![]() |
|
[05.01.1971] Pierwsze ataki "Śmierciożerców" | Lorraine i Desmond - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [05.01.1971] Pierwsze ataki "Śmierciożerców" | Lorraine i Desmond (/showthread.php?tid=1893) |
[05.01.1971] Pierwsze ataki "Śmierciożerców" | Lorraine i Desmond - Lorraine Malfoy - 16.09.2023 TRIGGER WARNINGS (do całej sesji): przypadkowe samobójstwo przez powieszenie się, implikowana przemoc wobec zwierząt. Raczej brak drastycznych opisów, a w miejscach, w których się pojawiają, są ukryte w spoilerach. Większość ważnych treści jest podkreślona (pierwszy i ostatni mój post).
Necronomicon
Wszystko zaczęło się od tego, że pijany żałobnik (chyba w geście mocno spóźnionego sati), rozbił urnę pogrzebową swojej żony o kant biurka Lorraine. Rozsypane prochy zmarłej – zanim zostały zebrane przez zaklętą zmiotkę – zdążyły dopuścić się aktu nekrofilii ze stosem starannie uporządkowanych dokumentów, butami Malfoy, zimną kawą w jej kubku i, w gruncie rzeczy, resztą powierzchni ciasnego zakładu pogrzebowego, a ostatecznie – zamiast w kupkę popiołu – ułożyły się na szufelce w złowieszczy omen: prochy zmarłej utworzyły bowiem liczbę 666. Już wtedy wiedziała, że będzie ją dziś prześladować pech. Potem było już tylko gorzej. Akurat dzisiaj, pomyślała ze złością, zirytowana, że nikt nie zostawił na kontuarze porannego wydania Proroka i nie mogła przeczytać codziennego horoskopu, dzisiaj, kiedy wszystko miało pójść gładko. Dzisiaj, kiedy mieli okraść człowieka, który żył z okradania innych. Chociaż zakłady stanowiły tylko część jego działalności, w rozmowach z Desmondem nazywała mężczyznę bukmacherem, a w myślach – śmieciem. Inaczej musiałaby używać jego prawdziwego imienia, a nie chciała tego robić przy kuzynie – dla którego lepiej było, im mniej wiedział na temat całej operacji. Więcej: nie chciała używać prawdziwego imienia mężczyzny, bo nie chciała już myśleć o bukmacherze jak o człowieku – a jedynie jak o przeszkodzie w drodze do celu. Nie chciała używać jego prawdziwego imienia, bo nie czuła się zbyt komfortowo że świadomością, że w wyniku jej machinacji prędzej czy później przyjdzie mu zapewne pożegnać się z życiem. Nie chciała jego śmierci dlatego, że w żyłach czarodzieja mugolskiego pochodzenia płynęła brudna krew, choć niewątpliwie stanowiło to motywację dla Desmonda, zafascynowanego ideami czystości krwi głoszonymi przez zwolenników Voldemorta. Lorraine nie działała z magirasistowskich pobudek – nie, ona była o wiele bardziej małostkowa: nie motywowała ją nienawiść, lecz konieczność – Lorraine po prostu chciała się zemścić. Wspomniany bukmacher był jednym z licznych informatorów Lorraine, a zarazem przywódcą większej komórki informacyjnej w skomplikowanej sieci szpiegowskiej, skupionej wokół jej osoby: pracował dla niej od kilku lat i do tej pory nigdy nie zawiódł – przynajmniej dopóki nie spróbował wykorzystać struktur siatki informacyjnej Malfoy do własnych celów. Mężczyzna chciał zorganizować szybki transport za granice kraju ludziom, którzy – z takiego czy innego powodu – pozostawali na celowniku Śmierciożerców: mugolacy, zdrajcy krwi, społecznicy, bliscy ofiar przeprowadzonych w ostatnim czasie zamachów... Organizował im schronienie, fałszywe dokumenty i – jeżeli wymagały tego okoliczności – fabrykował ich śmierć, by mogli rozpocząć nowe życie z czystą kartą. Oczywiście, nie robił tego z czystej dobroci serca – na Nokturnie nie prowadziło się działalności charytatywnej – zarabiał na tym procederze spore pieniądze, które prał potem w swoim zakładzie bukmacherskim. Od samego początku była świadoma, czym mężczyzna zajmuje się po godzinach, ale jako że miała twarde postanowienie, by nie mieszać się do rozdzierającej świat magiczny ideologicznej wojny, ignorowała to – zadowalając się powierzchownymi informacjami na temat jego pokątnej działalności dostarczanymi przez informatorów. Lorraine nie miała nic przeciwko jego malutkiemu hobby, nie, Lorraine naprawdę nie miała nic przeciwko, dopóki mężczyzna nie zdecydował się posłużyć jej prywatnymi kanałami komunikacyjnymi, by wysłać wiadomość jednemu z ukrywających się uchodźców. Myślał, że nie zauważy? Że jej wierne pajączki, tkające informacyjną sieć, nie doniosą natychmiast pajęczycy, że któryś z nich przędzie wadliwą nić? Nie obchodziło ją, że uratował tym komuś życie. Zdradzając jej zaufanie, nie pozostawił jej innego wyboru. Zdrada bukmachera była nie tylko osobistą zniewagą, ale i realnym zagrożeniem dla jej neutralności. Lorraine musiała dbać o swoją reputację. Wiedziała, że kiedyś przyjdzie jej zapłacić cenę za swoją neutralność. Teraz balansowała na granicy między dwiema potężnymi siłami. Jeżeli się zachwieje, spadnie. Musiała patrzyć prosto przed siebie i pewnie iść naprzód. Wierzyła, że jej się uda. Chciała doprowadzić do tego, by bukmacher był zdany wyłącznie na jej łaskę i niełaskę. Postanowiła wykraść informacje na temat działalności mężczyzny. Musi się nauczyć, że nie dotyka się bez pozwolenia cudzych zabawek, pomyślała cierpko. Gdyby miała w garści tożsamość jego klientów i członków ich rodzin, dostęp do danych najbliższych współpracowników mężczyzny oraz informacje o lokalizacji kryjówek i tras transportowych, mogłaby przekazać je w odpowiednie ręce: część dokumentacji ujawniłaby mugolakom organizującym się w spontaniczne oddziały ruchu oporu, część zaś – poplecznikom Voldemorta, tak, by nikt nie mógł jej zarzucić sympatyzowania z żadną ze stron konfliktu. Chciała, żeby bukmacher przyszedł do niej wtedy, przyznał się do błędu, i padł na kolana, błagając o ratunek: nie będzie miał innego wyjścia, kalkulowała Lorraine, wtedy będą go przecież ścigali i jedni, i drudzy. Oczami wyobraźni widziała, jak korzy się przed nią – prosząc o pomoc, o wyrozumiałość, o łaskę – a ona tylko uśmiechnie się współczująco i słodkim głosem oznajmi, że rzeczywiście, może bardzo wiele, ale nie może przecież zmienić wyroków bogini Matki, zajmując, jak zawsze, uprzywilejowane, neutralne stanowisko. Oczywiście, zamierzała zatuszować swój udział w sprawie, ale chciała, by bukmachera do końca życia dręczyła niepewność kto zdradził. Chciała, żeby trwał w przekonaniu, że to ona stoi za jego upadkiem, choć wszystkie dowody wskazywałyby na coś innego. Chciała, żeby wiedział, ale nie mógł niczego udowodnić. Chciała, żeby oszalał, zanim go dopadną. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Nie mogła powierzyć tak odpowiedzialnej misji byle komu. Musiała zaplanować wszystko sama. Kradzież dokumentów z pustego mieszkania byłaby zbyt prosta, szybko wymyśliła jednak, jak odwrócić od siebie podejrzenia. Postanowiła upozorować atak Śmierciożerców. Nie wiedzieć dlaczego, pomyślała o Desmondzie. Mam dla ciebie prezent, wyszeptała mu nad uchem podczas rodzinnej wieczerzy z okazji święta Yule. Pomysł. Pomysł na nowy obraz. Na arcydzieło. Martwiła się o niego, kiedy patrzyła na rozstawioną w śmierdzącym werniksem mieszkaniu sztalugę, na płótna tchnące emocjami, których nie potrafił pokazać: Desmond był precyzją akademistów chwalących się swymi dziełami na światowej wystawie, Desmond był też Czarnymi malowidłami Goyi na ścianach podupadającego Quinta del Sordo. Martwiła się o niego, kiedy patrzyła jak spija z ust wuja Abraxasa ideologiczne retorty, widziała jego fascynację ideami czystości krwi głoszonymi przez zwolenników Voldemorta, obserwowała, po jakie książki sięga w bibliotece i jak wiele alkoholu wlewa w siebie po obiedzie. Martwiła się, bo nikt inny się o niego nie martwił. Odbyła nawet poważną rozmowę z Elliottem, czy rozsądnym byłoby wprowadzić kuzyna w świat intryg i tajemnic, w którym zmuszeni byli lawirować inni członkowie rodziny Malfoy: niektórzy na scenie politycznej, w świetle fleszy – tak jak Elliott – inni – tak jak Lorraine – za kulisami, nieoficjalnie, w ciemnościach półświatka. Nie podoba mi się to, co w nim widzę, skonstatowała cierpko. Zaczął od zabijania kotów, dodała, potem będą mugole, a na koniec własnej matce zaserwuje głowę ojca na talerzu. Być może miała paranoję, ale ostatnio zerwała stosunki z Murtaghiem, przepełniona zgrozą na widok tego, co znalazła w jego głowie. Nie chciała, by głupi dzieciak wpadł w sidła ekstremistów. Misja Lorraine była idealną okazją, na pokazanie Desmondowi konsekwencji ślepego podążania za ideologią i nauczenie go, że jedyną wartością, za jaką warto walczyć i ginąć, jest rodzina. Oczywiście, nie mogła powiedzieć mu tego wprost. Bachor był tak samo uparty, jak i głupi. Zamierzała go bezczelnie zmanipulować. Odmalowała przed Desmondem wizję zniszczonego domu, miejsca egzekucji spływającego brudną posoką zdrajcy, pomazanego emblematami śmierciożerców, sugerując mu, że powinien zacząć od małych rzeczy, jeżeli chce się zaangażować Mógłbyś to namalować, dodała z drwiną, ale i uśmiechem w głosie, musisz przestać marnować swoje talenty. Do talentów, które w mniemaniu Lorraine powinien przestać marnować Desmond, należało między innymi upewnienie się, że żółtodzioby stażysta z jego departamentu akurat dziś uszkodzi przyłączenie do sieci fiuu akurat tej ulicy w niemagicznym Londynie, którą zamieszkiwał ich cel. Wedle informacji, które otrzymała Lorraine, mężczyzna prowadził bardzo usystematyzowane życie: dzięki temu mogła z łatwością zaplanować akcję co do minuty, przekonana, że teleportując się na miejsce, zastaną puste mieszkanie. Nie zamierzała jednak dać się zaskoczyć: zadbała dlatego o to, by obstawić inne, potencjalne wejścia do budynku. Ciesząc się, że bukmacher nigdy nie nauczył się teleportować, jako środek transportu preferując niedorzecznie drogie auta: dzięki niech będą Matce za te mugolskie fanaberie, pomyślała Malfoy. Aleja Horyzontalna
Plan był znany im obojgu, pozostało tylko czekać na umówioną godzinę. Lorraine stała więc teraz na mrozie w siedlisku chorób, nędzy i rozpaczy, popularnie zwanego przez otaczający ją zewsząd proletariat Aleją Horyzontalną w zbyt cienkim płaszczu i butach, które dostała od kuzynki na urodziny kilka lat temu. Krytycznie oglądała podniszczony zamsz nieco rozklekotanych, zdecydowanie zbyt zimnych jak na tę porę roku pantofelków, czytając nudny pamflet przed małą galerią obrazów, którą podała Desmondowi jako miejsce spotkania. Pasowało to do jego zwyczajowych zainteresowań, więc nie powinno się wydać nikomu podejrzane. Pogoda była okropna, ale wyszła wcześniej, bo chłopak nie miał w zwyczaju się spóźniać. Miała nadzieję, że żaden nieszczęśliwy zbieg okoliczności nie zmieni ich planu, dalej martwiła się bowiem niepomyślną wróżbą, wyrzucając sobie, że nie zdążyła przeczytać dzisiejszego horoskopu. Desmond... No cóż, przynajmniej nie musiała się martwić o to, że jakiś czarny kot przestąpi im drogę, bo ten mały psychopata zapewne by go zjadł, zanim kot zdążyłby sprowadzić więcej pecha – a potem zagrał Mazurek do czystości krwi na cymbałkach z kości zwierzaka. O ile podołałby cymbałkom, patrząc na jego mierne postępy podczas lekcji fortepianu, których udzielała mu w dzieciństwie. To, że zawsze groziła mu zmiażdżeniem palców klapą instrumentu nie traktowała jako okoliczności łagodzącej. Wreszcie jednak doczekała się momentu, w którym kuzyn zstąpił z najwyższego, szczerozłotego szczebelka drabiny feudalnej i dołączył do niej przed szyldem galerii. – Desmond, kochany – rzuciła na przywitanie tonem przesyconym sztuczną słodyczą, posyłając mu pełen ciepła uśmiech, który roztapiał śnieg oraz zimne spojrzenie, które skuwało lodem każdego, kto odważył się obok nich przepychać na wciąż tłocznej jak na tę porę ulicy. W tłumie zawsze najłatwisiębyło się schować. – Wyglądasz jakbyś nie spał pół nocy, a drugie pół topił smutki w laudanum. – Czy cokolwiek tam pachnącego opium lubisz, pomyślała z rezygnacją, mimowolnie wracając myślami do Mayi Chang, nie wiem, wybierz, co najlepiej zabija. Drobne złośliwości i mikroagresje zawsze były fundamentem ich relacji, i nawet znaczna poprawa ich wzajemnych stosunków w ostatnich latach nie zmieniła tego, że bywali dla siebie po prostu wredni. A Lorraine dogłębnie poznała jeden z czułych punktów Desmonda. Ironiczne, że jej słaby punkt również nosił nazwisko Chang. – Dasz radę? – spytała głosem pozbawionym wyrazu. Rzadko demonstrowała publicznie ten zimny ton, ale był on wyraźnym sygnałem, że jest absolutnie poważna. Dawała Desmondowi możliwość wycofania się nie dlatego, że troszczyła się o niego z czystej dobroci serca – choć nie pozwoliłaby przecież, by włos mu spadł z głowy – ale dlatego, że była profesjonalistką. Praca Lorraine – jej prawdziwa praca – wiązała się z ryzykiem, a dzisiaj to ryzyko było większe niż zazwyczaj. Może chciała mu trochę wejść na ambicję, bo czemu i nie: skoro miała mu ufać, musiała mieć pewność, że jest zdeterminowany. – Jeszcze jedno. Czy masz może przypadkiem dzisiejszą gazet- Na łono Matki!!! – wydarła się, przestraszona, bo jakiś czarodziej poślizgnął się obok nich na chodniku, popychając oboje w zaspę. Choć udało im się utrzymać równowagę, Lorraine poczuła, że jej buty są całkowicie przemoczone. Pech jej nie opuszczał. RE: [styczeń 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców | Lorraine i Desmond - Desmond Malfoy - 08.11.2023 Strój jego był prosty, banalny — eleganckie, beżowe spodnie, błękitna koszula, idiotycznie drogie oxfordy, długi, brązowy płaszcz i skórzana aktówka. Wracał z pracy, po pełnej zmianie, chociaż nie miał w niej dzisiaj zbyt wiele do zrobienia. Ironicznie właśnie to zmęczyło go najbardziej. Nie miał żadnego pretekstu, żeby nawet na moment zapomnieć o błędzie, który popełnił wczoraj. Przeoczenie awarii sześciu okolicznych połączeń Sieci Fiuu zdążyło najpewniej zatonąć w morzu drobnej, żmudnej dokumentacji, którą produkował dzień po dniu, jednak myśl o tym absolutnie nie uspokajała jego nerwów. Nie był dobry w łamaniu zasad. Nie był dobry w popełnianiu przestępstw. Jakkolwiek wzniosły był cel tego wszystkiego, nie mógł pozbyć się wrażenia, że powinien znaleźć szlachetniejsze, bardziej godne Malfoya metody osiągnięcia go. To wszystko powinno być takie proste i jedyny powód, dla którego nie było, to byli ludzie obecnie sprawujący władzę. Pozwolenie czarodziejom półkrwi na obejmowanie jakichkolwiek stanowisk w Ministerstwie było skandalicznym błędem, który wzrastał lawinowo z każdym kolejnym pokoleniem; jak piękne byłoby życie, gdyby wszyscy mężczyźni bardziej kochali idee niż pieniądze. Obrzucił Lorraine spojrzeniem z ukosa, gdy zapytała go, czy da radę. Nie zamierzał jej odpowiadać. Jak zwykle mówiła bardzo dużo i, jak zwykle, nic ważnego. Mógłby się oburzać o zarzucanie mu nadużywania substancji, ale nie sądził, żeby wyszło mu to na dobre. Gdyby zaczął się bronić, Lorraine zwyczajnie uczepiłaby się czegoś innego. Ona po prostu taka była, z natury złośliwa, z resztą jak większość kobiet. Nagłe uderzenie w bok wydusiło z niego ciche sapnięcie. Nie stracił równowagi nawet na sekundę, nawet mimo noszenia obuwia, które wybitnie nie nadawało się na przechadzki po mokrym, londyńskim śniegu. Zapomniał spojrzeć na mężczyznę, który przed chwilą się pośliznął, za to odruchowo złapał za ramię kuzynkę, jakby chciał ją siłą postawić do pionu. Opamiętał się w czas i powoli wypuścił jej bark z dziwnie ciepłej dłoni. — Nie mam — mruknął. — Po co. Ci ona do czegoś. Takiego. Obrzucił pustym wzrokiem front podrzędnej, biednej galerii, przed którą właśnie stali. Z wywieszonych w oknach ogłoszeń rozpoznawał może dwa nazwiska i uznał to za jasny znak, że nie było to miejsce warte zobaczenia. Poczuł, jak zasycha mu w ustach, kiedy uświadomił sobie, że nigdy nie przyszedłby tu z własnej woli. — Czy aby nie będziemy rzucać się. W oczy — powiedział niemal szeptem. — Musimy pozostawać w ruchu. RE: [styczeń 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców | Lorraine i Desmond - Lorraine Malfoy - 17.11.2023 Desmondowi może i zaschło w gardle, ale w butach Lorraine zrobiło się mokro, i uważała to za większą tragedię niż to, że mogła urazić jego artystyczne upodobania – zbyt snobistyczne jak na gusta pospólstwa odwiedzającego Aleję Horyzontalną. Czego się spodziewał? Należał w końcu do lepszej kasty, ba, do samych Malfoyów, którzy z mlekiem matki wysysali upodobanie do lepszych rzeczy w życiu, a potem zmieniali dietę na konsumpcję kultury wysokiej!! – Dziękuję – wydusiła z siebie, kiedy Desmond uratował ją przed niechybnym upadkiem, nie dając po sobie poznać, z jaką niechęcią przyszło jej użyć tego magicznego słowa; nie tyle nawet, że pomocy udzielił jej nie kto inny jak Desmond, z którym utrzymywanie poprawnych stosunków było tak samo wyczerpujące, jak poskramianie chimery – zdążyła się już przyzwyczaić do jego zabawnie formalnego stylu bycia, i w jakiś przedziwny sposób nauczyła się ignorować, a nawet lubić jego idiosynkrazje, bo te dziwactwa przynajmniej zapewniały jej dostateczną dozę mentalnej gimnastyki – nie, Desmond nie był tutaj problemem. Problemem były jego buty. Upadając, przez moment widziała tylko eleganckie oxfordy… I oczywiście, od razu rozpoznała luksusową markę, która wykonywała obuwie na zamówienie; od razu wiedziała, że buty chłopaka były tak absurdalnie drogie, że wystarczyłoby jej na roczny czynsz; od razu zauważyła też, że jakiś pucybut musiał długo nad nimi pracować, bo były tak absurdalnie lśniące, że zdążyła w nich zobaczyć swoją idealnie piękną, nieco spanikowaną twarz, kiedy padała w dół; tak błyszczące, że równie dobrze mogły być wysadzane diamentami. Natomiast jej pantofle… Cóż. Miała ochotę krzyczeć, kiedy czuła, jak w środku chlupocze rozpuszczony śnieg. Jak ona nienawidziła być biedna. – Muszę sprawdzić horoskop – szepnęła krótko. Nie zamierzała udzielać mu dodatkowych wyjaśnień, dlaczego akurat dzisiaj było to na tyle ważne. Desmond był z natury ograniczony do spraw czysto przyziemnych, i Lorraine szczerze wątpiła, by kiedykolwiek byłby w stanie pojąć skomplikowane wyroki praw czasu, które to nie były z kolei żadną tajemnicą dla jej idola, Vakela Dolohova. Ale odsunęła na bok myśli o przeznaczeniu, i z powrotem skupiła się na czekającym na nich zadaniu. – Idziemy – zgodziła się natychmiast, poprawiając ostatni raz płaszcz, którego dotknął pechowy czarodziej. Modliła się w duchu, aby nie czekało ich więcej niespodzianek tego dnia, aby wyczerpali już zasób pechowych wydarzeń, i gładko wykonali swoją misję – piękną w swej prostocie. – Złap mnie, kiedy będziesz gotowy – poprosiła, zanim zaczęli oddalać się od galerii, mieszając się już swobodniej z tłumem przechodniów. Nigdy nie podeszła do kursu na teleportację – za bardzo obawiała się, że jej ciało mogłoby ulec rozszczepieniu, a potem na afrykańską modłę, zostać przerobione na popularne amulety z części ciał wil – więc już wcześniej wyjaśniła Desmondowi, że jego umiejętność teleportacji łącznej jest naprawdę nieoceniona w powodzeniu całego przedsięwzięcia. RE: [styczeń 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców | Lorraine i Desmond - Desmond Malfoy - 22.11.2023 Biorąc pod uwagę absolutny brak zewnętrznej reakcji Desmonda na wyraźną niechęć w głosie dziękującej mu kuzynki, mógłby w ogóle jej nie usłyszeć. Ale usłyszał. Chwilę kontemplował tę nagłą zmianę tonu, chwilę zastanawiał się nad jej genezą, nie potrafił jednak zidentyfikować jej źródła. Tak samo dezorientujące wydało mu się spojrzenie, którym Lorraine obdarzyła jego buty. W myślach orzekł, że musiała być zwyczajnie zbyt emocjonalna. Kolejna wypowiedź Lorraine sprawiła, że wydał z siebie cichy pomruk. Spodziewałby się, że horoskopy umieszczane w gazetach będą tymi najgorszego sortu. Jeśli naprawdę angażowała się w te swoje gwiezdno-planetarne fantazje, to czy nie wolałaby wybrać się do jakiegoś prywatnego wróżbity? Pozbyłaby się dzięki temu bezwartościowej, generycznej pulpy, którą serwowali znudzeni życiem, słabo opłacani pismacy. Żaden wybitny, szanujący się specjalista nie pracowałby przecież w gazecie. — Kłamiesz — ocenił. — Myślę że kłamiesz. Wciąż nie był pewien, czy powinien świecić swoją twarzą podczas mieszania się w parszywe porachunki pariasów kulturowo sąsiadujących ze smrodem Nokturnu, dlatego podjęcie decyzji o swojej gotowości zajęło mu dobre parę minut. Im gęstszy stawał się tłum wokół niego, tym bardziej rósł poziom jego desperacji — chociaż rozsądek podpowiadał mu, że wśród takiej liczby ludzi powinien czuć się tylko bezpieczniejszy, wszystkie jego zmysły ostro oponowały. Chciał się stąd wydostać. — Dobrze stój — wymamrotał zupełnie zbytecznie, bo jednocześnie złapał kobietę za ramię i siłą zmusił ją do zatrzymania się. Brakowało temu wszystkiemu charakterystycznego świstu i błysku – całość procesu teleportacji rozegrała się w absolutnej ciszy i pozostawała niemal niewidoczna. Desmond był w tym naprawdę dobry. ***
Z cichym westchnieniem rozejrzał się po niewielkiej garderobie, której zakurzony, senny półmrok zdawał się jedynie potęgować ordynarność rytmicznej melodii zasapanych jęków, która dobiegała do nich zza drzwi do sypialni. - Dlaczego mi powiedziałaś - szeptał beznamiętnie. - Że dom będzie pusty. Wzdrygnął się raptownie. Ktoś za ścianą nagle zaczął chorobliwie charczeć. Kaszleć. RE: [styczeń 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców | Lorraine i Desmond - Lorraine Malfoy - 06.12.2023 Szafa albo malutka garderoba w mieszkaniu bukmachera (?) w niemagicznym Londynie
– Ty myślisz? – odparowała natychmiast, choć nie słychać było w głosie Lorraine nawet cienia złośliwości, która niegdyś barwiła każdą wypowiedź skierowaną w stronę Desmonda; teraz kpiła z kuzyna bardziej z przyzwyczajenia, niż z czystej niechęci wobec jego osoby. Niewzruszone oblicze młodego Malfoya stanowiło doskonały cel dla jej słodkich i jakże zabawnych przytyków, jego absolutna powaga – zachęcała tylko, by go dalej prowokować, zaś jego kompletny brak poczucia humoru – był dla niej najwspanialszym żartem, jaki mógłby opowiedzieć. – Przecież nigdy bym ci nie skłamała, Desmond. No, przynajmniej nie od kiedy jesteśmy wspólnikami – rzuciła lekko, uderzając w bardzo konspiracyjny ton, w którym pod subtelną woalką udawanej powagi zrazu czaiło się szczere rozbawienie. Nie mogła mieć do niego pretensji jeżeli chodzi o te oskarżenia, bo za młodu kłamała równie często, co otwierała buzię – było wpisane w jej krwiobieg, tak samo jak ten bezwzględny zgrzyt niezręczności w kostycznych, a zarazem gwałtownych ruchach Desmonda; więcej, to kłamstwo płynęło w jej żyłach zamiast krwi – pewnie dlatego jej policzki pozostawały białe i blade, zamiast pokryć się rumieńcem wstydu, nawet wtedy, kiedy wciskała ludziom najgorszy kit. Desmonda ratowało przed potraktowaniem go całą siłą charyzmatycznej konfabulacji wili to, że był Malfoyem – co prawda, ździebko przyjebanym, ale wciąż Malfoyem – a ich przynależność rodowa nie tylko nakładała im blond korony z włosów na główki, ale i czyniła ich jedną drużyną, czyniła ich lepszymi od innych, przez samo tylko urodzenie, nie majątek czy wpływy. Bo jeżeli o majętność chodzi, czegóż by ona nie dała za to, by być na szybkim wybieraniu sowy wielkiego Vakela Dolohova! Czegóż nie dałaby, aby czuć pod opuszkami palców iskry transcendencji i przepysznej gramatury eleganckiej papeterii, na której wróżbita rozsyłał gronu swoich subskrybentów spersonalizowane odczyty przyszłości – Loretta pokazała jej swego czasu jeden z takich listów, co zachęciło Lorraine by rok rocznie w okolicach swych urodzin poświęcić trochę więcej grosza na podobną usługę – jednak jej arystokratyczne rączki musiały się zamiast tego przyzwyczaić do słabej jakości papieru popularnych czytadeł skierowanych dla plebsu… Na szczęście, mistrz Dolohov pisywał też dla mas, uszlachetniając instytucję Proroka Codziennego swoją obecnością na łamach tego pisma, i tam też zwykle Lorraine miała szansę zapoznać się z jego wróżb... I co wynikło z tych wszystkich wróżb? Tyle, że Lorraine siedziała teraz w jakiejś jebanej szafie, ze wzrokiem martwo utkwionym w drzwiach garderoby, zza których wciąż dobiegały prymarne odgłosy ordynarnej kopulacji, i nie była nawet do końca pewna, jak powinna zareagować na cały ten nieśmieszny żart. "Dlaczego mi powiedziałaś, że dom będzie pusty?" – Bo taki miał być. – odszepnęła krótko, ledwie poruszając ustami. Teraz to ona chwyciła go za rękę, wtedy kiedy się tak wzdrygnął – choć nie miała nawet w połowie tyle siły co Desmond, który wcześniej prawie że wykręcił jej ramię jak tak ich zatrzymywał na chodniku (to, że nie narzekała, było pokłosiem tego, że tłukli się o wiele gorzej kiedy oboje byli jeszcze dziećmi) – i delikatnie, acz stanowczo, uścisnęła jego dłoń, w geście, który w jej mniemaniu powinien się wydać krzepiący. Nie nawykła do pracy zespołowej, nie do końca nawykła też do współpracy z Desmondem, ba, do samego Desmonda, ale w jej głowie cały czas czaił się cichy głos, który ze zdecydowaniem przypominał, że nienawiść wobec własnej rodziny byłaby nienawiścią wobec samej siebie, i że może liczyć tylko i wyłącznie na innych Malfoyów. Że oni także liczą na nią. Zastanawiała się, czy Desmond bardzo się zdenerwował. Zrozumiałaby. To był w końcu jego chrzest bojowy. Dla Lorraine nie byłby to pierwszy raz, kiedy musiałaby zmierzyć się z kimś w pojedynku na umysły. Nie, Lorraine, choć czuła ukłucie porażki w sercu, nie przejęła się zanadto, i zamiast rozpaczać, zaczęła rozważać w myślach miliony scenariuszy mogących wyjaśnić, dlaczego mieszkanie jednak nie było puste. Jej ruchy były ostrożne, kiedy podnosiła z ziemi przydeptany przy teleportacji periodyk z mężczyzną przebranym w kobiece szaty na okładce, i delikatnie wertowała jego kartki, by ostatecznie wcisnąć gazetę Desmondowi w ręce, żeby się chłopiec czymś zajął, bo obawiała się, czy pod pozorami nonszalancji nie skrywa przypadkiem wzburzenia. – Sprawdź to. Czytaj dla skorpiona i... Jaki masz znak zodiaku? – spytała, szeptem, tuż przy jego uchu, niepomna kompletnie na to, że doskonale pamiętała jego datę urodzenia, bo zieleniała z zazdrości za każdym razem, kiedy rodzice chłopaka urządzali mu wystawne przyjęcie urodzinowe. – Bo wyglądasz na barana – syknęła. Wyciągnęła różdżkę, by niewerbalnie rzucić na oboje zajęcie osuszające ze śniegu. Musiała tylko usłyszeć, co przyniesie jej los... Potem mogła wyjść z garderoby, i sprawdzić, czy teleportowali się chociaż do dobrego mieszkania. Zawsze mogła skłamać, że jest prostytutką, którą zatrzasnął w szafie niewierny mąż lub żona, wprawić przeciwnika w stupor legilimencją, i uciec z Desmondem, tak, by nikt nie zapamiętał jego twarzy – jego pozycja w ministerstwie była nader delikatna, i nie zamierzała niepotrzebnie narażać tak cennej inwestycji. RE: [styczeń 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców | Lorraine i Desmond - Desmond Malfoy - 09.12.2023 Pozwolił złapać się za rękę bardziej z obowiązku, niż przez cokolwiek innego, i z grzeczności nie pokazał na twarzy ani jednej emocji. Uścisk dłoni Lorraine wydawał mu się zaskakująco niekomfortowy, ale przywołał blade wspomnienie czegoś, czego od dawna nie doświadczył — myślał o tym rzadkim przypadku, kiedy ludzki dotyk faktycznie okazał się uspokajający i przyjemny. Myślał o tym, jak Oleander przytulił go po tegorocznym wyjątkowo beznadziejnym przyjęciu sylwestrowym. Ostatni raz widzieli się niemal miesiąc temu, podczas przerwy świątecznej i następny raz zobaczą się dopiero w kwietniu. Zaskakujące, że do tego roku nawet nie pamiętał o różnicy wieku między nimi. Nie przypuszczał też, że tyle razy będzie wspominać o tej rozłące na ledwo dziewięć miesięcy. Czuł pewną gorycz, która stopniowo zaczynała go drażnić. Frustrowało go, że musiał nosić w sobie taki ciężar z tak błahego powodu. Z czasem uświadamiał sobie, że naprawdę nie było warto mieć przyjaciół. Przez większość czasu relacje z ludźmi owocowały głównie dyskomfortem lub bólem. Z kontemplacji wyrwała go wciśnięta mu do ręki gazeta. Skonfundowany spojrzał najpierw na kuzynkę, bo nawet nie zarejestrował tego, że puściła jego rękę, później zerknął na okładkę wybitnie nietypowego erotycznego czasopisma. Lekki, ledwo widoczny skurcz na jego twarzy jasno oznaczył moment, w którym zorientował się, że wygięte w wulgarnej pozie ciało nie należało do prawdziwej kobiety. – Czy ty. – zaczął szybko i tak samo szybko zaciął się. "Czy ty naprawdę zamierzasz podejmować decyzje w oparciu o wróżby dla degeneratów?", zamierzał zapytać, ale nie zrobił tego, tylko prędko otworzył przyjemnie nijaki spis treści magazynu. – Przecież nie jestem. Baranem. Tylko bliźniętami. Podniósł lekko ramiona i ustawił magazyn pod dziwnym kątem, tak, aby kuzynka nie mogła zobaczyć, co działo się na stronach, które pośpiesznie przewracał — o ile Lorraine nie rumieniła się, o tyle on jak najbardziej mógł. W tle słyszał coraz głośniejszy kaszel obcego mężczyzny, który tylko podnosił poziom jego irytacji. Gdy nareszcie trafił na listę bzdurnych porad, które, oczywiście, głównie dotyczyły spraw sercowych i łóżkowych, odetchnął z ulgą i złożył wpół gazetę upstrzoną zdjęciami półnagich mężczyzn. – Ze względu na. Słońce. W Koziorożcu – czytał z trudem, marszcząc brwi. – Styczeń będzie dla ciebie miesiącem pełnym. Emocjonalnej energii. Podczas którego powinieneś skupić się na pracy nad. Nad długotrwałymi relacjami. Dzięki zwiększonej umiejętności wyrażania uczuć łatwiej będzie ci się zbliżyć do twojego partnera skorzystaj z wpływu merkurego aby jasno. Wyrazić swoje pragnienia i lepiej zrozumieć swoją drugą połówkę. Mars w rybach sprawi. – Urwawszy wpół zdania, spojrzał na kuzynkę z cieniem desperacji w oczach. – Że sfera seksu rozkwitnie. Romantyzmem. Bądź gotowy na głębokie emocje. I prawdziwą intymność przez pozycję księżyca w lwie powinieneś odczuwać większą niż zwykle pewność siebie i pragnienie bycia zauważonym. Obecny układ planet sprzyja harmonii w związkach więc warto jest z odwagą celebrować nowo odnalezioną łatwość ekspresji. Choć ważne jest aby pozostawać. Delikatnym i szanować subtelne napięcia które mogą wyniknąć z tak dynamicznego podejścia. W stresie nie zauważył, że wszelkie dźwięki z sąsiedniego pomieszczenia zdążyły ucichnąć. Stali chwilę w zupełnej ciszy, przerwanej z nagła głuchym uderzeniem i skrzypnięciem, jakby coś miękkiego i ciężkiego spadło na drewnianą podłogę. – Czy muszę czytać ten drugi – zapytał beznamiętnie. RE: [styczeń 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców | Lorraine i Desmond - Lorraine Malfoy - 17.12.2023 Szept Desmonda, powoli odcyfrującego treść horoskopu, był dziwnie uspokajający. Zmarszczyła brwi, wyłapując wciśniętą w kąt garderoby pokaźną stertę czasopism podobnych na pierwszy rzut oka do tego, które rozpaczliwie ściskał teraz w rękach Desmond; doceniała, że w trosce o jej cześć jako damy – albo przez wzgląd na własne, wysoko rozwinięte przez studia nad sztuką poczucie estetyki – zagiął okładkę w taki sposób, by nie epatować jej prosto w twarz naturalistycznym zdjęciem miłosnego aktu. Niestety, zaabsorbowany lekturą, wydawał się nie dostrzegać otaczających ich stosów niegustownych ubrań rodem z burleski i podejrzanie liczną kolekcję damskiej bielizny w wyjątkowo dużych rozmiarach… Lorraine szybko strząsnęła z różdżki różowe figi, które podniosła przed chwilą z podłogi, trzymając je na bezpieczną odległość od siebie, ale kiedy poczuła na sobie zrozpaczone spojrzenie Desmonda, udawała, że wcale nie ruszyła się z miejsca, ukradkiem wycierając czubek różdżki o wiszący obok nich satynowy szlafrok. Dopiero po chwili zauważyła, że to, co wzięła za wzorek w znicze, tak naprawdę było… Kaszel szybko przeszedł w charczenie, a potem rozpaczliwe rzężenie – te stawało się coraz cichsze, póki całkiem nie umilkło – przejmujący marazm całkowicie ogarnął mieszkanie, kiedy Desmond zakończył swój oratorski popis. "Czy muszę czytać ten drugi", zapytał, gdy głuchy odgłos upadku przerwał trwającą między nimi ciszę. – Musisz – stwierdziła beznamiętnie Lorraine, choć normalnie to pytanie i ten ton Desmonda wywołałyby na jej twarzy pokrętny uśmieszek. Teraz zacisnęła tylko mocniej rękę na różdżce. – Jeżeli zawołam cię, zanim zdążysz skończyć czytać o swoich przyszłych seksualnych podbojach, możesz wyjść z szafy. W innym wypadku… Po prostu uciekaj. Wymknęła się z garderoby, zanim Desmond zdążył zareagować na jej słowa. Wyjście z szafy albo mieszkanie bukmachera w niemagicznym Londynie (tym razem na pewno)
Nie oczekiwała od niego troski, bynajmniej; spodziewała się raczej, że jej ulubiony kuzyn rzuci jakimś niewybrednym, mizoginistycznym komentarzem obrażającym jej modus operandi, coby odzyskać rezon po tym jak spacyfikowały go seks-wróżby z fetyszystycznej gazetki dla miłośników przebieranek… A może by się obraził, że poddaje w wątpliwość jego Malfoyowską dumę, może wyrzuciłby z siebie jakąś wyszukaną inwektywę, pasującą splotem zgłosek do kroju do jego eleganckiego płaszcza, zaś ostrością – do kąta zadarcia jaśniepańskiego noska? Gdyby wiedział, że po prostu wyjdzie z garderoby niemal bez słowa, rzucając się prosto w objęcia niebezpieczeństwa, po prostu podsumowałby ją: ale jesteś głupia. Lorraine nawet nie mrugnęłaby okiem. Raz, była przyzwyczajona do wyblakłego poczucia humoru Desmonda. Większość mężczyzn w jej życiu była potwornymi seksistami, a ona akceptowała ich idiosynkrazje z uśmiechem, po prostu robiąc swoje Dwa, zgodziłaby się, że całe to przedsięwzięcie był głupie, bo sama wiedziała przecież, że wszystko diabli wzięli od momentu, w którym zobaczyła liczbę 666 na szufelce. Trzy, była zbyt skupiona nieśmianiem się z kolekcji wynaturzonych seks-zabawek dumnie zajmujących pawlacz za ich plecami, by teraz rozmyślać nad jakimś elokwentnym planem działania. Wszystkie opcje zawiodły, a lepsza okazja mogła się już nie nadarzyć, więc należało załatwić to, co się da, i spadać. Ciało przebranego w kobiece szaty bukmachera powitało ją w przejściu między sypialnią a salonem. Sprawdziła różdżką funkcje życiowe mężczyzny, przykładając jej końcówkę do żyły szyjnej, napęczniałej od zastojałej krwi. Nie żył. – Desmond. W porządku – zawołała półgłosem, odwracając się w stronę garderoby, kiedy tylko różdżka uświadomiła ją, że poza nimi, nikogo innego nie ma w mieszkaniu zmarłego bukmachera. – Ale bądź gotowy na głębokie emocje – dodała już ciszej, nagle, nie wiedzieć czemu, szalenie rozbawiona obrotem całej ich misji, ostatkiem sił tłumiąc cisnący się na usta złowieszczy chichot. Subtelne napięcia wywołane skórzanym materiałem paska o masywnej sprzączce wynikłe z tak dynamicznego podejścia do idei samogwałtu okazały się, yyy… Niesubtelne? Nieważne. liczyło się to, że bukmachera oprócz kobiecych fatałaszków podniecało także podduszanie, a niefortunnie zaklinowana klamka uniemożliwiła mu ucieczkę od orgazmicznego doznania, jakim musiała być ta fetyszystyczna śmierć. Lorraine miała ochotę rzygnąć na widok na wpół rozebranego ciała, ale przypomniała sobie, że widziała już gorsze rzeczy, i w sumie to nie jadła śniadania, więc nawet nie miałaby czym zwymiotować. Usilnie próbowała sobie też przypomnieć, spod jakiego znaku był martwy bukmacher. Czy gdyby teraz przekartkowali Playmaga w poszukiwaniu wskazówek, znaleźliby w jego horoskopie coś o „ważnym wydarzeniu zapierającym dech w piersi”? Nie poszło to do końca według planu… Ale przynajmniej teraz nikt nie będzie im przeszkadzał. – Jesteś tak dobry w magii transmutacyjnej, jak w translokacji? – rzuciła w stronę nadchodzącego kuzyna. RE: [05.01.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców | Lorraine i Desmond - Desmond Malfoy - 04.07.2024 Posłał jej martwe spojrzenie, gdy wychodziła, ale posłusznie nie drgnął z miejsca. Odruchowo zaczął wykonywać jej polecenie, porzucając czytanie szmatławego horoskopu dopiero po kilku zdaniach. – Uh – mruknął irracjonalnie sfrustrowany przerywaniem czynności przed jej ukończeniem, choć zrobił to z własnej woli. Opuścił czasopismo sprzed oczu i rozejrzał się po garderobie, nie mogąc opanować ostrego obrzydzenia, które położyło na jego ramionach uciążliwą wagę. Chwilę wpatrywał się w leżącą w kącie koronkową bieliznę, czując, jak zasycha mu w gardle. Był tutaj sam. Wytężając słuch, aby śledzić poczynania Lorraine, otworzył gazetę na jednej ze stron, które wcześniej pośpiesznie przewrócił. Z zaciśniętymi wargami spojrzał na zdjęcie ruchanego w dupę transwestyty, z dziwnym namaszczeniem wodząc wzrokiem po kontrastujących się kształtach ciał dwóch modeli. Nie wiedział, dlaczego ktoś publikowałby coś tak odrzucającego, ale jednocześnie nie mógł oderwać od tego oczu. Czuł bolesny ucisk w okolicach żołądka, na tyle intensywny, że zbierało mu się na mdłości. W jego głowie błysnęła myśl, że wcale nie powinno go to zdjęcie szokować z taką intensywnością. Było to absolutnie dziwaczne, że w ogóle poświęcał temu tyle uwagi. Przestał więc - zmusił się do natychmiastowego zamknięcia gazety, którą ostrożnie odłożył później na stos jej podobnych. Niepokojącą ciszę przerwał stłumiony głos Lorraine. Zaciągnąwszy nerwowo powietrza, otworzył drzwi do sypialni bukmachera, starając się zachować dystyngowany spokój. Wystarczyło jednak, by przekroczył próg, żeby jego ciałem zatrząsł zimny dreszcz. Zapach spermy mieszał się z kwaśną wonią potu i czymś jeszcze, delikatnym, ale wyjątkowo odpychającym. Ze sztywnym uśmiechem na ustach patrzył w otwarte, opuchnięte oczy powieszonego na klamce nieboszczyka. Dłoń wciąż miał na gałce drzwi garderoby, nie był w stanie nawet drgnąć. Śledząc siniejące wykwity na nagim ciele mężczyzny, powstrzymywał torsje. Głośnemu, przyśpieszonemu biciu swojego serca wyszedł naprzeciw ze spokojem. Wiedział, że nie dzieje się nic złego, nawet jeżeli prymitywna, zwierzęca część jego umysłu próbowała przekonać go, że jest inaczej. Już to wszystko kiedyś wiedział i pamiętał to absolutnie klarownie. Krystalicznie czysto. Wróciły do niego wspomnienia z rodzinnego obiadu sprzed dwunastu lat. Śledząc wzrokiem krawędź skórzanego paska na szyi bukmachera, obserwował jednocześnie puchnącą szyję umierającej przy stole ciotki. Te wszystkie nieludzkie odgłosy, które słyszeli zza drzwi, ten kaszel, dławienie się - je też pamiętał. Na nowo przeżywał ten nagły zgiełk, histerię dziadków, wujków, kuzynów, ich daremne próby pomocy. Ale wszystko skończyło się dobrze. Po prostu ją zabrali. Już nigdy więcej jej nie zobaczył. Problem zniknął. Nie powinien się tym przejmować. Wtedy się nie przejmował. Teraz nie będzie się przejmował. Odetchnął urywanie, głęboko, wymrugując wilgoć z oczu. Czuł przemożną ulgę i pulsujące w członkach wzburzenie. Dopiero teraz zaczął zauważać, jak przyjemne było uczucie szoku, którego przed chwilą doświadczył. Czuł się teraz żywy jak nigdy. Czuł się, jakby nareszcie mógł doznać czegoś poza tą odrętwiałą apatią, konsumującą go od dzieciństwa. Czy tak właśnie doświadczają życia normalni ludzie? To by wiele wyjaśniało. Poczuł, że nareszcie może się szczerze zaśmiać. Wykorzystał tę okazję, z podejrzaną lekkością odwracając się do Lorraine. – Głębokie emocje! – powtórzył rozbawiony, ledwo było czuć gorycz w jego głosie. – Ideologiczna degeneracja niesie za sobą doszczętny rozkład moralny a jego fatalne skutki obserwuje się każdego dnia nie jestem zaskoczony. Wypuścił z dłoni gałkę drzwi do garderoby, z pewną nieśmiałością przeszedł przez sypialnię, żeby bliżej przyjrzeć się denatowi. Jakże obrzydliwie, pierwszy raz w życiu patrzył dewiacji prosto w twarz. – Nie jestem pewien do czego jej potrzebujesz. – W jego wypowiedzi brakowało typowych dla niego niezgrabnych pauz; po tym dało się wyczytać trawiącą go trwogę i ekscytację. – Chyba tylko nekromancja nam teraz pomoże. Brzmiało to niemalże jak żart. Może dwie minuty zajął mu powrót do względnej równowagi. Nagła świadomość, że cały plan ich małej misji zdążył się posypać, uderzyła go w wyjątkowo nieprzyjemny sposób. Zaczynał się zastanawiać, czy pozostawili po sobie jakiekolwiek ślady, które pozwolą połączyć ich osoby z tą fetyszystyczną śmiercią. Wiedział, że jego obawy z każdą sekundą zaczynają przekraczać coraz to dalsze granice absurdu, ale nie mógł powstrzymać biegu niespokojnych myśli. – Chcesz stąd zniknąć czy spróbować przeszukać mieszkanie – wciąż nachylony nad ciałem, zapytał oschle, ale nieoczekiwana nawet przez niego emfaza na pierwszą część tego zdania zdradziła jego osobistą preferencję. RE: [05.01.1971] Pierwsze ataki "Śmierciożerców" | Lorraine i Desmond - Lorraine Malfoy - 15.09.2024 Zgarnęła z gracją spódnice, by uklęknąć na podłodze obok zastygłego w dwuznacznej pozie trupa i pochyliła się nad ciałem, by ostatni raz sprawdzić zaklęciem funkcje życiowe – tak dla pewności. Praca w Necronomiconie nauczyła ją, by nie ufać zewnętrznym oznakom śmierci, bo karty zgonu potrafiły kłamać, a egzorcyzmowanie przeklętych zwłok było procesem żmudnym i nieporównanie droższym od wysłania ich do pieca krematoryjnego na dziesięć zdrowasiek do Matki. Nie było jednak wątpliwości, że bukmacher nie żył. Odwróciła głowę w stronę wychodzącego z garderoby Desmonda, który zbliżył się do niej – niepewnie, z niezdrowo błyszczącymi oczyma – aby ostatecznie pochylić się nad ciałem. Śledziła jego spojrzenie, to, jak ogarnął wzrokiem czerwoną twarz ofiary i szyję nabiegłą krwią, krwawe wybroczyny w spojówkach, bruzdę po zaciskającym się na gardle pasku, dziwną nierówność w okolicy jabłka Adama – zapewne złamaną w trakcie szarpaniny kość gnykową, która uległa przemieszczeniu. Gdyby tylko mogła zajrzeć do głowy Desmonda i poznać jego myśli – nie nadążała bowiem za zaproponowanym przez kuzyna ciągiem przyczynowo-skutkowym – nie rozumiała imperatywu, według którego rozkład moralny miał wyprzedzać rozkład biologiczny; idąc logiką Desmonda, niektórzy powinni gnić jeszcze za życia, pomyślała Lorraine – spodobała jej się ta myśl, ale wydała jej się zbyt wulgarna, by wypowiedzieć ją na głos, zwłaszcza przy Desmondzie. Desmond był ordynarnym chwastem porastającym zapomniany grób. Desmond był także delikatnym kwiatem z żałobnej wiązanki. Desmond był niewyobrażalnie kruchy, ponieważ należał do rzadkiego gatunku ludzi, którzy żyli i oddychali swoimi przekonaniami, prędzej gotowi się złamać, niż ugiąć w swoim uporze. Lorraine nie chciała go złamać. Desmond był zasuszonym bukietem ze święta Lithy, opisanym z botaniczną precyzją na kartach jej zielnika. – Jesteś tu dla idei, Desmondzie? Wytłumacz mi. – Skupiła spojrzenie na chłopaku, przechylając teatralnie głowę. Na twarzy Lorraine wykwitł uśmiech: trudno powiedzieć, czy bardziej tchnący pogardą czy rozczuleniem. – Zamierzasz prowadzić etyczną dysputę z trupem? Może wpadniesz jutro do Necronomiconu. Porozmawiasz sobie z martwymi klientami o moralności i trendach w produkcji trumien – rzuciła konwersacjonalnie, poprawiając rękawiczki. – Choć wolałabym, żebyś porozmawiał o tym ze mną, nie z trupami. Obawiam się, że martwi nie są zbyt elokwentni, kochany. – Chwyciwszy za nadgarstek, uniosła gwałtownie wolną rękę trupa – wciąż jeszcze wiotką, choć za kilka godzin miała ulec przykurczom w budującym się stężeniu pośmiertnym – tylko po to, by zaraz wypuścić ją obojętnie, pozwalając bezwładnej kończynie uderzyć o podłogę z głuchym łoskotem. – Dokładnie – skomentowała, jak gdyby martwy bukmacher ubogacił ich dyskusję jakimś oryginalnym przemyśleniem. Podniosła się z powrotem na nogi, wygładzając płaszcz z zagnieceń. – Nic ci nie zrobi – dodała pogodnie. Oczy wiły złagodniały, kiedy przeniosła wzrok z powrotem na twarz kuzyna. Nie zaszczyciła go odpowiedzią na zadane pytanie – nie musiała – posłała mu tylko przeciągłe spojrzenie, zanim bez słowa ruszyła bowiem w stronę otwartego salonu, kierując swoje kroki w stronę drzwi gabinetu bukmachera. Machnęła tylko niecierpliwie ręką na dyskusję o nekromancji. Wcześniej myślała nad przetransmutowaniem ciała mężczyzny w jakiś niepozorny obiekt – w coś łatwego do przeoczenia lub do ukrycia – nad upozorowaniem śladów walki, po której Śmierciożercy przemocą wywlekli bezbronną ofiarę z mieszkania, aby torturami wydobyć potrzebne im informacje. Chciała kupić sobie trochę czasu, zanim współpracownicy bukmachera zorientują się, że trzeba zwinąć interes; zanim zmienią szyfr, którego używali, przesyłając tajne wiadomości, zanim przeniosą swoje kryjówki i ukryją swoich bliskich, czyniąc zdobyte przez nią i Desmonda informacje bezużytecznymi. Po krótkim zastanowieniu, stwierdziła jednak, że nie ma to większego sensu. Oryginalny plan Lorraine zakładał, że obrabują puste mieszkanie, ale obecność bukmachera wszystko skomplikowała: lepiej nie rozjątrzać sprawy i pozostawić ciało w nienaruszonym stanie, tak, jak je znaleźli. Nie kupią sobie więcej czasu, ukrywając zwłoki, przeciwnie – zmarnują go, robiąc sobie tylko więcej problemów… Problemów, które wydawały się nie nie mieć dzisiaj końca. Ciche, acz doskonale słyszalne w cichym mieszkaniu drapanie w drzwi. Lorraine zastygła bez ruchu, zesztywniała, nerwowe napięcie od wkradło się w jej ramiona. Mocniej zacisnęła palce na różdżce. Niemożliwe. Kilka chwil temu sprawdziła przecież mieszkanie zaklęciem lokalizującym, w środku nie było innych ludzi poza nimi dwojga… A jednak ktoś, czy raczej coś, drapało od środka w drzwi zamkniętego gabinetu. To nie człowiek, zrozumiała nagle Lorraine. – Wiesz, że według chińskiego horoskopu księżycowego – odezwała się głosem na wpół omdlewającym, na wpół apokaliptycznym – kończy się niedługo rok psa? Odpowiedziało jej ciche skomlenie. Usta Desmonda wygięły się w dziwnym grymasie, o którym wiedziała jednak, że był uśmiechem. ***
Nie pytała, skąd wziął krew do pomazania ścian, na których nakreślił symbole supremacji czystej krwi. Podobne pozostawiali po sobie Śmierciożercy i Naśladowcy na ruinach domostw, na które napadali, o czym Lorraine wiedziała nie tylko z plotek, ale i z prasowych doniesień. Przeszukała mieszkanie. Dokumenty znalazła w dębowej skrzyni pod parapetem w gabinecie, gdzie bukmacher trzymał zresztą pozostałe księgi rachunkowe. Na wierzchu leżały fałszywe paszporty, identyfikatory wydane przez mugolskie i magiczne instytucje, szczegółowe notatki dotyczące przemytu ludzi oraz towarów... Pod nimi zaś nazwiska, daty, adresy i szyfry. Lorraine pośpiesznie ukryła zapiski w podszewce swojego płaszcza, zanim Desmond zdążył podejrzeć ponad jej ramieniem więcej, niż powinien. Gdy ona szukała dokumentów, udając, że dewastuje mieszkanie, on zajął się symbolami. Krew rozprowadzał po ścianach z właściwą sobie precyzją, artystycznym wyczuciem, kreśląc za jej pomocą symbole dobrze znane z nagłówków gazet i depesz Ministerstwa: symbole potęgi Śmierciożerców, potępiające mugoli, a sławiące czystą krew. Wpatrywał się wciąż w swoje dzieło, gdy lekko zdyszana Lorraine stanęła obok. Brudząc rękawiczkę, przesunęła palcami po jednym z krwawych znaków, misternie wymalowanym słońcu z wykrzywionymi promieniami. Dotknęła doskonale odwzorowanych ręką kuzyna imitacji runicznych emblematów, które Śmierciożercy pożyczyli od druidów, sławiących naturę zamkniętą w odwiecznym kręgu życia: odległe echo czasów, gdy bogini Matka chodziła jeszcze po ziemi. Gdy Desmond czytał lektury popularne wśród sympatyków magicznej supremacji, Lorraine czytała bowiem religijne traktaty wychodzące spod pióra ojca Baldwina. Widziała pewne podobieństwa między fascynacją, z jaką wielu śledziło działania Śmierciożerców, a sposobem rekrutacji do fałszywych kultów, jakie demaskował stryj Marcus. – Pomyśl teraz – podjęła krytycznie, takim tonem, jak gdyby wygłaszała katechezę – o tym, jak żałośni są Śmierciożercy. Jak dzieci, które bazgrzą po ścianach kredkami, odtwarzając nieudolnie symbole, których znaczenia nawet nie pojmują. Myślisz, że byliby w połowie tak dokładni, jak ty? – Nie patrząc na Desmonda, podeszła do ściany, wznosząc dłonie w niemej inkantacji. Starannie wyrysowane symbole nagle stały się niedbałe, niechlujne wręcz, jak gdyby tworzono w pośpiechu. Emblematy były na poły udane, na poły karykaturalne, hasła zamazane, lecz znajome. Lorraine przypominało to tanie przedstawienie, ale wiedziała, że właśnie tego oczekuje świat. Taniego przedstawienia. Przemocy, którą da się zapamiętać. Grozy, którą da się zacytować. Tak działali Śmierciożercy, tak też mieli działać dziś oni. Stali pośrodku zrujnowanego salonu, pośród śladów, które miały udawać znaczenie, zupełnie jak śmierciożercza ideologia. Desmond przypatrywał się działaniom Lorraine jakby z niedowierzaniem, ale ona wyglądała na niewzruszoną: nie interesowała jej już ściana, nie, Lorraine odwróciła się, aby móc w pełni skupić swoją uwagę na twarzy Desmonda. – Po to cię tutaj przyprowadziłam – wyszeptała. – Żebyś zapamiętał to uczucie. Żebyś zapamiętał ten brud. Nie czujesz się brudny? Gdzie jest ta czystość, o którą walczą Śmierciożercy? Gdzie ona jest? Bo już nie na twoich ślicznych bucikach, wymazanych juchą. – Przechyliła lekko głowę, nie przestając wpatrywać się w kuzyna. – Nie czujesz się czysty... Więc może czujesz się ważny? – spytała cicho. – Czy czujesz się teraz ważny, Desmondzie? – Nie przestała naciskać, nie wiadomo kiedy, podchodząc nieprzyzwoicie blisko: na tyle blisko, że Desmond mógł niemal poczuć ciepło jej oddechu. – Jesteś ważny dla mnie – wyszeptała czule. Wyczyściła rękawiczkę zaklęciem, zanim wyciągnęła rękę w jego stronę, nie spodziewając się, że zechce ją ująć. Mimo to, nie przestała się uśmiechać. – Ale dla nich... Dla nich nie byłbyś wart więcej niż ten pies. Stryj Fortinbras też trzyma psy. Powiedziałabym, że psom Malfoyów żyje się lepiej niż wielu ludziom. Ale ty nie jesteś psem. Jesteś Malfoyem, prawda? Więc czemu chcesz być czyimś psem? Szczekać na wezwanie, gdy jakiś lord ze zmyśloną tytulaturą każe ci szczekać? W imię idei parzyć się z sukami, aby spłodzić czystej krwi miot szczeniąt z rodowodem? – Lorraine spoważniała nagle. – Nie chodzi tylko o krew. Gdyby chodziło tylko o krew, nasze drzewo genealogiczne nie byłoby więcej warte niż książeczka rodowodowa ulubionego z psów stryja. Urodziliśmy się, aby być lepsi, Desmondzie. Nie musimy tego nikomu udowadniać. Więc wyczyść buty. Wracamy. Zatrzymali się na chwilę w korytarzu, spoglądając jeszcze raz na zdewastowane mieszkanie. Wyglądało jak miejsce egzekucji. Jak pamiątka po desperackim, bezmyślnym ataku kogoś, kto chciał coś udowodnić. W otaczającej ich ciszy słychać było tylko chrzęst potłuczonego szkła pod butami. Tylko dwa oddechy. Teleportowali się stamtąd bez słowa, zostawiając za sobą martwego psa, martwego bukmachera i martwe mieszkanie. Koniec sesji
|