![]() |
|
[lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116) +---- Wątek: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy (/showthread.php?tid=1772) |
[lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Norvel Twonk - 24.08.2023 21 czerwca 1907 roku, gdzieś na oceanie w drodze ku Wielkiej BrytaniiSebastian TraversTo był wspaniały dzień dla Sebastiana. Rankiem otrzymał telegram, że jego zaufany człowiek zainwestował sporą ilość gotówki w akcje, które Sebastian chciał od dawna kupić. Jeśli interes się opłaci, a z dobrego źródła wiedział, że się opłaci to w przeciągu trzech lat zarobi dwa razy tyle ile wpłacił. A, że miał głowę do interesów już wiedział, że za część zarobionych pieniędzy, wykupi udziały wspólnika i będzie miał pakiet większościowy w aż dwóch fabrykach. To zaś oznaczało, że całkiem niedługo stanie się jednym z najbogatszych fabrykantów w Anglii. A poza tym ten dzień był udany, bo sir James Howard wreszcie oświadczył się jego córce. Danielle LongbottomTo był dobry dzień, choć trochę gorzki. Lata wcześniej, gdy Danielle była młodziutka, zakochała się w mężczyźnie błękitnej krwi. Ale była tylko córką malarza. Rodzina arystokraty nie zgodziła się na małżeństwo. Teraz czasy trochę się zmieniły, a pieniądze, morze pieniędzy, w które opływał jej mąż, Sebastian Heinzel, doprowadziło do tego, że córka stanie się arystokratką. To był duży awans, na który Danielle czekała od lat. Kiedyś nie była dość dobra by zostać żoną baroneta. Teraz jej córka zostanie żoną hrabiego. Danielle już wiedziała, że dopilnuje by zaproszenie na ślub dostał mężczyzna, który kiedyś nie kochał jej dość, by przeciwstawić się rodzinie i ją poślubić. Avelina PaxtonTo był doskonały dzień. Sir James wreszcie się oświadczył. Co prawda, Avelina nie kochała go wcale, ale ubóstwiała myśl, że będzie hrabiną. Była śliczną, rozpieszczoną dziewczyną, która od najmłodszych lat opływała w dostatki i zawsze dostawała to, czego chciała. Tylko odrobinę jej nastrój psuł pałętający się w pobliżu – jak zawsze – Augustus. Augustus RookwoodTo był najgorszy ze wszystkich dni, jakie do tej pory przeżył. A Augustus przeżył już naprawdę fatalne dni w swoim życiu (jak ten nieszczęsny, gdy jechał automobilem, uderzył w drzewo i auto stanęło w płomieniach). Avelina wychodziła za mąż. Nie chciała słuchać, że Sir James to bufon jakich mało, że ma długi karciane, że jedyny powód, dla którego wiąże się z nią to pieniądze jej ojca. Chciała być arystokratką – a to pragnienie tylko podsycała jej matka. Pięć lat wcześniej, kiedy jeszcze nie miał twarzy oszpeconej bliznami po pożarze i nie poruszał się o lasce, Augustus sam oświadczyłby się Avelinie. Był mniej więcej tak samo bogaty jak jej ojciec i chociaż nie miał tytułu, to przynajmniej szczerze ją kochał. Ale teraz już chyba nie miał szans na szczęśliwe zakończenie. Czuł się jednak w obowiązku, by przynajmniej spróbować przekonać sir Jamesa by dobrze traktował swoją narzeczoną. Augustus, Avelina, Sebastian, DanielleNa palcu Aveliny błyszczał sporej wielkości brylant, klejnot rodowy Howardów. Siedziała razem z matką Danielle przy jednym ze stolików w restauracji na górnym pokładzie. Towarzyszyła im mdława Anne Bishop. Dziewczyna przyglądała się z zachwytem pierścionkowi. - Och, to takie romantycznie – rzuciła cicho. – Avelino, wyjdziesz za mąż za hrabiego i będziesz hrabiną. Takie historie czyta się tylko w książkach. Sama restauracja przypominała bardziej kawiarnię. Przychodziło się tutaj po porze obiadowej by cieszyć się przekąskami, szampanem lub filiżanką herbaty. Dzięki zadaszeniu kobiety mogły unikać palącego skórę słońca, ale jednocześnie miały doskonały widok na bezkresne morze. - Ale jednak, muszę przyznać – zaczęła po dłuższej chwili Anne i tu w jej głosie pojawiła się pewna uszczypliwość. – Trochę mi szkoda tej nieszczęśnicy, która gdy tylko zobaczyła jak sir James przed tobą klęka, wybiegła z płaczem. Pewnie z jakiegoś powodu zrobiło jej się słabo – dodała szybko, nieszczerze. Ale Danielle od razu wyczuła, co Bishop próbowała powiedzieć. Sugerowała, że dziewczyna była kochanką Howarda. Pozwalała sobie właśnie na drobną uszczypliwość, byle samej sobie podnieść nastrój? Anne się w końcu nikt nie oświadczył. Nawet kaleka Augustus jakoś nie pokusił się o włożenie jej na wymizerowane palce pierścionka. Tymczasem Sebastian Heinzel stał przy burcie w towarzystwie sir Jamesa Howarda oraz Włocha Angelo Rossi. Kelner zbliżył się do nich z tacką z alkoholami. - Mam nadzieję, że słyszeli panowie o tym, co ostatnio stało się w ładowni? – zapytał Rossi. Mocno przeciągał sylaby. Sięgnął po szklaneczkę burbonu z lodem. – To niedopuszczalne, ale przedwczoraj dowiedziałem się, że jakiś kmiot z dołu dopuścił się zniszczenia części moich bagaży – opisał wściekły. – Ja, mam, zbyt cenne przedmioty, bym pozwolił na takie traktowanie moich rzeczy! - Och, czyżby złapano już winnego? – zapytał sir James Howard. On, dla odmiany, wziął dla siebie kieliszek cherry. Rossi wzruszył ramionami. - Chyba powinni – burknął, udowadniając, że tak naprawdę w ogóle się tego nie sprawdził. – Sprowadzono mnie w środku nocy do ładowni, bym przekonał się ile moich drogocennych przedmiotów zostało zniszczone. Proszę sobie wyobrazić, że jakiś kmiot roztrzaskał w drobny mak mój fortepian, a to nie był byle fortepian, to był fazioli – podkreślił. – Szczęście, że przynajmniej klejnoty pozostały całe. Gdyby się jeszcze brudasy z dołu dobrały do pereł… - pokręcił głową zniesmaczony. Agustus Arrow siedział samotnie przy stoliku, w idealnej odległości od stolika Anne, Danielle i Aveliny oraz stojącej przy burcie trójki mężczyzn. Od czasu do czasu przyłapywał sir Howarda na rzucaniu mu pełnych wyższości spojrzeń. Dobrze słyszał obydwie rozmowy. Tura trwa do 28.08.2023 roku do godziny 21.00
ZASADY OBOWIĄZUJĄCE W TEJ SESJI
1. Postacie posiadają jedynie wiedzę, jaka zostanie im przekazana w narracji. Używanie metawiedzy jest zakazane.2. Postacie nie są świadome, że śnią i nie pamiętają swoich prawdziwych żyć ani tego, że są czarodziejami. 3. To ja zacznę wam zsyłać informacje, dzięki którym wasze postacie będą mogły zrozumieć, że coś jest nie w porządku. 4. Mimo, że to sen, jesteście w pełni działający a wasze działania znajdą odbicie w wydarzeniach z 21 czerwca 1972 roku. Mogą również znaleźć odbicie w sesjach równoległych. 5. Celem nadrzędnym dla was – jest odkrycie, że wszystko co widzicie nie jest prawdziwe. Celem drugorzędnym – odkrycie części historii, która doprowadziła do tego, ze Perła morza stała się statkiem widmo. Gdyby coś było dla was niezrozumiałe, po prostu się ze mną konsultujcie albo przez discorda/pw albo przez pytania w tym wątku. RE: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Avelina Paxton - 25.08.2023 To był doskonały dzień, gdyż w końcu spełni swoje marzenie o zastaniu arystokratką z tytułem. Wyjdzie za wspaniałego mężczyznę, który sprawi, że będzie jeszcze bardziej szanowana niż dotychczas. Miłość w jej życiu nie była potrzebna, od zawsze dążyła do tego, aby mieć najlepsze ubrania, najlepszego partnera i najlepsze życie. Matka zawsze powtarzała jej, że zasługuje na więcej, a ojciec nigdy nie wyprowadził jej z błędu. To byłby doskonały dzień, gdyby nie obecność Augustusa, który psuł jej nastrój i wprowadzał chaos w jej myśli, wątpliwości i bezpodstawne oskarżenia na już jej własnego narzeczonego z tytułem hrabiego. Niedługo będzie Hrabiną Aveliną Howard, czyż to nie brzmi dostojnie i idealnie? Ten tytuł wręcz został dla niej stworzony. Na jej mimozowej twarzyczce tlił się zadowolony, pewny siebie uśmiech. To był doskonały dzień, gdy spoglądała na pierścionek zaręczynowy, który błyszczał na jej palcu, a jej ego podjudzała obecność Anne Bishop, która nie mogła oderwać wzroku od klejnotu, który Avelina prezentowała z dumą. Wszystko układało się w idealną całość. Romantyczne, hm… Avelinie nie zależało na romantycznym geście od Sir Jamesa, zależało jej na tytule i chwale jaką da jej to małżeństwo. Jakoś zniesie jego obecność i nikt jej tego nie zepsuje – nawet zawiść Bishop. – Skąd pewność, że to z powodu moich zaręczyn? – uniosła dumnie podbródek nie dając się wyprowadzić z równowagi. – Rozmawiałaś z nią? – przekrzywiła lekko głowę patrząc na nią chłodno z wyuczonym, miłym uśmiechem. Avelinę delikatnie martwiło zachowanie tamtej dziewczyny, ale nie chciała tego po sobie dać poznać, wolała skupić się na tym, że to ona została wybrana, a nie jakaś nieszczęśnica zalana łzami. Nie chciała czuć potrzeby martwienia się na zapas, co mogło pójść nie tak? Avelina mimowolnie spojrzała w kierunku swojego narzeczonego, a potem jej wzrok powędrował na nieszczęsnego, pałętającego się wokół niej Augustusa. Nie cierpiała myśli, że prawił jej morały na temat jej decyzji, więc szybko wróciła do oglądania pierścionka. Do kotwicy, która dawała jej tytuł i stabilne życie. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=oo2OfEB.jpg[/inny avek] RE: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Augustus Rookwood - 26.08.2023 To był najgorszy ze wszystkich dni, jakie do tej pory przeżyłem, a skoro przebijał swą potęgą wszystkie poprzednie najgorsze ze wszystkich dni, to było naprawdę najgorsze najgorszeństwo jakie można było sobie tylko wyobrazić. Ociekałem w tym cholernie niepocieszony i nie byłem w stanie zrobić nic, co odwróciłoby szalę na moją korzyść, choć wielokrotnie próbowałem i zapewne dalej będę próbował przemówić jej do rozsądku. Wpatrywałem się w nią, siedzącą tuż nieopodal. Była prześliczna. Uśmiechała się rozmarzona i spoglądała niemalże w moim kierunku. Łudziłem się tylko przez chwilę, marząc, że to dzięki mnie jej wargi rozszerzają się w tym zniewalającym uśmiechu, ale kiedy tylko usłyszałem Jego głos, zacisnąłem niezadowolony wargi i powstrzymałem się przed odwróceniem głowy w kierunku stojących nieopodal mężczyzn. Nie zamierzałem na Niego patrzeć, gdyż za każdym razem kiedy to robiłem, spoglądał na mnie z wyższością, niczym zwycięzca, którym zresztą był. Sir James „Pożal Się Boże” Howard był najgorszym człowiekiem na świecie i zaręczył się z moją... z moją Aveliną. Dla pieniędzy! A myśl o tym, jak będzie ją traktował... jak ją... Och, te myśli zdejmowały mi sen z powiek. Och, ja nieszczęsny! Przeklęty! Zacisnąłem dłonie na trzymanej nerwowo lasce i przeklinałem dzień, w którym los przekreślił moją atrakcyjność w oczach panny Heinzel. Nie byłem w stanie nic na to poradzić. Nie miałem odpowiedniego wizerunku, kulałem, a na dodatek nie byłem hrabią... Jedyne, co mogłem ofiarować pannie Heinzel, to serce, którego akurat nie chciała. Niestety, urodzenia nie byłem w stanie kupić za pieniądze, które na nic mi się teraz zdawały. Obejrzałem się mimowolnie na tego przeklętego Howarda i natychmiastowo tego pożałowałem. Znowu się prostował dumnie niczym paw. Dostojnie przy tym wyglądał, co nie zmieniało faktu, że brał za małżonkę Avelinę... Też się wyprostowałem. Nie powinienem się garbić w takich momentach, gdyż to oznaka słabości. Wystarczyło, że laska odbierała mi godności. Chwyciłem czym prędzej za filiżankę z herbatą, chcąc udawać, że mnie to nie obeszło, i niemal się nią nie oblałem ze zdenerwowania. Cholera! I cholera! Może skoro nic nie docierało do tej mojej duszki, powinienem pójść w układy z Howardem? Nie chciałem z nim rozmawiać, ale bardziej nie chciałem by Avelina cierpiała, a z pewnością tak miało być u boku tego bezbożnika. Ona w ogóle go nie obchodziła, a zasługiwała przecież na wszystko co najlepsze! Był parszywym człowiekiem. Ciekawe, czy byłby w stanie dotrzymać obietnic? Jeśli nie przemówię mu do rozumu, to może chociaż pieniądze to zrobią? Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że podczas tych rozważań ponownie wpatrywałem się w jej nieskazitelne oblicze, więc zamrugałem kilka razy w niedowierzaniu, kiedy Avelina obdarzyła mnie swoim spojrzeniem. Uśmiechnąłem się do niej delikatnie. Ach, serce zabiło mi jak szalone... Szkoda tylko, że na jej wargach malowała się niechęć do mojej osoby. RE: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Sebastian Travers - 27.08.2023 Sebastian Heinzel życzyłby sobie znacznie więcej tak wspaniałych dni. Nie zwykł czekać aż po prostu się wydarzą, tylko dokładał wszelkich starań aby takie były. Otrzymany rankiem telegram zawierał bardzo korzystne dla prowadzonych przez niego interesów informacje. Powzięty przez niego plan miał uczynić go jednym z najbogatszych fabrykantów w Anglii. Od porywów serca większe znaczenie miała stabilność i dostatnie życie. Sir James Howard będzie w stanie zapewnić jego córce obie te rzeczy. Dodatkową korzyść stanowił tytuł szlachecki. Hrabina Avelina Howard. Jego córka zasługiwała na wszystko, co najlepsze. Nie szczędził swojego majątku, aby do czasu swojego zamążpójścia prezentowała się naprawdę dostojnie. Stojąc w towarzystwie tych dwóch mężczyzn przy burcie, trzymając w prawej dłoni szklaneczkę z whisky z lodem, którą zdjął z trzymanej przez kelnera tacy. — Jak najbardziej, panie Rossi. — Odparł. Echo tego, co stało się w ładowni, dotarło na pokład, do jego uszu. — Sprawca powinien zostać należycie ukarany. Tych z dołu powinni trzymać krótko, aby takie sytuacje nas nie dotykały. — Sebastian przychylał się do stanowiska towarzyszących mu dżentelmenów. Sprawca tak haniebnego występku powinien dostać solidne baty. Nie pokryje to poniesionych przez nich strat materialnych i moralnych. Był to wyraźny brak szacunku ze strony ludzi, którzy dzięki pracy dla nich mieli na chleb. W swoich fabrykach zatrudniał wielu takich ludzi, od których wymagał sumiennego wypełniania swoich obowiązków i stosowania się do ustanowionych przez niego zasad, jeśli chcieli utrzymać posadę. Na ich miejsce miał dziesięciu innych. — Za grosz poszanowania do cudzej własności. Wart więcej, niż ten kmiot zdoła zarobić przez całe swoje nędzne życie. Nie ma pan pewności, że nie spróbują się dobrać do nich następnym razem. — Heinzel również nie krył swojego oburzenia obecną sytuacją i okazywał swoje poparcie tak dotkliwie poszkodowanemu mężczyźnie. Na jego miejscu również byłby wściekły. Wszelkie kosztowności stanowiły łatwy łup. Po tych brudasach należy spodziewać się wszystkiego, co najgorsze. Upił ze swojej szklanki i spojrzał z ukosa na swoją córkę w towarzystwie swojej matki i jednej z pasażerek tego statku. Gdzieś na przeciwległym końcu pokładu majaczył mu siedzący przy stoliku Augustus Arrow. Konkurent, którego odrzuciła jego córka. RE: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Danielle Longbottom - 28.08.2023 Była dobrą matką - zależało jej na tym, by jej córce żyło się dobrze i w dostatku, żeby osiągnęła to, czego jej nie udało się zdobyć wiele lat temu. Myśl, że jej mąż zdobył fortunę, co pozwoli im wkupić Avelinę w małżeństwo z hrabim napawało ją szczęściem i nic, absolutnie nic nie było w stanie popsuć jej humoru. Jej nastrój dodatkowo poprawiało to, że lada moment odczuje słodki smak zemsty - tą, na którą czekała tak wiele lat i która wielokrotnie dręczyła ją, nie dając o sobie zapomnieć. Ten, który odrzucił jej uczucie wiele lat temu otrzyma zaproszenie na ślub jako jeden z pierwszych - nie mogła doczekać się, aż ujrzy wyraz jego twarzy. Siedziała wraz z córką oraz Anne przy jednym stolików w restauracji, w dłoni trzymając kieliszek szampana, którym od czasu do czasu zwilżała wargi. Sam smak tego alkoholu zdecydowanie nie był jej ulubionym, jednak nic nie było bardziej wymownym symbolem zwycięstwa niż właśnie szampan. Co chwilę zerkała na dłoń swej pięknej córki, na której odbijał się ogromny, brylant, klejnot rodu Howardów; nie potrafiła powstrzymać triumfalnego uśmiechu. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Sir Jamesa i jej córki nie wiążą głębsze uczucia, jednak... ah, miłość. Na własnej skórze przekonała się, jak niewiele to patetyczne słowo znaczy. W życiu liczyło się coś więcej niż romantyczne uczucie pomiędzy dwójką ludzi - takie coś było dobre wyłącznie w książkach lub powieściach, które tak chętnie czytała wieczorami. Zawiesiła rozmarzony wzrok na bezkresnym morzu, który ciągnął się daleko, daleko, aż po sam horyzont. Jej córka hrabiną. Nie mogła wymarzyć sobie lepszego życia dla swojej kochanej, przepięknej Aveliny. Słowa Anne momentalnie wyrwały ją z zamyślenia - zatrzymała wzrok na kobiecie, a jej brwi delikatnie zmarszczyły się. - Nic dziwnego, że zalała się łzami, w końcu sir James to jedna z najlepszych partii. Niejedna panna marzy o tym, by Sir Howard zaszczycił ją spojrzeniem - odpowiedziała błyskawicznie, być może ostrzejszym tonem, niż początkowo zamierzała. Zazdrość to brzydka cecha równie brzydkich ludzi. Biedna Anne, jedyny pierścionek o jakim mogła marzyć to taki wystrugany z drewna lub zrobiony ze źdźbła trawy. A nawet to wydawało się zbyt odległe. Skierowała wzrok na córkę. - Poczyniłam już wstępne rozeznanie w sprawie sukni, skarbie. Zastanawiałaś się już, jaką kreację być chciała? Widziałabym Cię w śnieżnobiałej sukni z bufiastymi rękawami, do tego długi, pięciometrowy, zdobiony złotą nicią welon... - zaczęła świergolić, nie chcąc dopuścić, by jakiekolwiek zmartwienia nawiedziły jej córkę. RE: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Norvel Twonk - 29.08.2023 Avelina, Danielle, SebastianAnne zarumieniła się, gdy dotarło do niej pytanie Aveliny. Pokręciła głową, ale było w jej zachowaniu coś, co sugerowało, że coś tam jednak musiała słyszeć o całej sprawie. Wreszcie przestała się krygować, popatrzyła na boki szybko a potem powiedziała szeptem: - Nie chcę roznosić plotek, bo damie o pewnych sprawach mówić nie wypada, ale… - I Danielle już wiedziała, że mdława Anne Bishop bardzo chciała roznieść plotki. Pewnie dosiadła się do nich tylko po to, by opowiedzieć o tym, czego się w jakiś pokrętny sposób dowiedziała. – Chodzi o to, że on podobno miał… jak to się mówi… kobietę, której obiecał wcześniej małżeństwo – kochankę zwykłą, tylko Anne brakowało odwagi by rzucić tą informacją w twarz dziedziczce jednej z najbogatszych rodzin na statku i jej matce. – Och, to pewnie nieprawda. Albo to jakaś stara historia, ale słyszałam, że nieszczęśnica wykupiła bilety na tę konkretną podróż, byle tylko zechciał odświeżyć z nią znajomość. Strasznie to żałosne z jej strony, jeśli to prawda oczywiście. Suknie z falbanami są teraz najmodniejsze! Sir James Howard nie był szczególnie zainteresowany luksusowymi dobrami, które zniszczono panu Rossiemu. Upił trochę swojej cherry, a potem bezceremonialnie przewrócił oczami. - Kupisz pan sobie nowy fortepian – zauważył tylko, wkładając w swoje słowa tak wiele nonszalancji, ile tylko mógł. Jeśli musiał na statku się komuś przypodobać, to bez wątpienia był to Sebastian Heinzel, ale jego uprzejmości nie starczyło już dla jakiegoś innego pozbawionego tytułu szlacheckiego bogacza. Rossi zmarszczył brwi. Chyba chętnie wdałby się w dyskusję z sir Jamesem, ale słowa Sebastiana wzbudziły jego myśli na zupełnie inny kierunek. - Myśli pan, panie Heinzel, że powinienem rozkazać przenieść perły do mojej kajuty? – zapytał uważnie, jakby naprawdę rozważał od jednego zdania swojego rozmówcy przeniesienie cennego bagażu. – Wie pan, celowo, ukryłem je w ładowni. Pokojówki kradną na potęgę, zwłaszcza takie ze statku, mojemu służącemu też nie ufam do końca, bo choć jeszcze nie dał mi powodu do obaw, to… - westchnął ostentacyjnie a Sebastianowi przemknęła przez głowę dziwna, nieskoordynowana z niczym konkretnym myśl, że przecież był tutaj dla skarbu. – Jak to się mówi… strzeżonego… - Panowie pozwolą… - przerwał mu sir James i bezceremonialnie ruszył w stronę siedzącego samotnie Augustusa. AugustusAugustus poczuł się dziwnie, tak jakby był kompletnie nie na miejscu i właśnie tracił cenny czas. To nie było niespodziewane, ale jakby z każdą sekundą, jakaś część jego samego, robiła się coraz bardziej niespokojna. Avelina siedziała przy stole z matką i Anne, a w nim narastało przeczucie, że coś tu było nie tak. Był Augustusem Arrowem, bogatym kaleką, prawda? Próbował łapać uśmiechy Aveliny, próbował zainteresować ją swoją osobą, ale… ale dlaczego patrząc na nią, widział ją za ladą sklepu alchemicznego i w dziwnym ubraniu, którego z pewnością nie założyłaby Avelina Heinzel? I dlaczego właściwie nie mógł sobie przypomnieć chwili, w której wchodził na statek? W jakimś dziwnym przeblysku za to pamiętał, że upadł i, że zakręciło mu się w głowie. Nie był wcale pewien, czy trafiłby do swojej kajuty. Nawet chwili zaręczyn nie pamiętał aż tak dokładnie, jak powinien. Tak. Paliło go w środku, gdy o nich myślał, ale czemu poza zazdrością poczuł nagle, że Avelina była w śmiertelnym niebezpieczeństwie? - Zdaje się, że jeszcze nie złożył mi pan gratulacji, panie Arrow – z rozmyślań wyrwał go zadowolony z siebie głos sir Jamesa Howarda. Tura trwa do 01.09.2023 roku do godziny 21.00
RE: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Avelina Paxton - 29.08.2023 Wzrok Aveliny wrócił do Anne, starła się nie wykazywać obaw, ani nie wyglądać na kogoś kto będzie przejmować się plotkami. Czuła jednak coraz większe zdenerwowanie. To nie tak, że sir James mógł mieć kogoś na boku, lub obiecywać ten pierścionek innej – nie kochała go, ale nie chciała, aby inni mówili o niej źle, aby kiedyś chcieli jej współczuć. Nie zniosłaby litości od innych. Wolała, aby każdy jej zazdrościł i będzie robić wszystko, by tak zostało, aby inni zazdrościli jej życia, a nie na odwrót. Ave zacisnęła zęby i wciągnęła cicho powietrze. Oh, nie znosiła takich kobiet w swoim otoczeniu, ale sama czasami nie była od nich lepsza prawda? – No właśnie, nie wypada – odpowiedziała mierząc ją wzrokiem ledwo powstrzymując się przed pogardą w oczach. Nauczyła się być milusia, przyjemna i w towarzystwie być odpowiednio kulturalna. Nie chciała za wiele mówić, aby nie palnąć głupoty, po której pół statku będzie miało o czym rozmawiać. Wiedziała, że jej matka szybko postawi tę kobietę do pionu, a Avelina nauczy się czegoś nowego. Sytuacja, w której ta kobieta widziała jej zaręczyny była w takim razie na rękę, bo mogła od razu zabić w sobie bezsensowne nadzieje na żyli długo i szczęśliwie w objęciach Howarda. Wątpiła, aby Howard chciał ją za żonę ze względu na miłość, ale ona sama również nie czuła do niego mięty. To Arrow wyzwalał w niej więcej uczuć – wmawiała sobie, że były tylko te negatywne – ale nigdy tego nikomu nie powiedziała, ani nie zamierzała nikogo o tym informować. Nie pamiętała, dlaczego jego obecność ją zawsze denerwowała, ale miała wrażenie, że tak powinno być. – Też mi się podoba ta wizja, mamo – uśmiechnęła się odwracając wzrok od nieszczęsnej plotkary i skupiając się na czymś bardziej przyjemnym. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=oo2OfEB.jpg[/inny avek] RE: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Augustus Rookwood - 29.08.2023 Wpatrywałem się w nią oniemiały nawet wtedy, kiedy już odwróciła ode mnie swoje zniesmaczone oblicze. Rozmawiała z matką i panną Bishop, a to o ślubie, a to o potencjalnej kochance sir Howarda... Nie wiem, który z tych tematów bardziej mną wstrząsał. Robiło mi się słabo na myśl o ślubie Aveliny z Howardem, ale zdecydowanie jeszcze bardziej nie znosiłem myśli, że Howard mógł przysparzać Avelinie nieprzyjemności, doprowadzać ją do płaczu, unieszczęśliwiać ją. Coś ścisnęło mnie boleśnie w piersi i powodem tego zdecydowanie nie był fakt, że niewiele dziś zjadłem. To był głos Howarda, paskudny i nieprzyjemny. To niestosowne, że tak krótko i bezdusznie podsumował stratę Rossiego. Skoro tak traktował innych, wcale nie będzie robił wyjątku dla panny Heinzel po ich ślubie, bo niby czemu miałby to robić? Niby czemu miałby... Rozejrzałem się wokól niespokojny. Zmierzyłem wzrokiem panów stojących nieopodal mojego stolika, a zaraz później zweryfikowałem, czy Avelina aby na pewno jest bezpieczna, czy nie nadchodzi jakiś sztorm albo coś... Sam nie byłem pewien, ale coś było nie tak. Czemu popijałem herbatkę, jak gdyby nigdy nic? Czemu nic nie robiłem? Czemu siedziałem sobie, zamiast... Zamiast co? Płynęliśmy. Co mogłem robić oprócz czekania? Przyglądałem się Avelinie, próbując rozwikłać tę zagadkę. Nic się nie działo, ale we mnie narastał niepokój, dziwna myśl, że nie powinienem siedzieć, tylko działać. Ale co mogłem w tej chwili robić innego...? Płynąłem, odpoczywałem, obserwowałem Avelinę. Czemu uważałem, że powinna być w pracy? W dziwnym, nieprzystającym damie ubraniu? Teraz wyglądała doskonale. Tak szykownie i bogato... Ale nie pamiętałem, jak znalazłem się na tym statku? Jak przeszedłem przez schody przy pomocy laski? I gdzie była moja kajuta? Czemu nie pamiętałem, gdzie są moje bagaże i kosztowności? Czy ktoś zabrał mi moje bogactwo...? Nie, to nie miało sensu. I pamiętałem, że leżałem gdzieś tu nieopodal, upadłem, a potem leżałem... A Avelina... Miała na palcu pierścionek zaręczynowy od niedawna. Z pewnością widziałem jak Howard wciskał jej go na palec... Kiedy? W którym miejscu? Co wtedy czułem? Czemu nie zaprotestowałem? Nie zdawałem sobie sprawy, że na moment wstrzymałem oddech, póki nie usłyszałem nad sobą sir Howarda. Drgnąłem, jak gdyby przed chwilą walnął obok mnie prawdziwy, najprawdziwszy piorun. Spiąłem się momentalnie i spojrzałem w górę na Jamesa, mrugając kilkukrotnie, nim pozbierałem myśli. Odchrząknąłem, nim się odezwałem. - Nie sądzę, by moje gratulacje były dla pana istotne - odparłem niezbyt grzecznie, ale nie miałem serca dla sir Howarda tak, jak on nie miał dla panny Heinzel. Zerknąłem kątem oka na Avelinę. Wciąż tam była i sobie swobodnie rozmawiała, ale miałem wrażenie, że grozi jej coś poważnego, coś, co mogło nawet przysporzyć jej śmierć, a to nie wróżyło nic dobrego. Nie sądziłem, by powodem tego zagrożenia miał być sam Howard... Zależało mu na tym ślubie i dobrych relacjach z Heinzelami. Dla pieniędzy, rzecz jasna. Wszyscy o tym mówili głośno. - Aczkolwiek gratuluję... Nawet nie zdaje sobie pan sprawy z tego, jak wielkiego skarbu się pan dorabia - odparłem niepocieszony, z lekką nutką ironii w głosie, bo to właśnie skarb był dla niego ważny, ale niestety nie ten skarb, który miałem właśnie na myśli. Avelina... Ach. - Jeśli zaś mowa o skarbach, to muszę z panem pilnie zamówić słowo. Najlepiej na osobności - dodałem po chwili, nie chcąc by ktokolwiek podsłuchał moje prośby skierowane do Howarda. Szczególnie sama Avelina bądź ktoś z jej otoczenia. Mierzyłem wzrokiem Howarda, choć co chwila uciekałem nim w kierunku Aveliny, a raz w kierunku pokładu, jego desek... Takich czystych, takich świeżych, że aż można by było z nich jeść... Ryby i owoce morza? Skrzywiłem się na wspomnienie, którego ewidentnie nie powinienem mieć w stosunku do tego statku i tej podróży. Może to jakiś sen? Avelinie wciąż nic nie było. Czemu więc chciałem zabrać ją stąd jak najszybciej? Szczególnie, kiedy byliśmy na otwartym morzu? Nie było gdzie uciekać. Nie było przed czym uciekać. RE: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Sebastian Travers - 30.08.2023 Wyjątkowo w tej sytuacji Sebastian pozostawał w opozycji do stanowiska Sir Jamesa Howarda, czego powodem było to, że dobrze rozumiał pana Rossiego. Gdyby był na miejscu tego Włocha to byłby naprawdę wściekły - to, że nie szczędził swojego majątku dla żony i córki nie oznaczało, że byłby zachwycony koniecznością zakupienia nowego, drogiego fortepianu przez to, że zatrudniona pod pokładem łachudra miała czelność go zniszczyć. Przeznaczone na zakup nowego fortepianu pieniądze mógłby znacznie lepiej zainwestować. Nie oznaczało to, że nie zakupiłby takiego instrumentu - wszak jego córka uczęszczała na lekcje gry na tym fortepianie i powinna cały czas ćwiczyć. Ponadto Avelina niejednokrotnie zasiadała przed tym instrumentem i grała podczas istotnych spotkań organizowanych przez niego albo swoją matkę w ich posiadłości. Prezentowała się podczas tego rodzaju przyjęć wspaniale, napełniając go ojcowską dumą. Potencjalna różnica zdań między jego towarzyszami nie była jego sprawą, przynajmniej dopóki obaj panowie się nie postanowią się głośno pokłócić albo nawet pobić. Od swojego przyszłego zięcia wymagał stosownej ogłady i umiejętności panowania nad własnymi emocjami. — Powinien to pan rozważyć. Do ładowni ma dostęp znacznie więcej osób, niż pokojówki i pana służący do pańskiej kajuty. — Przedstawił temu mężczyźnie swoje stanowisko odnośnie przedmiotu ich rozmowy. Gdyby obawiał się o swój majątek to sam poleciłby przenieść go do swojej kajuty zamiast przewozić go w ładowni, do której miał dostęp cały personel tego statku i pasażerowie, którzy w jego oczach również byli zdolni do dokonania kradzieży. Teoretycznie znacznie łatwiej przeprowadzić dochodzenie wśród pokojówek w sprawie kradzieży pereł albo przepytać służącego, niż każdego pasażera i pracownika. Decyzja nie należała do niego. Przezorny zawsze ubezpieczony. Sebastian nie był człowiekiem wiary, aby nawet uciekać się do nacechowanych nią powiedzeń. Ta nagła, dziwna myśl, że jest tutaj dla skarbu, zdawała się nie należeć do niego. Nie interesowały go skarby należące do pana Rossiego ani innego opływającego w bogactwo pasażera. Musiał ją od siebie odpędzić, gdyż była niepożądana. Skinął głową Sir Howardowi, który podążył w stronę siedzącego samotnie Arrowa. RE: [lato 1972] A na pokładzie żyją karaluchy - Danielle Longbottom - 01.09.2023 Niektórzy nie wiedzieli, kiedy powinni przestać kłapać dziobem. Niczego nie oczekiwała od tej żałosnej koleżanki swojej córki, poza jednym - zamknięciem się. A nawet tego nie dała rady zrobić. Cóż za żałosna dziewucha. Musiała porozmawiać z córką, czy oby na pewno chce mieć takie koleżanki. W końcu jako hrabina zasługuje na znacznie lepsze towarzystwo od starej panny mitomanki. Ledwo powstrzymała się od teatralnego przewrócenia oczami. Nie, takie ostentacyjne zachowanie nie wypadało matce przyszłej hrabinie. W zamian za to zastukała paznokciami w blat stołu, okazując tym samym znudzenie i nieszczególne przejęcie słowami Anne i uniosła kieliszek szampana, upijając z niego łyk, nieco większy niż poprzednio. Symbol zwycięstwa. Anne mogła gadać ile chciała, ale to one wygrały i nawet plotki o potencjalnych kobietach w życiu jej przyszłego zięcia nie mogły tego popsuć. - Śmiem wątpić. Sir James to człowiek czynu, który dotrzymuje swoich obietnic. Dziewczyna musiała błędnie zinterpretować jego słowa. Być może przywitał się z nią z grzeczności, a ona w desperacji wzięła to za oznakę zainteresowana i chęć mariażu. Być może powinna udać się do Lecznicy Dusz, nim będzie za późno. Chociaż wszystko wskazuje na to, że już jest za późno i powinna zostać tam zamknięta... - zasugerowała. -... dla swojego własnego dobra, oczywiście - dodała szybko. Dziewczyna musiała być obłąkana i takiej wersji zamierzała trzymać się Danielle. Nawet, jeżeli słowa koleżanki Anne mogły zawierać jakąś część prawdy, nie zamierzała tego przyznać. - Być może ślub mojej córki sprawi, że jakiś kawaler poczuje chęć mariażu. Byłoby miło, prawda Anne? W końcu jesteś dobrą partią... aż dziwne, że wciąż jesteś niezamężna - szpileczka w odpowiedzi na szpileczkę - być może to zmusi dziewczynę, by przestała kłapać dziobem. W międzyczasie posłała córce spojrzenie i uśmiech. - Ciągle Ci to powtarzam, ale ja i szanowny ojciec jesteśmy z Ciebie tacy dumni... zobaczysz, twoje wesele będzie najpiękniejsze, piękniejsze od tego, o jakim zawsze marzyłaś... |