Secrets of London
[12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście (/showthread.php?tid=1879)



[12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście - Atreus Bulstrode - 13.09.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic

Lelek wróżebnik


W pobliżu Little Hangleton napotykasz o zmierzchu ciemnowłosą kobietę w łachmanach, niosącą w klatce lelka wróżebnika. Ptak krzyczy rozpaczliwie na twój widok, a kobieta przepowiada ci rychłe nieszczęście.
Ledwo oddalisz się od miejsca waszego spotkania – dochodzi do nieprzyjemnego wypadku, z którego ledwo wychodzisz cało albo nawet zostajesz w jego toku lekko ranny. Przypadek, czy lelek wróżebnik faktycznie wywróżył ci nieszczęście…?

Minęło już parę dni, odkąd wrócił do ich kamienicy na Horyzontalnej. Idealnie, żeby przywyknąć do znajomego rytmu, odrobinę odpocząć we własnym łóżku i z pewną dozą niecierpliwości pozwolić kontrolować siostrze stan swojego zdrowia, kiedy jej się o zamarzyło. Czuł się dobrze i powtarzał to z uporem maniaka, jakby słowa zamienione w mantrę miały faktycznie zadziałać z jakąś mocą sprawczą. Odgonić resztki zmęczenia i pozbyć się obolałych kości. I niespokojnych myśli.
Matka po powrocie z Kowenu dała mu spokój, wyraźnie biorąc to za dobry omen, a także wierząc w pełni słowom swojej córki, która przecież jej zdaniem na pewno trzymała rękę na pulsie. Szkoda, że nie można było tego samego powiedzieć o innej części rodziny, która również zamartwiała się o swojego bohatera, o którym przecież krążyły takie strasznie opowieści. Bo jakby nie patrzeć, wizyta w limbo i ledwo udany powrót z niego właśnie tak brzmiała.
Postanowił więc złożyć wizytę cioteczce Lavinii, która mieszkała w Little Hangleton. Niewątpliwie jedna z bardziej przyjemnych kobiet w ich rodzinie, uraczyła bratanków obiadem, wytarmoszeniem w celu sprawdzenia samopoczucia i bardzo dużą ilością słów na temat tego, że powinni na siebie uważać i ten świat schodził na psy.
Nie musiała mu tego powtarzać. Ale rzeczy radosnych koniec prędki, więc wraz z wieczorem opuścili jej dom, udając się wzdłuż ulicy.
- Muszę przyznać, jej pieczeń zawsze mnie urzeka - powiedział do siostry, wyraźnie zadowolony obiadem, którym zostali poczęstowali. Co jak co, ale lubił dobrze zjeść. To zawsze polepszało mu humor. Niezrażony też szedł dalej w kierunku punktu sieci Fiuu, niekoniecznie zwracając uwagę na to, co działo się dookoła. Do czasu.
- Strzeż się - usłyszał chrapnięcie obok siebie, wzdrygając się i automatycznie sięgając po różdżkę i stając tak, by znajdować się między Florence, a... kobietą? Zmarszczył brwi, wyraźnie skonsternowany. A potem zwrócił uwagę na klatkę, w której rozkrzyczał się zamknięty w niej ptak. - Strzeż się, bo nadchodzi nieszczęście - zasyczała jeszcze nieznajoma, a jej głos splótł się nieprzyjemnie z rozdzierającymi nawoływaniami ptaka.
Prawdę powiedziawszy, był zbyt zaskoczony, żeby zrobić, czy wydusić z siebie cokolwiek. Krzyki ptaka były wręcz nieznośne, a uniesiona różdżka pozostawała w pogotowiu, jednak spojrzenie błądziło po twarzy kobiety oczekując, że znajdzie tam najmniejsze chociaż objawy szaleństwa. Ta jednak wydawała się zwyczajnie normalna.
- Z czym do... ludzi - odsunął się nieco, napierając na Florence by przesunęła się w kierunku w którym szli. - Idzie pani, nie potrzebujemy niczego. - próbowała wyłudzić pieniądze? A może zwrócić na siebie uwagę? - I niech pani uciszy to ptaszysko, bo zakłóca spokój ulicy - pouczył ją jeszcze, już nieco pewniej. Kobieta wydawała się nie chcieć nic więcej, zwyczajnie odwracając się jakby nigdy nic i kontynuując swoją wędrówkę. Na szczęście w zupełnie innym kierunku niż oni.
- Widziałaś ty to? - zapytał siostry, jakby kompletnie nie umiała używać oczu. Schował różdżkę i sięgnął do kieszeni, klepiąc się po nich i szukając papierosów i zapalniczki. Zdecydowanie potrzebował teraz inhalacji na uspokojenie.


RE: [12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście - Florence Bulstrode - 13.09.2023

Florence ostatnie dni poświęcała głównie na dwie rzeczy. Dyżury w Mungu – jeszcze częstsze niż zwykle, bo po Beltane mieli więcej pacjentów niż zazwyczaj – oraz poszukiwanie informacji na temat stanu Zimnych. Doszła jedynie do tego, że fakt, że w przypadku Atreusa potrzeba było rytuału, a w przypadku innych niekoniecznie, i że on omal nie wszedł w ten ogień, miał zapewne coś wspólnego z tym, że tamci w Limbo zostali wystawieni na jakiś… dodatkowy efekt. Coś, co pozwoliło im uzupełnić brakującą energię.
I bardzo ją frustrowało, że w żadnej z grubych ksiąg w Alei Horyzontalnej, nie znalazła odpowiedzi na żadne ze swoich pytań.
Mimo bycia zajętą, przyjęła jednak zaproszenie do ciotki. Florence mogła zdawać się zdystansowana, ale dbała o swoją rodzinę, a chociaż Lavinia była nieco zbyt marudząca i nadmiernie troskliwa, nawet wedle standardów panny Bulstrode, to… była też chyba trochę samotna. Spędzenie wieczoru w jej domu nie było wielkim poświęceniem. Florence ze spokojem znosiła więc wszystkie wypowiedzi, popijała herbatę, pozwalała się obejmować, opowiadała o szpitalu i co najwyżej raz albo dwa pozwoliła sobie na nieco uszczypliwą uwagę, w tym wtedy, kiedy ciotka poruszyła dyżurny temat większości starszych członków rodziny. Czyli kiedy – wreszcie – znajdziesz – sobie – kawalera – Florence. Chyba ta uszczypliwość zadziałała, bo ciocia się speszyła i szybko zmieniła temat.
– Na całe szczęście, dostałeś dwie porcje – stwierdziła z odrobiną rozbawienia. Ona sama raczej unikała mięsa, a ciotka uparcie jej takie podtykała, powtarzając, że Florence jest za chuda. A nie była: nigdy się nie głodziła, po prostu jadła coś innego. Chciała nawet dodać coś jeszcze, ale wtedy rozległ się skrzek.
Odruchowo też zacisnęła palce na różdżce, ale nawet jej nie uniosła. I nie, nie próbowała wyjść do przodu, pozwoliła, by Atreus wyszedł na tę pierwszą linię. Nie była nigdy wojowniczką, a jej bracia owszem, i nawet jeżeli wolałaby, aby się nie narażali, w sytuacji zagrożenia zapewne pozwoliłaby im walczyć, sama gotowa potem ich poskładać.
Zaraz jednak uniosła lekko brwi, początkowo zaskoczona widokiem zarówno kobiety, jak i lelka, którego trzymała w klatce. Chwilę później, kiedy ta wygłosiła złowrogą przepowiednię, do serca Florence wkradł się jednak niepokój. Tak, ta kobieta wyglądała jak szalona, ale Szeptucha też zdawała się szalona. A jej przepowiednia, wypowiedziana podczas Ostary, nawet teraz dźwięczała Bulstrode w uszach. To, co powiedział o niej Patrick, także nie dawało jej spokoju. Z rozkojarzenia wyrwał ją dopiero głos brata. Skierowała na niego uważne spojrzenie jasnych oczu.
– Ależ skąd, Atreusie, doznałam nagłego i przedziwnego ataku ślepoty – powiedziała łagodnie. Ale niepokój wciąż tlił się gdzieś na dnie jej duszy i…
Florence zamrugała.
Próbując spojrzeć w przód.
Tak na wszelki wypadek.

[roll=Z]


RE: [12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście - Atreus Bulstrode - 13.09.2023

Posłał jej nieco zniecierpliwione spojrzenie, zanim poklepał się po ostatniej kieszeni, w której wreszcie znalazł poszukiwane papierosy. Wyciągnął paczkę i puknął w nią, łapiąc w palce papierosa i zaraz odpalając. Zaciągnął się głęboko i obejrzał jeszcze przez ramię za odchodzącą kobietą, uważnie przyglądając się nie jej, a temu co otaczało jej sylwetkę.
Atreus zmarszczył brwi, przez moment stojąc tak, jednak zamiast zobaczyć błysk kolorów składających się na okalającą ją aurę, obraz nagle rozmył się, tracąc ostrość. Mężczyzna zmemłał jakieś przekleństwo pod nosem, stłumione jeszcze bardziej przez trzymanego między zębami papierosa i pochylił głowę, zaciskając mocno powieki. Nienawidził tego uczucia z całego serca, nawet jeśli nie było aż tak nieznośne jak to, którego dostarczały mu zabawy Brenny po godzinach.
Spojrzał na siostrę, albo raczej spróbował, zwyczajnie odwracając się w jej stronę. Wiedziała jak to jest, doskonale o tym wiedział, nie zmieniało to jednak faktu, że absolutnie nie przepadał za momentami kiedy wydawało się, że nie panował nad swoimi umiejętnościami. Ale czy to w ogóle była jego wina?
- Przeklęta, czy co? - sapnął zirytowany, podnosząc dłonie i palcami przecierając zaciekle oczy, jakby to one były winne, a on liczył na to, że cokolwiek to miało pomóc. Cóż - nie pomogło, bo kiedy otworzył powieki i zamrugał nimi, świat wciąż wyglądał jak bezkształtna masa pełna kolorowych plam. - Daj mi chwilę, bo jak tylko zrobię krok to rozkwaszę sobie twarz o najbliższą latarnię - spojrzał na nią ponownie, a przynajmniej na miejsce, gdzie plamy kolorów sugerowały, że się znajdowała.
Nie słyszał już rozwrzeszczanego ptaszyska, całe szczęście z resztą, ale nie znaczyło to, że ulica na której się znajdowali utonęła w ciszy. Miasteczko mogło być ponure, a nawet odrobinę szalone, ale jego mieszkańcy wciąż żyli swoim własnym życiem. Zatrzymali się przy prześwicie między budynkami. Skrytej, ale nawet szerokiej alejce, gdzie podrostki bawiły się czymkolwiek w niej znalazły i w sposób raczej wątpliwy. Dzieciaki krzyczały co jakiś czas rozbawione, biegając z miejsca w miejsce i Atreus pewnie w ogóle nie zwróciłby na nie uwagi, gdyby ich rozrywki nie dotknęły go bezpośrednio. Bardzo bezpośrednio.
Dzieci rzucały się cegłówkami; niektórymi pokruszonymi, niektórymi całymi - co komu udało się złapać w ręce i miotnąć. Byle dalej, byle wyżej. Ktokolwiek się zamachnął, zrobił to całkiem efektownie, bo pocisk wyleciał z alejki i uderzył oślepionego chwilowo aurora prosto w potylicę.
Bulstrode zachwiał się, a spomiędzy jego ust wydobył się cichy, boleściwy jęk, zanim sięgnął dłonią do głowy i poczuł, że zaczyna się chwiać i tracić równowagę. Rozmazane kolory zlały się nagle w jedną, ciemną masę. Teraz nie widział już nic, tylko ciemność.

[roll=N]


RE: [12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście - Florence Bulstrode - 13.09.2023

Przeklęta, czy co?
Te słowa rozbrzmiały w głowie Florence nim Atreus jeszcze je wypowiedział.
- Nie próbuj au… - zaczęła, zwracając na brata spojrzenie, ale ledwo jej wzrok na niego padł, zrozumiała już, że jest za późno, zresztą od razu wypowiedział to samo zdanie, które przewidziała Bulstrode. Przemieściła się nieco, chcąc spojrzeć mu w twarz, w zamglone oczy i ocenić, jak poważna jest sytuacja. Nie pchała się od razu z różdżką i dłońmi, świadoma, że Atreus niezbyt lubił oddawać się w ręce uzdrowicieli, nawet (a może zwłaszcza) swojej własnej siostry.
– Poczekajmy – zgodziła się bez oporów, a głos jej złagodniał. Oczywiście, że wiedziała, jak to jest, było to uczucie dobrze znane każdemu z rodzeństwa Bulstrode. Jednym z najbardziej zawstydzających wspomnień jej młodości był ten dzień, kiedy obraz zamazał się przed oczami w nieodpowiednim momencie i próbowała wyjść przez zamknięte drzwi. Wiedziała też, że niemiłe sensacje powinny ustąpić w ciągu kilku minut. – Jeżeli się nie poprawi, powiedz, spróbujemy z czarami – dodała jeszcze, przystając przy pobliskim płocie.
Nawoływania dzieci ściągnęły jej uwagę. Na widok tego, co wyprawiały, aż się zatrząsła wewnętrznie. Florence nie tolerowała takich zabaw i nie interesowało ją, czy to dzieci mugolskie czy czarodziejskie: ktoś dorosły i odpowiedzialny musiał położyć kres tej zabawie. Postąpiła dwa kroki w ich stronę, gotowa dosadnie i stanowczo wyjaśnić im, że powinny znaleźć sobie inne rozrywki, kiedy… jedna z cegieł pofrunęła prosto w głowę jej brata.
– Atreus! – krzyknęła, a Florence krzyczała bardzo, bardzo rzadko. Rzuciła się ku bratu z szybkością, z jaką chyba ostatni raz biegała przed dwoma laty po mugolskim Londynie, pewna, że jeśli się nie pośpieszy, może znaleźć trupa Patricka Stewarda. Wyciągnęła ręce, by podtrzymać brata i pomóc mu usiąść wprost na chodniku – był od niej dobre dwanaście centymetrów wyższy, a one nie ćwiczyła wiele, więc nie mogłaby po prostu bez problemów utrzymać go w pozycji stojącej. – Nie ruszaj się – wyszeptała, sięgając po różdżkę. Nie dbała w tej chwili o to, że ktoś coś może zobaczyć, ale po prawdzie… nie było i na to szans. Dzieci, przerażone tym, co zrobiły, rozpierzchły się, znikły jak sen złoty, byleby uniknąć kary. Florence wyszeptała inkantację Vulnera Sanentur, raz, drugi, trzeci, poruszając różdżką przed twarzą brata. Ostrożnie przesunęła jeszcze palcami po czaszce, upewniając się, że nie powstały żadne poważniejsze uszkodzenia, wymagające silniejszych czarów. Rana zaczęła się goić… A Florence sięgnęła czym prędzej do swojej torby, błogosławiąc fakt, ze zawsze, absolutnie zawsze, miała przy sobie jakiś leczniczy eliksir. Magia po prostu nie zapewniłaby trwałego efektu. – Niech tylko porozmawiam z ich rodzicami – wyszeptała, spoglądając znów na brata, już z fiolką w ręku. Co gdyby tu był sam? Oto auror, łowca czarnoksiężników… mógłby zginąć zabity… cegłą, rzuconą przez siedmiolatka![/b]


RE: [12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście - Atreus Bulstrode - 14.09.2023

Czasem zapominał, ze jego siostra mogła widzieć przyszłość i ostrzegać przed pewnymi wypadkami. Nawet w sumie jej też nie usłyszał, zbyt zajęty gniewnym oglądaniem się za kobietą i próbą przeczytania jej. I jak bardzo często się zdarzało, ugryzło go to w odwecie. Na szczęście, tym razem nie było żadnych podstępnie zamkniętych drzwi, albo krętych schodów. Była tylko cierpliwość, za którą był jej wdzięczny, ale nie pokazywał tego po sobie. Pokiwał też tylko głową na jej kolejne słowa. Wątpił, żeby musiało do tego dojść, bo jeśli wszystko działało jak zwykle, był wyłączony z obiegu zaledwie przez moment. W tym jednak przypadku nie zamierzałby się nadmiernie bronić, bo też nie chciał stać jak kołek na środku ponurej uliczki.
Szkoda, że nie postanowiła użyć jasnowidzenia nieco później. Może przewidziałaby, jak cegłówka leci prosto w Atreusa. A może szkoda, że on sam nie powstrzymał się przed nieudolną próbą odczytania aury szalonej kobiety. Może wtedy nie stałby jak kołek, tylko zwyczajnie odskoczyłby zgrabnie i rozgonił dzieciaki. Wiele rzeczy mogło pójść inaczej, ale najważniejsze było to, że był teraz tak łatwym celem.
Oszołomiony usłyszał głos siostry, wpadając w jej objęcia. Nie przeleciał przez jej ręce niczym worek kartofli, ale zwyczajnie stracił stabilność, którą chociaż częściowo pomogła mu odzyskać. Przynajmniej na tyle, by w kontrolowany sposób usadził się na krawężniku, kiedy z rozciętej głowy pociekła między palcami krew. Uczepił się jednej myśli, niczym tonący brzytwy, żeby tylko nie osunąć się dalej, mimo że mroczki tańczyły mu przed oczami. Czy ta krew nie powinna być ciepła? Nie zastanawiał się nad tym wcześniej, ale teraz zwyczajnie nie czuł różnicy temperatur, którą czasem dawało się wyczuć, kiedy broczyło się ze świeżej rany. Cofnął rękę, dając Florence dostęp do rany, pochylając się do przodu niczym pijany, wilgotną dłoń wycierając bez zastanowienia w spodnie. Miał wrażenie, że dzwoniło mu w uszach, a może tylko mu się wydawało, bo dzieciaki rozpierzchły się przerażone, pogrążając zaułek w nagłej, nienaturalnej ciszy.
Nie ruszał się, bo i nie mógł. Nie śmiał zwyczajnie, bo straumatyzowana głowa wciąż miała trudności ze stabilnym utrzymaniem się w głowie. W miarę jak działało zaklęcia, a rana się zasklepiała, było mu coraz lepiej, ale czuł się nieco, jakby echo tego uderzenia obijało mu się gdzieś bardzo głęboko we wnętrzu czaszki. Wreszcie jednak zmiął pod nosem przekleństwo. A potem następne i następne. Papieros wypadł mu z ust już dawno, teraz leżąc nieopodal na chodniku i dogasając w samotności.
- Mam nadzieję, że uciekły, bo jak jakieś zostało w tej alejce to je uduszę gołymi rękoma - rzucił ochrypłym głosem, ogniskując swoje spojrzenie na fiolce, którą mu machała przed twarzą. Złapał za nią jakby z rozpędu, nieco przeceniając siłę której potrzebował do uniesienia ręki i zamaszystym gestem wpakował sobie jej zawartość do ust. - Zrobiły to? Uciekły gówniarze? - upewnił się, łapiąc ją za rękę, podnosząc spojrzenie na jej twarz. Cóż.. całe szczęście, przynajmniej obraz przestał mu się rozlewać.


RE: [12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście - Florence Bulstrode - 14.09.2023

Jasnowidzenie, niestety, bywało kapryśne. I dawało zaledwie niewielki wgląd w przyszłość. Niektórzy słysząc o jasnowidzach myśleli o przepowiedniach, zmieniających świat – i może i takie osoby faktycznie istniały. Ale znacznie więcej było takich jak Florence, zdolnych do odczytania zaledwie intencji i tylko wtedy, kiedy się na tym skupili… A niestety. Chociaż zwróciła uwagę na dzieci, na ich niebezpieczną zabawę, to nawet nie pomyślała o tym, by starać się ujrzeć, co kryje się w ich przyszłości. (A krył się w tej przyszłości cios cegłą w głowę jej brata.)
Był powód, dla którego lekarz nie powinien leczyć własnych krewnych – nie w poważnych przypadkach przynajmniej. W takich chwilach bardzo ciężko było wyciszyć emocje. I teraz Florence zwyczajnie się bała, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że taki cios mógł doprowadzić do poważnych uszkodzeń albo nawet… zabić. Wiedziała, że praca jej braci jest niebezpieczna, wiedziała, co spotkało Atreusa podczas Beltane, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć, jak brat zostaje ranny na twoich oczach.
Mimo to nie pomyliła żadnej inkantacji i odetchnęła z prawdziwą ulgą, kiedy Atreus zaczął kląć. Bo skoro przeklinał, to znaczyło, że nie było aż tak źle. Wiedziała, że głowa będzie go bolała jeszcze przez dobrych parę godzin i że gdy tylko dotrą do domu, trzeba będzie podać na wszelki wypadek kolejną porcję eliksiru, ale dochodził do siebie i to było najważniejsze.
- Jestem pewna, że za uduszenie mugolskiego dziecka poszedłbyś do Azkabanu – powiedziała, pozwalając, aby wziął eliksir z jej palców i wypił jego zawartość. Mikstura miała zagwarantować, że za kilka minut Atreus znów nie zacznie krwawić. Florence sięgnęła do torby znowu, tym razem po chusteczkę, ale zanim zdążyła zetrzeć krew z jego twarzy – tak, pomyślała o tym, najstarsza z Bulstrodów po prostu nie mogła się powstrzymać – chwycił ją za dłoń.
Zdołała się nie wzdrygnąć. Gdyby to był kimś innym, być może tak by zrobiła, ale miała do czynienia ze swoim małym braciszkiem, więc pozwoliła mu ściskać tę rękę, i nawet czekała spokojnie aż puści, zamiast od razu zabrać się do usuwania krwi, plamiącej jego skórę.
– Wszystkie uciekły – dodała, łagodnym tonem, bo Florence łagodniała, kiedy jej krewnym działa się krzywda. – Chętnie porozmawiałabym z ich rodzicami, ale myślę, że powinieneś jak najszybciej wrócić do domu. Dasz radę dojść do punktu Fiuu?
Ona nie umiała się teleportować, a on… w takim stanie obawiała się, że skończyłoby się to rozszczepieniem. Inaczej posłałaby go przodem, a potem dalej poszła już w pojedynkę. Może po drodze pukając do jednego z pobliskich domów, aby uciąć sobie z rodzicami dzieci krótką pogawędkę na temat cegieł.


RE: [12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście - Atreus Bulstrode - 14.09.2023

- Jeśli nikt się nie dowie, to nikt by mnie tam nie wysłał - odpowiedział, próbując uśmiechnąć się przy tym nawet, ale wyszedł mu z tego jakiś krzywy, boleściwy grymas. Ten powiększył się tylko, kiedy już opróżnił porwaną fiolkę i czknął lekko. Nienawidził eliksirów i pod tym względem zazwyczaj był niczym dziecko, które musiało przyjąć gorzkie lekarstwo. Może to dostanie w głowę zrobiło mu nawet nie tak źle, skoro wyjątkowo siedział potulny niczym baranek.
- Skoro dla zabawy przerzucały się cegłówkami w zaułku, to pewnie nawet nie wiedzą gdzie są ich rodzice, albo ci w ogóle się nimi nie przejmują - rzucił kwaśno, prostując się nieco i rozglądając dookoła. Obraz wyostrzył się już całkowicie i wszystko nabrało znajomych kształtów. W głowie dudniło, ale przynajmniej nie czuł, jakby zaraz miał stracić równowagę i zalec na tym chodniku po wsze czasy. Sięgnął jeszcze dłonią do miejsca, gdzie oberwał, ale pod włosami nie znalazł niczego, oprócz gładkiej skóry. Jego siostra jak zwykle spisała się świetnie, doprowadzając go do porządku.
- Tak. Powinno być już lepiej - rzucił i wyciągnął do niej rękę ponownie, bezgłośnie prosząc o drobną asystę. Tego, co naprawdę nie chciał, to przy próbie wstania przewrócić się znowu na ziemię. Wsparł się na niej, a kiedy wyprostował, zachwiał się lekko, w końcu jednak łapiąc stabilny pion. - Chodźmy. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo marzę teraz o tym, żeby się położyć - zamarudził jeszcze, uśmiechając się jednak do niej lekko, chociaż jakby ten grymas nieco go bolał, a potem ruszył obok niej w kierunku punku Fiuu.


RE: [12.05.1972] Nadchodzi nieszczęście - Florence Bulstrode - 14.09.2023

- Brzmisz zupełnie jak matka – powiedziała Florence. Ciężko było stwierdzić, czy to komplement, obelga czy proste stwierdzenie faktu, bo jej ton niewiele zdradzał. Na pewno w każdym razie nie było w nim potępienia, bo obcowała z rodziną ze strony matki dostatecznie często, by do pewnych rzeczy przywyknąć. – Naprawdę? Przypomnij sobie samego siebie… – wytknęła, teraz, kiedy wyglądało na to, że Atreus doszedł do siebie – i wymagał już tylko paru godzin w łóżku oraz zmycia krwi z włosów – już uspokojona. Och, jej brat zapewne w nikogo nigdy nie rzucał kamieniami, ale była pewna, że niekoniecznie zawsze postępował tak, jak powinien grzeczny chłopiec, a przecież to nie tak, że jego rodzice się nim nie przejmowali. Zwłaszcza ojciec.
Gdy wyciągnął ku niej rękę, podstawiła mu przedramię, by mógł się na niej choć trochę podeprzeć. W takich chwilach niechętnie uświadamiała sobie, że prawdopodobnie powinna posłuchać tych rad, które zwykle dawała pacjentom – czyli zacząć się więcej ruszać. Na przykład chodzić na spaceru. Na całe szczęście najmłodszy Bulstrode był już w stanie, który pozwalał mu wstać, z zaledwie drobną asystą. Nie skomentowała nijak tego, że potrzebował pomocy, bo jeszcze wtedy byłby gotów choćby zacząć się czołgać, byle nie zdawać się na nią.
– Kilka godzin w łóżku dobrze ci zrobi – przyznała, oglądając się na jeden z domów, na którego podwórko czmychnęło chyba jedno z dzieci. Zrezygnowała jednak z pomysłu urządzenia tam domownikom jesieni średniowiecza – doprowadzenia Atreusa z powrotem do domu było znacznie ważniejsze. – Rozumiem, że to jedna z rzeczy, o których nie mówimy Orionowi?
Rodzeństwo ruszyło powoli chodnikiem, kierując się w stronę najbliższego punktu Fiuu. Florence jednak wciąż rozmyślała o tej przedziwnej kobiecie, ptaku w jej klatce i wspomnieniu Szeptuchy…

Koniec sesji