![]() |
|
[30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę (/showthread.php?tid=1792) Strony:
1
2
|
[30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Philip Nott - 27.08.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett - osiągnięcie Piszę, więc jestem Rozliczono - Philip Nott - osiągnięcie Piszę, więc jestem Od pierwszej i zarazem ostatniej poważnej rozmowy, którą odbył z Laurentem, minęło niespełna dziesięć dni. Dawał sobie tyle czasu, ile potrzebuje na przemyślenie tego wszystkiego w odniesieniu do tamtej rozmowy i uporządkowanie na swojego życia po tegorocznym Beltane. Dziesięć dni później nie przestał czuć się w ten sposób. Za to miał wrażenie, że to znów straciło na swojej intensywności, zupełnie jakby poddawało się to upływowi czasu i prozie życia. Przez cały ten czas rozważał całą swoją sytuację od dnia wystąpienia tych niepożądanych symptomów zestawiając ją z tym wszystkim co otrzymał od Laurenta w zamian za swoje zwierzenia. Zdawał się być coraz bardziej gotów do zmierzenia się z tym wszystkim i nieśpiesznego wprowadzania tych zmian w swoje dotychczasowe życie, począwszy od zmiany swojego nastawienia. Poważniejsze zmiany będą wymagać od niego włożenia w nie znacznie większego nakładu pracy i, przede wszystkim, powstrzymania się od nieświadomego sabotowania tego procesu swoim trudnym charakterem i przedmiotowym traktowaniem drugiego człowieka. Przez to mogły być skazane na porażkę. Niektóre zmiany będzie musiał sabotować z rozmysłem. Na domiar tego miał poważny powód do zmartwień. Przed kilkoma dniami wysłał Stłuczkę z listem zaadresowanym do mieszkającego w New Forest Laurenta Prewetta i do dnia dzisiejszego sówka nie wróciła do niego. Kaktusówka była jednym z najmniejszych gatunków sów i mogła paść ofiarą większego od siebie ptaka. Nie była dla niego zaledwie sową pocztową. Pozostawał do niej przywiązany i chciał ją odzyskać. Całą i zdrową. Czekanie na powrót sówki okazało się bezowocne i dlatego postanowił się osobiście do New Forest, po raz drugi bez zapowiedzi (tym razem nie miał jak jej przekazać) z zamiarem poszukiwania swojej sowy. Ponownie, jak poprzednim razem, skorzystał ze świstoklika. Zabrał ze sobą klatkę oraz przysmaki dla sów. Po dotarciu na miejsce podążył w stronę domu opiekuna tego rezerwatu, od razu pukając do drzwi wejściowych, w których mógł się ukazać gospodarz. Jeśli Laurent oddawał się pracy to prawdopodobnie znów powita go Migotek. RE: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Laurent Prewett - 28.08.2023 Laurent zawsze miał skłonność do zachwycania się Stłuczką na wszystkie strony świata. Bogowie, jaka ona była cudowna! Jak w ogóle nosiła listy pozostawało dla niego tajemnicą, bo przecież ten list był większy od niej! Przekupywał ją, żeby została trochę dłużej, ochał i achał do niej, ale Philip chyba tego nie zauważał. Nic dziwnego, w końcu mógł odesłać pocztę zwrotną Nieve, a w końcu jego wierna sówka wracała do swojego pana. I tak było przez tych parę dobrych lat. Stłuczka w całym swoim majestacie i słodkości nie tylko nie nudziła się blondynowi, ale wręcz przeciwnie - kochał ją coraz bardziej. Może i nie była najbardziej rozmowną sową świata pod względem wydawania z siebie dźwięków, ale była absolutnie aktywna w konwersacjach! Laurent nie uważałby siebie za znawcę zwierząt i ich zaklinacza, gdyby nie potrafił odczytać podstawowych informacji nadawanych przez te istoty. Chwilę zajęło, w okresie całego czasu znajomości z Nottem, zanim nauczył się, czego dokładnie Stłuczka od niego oczekuje i czego chce, ale teraz mógł powiedzieć, że znał ją perfekcyjnie! Całkowicie nieodpowiedzialnym byłoby jednak zatrzymanie czyjejś sowy dla siebie, dlatego Laurent nigdy by tego nie zrobił. Właściwie - on był tutaj ofiarą. To nie on zatrzymał Stłuczkę, to Stłuczka zrobiła z niego zakładnika. Pukanie do drzwi rozległo się, kiedy już właściwie Laurent siedział nad listem, żeby posłać go przez Nieve, że sowa Philipa jest cała i zdrowa i siedzi u niego i żeby Philip przyszedł ją odebrać. Rzecz jasna list ten był kreślony z wielkim bólem serca, Laurent tęsknie spoglądał na zadowoloną Stłuczkę mrużącą swoje złociste ślepia, ale rozwiązania nie było. Jakby nie patrzeć - on też by się zmartwił, gdyby przez kilka dni Nieve do domu nie trafiła. Ano właśnie, Nieve! Tak w porównaniu do Stłuczki to siedziała naburmuszona, obrażona i ewidentnie zła, że jakaś druga zajmuje atencję, którą powinna dostawać ona. Biedna Nieve trochę zgłupiała, kiedy Stłuczka się jej "rozepchała" i wcisnęła do jej białego puchu. Laurent podejrzewał swoją sowę, że poczuła, mimo wszystko, jakiś instynkt macierzyński, bo mimo swojego naburmuszenia obie spały ze sobą wtulone w siebie jak matma ze swoim dzieckiem. Biorąc pod uwagę WIELKIE rozmiary Stłuczki to tak. Matka z dzieckiem. Tak więc tym razem Philip, kolejny raz niezapowiedziany (bo rzeczywiście nie do końca miał jak się zapowiedzieć) zapukał do drzwi i otworzył mu po chwili sam Laurent. To był ten moment, w którym Laurent zrobił najsłodszą, najbardziej niewinną minkę, jaką tylko potrafił. Innymi słowy do obrazu aniołka brakowało tylko białego puszku chmurki, która uniosłaby go w promieniach światła i zamachałby małymi, białymi skrzydełkami. Doskonale w końcu wiedział, że nabroił. - Aaach, Philipiee... wyjątkowo powiem, że się ciebie spodziewałem. - Bo wyjątkowo miał coś, co należało do niego i co jednak nie powinno w jego domu przebywać. Otworzył szerzej drzwi i zaprosił mężczyznę do środka. - Dzień dobry, miło mi cię widzieć. Najmocniej cię przepraszam, pewnie się martwiłeś o Stłuczkę... - Tak, od razu wiedział, o co chodzi. Nie to, że by oskarżał teraz Philipa, że nie mógłby przyjść w innej sprawie. Ale teraz było to dla niego oczywiste. Philip potrafił być chujem dla ludzi, dla zwierząt był zawsze czuły. - Stłuczko! Twój pan po ciebie przyszedł. Chodź, proszę... - Poprowadził go do niewielkiego gabinetu, gdzie Laurent zazwyczaj pracował, gdzie trzymał książki, najważniejsze dokumenty, gdzie pisał listy. I gdzie przy otwartym oknie siedziała zadowolona Stłuczka wtulająca się w Nieve i sama Nieve, która błyskała piorunami ze swoich oczu. Ale ona już tak miała. Nie mógł powiedzieć, że nie było mu głupio z tej sytuacji. Trochę było. - Właśnie pisałem do ciebie list z prośbą, żebyś ją odebrał, bo ehm... - Uśmiechnął się z lekkim zażenowaniem i spojrzał na Philipa przepraszająco. - Cóż mogę rzec, zwierzęta mają do mnie słabość. - Tak jak i słabość potrafili mieć do niego ludzie. Laurent chyba coś po prostu w sobie miał. Ciepło, które przyciągało zarówno ludzi jak i zwierzęta. RE: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Philip Nott - 28.08.2023 Właścicielem Stłuczki został po odejściu pierwszej sowy, którą miał od jedenastego roku życia. Była to naturalna kolej rzeczy. Kilka lat temu wybrał się do Centrum Handlowego Eeylopa i poszukując nowej sowy tak dostrzegł wówczas bezimienną kaktusówkę. Tak słodkie stworzenie nie powinno być zamknięte w klatce i dlatego bez chwili wahania postanowił ją zakupić. Przez te kilka naprawdę przywiązał się do tej maleńkiej sówki, która miała u niego niczym jak w raju. Oczywiście, musiał być też konsekwentnym opiekunem i musiał czasami odmawiać jej kolejnej porcji przysmaków dla sów. Co za dużo to niezdrowo. Przez ten czas naprawdę odchodził od zmysłów i wyobrażał sobie to, co najgorsze. I wbrew pozorom nie chodziło to, że pewien porywacz sów będzie oferować jej tyle smaczków, ile tylko ona zapragnie. Na szczęście znał tożsamość sprawcy tego występku i mógł spróbować to rozwiązać polubownie. Miejsce Stłuczki było przy nim i musiała wrócić z nim do domu. Po tym jak zapukał do drzwi, przez chwilę nic się nie działo. Zanim zdecydował się zapukać po raz drugi, w otwartych drzwiach ukazał się sam gospodarz z najsłodszą, najbardziej niewinną miną na jaką było go stać. Czyżby próbował zastawić na niego pułapkę i w ten sposób sprawić, aby się nie gniewał? Przez moment spoglądał na niego spod zmarszczonych brwi, z lekkim niezadowoleniem połączonym z wywołanym przez nieobecność Stłuczki zaniepokojeniem. Starał się uniknąć złapania się w pułapkę zwaną uosobieniem niewinności już od progu. Nie pomogłoby mu to w stosownym rozmówieniu się z tym mężczyzną. Cała sytuacja jednak nie miała stać się prawdziwą kością niezgody między nimi. — Powiadomiłbym Cię o swojej wizycie, gdyby nie to, że nie miałem jak napisać listu. Mogłem udać się na sowią pocztę, jednak to przedłużyłoby się o kolejne kilka dni. — Poinformował tego mężczyznę, który wreszcie wpuścił go do środka. — Dzień dobry. Ciebie również. Przyjmuję twoje przeprosiny. Oczywiście, że się martwiłem! — Przywitał się z nim nad wyraz uprzejmie, z delikatnym uśmiechem i tak, nie zamierzał nosić urazy w sprawie przetrzymywania jego sowy. Otrzymał stosowne przeprosiny. Nie musiał tego ukrywać, że się martwił o sówkę. O to, czy była cała i zdrowa. Były to bezpodstawne obawy. W końcu Stłuczka nie błąkała się nie wiadomo gdzie, tylko pozostawała pod opieką kogoś, kto miał rękę do zwierząt. Podążył za Laurentem do tego niewielkiego gabinetu. Było to jedno z tych pomieszczeń w tym domu, w którym był zaledwie kilka razy podczas zajmowania się sprawami biznesowymi. Najczęściej ich ścieżki krzyżowały się w sypialni. Na sam widok siedzącej przy otwartym oknie Stłuczki, do tego wtulającej się w Nieve, przywołał delikatny, pełen ciepła sposób. Chciał przywołać do siebie sówkę już teraz, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że ta niespodziewana wizyta może trochę się przedłużyć. Dlatego też postawił klatkę na podłodze. Tym razem nie odmówiłby kawy i słodkiego poczęstunku. — I co ja mam z Tobą zrobić? Mam Ci kupić taką sowę, byś nie zatrzymywał mojej? — Postanowił wysłuchać Laurenta, nie kryjąc swojego niedowierzania. Nie zamierzał kwestionować prawdziwości jego słów ani tego, co zdradzała ta przystojna twarz. Przesunął dłonią po krańcach swojej szczęki. Na jego wargach wciąż błąkał się ten ciepły uśmiech. RE: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Laurent Prewett - 28.08.2023 Och, zwierzęta można rozpieszczać, ale Laurent nigdy nie rozpieszczał ich tak, żeby to miało być niezdrowe. Jak z dziećmi - mogą lubić słodycze i nic im nie będzie, jeśli je troszkę rozpieścisz. Nie możesz jednak zamieniać ich zdrowej i codziennej diety na sam cukier tylko dlatego, że bardzo tego chcą. Należało mieć umiar we wszystkim, za co człowiek się zabierał. Czasami w emocjach również lepiej było ten umiar posiadać. W każdym razie bardzo łatwo można było doprowadzić do tego, że ten nadmiar miłości przelewany na zwierzę doprowadzał do tragedii, nierzadko bardzo poważnej. Zazwyczaj dało się to odkręcić, wystarczyło tylko oduczyć zwierzaka żarcia wszystkiego... nie, stop. Wystarczyło oduczyć właściciela dawania czego popadnie zwierzakowi tylko dlatego, że chce. Problem nie leżał bowiem w zachowaniu zwierzęcia, które nie zdawało sobie przecież sprawy z tego, że samo sobie szkodzi. Problem leżał w bezmyślności człowieka, który dawał takiemu smarkaczowi, co tylko sobie zażyczył. Tak, to odnosiło się tak samo do dzieci, jak zostało zresztą wspomniane podobieństwo między tymi dwoma tworami świata. Dzieci i zwierzęta - wręcz niepokojące, że można to było ze sobą zestawić. Kiedy Laurent tłumaczył zachowania istot klientom, zazwyczaj korzystał z tego właśnie porównania. Było proste, zrozumiałe, większości wpływało na wyobraźnię. Jednak nie zajmował się lecznictwem. Chciałby. Nie jako głównym zawodem, a tylko dlatego, żeby móc pomagać swoim pociechom poukrywanym w tych lasach, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. Problem w tym, że absolutnie już brakowało mu czasu, a i nawet brakowało mu trochę głowy. Nawet jeśli na swoją pamięć czy inteligencję akurat narzekać nie mógł. I tak jak miał kompleksów cały zbiór i wór, tak bardzo się złościł i obrażał, kiedy ktoś obrażał jego bystrość. W tym wszystkim więc w rozpieszczaniu sowy Philipa miał umiar. Ten zdrowy umiar, bo jeeednak zdawał sobie sprawę, że nie powinien tego robić, głównie dlatego, że sowa w końcu... nie należała do niego i nie chciał Nottowi sprawić przykrości. Aaach, ale kiedy ta sóweczka była taaakaa słodkaaa, że absolutnie się rozpływał, kiedy na nią patrzył... - Ależ nie ma takiej potrzeby, jak mówiłem - tym razem byłeś wyczekiwany. - Świergotał niewinnie, zaplatając rękę z ręką Philipa i mrugając do niego wielkimi, niewinnymi oczkami okolonymi długimi rzęsami. Oczywiście, że robił to specjalnie, żeby udobruchać mężczyznę. Minęło 10 dni od tamtej rozmowy - niewiele. Właściwie to bardzo mało. Ale ta mała, puchata kulka ooraz pewien przystojniak z rodu Delacour poprawili Laurentowi humor BARDZO. Na tyle, że odzyskał trochę stabilności i nawet jakoś poukładał z powrotem parkiet, który naruszył swoimi słowami Philip. Wyglądał na taki sam. Ale deski nie były pozlepiane i wystarczyło podnieść jedną z nich, żeby zobaczyć, że pod spodem wcale nie jest tak idealnie, jak było. - Było to nieodpowiedzialne z mojej strony, przyznaję. - Nie było się tutaj co oszukiwać, był winny, ale na szczęście Philip... w zasadzie Philip też wydawał się mieć o wiele lepszy humor niż ostatnio. Coś się zmieniło? Przemyślał coś? A może po prostu dał się złapać w czar od progu? Absolutnie nie był pewien, ale nie chciał tego psuć, więc nawet nie dopytywał. Puścił Philipa dopiero w tym gabinecie, żeby podejść do sów i pochylić się nad biurkiem, podpierając łokciami o blat. - Przecież ona jest taka słodka... niemal tak samo słodka, jak jej właściciel. - Spojrzał tutaj z ukosa na Philipa ze specyficznymi, psotnymi iskierkami w oczach. - Lepiej nie, bo doprowadzę New Forest do ruiny. Będę chodził i ćwierkał razem z tym uroczym stworzeniem. - Wyprostował się. Rzecz jasna żartował sobie, ale też jakoś nie sądził, że Philip mówi o tym poważnie. W końcu to nie tak, że Laurenta nie było stać na zakup takiej sowy. - Zresztą Stłuczka jest jedyna w swoim rodzaju. - Pokazał otwartą dłonią na dwie tulące się do siebie panie. RE: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Philip Nott - 28.08.2023 Teraz z ręką na sercu mógł powiedzieć, że Laurent przechodził samego siebie. Począwszy od przetrzymywania jego sówki a skończywszy na próbach udobruchania go. Całkiem skutecznymi, jeśliby przymknąć oko na to jak w rzeczywistości wyglądały ich relacje oraz po uwzględnieniu wszystkich zawirowań w życiu Philipa, które po raz pierwszy odbiły się rykoszetem na kimś innym. Gdyby nie konieczność odzyskania swojej sowy to naprawdę nie pokazałby się pod tym adresem w tak krótkim czasie, który upłynął od ich ostatniej rozmowy. Dziesięć dni to może wystarczająco dużo czasu na to, aby pewne rzeczy przemyśleć, ale zdecydowanie za mało aby zacząć wprowadzać wszystkie niezbędne zmiany w swoim życiu. Wszystko to wolał przemilczeć. Sporym ułatwieniem było to, że nie został o nic zapytany. — Jeśli starasz się mnie udobruchać to jesteś na dobrej drodze. — Wymruczał w odpowiedzi na ten niewinny, być może pełen fałszywych nut świergot. Ze swojej strony nie zamierzał pytać, czy faktycznie byłby wyczekiwany w zupełnie innej sytuacji. Nie zamierzał burzyć kolejnych granic w ich obowiązującym do tej pory układzie. Mogłoby to skutkować jego całkowitym zawaleniem. Nauczony doświadczeniem dobrze wiedział, że to naturalna kolej rzeczy w tego typu relacjach. Tym razem nie uwolnił swojej dłoni od dotyku kochanka, jednak też go nie podtrzymał gdy dotarli go gabinetu. — Powiedziałbym, że słodsza — Wyraził swoje zdanie odnośnie sówki, nie przestając się uśmiechać w ten sposób. Uchwycił nawet spojrzenie blondyna, pełne tych psotnych iskierek niczym refleksy wywołane przez promienie słońca na powierzchni morza. Było to nad wyraz trafne porównanie. — Jeszcze od tego sam zostałbyś sową. I wtedy faktycznie doprowadziłbyś to miejsce do ruiny. — Pozwolił sobie zażartować w ten sposób, luźno nawiązując do animagii. Tak naprawdę Laurent nie musiał się niczym martwić, bo animagiem nie zostawało się od wydawania takich samych odgłosów jak sowa. Jedynie może być to dziwnie odebrane przez otoczenie. Doskonale wiedział, że Laurenta było stać na zakupienie sobie kolejnej sowy. Nie mówił tego poważnie. Przynajmniej nie w tym momencie. Nieszczególnie lubił dawać komukolwiek prezenty bez okazji, stanowiące realne korzyści dla osób zaznajomionych z nim. — Też tak sądzę. Niech na razie się przytulają — Postanowił dać obu sowom trochę czasu dla siebie, skoro najwyraźniej potrzebują towarzystwa innej sowy. To wyjątkowo inteligentne stworzenia. RE: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Laurent Prewett - 28.08.2023 Co racja, to racja, kiedy Laurent się starał to trudno było powiedzieć, czy jest szczery w tym, co pokazuje, czy wręcz przeciwnie. Przy Philipie jednak czuł się naprawdę swobodnie. Przynajmniej w takich chwilach, kiedy byli sami, kiedy nie było oczu wokoło i kiedy Laurent czuł się jak... może dziwnie to zabrzmi, ale trochę jak dzieciak. Philip dawał mu tak dużo poczucia bezpieczeństwa, że Laurent w zasadzie pozwalał sobie na różnego rodzaju głupotki i zachowania, na które nie pozwalałby sobie w towarzystwie większości znanych mu osób. A bo to nie wypada, a bo to przecież trzeba się zachowywać, a bo to... hm. To też nie tak, że bywał taki na co dzień, skąd. Ale chyba każdy człowiek potrzebował takiej chwili relaksu, w której może trochę zrzucić ze swoich ramion. Ewentualnie wyjąć przysłowiowy kij z tyłka. Przecież Laurent by tak nie śpiewał do Philipa na salonach, wątpliwe, by do kogokolwiek tak śpiewał, chyba że bardzo, bardzo by chciał czegoś od kogoś... na tyle mocno, że kolejna rysa na i tak wątpliwej reputacji by mu nie przeszkadzała. Niektóre osiągnięcia wymagały w końcu poświęceń. Czyste teoretyzowanie. Tak, końcowy wniosek jest taki, że to było szczere. Podyktowane faktem, że nastrój Laurentowi naprawdę dopisywał i nie myślał teraz o rzeczach przygnębiających i nie siedział z nosem zwieszonym na kwintę. No, może przez moment, podczas pisania listu, że jednak będzie musiał zwrócić sówkę do jej właściciela. - Dziękuję, że mnie w tym uświadamiasz. W takim razie nie przestanę. - Przekomarzał się trochę z Philipem tak naprawdę. Aż się niemal prosiło, żeby ogłosił wszem i wobec, że wiedział, bo już przez lata doskonale się nauczył, co najlepiej na tego mężczyznę działa i jak go "obsługiwać" oraz jak się nim samym "posługiwać". Brzmi strasznie? Mogło i brzmieć - ale tak było. Mężczyźni byli prostymi kreaturami, jeśli tylko się zrozumiało, co ich napędza, co ich zasmuca oraz co ich wkurza. Nie chodziło o to, żeby być tym elementem, przy takich jak Philip, który się rządzi i wszystko pokazuje palcem. Nie. Na Philipa wystarczyła prosta taktyka lekkieeeego naprowadzania go na to, czego się chciało samemu. Albo po prostu nie wypowiadanie wszystkiego na głos, żeby sądził, że rzeczywiście sam do wszystkiego dotarł i że to jego pomysł, albo że rzeczywiście miał nad wszystkim przewagę i kontrolę. Czy to akurat fałszywe było? Zakrawało już na manipulację, śmiało można tak powiedzieć. Laurent tak nie uważał. Bo gdyby coś mu nie pasowało, gdyby coś było nie tak, gdyby czegoś chciał, albo czegoś nie chciał - powiedziałby mu to, jak robił wielokrotnie. A takie pierdoły jak to... nie ukrywajmy - Philip miał trudny charakter. Laurent sobie doskonale zdawał z tego sprawę, ale mu to nigdy nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie - naprawdę uważał to za urocze. I być może uważałby to za smutne, gdyby nie to, że nigdy nie oczekiwał od niego prawdziwego uczucia. Sam przecież go nie dawał w zamian. - Potraktuję to jako bardzo niezgrabny komplement, że zostałbym akurat sową, symbolem inteligencji i mądrości. Udam, że tej reszty z "ruiną" nigdy nie słyszałem. - Odsunął się od biurka właściwie sądząc, że Philip zabierze Stłuczkę i pojedzie w siną dal... ale blondyn postanowił go zaskoczyć. Prostym stwierdzeniem, żeby te dwie niecnoty, które się ewidentnie polubiły (pomijając zazdrość Nieve i jej małą zaborczość), jeszcze trochę sobie tak posiedziały. Philip chyba sobie nie zdawał sprawy z tego, że to wcale może nie być taki najlepszy pomysł, jak o tym myślał. - Jeżeli liczysz na sernik to nie wiem, czy pęknięte serce Migotka wytrzymało to, że ostatnim kawałkiem tak wzgardziłeś. - Zażartował i wyprowadził Philipa z pokoju do salonu. Nie zamknął jednak drzwi. RE: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Philip Nott - 28.08.2023 To jeszcze nie był ten moment, w którym był gotów wyjść poza swoją strefę komfortu, która mieściła się znacznie dalej od rzuconego mu prosto w twarz prawdziwego stwierdzenia, że jednak zaczęło mu czegoś brakować w tym dotąd idealnie poukładanym życiu. Te wszystkie zmiany mogą go całkowicie przerazić, zwłaszcza że na ich podstawie mógłby zacząć chcieć doświadczyć wielu prawdziwych rzeczy z kimś, na kim zacznie mu zależeć. Do tej pory to nie miało miejsca... choć przy całej swojej krótkowzroczności on nawet mógłby tego nie dostrzec, gdyby jednak było inaczej. Dotąd, gdy będąc sam na sam nie dotykali spraw codziennego życia czuł się dobrze będąc blisko Laurenta i dlatego pozwalał sobie na więcej swobody w słowach i gestach. Przez wszystko, co się doświadczał od czasu Beltane, co miało związek z tamtą rozmową, zdawał się odczuwać wyraźny niedosyt przez dopuszczenie do głosu nowej gamy swoich potrzeb. Pojawiały się nowe oczekiwania względem relacji z drugim człowiekiem. Łatwiej było dopuścić do siebie takie myśli, niż zrobić coś w tym kierunku. On nawet nie był na prawdziwej randce, takiej, która nie zakończyłaby się pójściem do łóżka. — Swoją drogą... jak się mnie spodziewałeś to mogłeś chociaż zrobić kawę. — Pozwolił sobie na lekkie upomnienie tego mężczyzny, który najwyraźniej zapomniał jak potężną moc miała filiżanka dobrze przyrządzonej czarnej kawy. Tym dopiąłby swego i udobruchał go zupełnie. Zwłaszcza, gdyby podał słodką przekąskę. W rzeczywistości tego nie wymagał. Stanowiło to element tego swoistego przekomarzania się. Gdyby Laurent chciał wypić z nim kawę to sam by to zaproponował. Po powrocie do Londynu i odstawieniu Stłuczki do domu jak nic wstąpi do najlepszej klubokawiarni na Ulicy Pokątnej na pyszną kawę i ciasto. — A nie symbolem zawsze doręczonej przesyłki? Uważasz, że coś to zmieni? — Pozwolił sobie zakwestionować całkiem oczywistą symbolikę sowy, wskazując na tę bardziej przyziemną. Dla niego nadal stanowiło to formę przekomarzania się z tym blondynem. Te dwie sowy spędziły ze sobą kilka dni, to jeszcze piętnaście do trzydziestu minut wiele nie zmieni. Po prostu było to nieuniknione. Stłuczka nie mogła tutaj zostać. Jeśli okaże się, że będzie potrzebować towarzystwa innej sowy, to jej to zapewni. — Nie odmówiłbym kawałka. Nie powinienem był wzgardzić, to niedopuszczalne. — Przyznał wprost podczas drogi do salonu. Przez moment nawet się zastanawiał, czy Laurent mówi poważnie czy jednak żartuje. Okazało się, że to drugie i mógł wyrazić swoje lekkie rozbawienie. Nawet jeśli naprawdę było to niedopuszczalne. Migotek piekł obłędne ciasta. RE: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Laurent Prewett - 28.08.2023 Ach, takie żarty żarcikami, normalnie byłyby one mile widziane, normalnie pewnie nie byłyby żartem, tylko naprawdę by go zaprosił, poczęstował, przecież lubił z nim wypić kawę, pogawędzić o rzeczach przyjemnych, niezwiązanych z beznadzieją życia, jakie było im serwowane w normalnych warunkach. Czy to są "normalne warunki"? I znów - normalnie byłyby. Ale minęła ta chwila pierwsza, mijało mu jakoś to rozbawienie, docierało do niego, że właściwie miałby teraz z nim zostać sam na sam i nagle czuł jakąś... obawę. Nagle nie wiedział, czego się spodziewać i czego oczekiwać. To nie było stabilne. Ta podłoga znowu robiła się rozregulowana, tylko jeszcze nie odstrzelały pojedyncze parkiety od siebie wzajem. Nie trzeba będzie pewnie długo czekać, wystarczy chwila czy dwie, kilka mocniejszych uderzeń obcasami. I wydawałoby się to głupie, ale właśnie po to były Laurentowi te złote zasady. Znał ludzi, z którymi się przyjaźnił i mieli całkowicie normalne relacje poza tym, że ze sobą sypiali. Albo sypiali kiedyś, tak jak chociażby z Victorią, która się zaręczyła i teraz... ach, co za strata. Ale to wymagało tego, żeby usiąść i porozmawiać o pewnych sprawach. Przetopić je na nowo. Jak jednak ustalać nowe zasady z kimś, kto jeszcze sam nie wiedział, czego dokładnie chce i próbował znaleźć swoją drogę? Laurent nie chciał czuć się źle i nie chciał swoim kosztem ciągnąć Philipa w górę. Wystarczająco był rozkołatany po ostatniej wizycie Philipa tutaj i tym, jak unieszczęśliwił samego siebie zabierając go wtedy do swojej sypialni. - Żebyś pił zimną lub źle zaparzoną? Och nie, Philipie. Dobrze wiesz, że dla ciebie wyłącznie najlepsza kawa. Rozgość się. Zaraz ją zaparzę. - Salon był jednym dużym pomieszczeniem, gdzie stał również stół jadalniany z krzesłami i dalej umiejscowiona była kuchnia. Nie wskazywał mężczyźnie konkretnego miejsca, równie dobrze mógł wyjść przez otworzone, tarasowe drzwi na zewnątrz, gdzie zresztą w lecie Laurent zazwyczaj przyjmował swoich gości. Możliwość ucieszenia oczu takim widokiem był wart tego, żeby zostać na filiżankę herbaty czy kawy. Ewentualnie dwie. - Jeśli oczywiście masz ochotę. - Dodał, żeby nie było wątpliwości, bo może jednak Philip rzeczywiście przyszedł tylko wymienić kilka słów i zaraz będzie się zmieniał. Laurent nie chciał robić tanich wymówek pracą. Nie wobec tego człowieka. Z drugiej strony właściwie nie chciał, żeby Philip zostawał na dłużej bo miał wrażenie, że to wcale nie jest dobry pomysł. Sam nie wiedział, co w ogóle powinien robić w tej sytuacji i z tym fantem. Odetchnął, zatrzymał się na moment i pomasował swoje skronie mając wrażenie, że może go niedługo dopaść migrena. - Słucham? - Wypowiedział to niby obruszonym tonem, ale się zaśmiał. - Teraz to już naprawdę jestem urażony... Zrobiłeś ze mnie listonosza. Jakby zajęć mi brakowało. - Powiedział z udawanym urazem. Natomiast co fakt to fakt, ten pociągnięty żart oderwał jego uwagę od poplątanych, chmurnych myśli. To przedziwne, jak można być zachmurzonym w osobie. Laurent przez moment przypatrywał się Philipowi. W ten specyficzny sposób, gdzie wiadomym było, że myśli, kalkuluje, bardzo intensywnie się zastanawia. W końcu oparł się pośladkami i dłońmi o kant stołu. - Philipie czy czegoś ode mnie oczekujesz? - Zapytał wprost. Całkowicie poważnie. - Pytam wyłącznie o teraźniejszość. Czy czegoś ode mnie oczekujesz teraz. - Rozmowy? Kawy rzeczywiście? Seksu? Czy może... czegoś zupełnie innego. Bo w końcu to spotkanie wcale nie było w normach. Tak samo jak ich ostatnie. RE: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Philip Nott - 29.08.2023 Wszystko, co dobre w końcu się kończy. Można odnieść wrażenie, że to dobre choć kończyło się jak zawsze z jego strony, to jednak niezależnie od jego woli tylko pod wpływem tego niedokończonego rytuału ze swoją dawną kochanką. Loretta Lestrange nie stanowiła odpowiedniego materiału na partnerkę. Dobre kończyło się przez to, że jest idiotą. Wszystko, co działo się teraz w jego życiu, było efektem przegranej we własną grę z kobietą, którą odrzucił przed kilkoma laty jak tylko ona poczuła do niego coś więcej. To wszystko, co go teraz spotykało, zakrawało na doskonałą zemstę. Lepsze bywa wrogiem dobrego. W ten sposób postrzegał to, czego mu brakowało od Beltane. Bo to dobre było wszystkim, co znał i nie musiał wychodzić poza swoją strefę komfortu. Dotychczas łączący ich układ niósł za sobą swoistą stabilność, bo obwarowali go tymi wszystkimi zasadami. Zawsze istniała szansa, że lepsze mogłoby mu się bardziej spodobać. Z pomocą Laurenta udało mu się ustalić to, co mu dolega. Nie zrobiło się jednak łatwiej. Od dnia, w którym został postawiony przed faktem dokonanym, nie stał się mniej rozdarty. Nie opuszczało go to zagubienie. Co się ze mną stało? Ile to będzie jeszcze trwało? Czy czas zdoła to uleczyć? Przetrwanie tego całego pierdolnika, którego teraz doświadczał, nie ułatwiało przyłapywanie się na myśli, że naprawdę lubi Laurenta za te wszystkie miłe rzeczy, które dotąd zrobił względem niego. Jeszcze nie był w stanie określić tego, czy niespodziewany efekt niedopełnienia tego głupiego rytuału względem kogoś, kto jest w zasięgu ręki czy kryło się za czymś tym więcej. Czy faktycznie można kogoś lubić, kogo znało się wyłącznie powierzchownie? Niezależnie od płci, dotychczas nie szukał związków i niełatwo będzie odnaleźć mu się w nowej rzeczywistości. Potrzebował to zrozumieć. Wyzwolenie się spod klątwy Beltane mogłoby ułatwić ten proces - dowiedziałby się, czy to się utrzymuje czy odeszło w niebyt. Póki co wybierał ostrożność, podchodzenie do tego z rezerwą albo nawet autosabotaż własnego szczęścia. Żeby nie zapeszyć. — Nie smakowałaby mi taka kawa. Jak miło z Twojej strony. — Postanawiając się rozgościć w tym salonie, zajął jeden z foteli. Wypije kawę i będzie się zbierać. Świat byłby o wiele prostszym miejscem, gdyby wszyscy byli tak bezpośredni jak on. Nie mieliby najmniejszych oporów przed mówieniem ludziom, że powinni sobie iść. Szczerość była lepsza od wymuszonej uprzejmości i niezręczności w oczekiwaniu na zakończenie spotkania. — Nie listonosza. Sowę pocztową. — Sprostował w tym samym żartobliwym tonie, zanim on wygasł sam z siebie. Czuł na sobie spojrzenie Laurenta, dokonujące tak wnikliwej analizy. Nie przeszkodziło mu w zatopieniu się w przeszłość, w pogrążeniu się w swoich myślach kiedy tak siedział w fotelu z luźno ułożoną dłonią na twarzy, dotykającą knykciami ust. Pytanie Laurenta sprowadziło go w dużej mierze na ziemię. Zadane mu pytanie było bezpośrednie, pełne powagi, ale też wyjątkowo podchwytliwe. Ostatni moment szczerości nie przypadł mu do gustu. Nie podobały mu się też jego następstwa. Szczera odpowiedź na to pytanie mogła zburzyć kolejny filar na którym opierał swoje dotychczasowe życie. — Jak tak myślę to od kawy wolałbym coś mocniejszego. Nie o to pytasz, prawda? — Przyznał po tym jak został wyrwany z zamyślenia. Wyczuwał jednak drugie dno przez to zadane wprost pytanie i towarzyszącą mu powagę. W rzeczywistości potrzebował rozmowy, jednak miał tę świadomość że tamta rozmowa co prawda mu pomogła, ale jednocześnie tak wiele popsuła. Dlatego na kolejną nie zamierzał pozwolić, ale może nie być tak łatwo od tego uciec. RE: [30 Maj 1972] Przyszedłem po moją sowę - Laurent Prewett - 29.08.2023 Dzielił bardzo wiele prywatności z różnymi osobami. To, co było między nimi, zostawało między nimi. Daleko mu było do świętości, sam potrafił paskudnie plotkować, potrafił być krytyczny, niemiły. Jednak ludzie tacy jak Philip mieli gwarancję, że nawet drobna wspominka o tym, o czym rozmawiali czy chwilach, jakie spędzali ze sobą nie przesmyknie się przez jego usta. I chyba nawet każdy automatycznie w to wierzył. Nie pytali, nie upewniali się, nie tłumaczyli pięćdziesiąt razy: nikomu nie mów. Podpisywał cyrografy o zmowie milczenia jak Diabeł, który rozsiadł się na swoim tronie ze słodkiej lukrecji. Z tym złotowłosym bożkiem uwielbianym przez tłumy przecież znał się od lat. Ile to już? Z 6? Ludzie formowali silne więzi przyjaźni, zakochiwali się, wychodzili za mąż i nawet mieli czas na wzięcie rozwodu przez tyle lat. Tymczasem oto byli oni - w drgnięciu perspektywy czegoś nowego, która nie przysparzała pozytywnym nastawieniem Philipa i sprawiała, że Laurent zaczynał się bać nieznanego. Może teraz jemu Philip powinien powtórzyć mądre słowa? Nie trzeba, sam mógł je sobie wypowiedzieć. Łatwo pouczać kogoś, samemu zmian się bojąc i wcale ich w swoim życiu nie chcąc. Różnica między nimi była taka, że Laurent nie uważał, żeby tęsknił za stabilnością i nie wyobrażał sobie nagle zmiany formy swojego życia i stałej partnerki u boku. Oczywiście, że partnerki. Przecież nie mogło być mowy o partnerze. Ten świat nawet nie tolerował, kiedy dzieci nie zgadzały się z rodzicami, gardził brudną krwią, chciał mordować mugoli, a on miałby mieć jakąkolwiek wizję realną tego, że zaakceptowałby taki grzeszny, brudny i niemoralny związek? Nie. Dlatego Laurent nie chciał żadnych zmian. Dlatego ich nie potrzebował. Przesunął palcami po ciemnym blacie i przeszedł do kuchni, odrywając wzrok od Philipa. Wyciągnął różdżkę i wprawił naczynia w ruch, żeby naprawdę zaparzyć mu herbatę. Sobie przy okazji też. Uniósł się więc dzbanuszek, uzupełnił wodą, nastawił na kuchenkę, na której zapłonął płomień. Szafka została otworzona, wysunęły się z niej dwie filiżanki ze spodkami - piękna porcelana, niebieska, przytargana z Tajlandii, bo Laurent tak się zakochał w tym kraju, że wstawał skoro świt i do ostatniego promienia słońca nie miał dość, żeby poznawać jego kolejne zakamarki. Szczególnie, że to była przecież wycieczka na parę dni. Nie była to jedna z tych porcelan, w którym podawał kawę każdemu gościowi. Po Migotku śladu nie było - ale to też nie było nic nadnaturalnie dziwnego. Laurent często go prosił, żeby pomógł w pracach czy to na ogrodzie, czy w stajniach albo jej okolicach. Czasem potrzebował pomocy przy magicznych stworzeniach w samym lesie. Praca tutaj bez Migotka byłaby jak praca bez jednej ręki. Chyba tak samo bez Alexandra - jedynej osoby, której rzeczywiście mógł powierzyć New Forest bez panicznego myślenia, że zaraz coś się wyrwie spod kontroli, jak tylko odwróci wzrok. - Jedno drugiego nie wyklucza. - Mówił o kawie, czy może o tym, że nie o to mu chodzi? Wzrok Laurenta był chwilowo skupiony na tym, co robił, ale rzeczywiście, przestał się uśmiechać. Nie dlatego, że uśmiechać się nie mógł, nie chciał udawać. Przynajmniej nie w tej chwili. - Mogę ci zrobić kawę po irlandzku. - O, teraz się lekko uśmiechnął na moment, spoglądając przez ramię na Philipa. W końcu była to jedna z najbardziej popularny kaw, w dodatku pyszna. Laurent sam nigdy nie pijał alkoholu z bardzo prostego powodu - selkie miały na alkohol odporność poniżej zera. Parę łyków i już potrafiły im mięknąć kolana, tutaj blondyna też nijak nadnaturalna krew w żyłach nie oszczędziła. Czasami była to jego tragedia, bo uwielbiał smak wina i mimo, że nie lubił słodkości, to potrafiły go zachwycać likiery. Trudno. Nie zawsze można mieć to, co się chce. - W ostateczności popicie małej czarnej szklanką rumu brzmi tylko odrobinę ekstremalnie. - Kiedy już wszystko zostało przygotowane i woda się gotowała, to Laurent się tylko zatrzymał, patrząc na Philipa pytająco. - Rzeczywiście masz ochotę na coś mocniejszego? - Niż kawa. Czyli procenty. Bowiem to, że Laurent nie pił, nie znaczyło, że alkoholu nie miał. Bo czasami sobie pozwolił na przyjemność zamoczenia ust w trunku, taką kawę irlandzką, ale głównie alkohole te służyły do częstowania gości. Kiedy odpowiedź uzyskał wrócił na poprzednie miejsce, opierając się znów o blat naprzeciw Philipa. - Moje pytanie nie zawiera w sobie żadnego ukrytego podprogowego przekazu. - Zapewnił Philipa. O zgrozo, nakazywanie mężczyźnie domyślania się... nie. Po prostu nie. - Powiedziałbym jednak, że kawa jest dla ciebie jedynie wymówką, nie oczekiwaniem. - Laurent się uśmiechnął w ten łagodny sposób, który sprawiał, że wydawało się, jakby Laurent rozumiał wszystkie grzechy tego świata i nie było takiego, który by go zszokował i którego by nie wybaczył. Tak, zadanie tego pytania może i sprawiało, że wszystko było dalej tak samo lekkie i zabawne, ale pozwoliło Laurentowi zachować równowagę. Przynajmniej na chwilę. To pytanie by go zabiło, gdyby go nie zadał. |