, dla większości ludzi nie stanowił problemu. Nie zwierzył mu się z tego wszystkiego w odpowiedzi na otrzymany od niego ostatni list. Postrzegał to jako osobisty dramat, tak nieistotny w obliczu tragedii która dotknęła ludzi w następstwie przeprowadzonego podczas sabatu zamachu. Dla niego wszystko to, z czym się zmagał, było niczym przekleństwo. Złote rady na nic się tutaj nie zdadzą. RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Laurent Prewett - 25.08.2023 Och nie, tu na pewno nie było nikomu do śmiechu. Nie było śmiechu w Philipie, nie było jego błyszczących oczu ani wysoko uniesionego podbródka. Ale nawet w tym zagubieniu, bo inaczej Laurent teraz nie potrafił nazwać tego, co widział, mężczyzna pozostawał dumnym pomnikiem obrazu, jaki wybudował przed wszystkimi ludźmi. Nawet nie udawanym pomnikiem, co podziwiał i czego gdzieś na dnie swojego ducha zazdrościł. Jak każdemu, kto potrafił być po prostu sobą przed wszystkimi i nie pochylać głowy, nie zginać swojego karku. W ich oczach to oni byli pępkiem tego świata. Miał on wirować i kręcić się wokół nich. Laurent już niemal przestał marzyć o tym, że kiedyś też będzie taką osobą jak dorośnie. Tylko że dorósł już dawno, życie płynęło, a on musiał się bardziej wycofać ze świateł publiki niż pod nią wchodzić. Skoro więc nie było rozbawienia w Philipie, a była ta dziwna powaga i grobowe słowa, że muszą porozmawiać, to i rzeczywiście do śmiechu nie było Laurentowi. Czego się jednak spodziewało to bożyszcze nastolatek latające na miotle i zbierające puchary dla swojej drużyny? Było w tym spotkaniu odrobiny z testu o tym, jak dobrze znasz drugiego człowieka. Philip był wyjątkowo wyrozumiały względem niego, tak przynajmniej uważał sam Prewett. Może miał kilka innych kochanków czy kochanek, którym również tak dogadzał, ale to już nie była jego sprawa. Na pewno jednak był o wiele bardziej sympatyczny niż względem większości ludzi. Mimo to dobrze wiedział, że nie jest osobą, która jest bardzo empatyczna. I to nie było nic złego. To był wynik dokładnie tego, że uważał, że wszystko toczy się wokół niego, a... nie toczyło. Ciężko było przewidzieć Laurentowi, co miało się tutaj zaraz odegrać i jaka scenka rodzajowa zostanie przedstawiona, jaka historia wypłynie na wierzch. Wiedział tyle, że na pewno nie będzie to lekkie. Spoglądając na Philipa, kiedy usiedli, kiedy ten sięgnął po sernik - och, uwielbiał łakocie - przyszło do głowy jedno słowo: rozsypka. Miał wrażenie, że ten człowiek mógłby się rozsypać. Albo już to zrobił. Musiał zachować swój fason, swoją klasę! Ale był teraz najbardziej ludzki ze wszystkich tych chwil, kiedy dotychczas się spotykali. Kiedy Laurent wzdychał do niego jak do bożyszcza. To było coś innego. Lukrecja założył nogę na nogę i być może było w tym coś absolutnie chorego, ale miał wrażenie, że widzi przed sobą coś absolutnie pięknego. Poruszającego. Poruszającego tak głęboko, że zrobiłby bardzo wiele, żeby ten widok zmazać, żeby przeminął. Bo, koniec końców, naprawdę bardzo przepadał za Philipem. Mimo całego zestawu jego wad, jakie sobą prezentował. A może właśnie dzięki tym wadom? Chyba na tym polegały właśnie te najlepsze przyjaźnie i miłość - że akceptujesz czyjeś wady i potrafisz z nimi żyć. Ponieważ za cechy pozytywne bardzo łatwo lubić i kochać. Laurent nie sądził, żeby Philip zdawał sobie sprawę z nawet połowy swoich negatywnych cech, jakie widział w nim Laurent, bo taki po prostu był - uważał siebie za doskonałe stworzenie tego świata. Dlatego w tej chwili Laurent powinien był powiedzieć "tak, powinieneś, bo jak wiesz - MAM PRACĘ". Zamiast tego powiedział... - Nie przejmuj się tym, proszę. Przecież widzę, że coś się stało. - I w żadnym wypadku nie było to nieszczere. Natomiast niektóre rzeczy można ująć na bardzo wiele sposobów. Philip nie należał do tego grona, które łatwo przełykało upomnienia, dlatego Laurent nie chciał mu tego wytykać, skoro widział, jak powiedział, że "coś się stało". Skoro mężczyzna sam napomknął, że powinien był, to rzeczywiście nie uważał, że powinien teraz tym zaprzątać sobie nadmiernie głowę. Philip nie potrafił czegoś jeszcze innego - zaczynania rozmów. Bo Laurent się trochę napiął, kiedy padł ten jakże WSPANIAŁY wstęp. Jego mózg pognał od razu z kopyta strachem o bardzo wiele rzeczy, jakie mogły paść dalej. W tym paniką, że zaraz padną jakieś wyznania miłości. Na szczęście tak szybko, jak lekko się napiął, zdziwienie tańczyło w jego oczach, tak szybko rozluźnił i przymknął te ślepia na moment. Och Philip, Philip... co ja z tobą mam? I nie znaczyło to, że było wiele lepiej. Było, owszem, ale poszło to w stronę, której również się nie spodziewał. I Laurent musiał się wysilić, żeby nie zejść własnym samopoczuciem gdzieś w dół. Tak się jakoś śmiesznie toczyło jego życie, że zadziwiająco regularnie wysłuchiwał sercowych problemów, głaskał po głowach, uspakajał, pocieszał. Chciał, żeby ludzie, którzy coś dla niego znaczyli, się uśmiechali. Ale to, co usłyszał, jakoś bardzo zabolało. Chyba powinien był się spodziewać, że tak dojrzały mężczyzna w końcu zechce się ustatkować. Tak, zdecydowanie powinien się tego spodziewać. A Philip teraz... słowo rozsypka naprawdę pasowało. Ewidentnie targały nim silne i sprzeczne emocje, jakby w tym wszystkim walczył sam ze sobą. Zapewne również z tym, żeby w ogóle się otworzyć. - Philipie. - Laurent wyciągnął dłoń, położył ją na dłoni Philipa i uśmiechnął się do niego serdecznie, ciepło, uspakajająco. - Nigdy nie jest w życiu za późno, by szukać czegoś nowego. Tym bardziej nie ma niczego złego w tym, że zacząłeś pragnąć miłości. Nie ma czego się wstydzić. Jeśli tylko sobie na to pozwolisz to przygnębienie zamieni się w uskrzydlenie. Pozwól sobie na to. Nie zamykaj się na te doznania. Gdzieś tam czeka kobieta, z którą podzielisz swoje życie i będziesz z nią szczęśliwy. Może nie odnajdziesz jej od razu, ale przecież sam wiesz, jak różni potrafią być ludzie. - Może i był to osobisty dramat, ale Laurent nigdy nie wyceniał ludzkich przeżyć porównując je do innych. I w pełni rozumiał, że to, co Philip odczuwał, z jego światopoglądem, z jego charakterem, było dla niego niemal jak walący się świat, który miał tak doskonale poukładany. - Twój świat się przez to nie zawali. Musisz tylko wymienić parę cegiełek na nowe i zobaczysz, jak cię zachwyci. - Mówił do niego tonem ciepłym, z tym uśmiechem anioła, uspakajająco trzymając jego dłoń. Chciał mu pomóc. Naprawdę chciał. RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Philip Nott - 26.08.2023 Przychodząc ze wszystkimi swoimi rozterkami do Laurenta, musiał zsunąć z twarzy kolejną ze swoich masek. Pozwalał sobie przy nim na większą swobodę i zarazem szczerość. Teraz miał ujawnić to, co ukrywał jeszcze głębiej w sobie i zmierzyć się z konsekwencjami swojej decyzji, które będą zależne od stosunku Laurenta do jego problemów. Pozostawał świadom ustawionych przez nich granic, starając nie mieszać w to wszystko tego, co było pomiędzy nimi w sypialni. Nie mógł tego brać za pewnik i liczyć na to, że to będzie miało wpływ na charakter rozmowy. Byłoby to złamanie obowiązujących zasad. Nie wszystkie istniały po to, aby je łamać. Wiele z nich można było nagiąć dla własnych potrzeb bez zaburzenia równowagi. Przyjęcie pozy osoby niezbyt empatycznej potrafiło być całkiem skuteczną tarczą. Bycie w rozsypce skutecznie oddawało jego stan. Utrzymanie swojego fasonu i zachowywanie wszystkiego dla siebie wymagało od niego sporego nakładu sił. Nie mógł pozwolić na to aby odarto go z prywatności, stając się obiektem plotek i spekulacji na swój temat. Pogorszyłoby to sprawę. Fasada idealnego życia skrywała wiele rys; jak chociażby skomplikowaną relację z ojcem, który w początkach jego kariery, przelewał na niego swoje niespełnione ambicje, narzucał mu swoją pogoń za sportowymi sukcesami i nie tolerował porażek na tym polu oraz wyciskał z niego siódme poty podczas treningów. Był to etap, kiedy był skłonny rzucić karierę nim ta nabrała rozpędu. W jego odczuciu to wszystko, przez co teraz przechodził, było kolejną rysą albo nawet dziurą, która zdawała powiększać się z każdym dniem. Wolałby tego wszystkiego nie doświadczyć. Wolałby przyjść tutaj bliżej wieczora, sprowadzając to spotkanie do seksu w ramach ich układu zamiast do seansu tortur zwanych zwierzeniami. Nawet za przyzwoleniem ze strony Laurenta czy postawieniem go przed faktem dokonanym, kiedy postanowił się uzurpować prawo do jego czasu w środku pracy. Laurent całkiem słusznie założył to, że coś się stało. Z całego serca życzył sobie, aby cała ta sytuacja nie miała miejsca i żeby nie musiałby poruszyć tego niewygodnego tematu. Niewykluczone, że po raz pierwszy pożałowałby tego, że postanowił podjąć z nim taką rozmowę... gdyby miał wgląd w myśli swojego rozmówcy. Te w jakimś stopniu zdradzała mimika ciała siedzącego na przeciwko niego blondyna: napięta sylwetka, która dopiero po chwili uległa rozluźnieniu. Nawet po wysłuchaniu jego problemów, Laurent mógł jeszcze zmienić zdanie i uciec się do koła ratunkowego w postaci powołania do istnienia kolejnej granicy pomiędzy nimi. Wtedy po raz pierwszy dałby mu doskonały powód do zachowywania się jako ostatni buc. Przyzwolił na ten miły gest ze strony tego mężczyzny, który uśmiechał się do niego tak serdecznie, tak ciepło i to pomagało... przez chwilę. Nie pozostawiało wątpliwości, że te wszystkie pokrzepiające słowa, które padły z ust jego przyjaciela, były skierowane wyłącznie do niego. Zamiast przynieść mu pocieszenie w chwili niedoli, pogłębiły doświadczany przez niego dysonans. Było to związane z tym, że padły z ust kogoś, kto zdawał się znać go lepiej od innych. Pojawiło się więcej wątpliwości powiązanych z być może błędnym przeświadczeniem o nieuchwyceniu sedna sprawy. Nieprawdopodobne. Bo ile ten mężczyzna mógł mieć rację i po przemyśleniu może przyjąć te wszystkie szczere rady, tak teraz Laurent zdawał nie uwzględnić wielu innych mianowników. O wiele prościej było znaleźć kobietę na jedną noc, niż na całe życie. Loretta nie była taką kobietą. Przed laty to ona zaangażowała się w ich romans, zaczynając czuć do niego więcej. To sprawiło, że wycofał się z tego związku, zanim zaczął się na dobre. Drugim mianownikiem było to, że stworzenie związku z taką kobietą wymagało podejmowania prób zachowania wierności. Ta nie stanowiła jego mocnej strony i gdyby dopuściłby się zdrady z drugą kobietą to wiązałoby się to z kłopotami w raju. Z piekłem, gdyby wziąć pod uwagę to, że nie podobały mu się tylko kobiety, ale i mężczyźni. Wszelkie problemy nie uskrzydlały, tylko przyciskały do ziemi. Związki wymagały zaangażowania i składania ciągłych deklaracji. Zacierały się granice między dwoma ludźmi. Wiedział, jak żyli jego rodzice i jak wyglądało małżeństwo jego starszego brata. — Nie nie mogę uwierzyć w to, co słyszę z Twoich ust. Mówisz tak, jakbyś mnie nie znał. Wierzę, że starasz się robić to wszystko w dobrej wierze i chcesz mi pomóc z tym wszystkim... ale wolałbym aby było po staremu, jak przed tym sabatem — Nieśpiesznie cofnął dłoń, wymykając się dotykowi kochanka i splatając ramiona na klatce piersiowej, ze zmarszczonym czołem. Brzmiał na odrobinę rozeźlonego przez to, że niekoniecznie mu się to podobało. Nie był jednak zły na samego Laurenta, którzy nie mówił tego w złej wierze. Przemyślenie mu tego wszystkiego zajmie sporo czasu, ale w tym momencie to wszystko wydawało mu się doskonałym sposobem na unieszczęśliwienie się poprzez zamknięcie się na własne życzenie w okowach związku z jedną osobą bez możliwości ucieczki jeśli jego oczekiwania nie zostaną spełnione, jeśli będzie to ograniczać jego wolność i pojawią się problemy. Nie podobało mu się to, że tracił coraz bardziej kontrolę nad swoim życiem. Wszystko to, do czego zachęcał go Laurent, było niczym skok na głęboką wodę. Umiejętność pływania nie gwarantowała wypłynięcia na powierzchnię. — Przemyślę to wszystko — Wymruczał spod nieznacznie przygryzionej wargi. W samotności będzie musiał spojrzeć na wszystko, na czym zbudował swój świat i może naprawdę uda mu się wprowadzić zmiany na podstawie nowych doświadczeń i przekazanych mu rad przez siedzącego naprzeciwko niego blondyna, który okazywał mu swoje wsparcie. Nie był aż takim bucem, aby tego nie doceniać. RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Laurent Prewett - 26.08.2023 Pusta dłoń, która przed chwilą trzymała drugą - to chyba zawsze było tak samo trudne, tak samo przykre. Chciałeś, żeby ta dłoń była czymś wypełniona. Na przykład... dłonią drugiej osoby. Laurent lekko zgiął palce i usłużnie cofnął swoją rękę, nie zamierzając się w żadnym wypadku narzucać. Zresztą nie on tutaj teraz potrzebował wsparcia. Ha... Wsparcie. Kiedy ktoś cię wspiera? W momencie, w którym cię popiera? Kiedy mówi to, co chcesz usłyszeć na dany moment, żebyś mógł powiedzieć: "tak, dokładnie o tym myślałem!", a może wtedy, gdy zaprzecza? Laurent nie szukał teraz słów, które Philip chciałby usłyszeć, ale po jego geście pomyślał, że może powinien był tak zrobić. Dla swojej własnej wygody. Tak, Philip zabrzmiał tak, jakby chciał usłyszeć, że to wszystko głupie, że on głupio mówi i że powinien po prostu żyć tak, jak żył dotychczas. A może w zasadzie chciał to usłyszeć i to było jedyne, co mógł mu powiedzieć? Nie... jakoś wcale nie czuł, że tak powinno być. Tylko znowu kim on był, żeby do niego przychodzić z takimi sprawami? I czemu w ogóle do niego Philip przyszedł? Naruszając ich wyraźnie nakreślone granice, naciągając to, co ich łączyło, żeby... co? Poczuć się lepiej? Bo jakoś Laurent nie sądził, nawet pomimo wszystkich słodkich słówek, jakie usłyszał z ust tego bożyszcza, że Philip miał go za alfę i omegę, która zna odpowiedź na każde dręczące człowieka pytanie. Takim sposobem Laurent Prewett znalazł się pomiędzy swoimi wątpliwościami co do tego, czego w ogóle Philip oczekiwał, gdzie teraz znajdowała się linia ich znajomości oraz tego, jaki humor może mieć po tym wszystkim. Złożył dłonie na swoim udzie, przesunął palcami drugiej ręki po knykciach. Relacje międzyludzkie były bardzo skomplikowane. To znowu zakuło. Mocno. Wymagało poświęcenia całej energii tej chwili, żeby utrzymać wszystko w takim kształcie, jakim było i nie pozwolić sobie na fałszywe drgnięcie ust czy gest wskazujący na ten dyskomfort. Mówię tak właśnie dlatego, że Cię znam. Ale Laurent tego nie powiedział. Życzył temu człowiekowi jak najlepiej, wiedział, jakie prowadzi życie, ale prawda była taka, że jeśli raz dopadły go wątpliwości to one pewnie już nigdy nie znikną. Ten Gral, którego tak chował, którym gardził, wyrzucał go przez okno, przez welurowe firanki, rozbijał na chodniku albo zakopywał pod kaflami podłogi - oto teraz zakpił sobie z niego. Tyle razy go wyrzucił, a teraz stanął przed Philipem z powodu jakiegoś durnego rytuału. Kto by pomyślał..? Laurent czytał Proroka Codziennego, oczywiście. Czytał również o tym rytuale... i teraz, kiedy padło "chciałbym, żeby wszystko było po staremu, przed sabatem", pewien mały puzzel wskoczył na swoje miejsce. Choć po prawdziwe wypowiadał się nadal nie mając całokształtu sytuacji przed swoimi oczami. To było trochę brylowanie palcami przez obraz, na którym nadal były mokre farby. Chyba domalowywał coś tam swojego, całkiem niechcący. Nie chciał psuć. Czasem jednak dobre chęci nie wystarczały, żeby coś naprawić. - Trzymanie się pragnienia, żeby było "tak jak kiedyś" będzie tylko cię zadręczać poczuciem braku kontroli nad swoim życiem. Zmiana nie jest zła i możesz ułożyć ją według swoich potrzeb i zasad. Nie wiem dokładnie, co przydarzyło się tobie na Beltane, Philipie. Jeśli chciałeś ode mnie usłyszeć "głupota, zapomnij o tym" to tego nie usłyszysz. Próbuję ci natomiast wytłumaczyć, że to pragnienie wcale nie idzie w sprzeczności z twoim życiem. Jeśli tego pragniesz to znaczy, że czegoś ci brakuje. Zatapianie tego w kolejnych szklankach whiskey i branie kolejnej panny czy chłopaka do swojej sypialni tego braku nie wypełni. Może ci się to nie podobać, ale nie usłyszysz ode mnie niczego innego. - Bo wszystko inne byłoby kłamstwem. Laurenta kosztowało naprawdę wiele, bardzo wiele, żeby te słowa wypowiedzieć i chyba był to pierwszy raz, kiedy stanął naprzeciwko Philipa. I nie zgadzał z nim całkowicie otwarcie. - Rozumiem, że doświadczyłeś czegoś przykrego z osobą, która zaplotła dla ciebie wianek. - To było trochę stwierdzenie, bo Laurent po tej chwili połączył pewne wątki, żeby posunąć się do tego stwierdzenia. Tak, efekty tego rytuału były... paskudne, ot co. Ewidentnie poszło tam coś nie tak. Ale nie Laurentowi oceniać, co dokładnie. - Oczywiście, że przemyślisz. Ciągle nad tym myślisz, widzę, że cię to zadręcza. Przepraszam, jeśli zawiodłem cię swoją postawą, chcę dla ciebie jak najlepiej. - Nie miał pojęcia, jak Philip się do tego odniesie. Właściwie wydawało mu się, że mężczyzna pójdzie stąd, dojdzie do wniosku, że to wszystko pierdoły, a Laurent w ogóle pierdoli głupoty i ta relacja się... rozejdzie. Bo po tym przekroczeniu chyba Laurent nie potrafiłby już się uśmiechnąć do Philipa i udawać, że nic się nie stało. Właśnie dlatego istniały te granice. Bo może i Philip był mężczyznom, który potrafił sobie ułożyć swój świat w kwadraty, ale świat Laurenta był pejzażem, gdzie zależności przeciągły inne zależności do siebie wzajem. W zasadzie z drugiej strony, gdyby swój świat faktycznie ułożył i znalazł drugą połówkę stałoby się to samo. Różnica byłaby taka, że wtedy Laurent z przyjemnością utrzymał z nim po prostu... koleżeństwo. Tak jak z kilkoma innymi osobami, które znalazły swój zakamarek w tym świecie. Swoją drugą połówkę. Tak naprawdę Laurent nie miał tutaj za co przepraszać, ale taką miał już naturę - przepraszać za siebie samego, żeby tylko ludzie się nie gniewali na niego. RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Philip Nott - 26.08.2023 Pod wpływem emocji po raz pierwszy nieznacznie się wycofał po tym, jak zdecydował się przekroczyć ustanowioną przez siebie granicę i zwrócić się po wsparcie do tego mężczyzny. Po raz pierwszy może tego żałować. Nie byłaby to jedyna rzecz, która trafiłaby na taką właśnie listę. W podobnych sytuacjach wychodziło to, że jest palantem. Gdyby otrzymał wszystko to, co chciał usłyszeć to bez wahania temu przyklasnąłby. Nie sprawiłoby to, że trawiący go problem zniknąłby jak plama po rozlanym wywarze za dotknięciem różdżki. Nic by się nie zmieniło na lepsze. Z dnia na dzień zdawało się robić coraz gorzej. Ponad dwa tygodnie temu wszystko było inaczej; na jego idealnym życiu pojawiały się jedynie pojedyncze pęknięcia. Teraz się pokaleczył o pierwsze odłamki, gdy próbował scalić je w całość. One też padały na innych, w tym przypadku na Laurenta. Po słowach tego mężczyzny, tak brutalnie prawdziwych, ze strony Philipa zapanowało wymowne milczenie. Poprzednio dał upust swojemu niezadowoleniu, z którym to milczenie nie było teraz bezpośrednio powiązane. Potrzebował odzyskać kontrolę nad swoim życiem, poddanym tak drastycznym zmianom w tak krótkim czasie. Porzucił postawę zamkniętą, nieśpiesznie opuszczając ramiona wzdłuż ciała i oparł dłonie na swoich udach. Młodszy mężczyzna trafił w sedno sprawy z wprawnością równą ścigającemu Zjednoczonych podczas przerzucania kafla przez jedną z obręczy. Poruszył nawet te niewypowiedziane, niewygodne kwestie - zatapianie tego w alkoholu i brnięcie w jednonocne znajomości. Po raz pierwszy nie wiedział, co odpowiedzieć. Potrafił być naprawdę wyszczekany. Powinien odpowiedzieć, że to właśnie chciał usłyszeć i wyjaśnić, co dokładnie miało miejsce w jego prywatnym życiu podczas tegorocznego sabatu. Jego milczenie było związane z tym, że Laurent zdołał się przebić przez wzniesioną przez niego tarczę swoją nieustępliwością i mądrością życiową, której nie można mu odmówić. Nie był skłonny go okłamywać. Pomiędzy wierszami wyczytał również to, że nie czekała go namiętna noc. Gospodarz nie będzie skłonny osobiście mu pomóc zagłuszyć własnych pragnień. — Podszedłem zbyt blisko jadowitej tentakuli. — Po przedłużającej się chwili milczenia wypowiedział jedno enigmatyczne zdanie, które doskonale oddawało to wszystko, co doprowadziło go do tego stanu. — Potrzebuję czasu. Nigdy nie przepraszaj. Doceniam to. — Dodał po chwili, unosząc dłoń aby dotknąć krańców szczęki. Jeśli było coś, czego Laurent mógł się od niego nauczyć, to właśnie tego aby nie przepraszać za to, że żyję. Przyznanie się do tego, że to doceniał nie było dla niego tak łatwe, jakby chciał. W dalszym ciągu tutaj siedział, choć można odnieść wrażenie, że jego niespodziewana wizyta dobiegała Wypełniająca filiżankę kawa zdążyła stracić całe swoje ciepło, natomiast kawałek ciasta pozostał przez niego nietknięty. RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Laurent Prewett - 26.08.2023 Laurent potrafił czytać z ludzi. Było w tym coś z talentu, chyba dlatego wróżbiarka w Hogwarcie wychwyciła jego wrażliwość i zdolność do kontaktowania się z duszami z Limbo - coś, o czym wiedziało naprawdę malutkie grono jego znajomych. Dopóki nie było takiej konieczności nie wspominał o tym, nie lubił tego robić, bał się, zawsze wszystko przy wywoływaniu duchów mogło pójść nie tak, a on bał się bardzo wielu rzeczy. Najbardziej jednak bał się bólu. I był to ból głównie ten fizyczny, ale przecież nikt nie chciał też, żeby bolało serce. Żeby ciernie się w nie wciskały, kiedy za każdym razem uderzało. Raz po raz tu-dum. Philip tak samo nie chciał, żeby cokolwiek go bolało. Potrafił znieść uderzenie podczas treningu, tłuczek na meczu, być może mógł przyjść pięść na klatę i stałby dalej - Laurent tego akurat nie wiedział i na bogów - przekonywać się nie chciał. Chyba mdlałby jak niewiasta, jakby był świadkiem jakiegoś mordobicia. Wystarczy już, że przed takimi chował się po kątach w Hogwarcie jak przystało na zwykłego padalca krążącego wśród rasowych węży. Zabieg, który oferowałeś, nie miał być więc przyjemny i nie miał być prosty. Złapanie serca dłonią, trzeba było przycisnąć. To na pewno bolało. Widziałeś to w twarzy Philipa, że boli zdecydowanie. A to dopiero początek operacji. Ciernie, jakie w jego serce się wbiły, należało usunąć. Czasem trzeba nacisnąć mocniej, żeby ten wyszedł, bo nie każdy można złapać, wyrwać i koniec. Po operacji. Mógł nie dać sobie pomóc. Mógł chcieć poradzić sobie samemu, ale chyba wtedy go tutaj nie było. Nadal ciekawiło cię, czego oczekiwał i czego się spodziewał. Byłeś zawsze dla niego słodki, dobry, nie było żadnego powodu, żeby się z nim sprzeczać czy nie zgadzać, bo wasza relacja trzymała się z dala od personaliów, które dyktowałyby o codziennym życiu. Magiczne słowa: kim jestem, żeby mówić mu, jak ma żyć? Obaj się tego trzymaliście. To działało. W biznesie było co innego. To było w końcu nic, tylko biznesy, pieniądze, tam trzeba było mieć stanowczość i pokazywać pazur. Nie brakowało ci go. I chyba pora, żeby przypomnieć o tym Philipowi. A może w zasadzie na to liczył? Nie... jakoś w to wątpiłeś. Ku własnemu zasmuceniu w to wątpiłeś. Bardziej prawdopodobne było to, że szukał po prostu pocieszenia w ramionach kochanka. Jeśli zaś Philip myślał, że tego pocieszenia dzisiaj nie znajdzie, to myślał źle. Znalazłby, gdyby tego chciał. Tylko może to, co wprawiało go w takie wątpliwości - Jeden mermotek wiosny nie czyni. - I choć było to popularne powiedzonko, choć niby wszyscy o tym wiedzieli, to jakoś łatwo było o tym zapomnieć. - Może się wydawać, że ta jedna kobieta zaczęła coś i ona wszystko zakończy, ale to nieprawda. Znając ciebie potraktowałeś ją i tak wystarczającą dawką ognia. - Pomińmy nawet w jakim momencie, bo przecież Laurent doskonale wiedział, że Philip potrafił być wręcz momentami obleśny wobec kobiet, z jakiegoś powodu, i naprawdę ograniczać je do roli seks-zabawek. Nie to, że samego siebie miał za kogoś więcej, ale gdyby wobec niego był taki paskudny, jak czasami potrafił być wobec panienek, to tak jak od nich czasem, tak i od niego zapracowałby na plaskacza. Może i nie miał wiele szacunku ani w oczach społeczeństwa, ani samego siebie, ale COŚ tam jednak posiadał. Nawet nie podejrzewał, jak to wyglądało w rzeczywistości i jak upokarzające było. Szczególnie dla kogoś o tak delikatnym poczuciu własnej wartości jak Philip. Bo tak też Laurent uważał - że ego Philipa było po prostu delikatne, bo wzniesione na fundamentach potrzeby udowadniania samemu sobie, że jest najlepszy. I przekonywał siebie tak długo, albo ktoś go przekonywał, że tak oto powstał. Wystarczyło jednak rzucić kamieniem... i zaczynała się lawina. Laurent odetchnął. Doprawdy, mężczyźni byli jak dzieci... Trzeba było im pomagać, prowadzić ich w zagmatwaniu emocji, inaczej się budzili. Nie bez powodu mówiono, że mężczyzna to głowa, a kobieta szyja domu, czy też rodziny. Święta prawda. - Przejdziesz się ze mną kawałeczek, zanim pójdziesz? - Podniósł się z fotela i poszedł wzdłuż tarasu, wchodząc za róg domu - do ogrodu. Tam, gdzie kołysały się kwiaty, krzewy i rośliny. Wyciągniętą różdżką zbierał po drodze pojedyncze kwiaty, by magią transmutacji, którą miał opanowaną bardzo dobrze, spleść je w jednej chwili w piękny wieniec. Obrócił się do Philipa z uśmiechem i wyciągnął do niego twór pełen kwiatów, z małymi słonecznikami, które były ulubionymi kwiatami Laurenta. I jeśli Philip nie protestował do Laurent włożył mu ten wieniec na głowę. - Proszę bardzo, Philipie. Co prawda już daleko po Beltane i brakuje mi tu słupa, żebyś mógł się popisywać, ale przynajmniej nie jestem żadnym pająkiem. Przynajmniej ostatnim razem, kiedy sprawdzałem, nim nie byłem. - Więc się uśmiechnij chociaż trochę. I mimo to, że Laurent sam się uśmiechał i był to uśmiech ciepły i pełen sympatii wobec Philipa, to tkwiła w jego uśmiechu kropla smutku i zmęczenia. - Masz jeszcze dużo czasu na wszystko, Philipie. Więc daj go sobie. |