![]() |
|
[16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip (/showthread.php?tid=1887) |
[16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Philip Nott - 16.09.2023 Przebywający od tygodnia w Dolinie Godryka Philip otrzymał niespodziewany list z prośbą o swoje pilne przybycie i udzielenie mu pomocy podopiecznym zaprzyjaźnionej hodowli magicznych stworzeń po dokonanym przez Śmierciożerców ataku na budynek hodowli i cały jego personel. Powodem tego brutalnego ataku była nieczysta krew właścicieli hodowli oraz wielu pracowników tego obiektu. Nie obyło się bez ofiar - pomimo że atak udało się odeprzeć to obrońcy zostali poważnie ranni. Nie pozostawało to bez wpływu na przerażone zwierzęta, które również odniosły obrażenia. Zniszczona część budynku, stanowiącego ich schronienie, przyczyniła się do ucieczki spłoszonych magicznych stworzeń. Po tym jak rozbiegły się po okolicy będzie trzeba je odnaleźć i bezpiecznie sprowadzić. Tegoroczna zima nie rozpieszczała nikogo, choć okolica wyglądała naprawdę malowniczo i dlatego spędzał tutaj sporo czasu. Jeździł konno albo wybierał się na spacery. Philip nie posiadał odpowiedniego doświadczenia, umożliwiającego mu udzielenie pomocy rannym magicznym stworzeniem. Nie zamierzał odmówić Laurentowi swojego wsparcia, wiedząc że będzie musiał polegać na jego dokładnych instrukcjach. Posiadał jednak rękę do zwierząt i powinien sprostać próbie ich uspokojenia. Zaproponował również, że spróbuje odszukać zbiegłe zwierzęta z powietrza. Z tego właśnie względu zamiast codziennego zimowego ubrania, przywdział zimową szatę do Quidditcha. Owinął szyję ciepłym szalikiem, na głowie mając wełnianą czapkę. Na czoło nasunął sportowe gogle. Na dłonie wsunął sportowe rękawice. Stąpał po śniegu w sportowym obuwiu, opierając swoją miotłę o prawy bark. Zbliżali się do celu. RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Laurent Prewett - 17.09.2023 To, co działo się na tym świecie, było zwyczajnie straszne. Laurent miał wrażenie, że tkwi we śnie. W głębokim, bardzo poplątanym i niezdrowym śnie, z którego zaraz się obudzisz. Wystarczy przejść jego kawałek, odbębnić fabułę, a potem już tylko szczypniesz się w rękę, jeśli nie ockniesz sam. Koniec, nie potrzeba niczego więcej. Uśmiechniesz się, przeciągniesz, bo to tylko sen - możesz iść dalej. Ten koszmar został zakończony, rozwieje go światło poranka, a potem zapach kawy. Wszystko przeminie wraz z pierwszymi krokami oddalającymi cię od łóżka. W tym śnie zamiast cię oddalać to przybliżało. Ciężko było się opamiętać, mogłeś klepać się po policzkach i było oczywistym, że na ten koszmar nie pomoże żadne szczypanie. Nie pomoże nawet jego zakończenie, bo on się nigdy nie rozwieje i nie zostanie zapomniany. Fatalizm wpisał się między wersy i przyszło im sczytywać słowa tej księgi z kolcami na ustach. Jak do tego w ogóle doszło? Jakim cudem to się wydarzyło? Można przyjąć, że byli na tym świecie "po prostu źli ludzie", ale okazywało się, że zło złu było całkowicie nierówne. To, którego doświadczali, było całkowicie czarne. Ta czerń była tak głęboka, nieprzenikniona, że stanowiła pustkę. Otchłań, o której pisał Nietzsche. Nie chciał w nią spoglądać. Nie chciał, żeby odpowiadała spojrzeniem. Nie chciał, żeby w ogóle istniała na tym świecie. Lecz proszę bardzo - oto była. Nie koszmar a jawa. Całkowicie realna, nakrywająca świat swoją peleryną. Ministerstwo miało pełne ręce roboty i to nie uchowało chyba żadnego działu. Wszystkiemu nadano tempa, bo Czarny Pan ze słów przeszedł do czynów. Ponieważ nie tylko się obwieścił, ale i rozpoczął swoje działania, mające na celu... co? Zniszczenie kraju? Życia? Dopuszczenie do ruiny gospodarki? Zwykłą zabawę, której oczyszczenie ziemi z mugolaków było tylko przykrywką? Niedowierzanie było przeplatane w tych strofach, bo człowiek nie chciał się godzić na to, że nastały nowe czasy - Czasy Ciemności, jakie miały dotknąć każdą żywą istotę na tej ziemi. Zbyt dosłownie. Nie było dla Laurenta zdziwieniem, kiedy dostał pocztę z Ministerstwa proszącą o zajęcie się sprawą zniszczonej hodowli. Za to było wstrząsające. Obrzydliwe do cna przez przemoc, jaką prezentowali sobą Śmierciożercy. - Straszne... - Odetchnął, spoglądając z trwogą na obraz nędzy i rozpaczy, jaki prezentował sobą teraz ten dom. Zacisnął palce mocniej na różdżce, zatrzymując się na moment. Duma stanął obok jego nogi. Dwie kobiety z Ministerstwa z Departamentu opieki nad magicznymi stworzeniami również rozejrzały się po okolicy i w ich oczach było wręcz wypisane niedowierzanie i pytanie, któremu brakowało sił - jak można coś takiego zrobić..? Zabić ludzi, którzy robili coś dobrego, tylko dlatego, że byli mugolami..? Laurent wyrwał się z otępienia i spojrzał na Philipa. Był naprawdę wdzięczny, że ten zgodził się pomóc. Nie to, że nie miał się do kogo zwrócić, ale jego obecność była jak zbawienie. Zawsze niewzruszony, tak pewny siebie, że... chyba mógłby nawet nie mieć żadnych przydatnych atutów do tego zobowiązania, jakiego blondyn się podjął, a i tak chciałby, żeby to właśnie Nott tutaj był. Bo miał to, co dla samego Laurenta było bezcenne. Spokój. Tą wspomnianą pewność siebie, której jemu samemu za często brakowało. - Uważaj, kiedy będziesz się rozglądał po okolicy. - Poprosił go, bo chociaż nie chciał mówić na głos, że przecież nie wiadomo, czy ktoś się jeszcze tutaj nie kręcił to pozostawił to w domyśle. Wyciągnął różdżkę, zwracając się do kobiet, żeby poszły za jarczukiem i podążały za ewentualnymi poleceniami Philipa przy szukaniu stworzeń. Rzucił polecenie do Dumy, by ten szukał i węszył - z Philipem w powietrzu i nosem dumy, nawet w tym śniegu, nie sądził, żeby wiele stworzeń im umknęło. Przynajmniej tych, które gdzieś nie zniknęły i daleko nie uciekły między drzewa czy do lasu. Jarczuk ruszył do przodu, nurkując nosem w śniegu, kiedy blondyn wyciągnął rękę z różdżką i zaczął powoli przesuwać transmutacją spalone i zawalone belki, starając się je zbić w jedną, stabilniejszą całość, by możliwe było przeszukiwanie wnętrza budynku hodowli. A był on wcale nie taki mały. Prawdopodobnie kilka stworzeń zginęło. Być może niektóre nadal tam były - zakopane pod gruzami. Proces był powolny i żmudny, wymagający skupienia, żeby czasem przy tej transmutacji nie osunęło się to, co pozostało z tego miejsca, częściowo zawalonego. Para się broniła. I prawdopodobnie broniły się też magiczne stworzenia, które tutaj posiadano. Podobno mieli tutaj smoczogniki, to wystarczyło do tego pożaru. I wypatrzenie tych smoczogników z powietrza byłoby trudne, gdyby nie to, że znowu z powietrza łatwo było zobaczyć przypalone drzewa, które zgasły same, naturalnie, przez wilgoć i śnieg, jaki zalegał wokół. Być może Śmierciożercy nie dotarli tutaj tylko po to, żeby zabić czarodziei nieczystej krwi. Być może te magiczne stworzenia były im do czegoś potrzebne. RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Philip Nott - 19.09.2023 Philip jak dotąd nie należał do grona ludzi analizując jak do tego wszystkiego doszło ani co popchnęło do dokonywania podobnych czynów tych ludzi, których zdecydowanie nie był w stanie nazwać dobrymi ludźmi. Określenie ich jako po prostu złych ludzi też nie oddawało prawdy o sprawcach tego bestialskiego ataku i wielu mu podobnych. Wolał nazywać ich fanatykami. Istniała kolosalna różnica w szczyceniu się od pokoleń płynącą w żyłach czystą krwią i spoglądaniu z wyższością na osoby o innym statusie krwi, a usiłowaniem pozbawienia ich życia z tego właśnie powodu. Pozostaje dumny ze swojego pochodzenia, które teraz dawało mu swoistą ochronę, jednak nie jest w żaden sposób uprzedzony do mugoli i mugolaków. Poprzez bycie osobą szeroko rozpoznawalną starał się zachowywać swoje poglądy dla siebie i nie wygłaszać ich publicznie. Gdyby to zrobił to mógłby stać się swoistym ambasadorem równości dla mugolaków i czystokrwistych, jednak musiał myślał o daleko idących konsekwencjach dla siebie i swojej rodziny. Czysta krew wciąż rządziła światem czarodziejów, a przedstawiciele tej grupy stanowili spore grono jego fanów albo osób przychylnych jego rodzinie. Nie chciał stać się celem ataku Śmierciożerców ani narazić na to swoich bliskich. — Straszne nie oddaje pełnego obrazu sytuacji, który widzimy. — Stwierdził z typową dla siebie bezpośredniością, spoglądając przed siebie z nie mniejszą trwogą. To, czego dopuścili się Śmierciożercy, powinno nawet tak wygadanej osobie jak on odjąć mowę na parę chwil. Zapewne tak byłoby, gdyby nie fakt, że wciąż i wciąż na usta cisnęły mu się same dosadne i niecenzuralne słowa. Wyjątkowo jak na siebie musiał się zaraz za razem gryźć się w język. Jednocześnie miał wrażenie, że jak zrobi to kolejny raz to wręcz go rozsadzi. Stając wraz z Laurentem, ułożył dłoń na jego barku. Jakoś tak wychodziło, że ze wszystkich ludzi, którymi Philip się otaczał, nie potrafił odmówić Laurentowi. Zwłaszcza, że on nie oczekiwał w tym momencie nie wiadomo czego, jedynie jego obecności. Oczywiście, akurat w tym przypadku mógł zrobić dla niego coś więcej i to było coś, co chciał dla niego uczynić. — Zawsze jestem ostrożny. O nic się nie martw. Uważaj na siebie, nawet jak towarzyszy Ci ta bestia. — Zapewnił go, nieznacznie rozmijając się z prawdą. Philip nie stronił od wykonywania zapierających dech w piersi tysięcy osób działań. Teraz jednak zamierzał się od tego powstrzymać. Nie chodziło o robienie widowiska. Philip zsunął z barku miotłę i po przełożeniu jednej z nóg przez jej trzonek, naciągnął na twarz swoje gogle. Zaczynał padać śnieg, jednak one zostały zaczarowane tak aby odpychały krople deszczu czy płatki śniegu właśnie, nie utrudniając mu przy tym widoczności. Poprawił również szalik i czapkę. Uchwycił oburącz trzon miotły i odbił się mocno od ziemi, wnosząc się w powietrze. Powoli zwiększał pułap swojego lotu, jednak nie na tyle aby stracić z oczu dwie kobiety i potwornego psa. Przez pierwsze minuty lotu nie dostrzegał śladu obecności zbiegłych magicznych stworzeń, dopiero z czasem natrafiając na przypalone drzewa oraz te jeszcze nienadtrawione przez płomienie wywołane przez kontakt z ogonkami smoczogników. Wypatrywał uważnie takich właśnie rozbłysków, chcąc skierować do nich towarzyszące mu pracownice Ministerstwa Magii. Ze schwytaniem przerażonych ognistych jaszczurek powinny sobie poradzić lepiej od niego. RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Laurent Prewett - 20.09.2023 Fanatyzm - idealne określenie organizacji, jaką byli Śmierciożercy. Niby postulaty są jasne, niby je rozumiesz, ale one jakoś nie docierają do głowy. Jakoś... nie do końca się w niej mieszczą. Nie ważne, ile razy to mielił w swojej głowie, nie ważne, ile razy temat wracał, wciąż było to tak samo paraliżująco przerażające i niechętne do zaakceptowania. To jednak, czy to zaakceptujesz czy też nie wcale nie sprawy, że Czarny Pan ze swoimi zastępami po prostu... znikną. Laurent bał się wielu rzeczy, a to, że był bękartem, że jego krew nie była czysta, że płynęła w niej moc magicznej istoty, jaką była selkie, wcale nie sprawiała, że czuł się bardziej komfortowo. Dla czarodziei często to było wszystko jedno - byle w rodowodzie nie było mugolskiej krwi. Ale czy na pewno było tak wszystko jedno? Laurent przeżywał naprawdę trudne chwile za dzieciaka, wytykany palcami, bo nie był dumnym dziedzicem rodu, bo był inny. To, że chciałby głośno mówić o równości czarodziei z mugolami było wypadkową tego strachu. Nie było to godne, nie było bohaterskie, ale koniec końców był tylko człowiekiem o małej mocy sprawczej, kiedy przychodziło do bronienia się przed czarną magią. Spojrzał z lekko zmarszczonymi brwiami na na Philipa, kiedy wypowiedział magiczne słowa, że on to nigdy nie ryzykuje, och, oczywiście, jaki to on zawsze był przezorny i ostrożny... nie był. Był gotów, jak większość mężczyzn, robić absolutne głupoty, żeby tylko zyskać poklask, a najlepiej jeszcze ekscytację panien wokół. Nie skomentował tego jednak, bo i jego spojrzenie nie było przygananą. Jego spojrzenie wyrażało zmartwienie. Przeszło go przyjemne ciepło, jakie dodawało sił, od tego prostego dotyku, jakim go obdarzył, więc i krótki uśmiech ozdobił jego twarz. Pracownice Ministerstwa zamachały z dołu do Philipa dając mu tym samym znać, że rozumieją, co im przekazuje i wskazały też z dołu ręką kierunek, że będą tam szły. Bo kiedy wejdą w drzewa to przy tym śniegu mogą nie być tak widoczne. Duma, wielkie bydle pieszczotliwie określane przez niektórych jako pies, stanął w śniegu z nastawionymi do przodu uszami, wpatrując się w las i szczeknął głośno. Na tyle, że chociaż Laurent w większości ich ignorował to obejrzał się na moment. Ciemny las, którego mrok był pogłębiony przez zachmurzone niebo i sypiący z góry puch. Niczego tam nie widział, ale nie był głupi, żeby ignorować ostrzeżenie swojego towarzysza. Gwizdnął na niego - żeby nie zagłębiał się dalej. Ewidentnie kobiety sobie z Philipem radziły, a chociaż Laurent wcale nie chciał im odmawiać ochrony to nie wiedział, czy z kontrolą nad jarczukiem by sobie poradziły. Nie chciał, żeby Duma wpadł na jakiegoś błądzącego czarodzieja, który nieopatrznie wyciągnie różdżkę czy na magiczne stworzenie, które będzie zwyczajnie przestraszone i... cóż, jarczuki miały swój instynkt, bardzo silny zresztą. Należało uważać, co się z nimi robiło. Tym nie mniej troszkę z niepokojem zerkał przez ramie, aż przestał podtrzymywać czar, a raczej - czar podtrzymywał, ale zamroził go na moment, żeby czasem nie popełnić błędu przez rozproszenie. Duma przyszedł do niego i zaczął węszyć tam, gdzie Laurent odblokował drogę. Dokończył czar i ruszył zaraz za psem. Wnętrze było częściowo spalone, a w większej części wygasło naturalnie przez mróz i śnieg - dokładnie tak jak wyglądało to z zewnątrz. Laurent pochylił się pod zawaloną belką, żeby przejść do tej zdatnej części tej powiększonej trochę magicznie hali. Były tu klatki, niektóre zwierzęta martwe leżały na ziemi, wcześniej przywalone, czy spopielone częściowo. Laurent przysunął ręka do nosa i ust, czując jak zbiera mu się na wymioty przez chwilę, kiedy ten widok dotarł do jego oczu. Gniazda smoczogników i ślady po płomieniach. Wyglądało to wszystko jak samo pisząca się historia. Śmierciożercy zaatakowali, smoczogniki tutaj hodowane spanikowały, albo chciały nawet bronić właścicieli. Z tego, co wiedział, to ta hodowla nie była legalna. I te stworzenia nie były tutaj legalnie przetrzymywane. Przynajmniej tak został poinformowany w liście od Ministerstwa. Część z nich zamierzał zabrać przynajmniej na razie do New Forest, zanim znajdą nowy dom. A niektóre może już tam zostaną. Cichy pisk pomieszany ze śpiewem rozległ się w zawalonej części budynku. Laurent przechodził po kolei po tym miejscu, zamknął sprawdzał niektóre stworzenia czy ich stan był stabilny, narzucił nawet jakąś ścierkę na klatkę jednego z ptaków, żeby ciemność je trochę uspokoiła przed ruchem. Poruszył znów różdżką, żeby przemodelować część spalonych mebli i to, co zobaczył, kompletnie go zaskoczyło. Feniks, malutki, niedorosły, siedział w pogniecionej klatce, piszcząc i płacząc. Pisklę. Laurentowi aż gula w gardle stanęła, kiedy podbiegł do stworzenia, żeby naprostować klatkę, która wyglądała tak, jakby zaraz miała go zmiażdżyć. - Ciii... spokojnie kolego... zabiorę cię stąd... - Może Śmierciożercy wcale niekoniecznie chcieli przyjść konkretnie po mugoli? Może szukali feniksa? A może obecność tego mistycznego ptaka była całkowicie przypadkowa? Tymczasem dwie kobiety weszły w las, stąpając ostrożnie i badając otoczenie, gdy Philip latał na górze, poszukując reszty stworzeń, które mogły się rozbiec po okolicy. I może nawet zauważył sylwetkę w czarnych szatach, a może umknęła jego uwadze między drzewami. Ale była tam - i on widział Philipa dokładnie. Zielony promień światła pomknął w niebo, wycelowany prosto w niego. Tak cicho. Tak spokojnie. Przebłysk migający między czystymi, białymi płatkami. Zupełnie, jakby całemu światu było to obojętnie, co stanie się tego dnia z Philipem Nottem. RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Philip Nott - 21.09.2023 Jeśli Ministerstwo Magii nie podejmie zdecydowanych działań po to aby nie zapanować nad wymykająca się spod kontroli sytuacją. Przychodziło im żyć w burzliwych czasach, w których umiejętności samoobrony będą niezbędne. Philip przynależał do klubu pojedynków "Srebrne Różdżki", jednak toczone w ramach tego stowarzyszenia pojedynki były bardziej na pokaz i nie miały nic wspólnego z walką o własne życie, w której nie obowiązywały żadne reguły. Nie zmieniało to faktu, że z tych pokazowych potyczek można było coś wynieść, jak chociażby zwiększony refleks. A ten mógł się już przydać poza areną. Tak jak oni jeszcze mogli spróbować się bronić z użyciem magii, tak mugole i charłaki mieli bardzo ograniczone możliwości w samoobrony przed wrogo nastawionymi czarodziejami. Nie zamierzał martwić Laurenta, przynajmniej nie celowo. Postara się być ostrożny, tak jak tylko to możliwe. Sprawcy tego bestialskiego aktu mogli jeszcze być w pobliżu. To właśnie było jego zamiarem, aby okazać tego rodzaju wsparcie swojemu towarzyszowi. Odpowiedzenie na wezwanie o pomoc po ataku również wymagało odwagi. Większość ludzi pozostawiłaby rozwiązanie tego Ministerstwu, nawet jak nie byli obojętni na ludzkie nieszczęście i los magicznych stworzeń. Po prostu Ministerstwo miało swoich specjalistów od wszystkiego. W tym od nielegalnych hodowli, z którą mieli do czynienia. On również postąpiłby w ten sposób, gdyby nie to, że Laurent zwrócił się do niego z prośbą o pomoc. Przyswoił sobie skierowany do niego sygnał i nie miał do tego zastrzeżeń. Te czarownice musiały przekroczyć linię tego lasu i wyłapać magiczne stworzenia. Doskonale wiedział, że straci je wówczas z oczu. Jeśli zostaną zaatakowane w leśnej gęstwinie to będą zdane wyłącznie na siebie i swoje umiejętności. On jedynie mógł wypatrywać zagrożenia z powietrza i jednocześnie mieć nadzieję, że do tego nie dojdzie. W czarnym scenariuszu zdarzeń poplecznicy tego czarnoksiężnika mogliby wciąż obserwować to miejsce i przymierzali się do ataku na nich. Oczywiście, wolał aby do tego nie doszło. Jak to w życiu bywa, wszelkie nadzieje okazują się płonne. Pośród drzew trudno było dostrzec postać odzianą w czarną szatę, jednak dostrzegł charakterystyczny rozbłysk zaklęcia i mknący ku niemu zielony promień. Chcąc go uniknąć, gwałtownie skierował swoją miotłę w prawą stronę, zwieńczając ten manewr zwrotem w stronę lasu. Zawisł na moment w powietrzu, na moment dobywając różdżkę. Wypatrywał napastnika, który znów mógł chcieć go zaatakować. Tacy fanatycy łatwo się nie zniechęcają. Philip się nie pomylił się w tej kwestii, gdyż zamaskowany i odziany w czarne szaty czarodziej wydostał się z lasu po to aby dosiąść swojej miotły. Z zawrotną szybkością ruszył ku niemu, trzymając różdżkę w wyciągniętej dłoni. Powtórzył próbę trafienia Philipa, który znów zdołał wykonać spektakularny unik. Przypominało to unikanie tłuczka i nie było to nic z czym sobie by nie poradził. Nie mógł jednak uciekać i dlatego zamierzał wznieść się znacznie wyżej, ponad ten las i przyśpieszył pochylając się do przodu z zamiarem oblecenia tego lasu tak by to on znalazł się na ogonie ścigającego go czarodzieja. Padający coraz intensywniej śnieg mógł okazać się w tym celu przydatny, ale też mógł zaszkodzić i jemu. Ograniczał coraz bardziej widoczność podczas lotu, nawet pomimo noszonych przez niego zaczarowanych gogli tak aby odbijały w tym przypadku płatki śniegu. To czyniło go łatwym celem dla zamaskowanego czarodzieja, który może nie zdołał go trafić, ale jedno z jego zaklęć w końcu sięgnęło witek jego miotły i było to na tyle gwałtowne uderzenie, w połączeniu z gwałtownym podmuchem wiatru, że ześlizgnął się ze swojej miotły i zawisł w powietrzu, trzymając się jedynie trzonka miotły jedną dłonią. Postanowił dosięgnąć go drugą, aby się podciągnąć i znów jej dosiąść. Nie da się przecież zabić. To, co działo się w powietrzu, zostawało w powietrzu. RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Laurent Prewett - 22.09.2023 Nieświadom wszystkiego, co działo się na niebie, Laurent rozejrzał się prędko za jakąś chustką, czy czymkolwiek, co mógłby zarzucić na klatkę feniksa, a co jeszcze tutaj zostało, ale potem stwierdził, że to kiepski pomysł. Nie wiedział, czy to jest młody feniks, czy feniks, który odrodził się w płomieniach, ponieważ naprawdę coś mu się stało. Tak samo jak nie był teraz pewny, czy w ogóle bezpiecznie było dotykać samej klatki. Co, jeśli został na nią rzucony jakiś urok? W końcu to był niezwykle cenny ptak, bardzo cenne stworzenie, które niestety możliwe było do wykorzystania na wiele sposobów. I można było mu wyrządzić okropną przy tym krzywdę. Przez kilka chwil gorączkowo się nad tym zastanawiał i w końcu ostrożnie dotknął klatki różdżką, sprawdzając ją magią rozpraszania. Magią, co do której może i nie był zupełnym tłukiem, za przeproszeniem, ale na pewno nie uważał się za jej specjalistę. Tak jak chyba każdej magii. Nieszczególnie ułatwiało mu to życie w Hogwarcie. Przez moment spod różdżki strzeliły iskry, ale nie takie, które mogłyby znów podkręcić atmosferę tego miejsca. Jak na fakt, że była zima, było tu i tak ciepło. W ubraniu zimowym Laurenta, w ciepłym płaszczu, jaki miał na sobie, wręcz przez moment miał wrażenie, że jest gorąco, dopóki przez szczeliny w mizernie odbudowanym transmutacją domu nie wpadł mroźny wiatr. Wydawało mu się, a niemal był pewien, że klatka musi być też chroniona jakoś przed otwarciem, pewnie przed tym, żeby feniks nie zniknął i nie wrócił do swojego domu. O ile w ogóle swój dom pamiętał. Tym nie mniej chyba czar chroniący przed zbliżeniem się udało mu się zdjąć..? Wyciągnął ostrożnie rękę do kółeczka na czubku złoconej klatki i... nic nie wybuchło. Złapał z ulgą to więzienie i podniósł ostrożnie, chwilowo, dla wygody, pomniejszając samą klatkę z ptakiem, żeby wsunąć pod swój płaszcz i ochronić bezbronne teraz stworzenie przed zimnem. - Nic ci nie będzie, kolego. Znajdziemy twój dom. - Przyobiecał, choć wcale nie był pewien, czy był w stanie tej obietnicy dotrzymać. Wyszedł na zewnątrz i spojrzał na las - teraz ledwo go było widać, przysłaniający wszystko, coraz intensywniej padający śnieg ledwo pozwalał go dostrzec. Po Philipie również śladu nie było. Samo latanie w taką pogodę nie było do końca bezpieczne, przynajmniej jego zdaniem, co dopiero szukanie czegoś... pogoda im nie sprzyjała. Wzniósł różdżkę, by stworzyć ze spadających płatków śniegu przejrzystą kopułę wokół tej budowli, żeby chociaż był w stanie przygotować wszystkie te stworzenia do wyniesienia. Rozejrzał się raz jeszcze... i kiedy śnieg przestał wpadać mu do oczu myślał, że serce mu wypadnie. Wyślizgnie się przez żebra, martwe i sflaczałe. Był tam. Wisiał na miotle siłując się z nią, kiedy przybrany w czarne szaty mężczyzna zataczał właśnie koło - zniknął Laurentowi z pola widzenia. Zgroza go zdjęła, kiedy tak Philip podciągnął się na tej miotle i znowu na nią wsiadł. Śmierciożerca znów się pojawił - a wraz z nim ostre sople wyczarowane ze śniegu, wycelowane prosto w zawodnika quidditcha. Laurent sam machnął z przerażeniem swoją różdżką, żeby z tego samego śniegu wyczarować przed Nottem podobną tarczę, jak stworzył wokół siebie i wejścia do buynku. Z tym, że ta nie była już taka wyrafinowana - kawał losu, żeby zatrzymać lecące pocisku. Kolce robiły się na tej szybie. Laurent nawet nie ośmielał się odzywać. Co robić? Nie wiedział. Biec po pomoc, starać się dotrzeć do tamtych pracownic, próbować pomóc? Śmierciożerca zdał sobie sprawę z tego, że do jego zabawy przyłączyła się osoba druga... zatrzymał miotłę na moment, przesuwając w powietrzu różdżką ostatni raz. Z padającego śniegu wytworzył chmurę, która całkowicie przysłoniła widok na niego i na wszystko, co za ścianą tej szaro-białej kurtyny się działo. RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Philip Nott - 22.09.2023 Wolał aby to działo się w powietrzu, zostało w powietrzu. Nie chciał pokazywać swojej dramatycznej potyczki ze Śmierciożercą Laurentowi. Jego przeciwnik stanowił dla niego większe zagrożenie, niż pogarszająca się z każdą chwilą pogoda. Gdyby pod wpływem silnego podmuchu zimowego wiatru zsunął się z miotły to byłby to jedynie wypadek. Nie oznacza to, że to skończyło się dobrze dla niego, jednak nadal byłby to wypadek. Zamaskowany mężczyzna na miotle zaatakował go z wyraźnym zamiarem skrzywdzenia go tylko dlatego, że znalazł się tutaj chcąc wspomóc swojego przyjaciela. Przez swoją ogromną popularność było to wielce prawdopodobne, że dla swojego przeciwnika nie był anonimowym czarodziejem na miotle. Znowu w grze. Pomyślał tuż po tym jak zdołał dosiąść swojej miotły i zaczął wypatrywać mknącemu ku niemu napastnika, który postanowił wyczarować ostre sople z zamarzniętego śniegu, lecące prosto na niego. Był gotów wykonać szereg manewrów w powietrzu celem ich uniknięcia, jak podczas ostatniego meczu Quidditcha... jednak z odsieczą przyszedł mu sam Laurent, tworząc ze śniegu tarczę. Za to podziękuje mu potem. Zakładał, że najpierw przyjdzie mu wysłuchać pogadanki odnośnie bycia nieostrożnym, lekkomyślnym i świadomego narażania się na niebezpieczeństwo. Przez otaczającą ich chmurę niewiele było widać poza błyskami zaklęć, rzucanych przez obu już czarodziejów. Zwycięzca mógł być tylko jeden i chociaż Śmierciożerca miał przewagę wynikającą ze znajomości mrocznej magii, tak Philip znacznie lepiej latał na miotle od niego i ostatecznie zdołał zrzucić swojego przeciwnika z miotły. Odziany w czarne szaty czarodziej leciał z zawrotną szybkością ku ziemi, wyłaniając się ze stworzonej przez siebie szaro-białej kurtyny, wraz ze swoją miotłą której nie był w stanie pochwycić. Stracił również swoją różdżkę. Philip zanurkował ostro w dół w ślad za spadającym mężczyzną z zamiarem złapania tego czarodzieja za poły szaty w ramach próby uchronienia go przed niezwykle twardym lądowaniem i wynikającymi z tego obrażeniami. Jeśli oczywiście zdąży. Nie powinien mieć krwi na rękach, nawet jeśli ktoś chciał go zabić. Jeśli nie zdąży pochwycić napastnika to przynajmniej będzie mieć świadomość, że spróbował. W ten sposób zapewni sobie czyste sumienie, niezależnie od efektu swoich działań. Śmierciożerca i tak nie zdoła uniknąć odpowiedzialności... jeśli oczywiście przeżyje. RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Laurent Prewett - 23.09.2023 Phihlip był pełen siebie samego, że przecież nie było innej możliwości, żeby uznał, że ktoś mógłby go nie rozpoznać. Ale w tej pogodzie? Przy tym śniegu, w tych warunkach? Laurent nie wiedział, czy ta walka dopiero się zaczęła, czy może trwała już od chwili. Dłuższej chwili, bo przecież sporo czasu zajęło mu oporządzanie całego tego miejsca. A co z tamtymi kobietami? Nic im nie było? Czy Philipowi nic nie było? Nie był w stanie dojrzeć, czy jego szaty splamione było krwią, czy coś rzeczywiście złego się tutaj wydarzyło. Jego oczy biegały po rozwoju wydarzeń, sytuacji. I nawet nie mogły w pełni za nim nadążyć. Szczególnie, kiedy kurtyna puchu wszystko pokryła, bo... bo chyba tajemniczy mężczyzna w masce zamierzał wziąć nogi za pas. Dwóch na jednego... a może był tak pewny siebie, że rzeczywiście zamierzał walczyć do końca? Przekonany, że to rodzina tych mugoli przyleciała z odsieczą? Gdyby Ministerstwo wiedziało, że kręcą się tutaj tak niebezpieczne jednostki nie posyłałoby cywili. Dostał list z prośbą o zabezpieczenie magicznych stworzeń, a nie... a może w ogóle aurorzy byli również w okolicy i przeczesywali teren? Bardzo wiele niewiadomych składało się na obecność tego mężczyzny w tym miejscu. Laurent stał pod tym budynkiem i nie miał pojęcia, co robić. Nie kiedy zaklęcia zaczęły latać w tę i z powrotem, a dwójka panów zniknęła w tej absolutnej wrzawie. Laurent nie miał... pomysłu nawet, co zrobić. Podrygiwał tylko co chwila, napięty, unosząc różdżkę, to ją przesuwając, to opuszczając. A jedną ręką przyciskając do siebie małą teraz klatkę z feniksem. Nie puszczał żadnego zaklęcia. Bał się. Mógł uczynić krzywdę Philipowi, mógł bardziej zaszkodzić, nie był na tyle szybki, żeby się w tę wymianę wtrącić. W jego oczach wszystko to było kotłowaniną, która przetoczyła się przed jego oczami jak tajfun. Błyskawicznie przeszedł i równie szybko zniknął, rozbijając o drzewa. Sekunda? Dwie? Przecież to wszystko trwało o wiele dłużej. I jednocześnie było chwilą. Nieznajomy, zamaskowany mężczyzna runął w dół, a jego miotła kawałek przed nim. Philip zanurkował - i przez moment Laurent spanikował, że on również spadał. Machnął teraz już różdżką, by zamienić pobliskie drzewa w płachtę, którą zamortyzowałaby uderzenie, gdyby obaj panowie mieli uderzyć nagle w ziemię... ale do tego nigdy nie doszło. Złapany przez Philipa Śmierciożerca uderzył w trzymającą go rękę, żeby dobrowolnie polecieć w dół, ale nigdy na ziemię nie spadł. Zniknął. Z cichym trzaskiem aportacji. Ze strony Laurenta nastały wydłużające się w nieskończoność dziesięć sekund ciszy. - Philipie! - Wystartował z miejsca, żeby podbiec w stronę blondyna z mocno walącym sercem. - Nic ci nie jest? Nic ci się nie stało? - Pytał gorączkowo, spoglądając na niepoprawnie odważnego Notta, który, cytując "był ostrożny". Lecz nie zamierzał wdawać się tutaj w dyskusję, bo jeśli Philip sądził, że Laurent będzie chciał go zabić to... źle myślał. Na czym polegało bycie ostrożnym? Na ucieczce? Czy to był popis z jego strony? Dla Prewetta jasne było jedno: obronił się. Obronił ich, być może obronił te stworzenia, bo może ten mężczyzna poszedł za jakimś stworzeniem, może zamierzał tu wrócić, a może działo się tutaj coś jeszcze dziwniejszego. Nigdy się o tym już nie dowiedzą - taką nadzieję miał Laurent. I owszem, nie cierpiał przemocy, ale nie zawsze możliwe było jej pełne uniknięcie. Nie spodziewał się jednak tego, że ściągnięcie tutaj Philipa zakończy się tym, że ten w ogóle będzie musiał się bronić. RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Philip Nott - 23.09.2023 Zrzucenie przeciwnika z miotły było jedną ze standardowych praktyk w Quidditchu. Zadaniem Philipa podczas meczu było jedynie złapanie złotego znicza zanim dokona tego szukający z przeciwnej drużyny. Oczywiście, liczyła się też ilość punktów zdobyta przez Ścigających. Bo złapanie znicza kończyło mecz, jednak nie gwarantowało zwycięstwa. Nie zaskoczyło go to, że zamaskowany czarodziej spróbował się w ten sposób wyswobodzić z jego uchwytu z zamiarem deportowania się podczas upadku. Uniknął w ten sposób próby zatrzymywania obywatelskiego i przekazania go w ręce Aurorów. Po względnie zgrabnym wylądowaniu na pokrytej śniegiem ziemi Philip zeskoczył z miotły, która miała nadpalone witki. Sięgnął ku twarzy, podciągając do góry swoje gogle. Nasunął je na czoło. Latanie przez tak długi czas w powietrzu, wysiłek fizyczny i odczuwane emocje wymalowały na jego policzkach intensywne rumieńce. Usłyszał dobrze nawoływanie Laurenta, który ostatecznie wybiegł mu na spotkanie. Spodziewał się właśnie stosownej reprymendy za to wszystko, choć pytania zadawane przez młodszego mężczyznę były milsze w odbiorze. — Poza tym że trochę zmarzłem to nic mi się nie stało. Muszę Ci podziękować za wyczarowanie tej tarczy, świetnie sobie poradziłeś. — Zapewnił go z delikatnym uśmiechem. Noszona przez niego zimowa szata do latania na miotle chroniła go przed zimnem, jednak nie przewidział latania w magicznie stworzonej chmurze, w której zimno zdawało się być bardziej odczuwalne niż poza nią, nawet w tym padającym z nieba śniegu. Po powrocie do domu zdejmie te wszystkie ubrania, wejdzie do wanny gorącej wody i wypije kubek gorącej herbaty z domieszką ognistej whisky. Szczerze podziękował za to temu blondynowi, który również zasłużył na pochwałę za to, że zareagował tak jak należy zamiast dać się sparaliżować odczuwanemu przez siebie strachowi. — Jak zwierzęta? — Zapytał po chwili. Czarownice przeszukujące las jeszcze do nich nie wróciły. RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - Laurent Prewett - 23.09.2023 Nie znał się na cudach tworzonych na miotłach przez zawodników quidditcha. Czasami oglądał go w szkole, żeby upewnić się w tym, że oglądać go nie ma ochoty w dorosłym życiu. W Hogwarcie, rzecz jasna, bardziej poszedł tam, bo "wszyscy szli" niż dlatego, żeby samemu się wybrać. W końcu poszedł po rozum do głowy i przestał tak zawzięcie walczyć o to, żeby się dopasować do tłumu, do którego nie pasował. Należało nauczyć się, że nie ma niczego złego w byciu po prostu sobą. Każdy miał swoje dobre i złe cechy. Zwątpienie jednak było bestią, która wyżerała wnętrzności. Taką, z którą niezwykle trudno było walczyć. Nie miała kształtu fizycznego, nie można było jej potraktować zaklęciem, żeby ją przegonić. Albo zabić. Tak samo niszczyła, kiedy myślałeś, że jeszcze jedno zaklęcie więcej i nie skończy się tylko na chwianiu na miotle. Że wtedy będzie z tego prawdziwa tragedia. Tak właśnie rozpadały się serca i upadała dusza. Człowiek był jednak stworzeniem, które potrafiło się adaptować i jeśli tylko dało mu się odpowiednie warunki to potrafił wygoić i wyleczyć wszystkie rany. Czasem bolały po tym blizny. Gdyby nie to, że przytrzymywał dłonią ciągle klatkę to pewnie wpadłby na Philipa, żeby go objąć. Ale coś krył pod czarodziejskim płaszczem. Mimo to stanął przed nim, złapał jedną dłonią, chowając różdżkę naprędce, jego rąbek szaty i spojrzał na niego od góry do dołu, szukając obrażeń, szkód, chociażby małego zarysowania na jego ubraniu. Ciężko było, żeby w ogóle się nie pojawiły przy tej szalonej szarpaninie... Znów wyjął różdżkę i przesunął nią w powietrzu przed Philipem. To, że nie widać krwi, nie znaczyło, że obrażeń żadnych nie ma, w końcu mówią o magii! Na szczęście Philip wyglądał zdrowo. ZBYT zdrowo! Jakby w zasadzie było to coś, czego dokładnie potrzebował! Te zdrowie wypieki na twarzy i... w ogóle. Odetchnął głęboko, patrząc w oczy niewiele niższego od niego mężczyzny... i w końcu złapał go ramieniem z różdżką i przytulił. Z ulgą. - Dzięki Bogu... - Odsunął się od niego, powstrzymując się przed bardziej intymnymi gestami. I odsunął. Odsunął, spoglądając przez moment na Philipa, żeby zaraz spojrzeć na ciemny las - teraz niegościnny, może wręcz wrogi, gdy nie wiedziałeś, co się kryło w gęstwinach. - Przygotowane są wszystkie, żeby je zabrać... czekam na powrót pań z Ministerstwa. - Spojrzał przy tym bacznie na towarzysza, jakby nie chciał usłyszeć, że tamtym niewiastom jednak coś jest. Że ta potyczka była bardziej nieprzyjazna, krwawa, niż chciał zakładać. I na szczęście - takich słów się nie doczekał. - Nie wiem, czy nie szukali czasem tego kolei... - Laurent odsłonił płaszcz, żeby pokazać młodego feniksa, całkowicie pokracznego w swojej małej formie. Kobiety w końcu wróciły. Nieświadome w ogóle czegokolwiek, co się tutaj działo - do czasu. Bo nie trzeba było czekać długo, kiedy ku domostwu zaczęła się zbliżać dwójka czarodziei na miotłach. Laurent w pierwszym momencie był zaalarmowany, ale mężczyźni szybko się przedstawili, że są z Ministerstwa - aurorzy. Pogawędka o tym, co się tutaj działo, że miało miejsce zabezpieczanie terenu, że jeden im uciekł - wszystko stawało się jasne. Czyli jednak Ministerstwo tutaj posłało aurorów, po prostu nie było ich w odpowiednim miejscu, żeby zareagować na walkę, jaka się wywiązała z Philipem, a Śmierciożerca musiał wziąć Philipa za kogoś z Ministerstwa. Kobiety porozumiały się z Departamentem Magicznych Stworzeń. Laurent poprosił jeszcze o pomoc, żeby kobiety zerknęły na niektóre ranne stworzenia, bo im nie mógł pomóc. Większość ze stworzeń została zabrana, a część z nich Laurent zgodził się przynajmniej tymczasowo przetrzymać u siebie. Albo i na zawsze, jeśli nie uda się znaleźć ich domów. Czy hodowla była nielegalna czy nie - już nie dopytywał. Nie było to jego sprawą. Do siebie zabrał i również feniksa, informując uprzednio, że takowy tutaj był. Minęło kilka godzin, zanim mogli się w końcu rozejść na swoje strony, zmęczeni, ale przynajmniej żywi. Zadowoleni z tego, że chociaż trochę udało się cokolwiek w tym świecie naprawić. Koniec sesji
|