Secrets of London
[04.07.1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [04.07.1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence (/showthread.php?tid=1924)



[04.07.1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence - Lorraine Malfoy - 20.09.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Lorraine Malfoy - osiągnięcie Piszę więc jestem

4 sierpnia 1967, Akademia Munga

Płomienie sierpniowego słońca paliły tego dnia niczym smoczy ogień, więc kiedy Lorraine weszła do chłodnej, obszernej sali wykładowej, zwykle używanej przez neofitów Akademii Munga podczas konferencji naukowych, szczerze odetchnęła z ulgą. Całą drogę na miejsce bezpłatnego szkolenia z eliksirowarstwa przebyła pieszo, nie chcąc wydawać ciężko zarobionych pieniędzy na krótką, acz wysoce emetogenną przejażdżkę Błędnym Rycerzem: miała dużo ważnych wydatków w tym miesiącu, nie chciała też ruszać rezerwy przeznaczonej na poradę ulubionego wróżbity w jej następne urodziny... Przeklinała w duchu, że nie miała odwagi teleportować się po bezsennej nocy: drżały jej ręce, w głowie nieprzyjemnie kołatało, i nie potrafiła się skupić wystarczająco, by mieć pewność, że się nie rozszczepi. Choć kurs na teleportację ukończyła jeszcze za czasów nauki w Hogwarcie - a więc licencję miała od kilku dobrych lat - nigdy nie pozbyła się tej lekkiej paranoi, zdegustowana nader drastycznymi wyobrażeniami swojego rozszczepionego w czasie i przestrzeni ciała. Głowa na szczycie Mount Blanc, dłoń na murze berlińskim, najmniejszy palec u stopy w izbie lordów w mugolskim parlamencie... Kiedyś wyczytała, że w Afryce urządzano takie polowania na albinosów oraz wile, a z ich rozczłonkowanych ciał wykonywano magiczne amulety!!! A Lorraine na pewno nie chciała skończyć jako czyjś breloczek!!

Lorraine Malfoy była damą - do tego wysoko urodzoną!! - dlatego trwała w niezachwianym przeświadczeniu, że jedynym środkiem transportu, który zapewniłby jej należyty komfort, i który oddałby prestiż odpowiadający nazwisku Malfoy byłaby... lektyka. Zwiewna lektyka, misternie zdobiona, wyłożona stosami wytwornych poduszek,  noszona przez gromadkę niewolniczo posłusznych skrzatów domowych, najlepiej wyposażona w czary antywypadkowe i testowana magicznie na różne warunki pogodowe.

Niestety, Lorraine była tylko niewiele bogatsza od skrzatów domowych (bo obecnie za większość tajnych zleceń pobierała opłatę pod tytułem "pewnego dnia, poproszę cię o przysługę..."), a już śmiało mogła się z nimi równać poziomem masochizmu, ponieważ cały dzisiejszy dzień latała po mieście w sukience równie czarnej co jej serce. I chociaż Malfoy roztaczała wokół siebie vibe slutty dementora, nie było to spowodowane tym, że chciała komuś wyssać duszę pocałunkiem (posłużyłaby się w tym celu legilimencją, bo nie była panną lekkich obyczajów); nie chciała też kreować samospełniającej się przepowiedni o wakacjach w Azkabanie, choć miała trochę grzeszków na sumieniu... Lorraine po prostu była w żałobie.

W przyszłym tygodniu wypadała pierwsza rocznica śmierci jej przybranej matki, i choć minął już niemal rok, dopiero teraz Malfoy zaczynała odzyskiwać równowagę psychiczną. Nie sądziła, że udałoby się jej osiągnąć tego stanu bez pomocy mężczyzny, na którego teraz czekała, bezceremonialnie rzucając swoją rozklekotaną czarną torebkę wygrzebaną ze śmietnika kuzynki i naprawioną czarami na siedzenie obok, zajmując miejsce dla Laurence'a Lestrange'a.

Poznali się na podobnym kursie. Lorraine była szczerze pod wrażeniem wiedzy i dociekliwości Lestrange'a, kiedy czarodziej zainicjował dyskusję na temat nowego potencjalnego wykorzystania smoczej krwi w eliksirze regenerującym. Kojarzyła go - podobnie jak większość magów czystej krwi, jej matka była zresztą jakąś dalszą znajomą żony Lestrange'a - nie miała więc oporów, żeby nawiązać z Laurence'm rozmowę na temat ich wspólnej pasji, która przedłużyła się potem na wspólną posiadówę w parku, a ostatecznie na wymianę listowną. Lorraine nie nawykła zanadto zbliżać się do ludzi, preferując lekki dystans w kontaktach międzyludzkich, jednak po śmierci matki czuła się bardzo zagubiona. W jakimś przypływie porywczej szczerości otworzyła się bardziej przez Laurencem, którego do tej pory traktowała bardziej jako mentora i autorytet w dziedzinie eliksirów niż... Jako kogoś, kto odpisałby smutnej nastolatce na nieco histeryczny list w niezmiennie krzepiącym, sympatycznym tonie. Jako przyjaciela.
Współczucie Lestrange'a tylko wzmogło szacunek, jaki czuła do niego Lorraine. Pomogło jej to po trosze zrozumieć jego bezinteresowność w niesieniu pomocy chorym i poświęcenie, z jakim oddawał się swojej pracy.

- Panie Lestrange - zawołała cicho, kiedy ten wszedł do sali, nie mogąc powstrzymać tego nieco figlarnego błysku w oku, bo chociaż poznali się już na tyle, żeby porzucić formalności, nie mogła sobie czasem odmówić nazwania go w twarz od czasu do czasu per "mistrzem" albo "mentorem", co w sumie nie było dalekie od prawdy, a było miłym, prywatnym żartem. - Już myślałam, że będę musiała tu zemdleć, bo inaczej ministerstwo nie wypuści bez powodu swojego najlepszego magomedyka z biura. - zażartowała, zabierając swoją torebkę, żeby Laurence mógł usiąść na zajętym miejscu. - Cieszę się, że jesteś!! Wykład jeszcze nie rozpoczął, ale słyszałam, że ktoś mówił, że w sali obok przygotowano propozycje eksperymentalnych eliksirów leczniczych i w każdej chwili można je obejrzeć.


RE: sierpień 1967, Lorraine i Laurence, O kapitanie, mój kapitanie! - Laurence Lestrange - 22.09.2023

Szkolenia w Akademii Munga miał za sobą. To było jakieś ponad dziesięć lat temu. W między czasie robił dodatkowe kursy utrwalające swoje umiejętności i pogłębianiu bardziej wiedzy w uzdrawianiu i tworzeniu eliksirów. Z tym ostatnim radził sobie znacznie lepiej w praktyce. Choć nie było jego marzeniem zostanie ordynatorem szpitala, zmienił pracę po ukończonych praktykach w szpitalu, czego ojciec nie pochwalał. Laurencowi odpowiadała praca w biurze. A dodatkowo nie musiał rezygnować ze swoich wyuczonych umiejętności w dziedzinie leczenia i tworzenia eliksirów. Robił wszystko, aby rodzic docenił jego starania.

Ten rok był dla Lestrange bardzo aktywny. Dużo pracy, udzielania się w terenie. A co najważniejsze, oczekiwał narodzin dziecka. Jego żona była w trzecim trymestrze ciąży. Nie chciał jej zostawiać samej w domu, kiedy musiał iść do pracy. Załatwił jej na ostatnie miesiące opiekunkę, którą była jego koleżanka z akademii Munga, pracująca tutaj w szpitalu. Że gdyby coś się zadziało, miałaby pomoc na miejscu. Na rodziców liczyć nie mógł, co najwyżej na rodzeństwo. Mieszkali sami w zakupionym przez niego domu. Do pomocy w pracach domowych mieli skrzata.

W szpitalu pojawiał się z żoną na kontrolnych badaniach. Czasami też przychodził w innych sprawach, czy to zleceniach z Ministerstwa, czy omówić jakieś sprawy z kolegami, koleżankami z Akademii i praktyk, jakie kończyli razem i część z nich postanowiła kontynuować pracę tutaj. Tak też w jednym z przypadków, w zeszłym roku spotkał siedzącą samotnie pannę Malfoy. Nie tylko rozmowa ale i jego pomoc w pozbieraniu się, pomogła dziewczynie podnieść się na duchu i zaliczać semestry. Był jej mentorem. Korepetytorem. Jakkolwiek go uważała.

Dzisiejszego dnia został zaproszony na zajęcia w Akademii Munga, na jedne z wykładów. Być może miałby opowiedzieć o sposobach przyrządzania pewnych eliksirów. A może po prostu odpowiadać na pytania przyszłych uzdrowicieli, jak wygląda praca w Ministerstwie. Nie uważał to za zły kierunek, kiedy można w każdym miejscu udzielić pomocy komukolwiek. Nie każdy czuje w sobie to powołanie i odkrywa je nawet w późniejszych latach swojej kariery i edukacji.

Przemierzał korytarz, ubrany w popielaty garnitur z białą koszulą. Czarną listonoszką, przewieszoną na ramię. Miał tego pecha, że w przeciwnym kierunku szedł jego ojciec z paroma praktykantami innego roku. Nie odezwał się do niego. A nawet gorzej, traktował jakby go tu w ogóle nie widział. Przykre. Laurence westchnął i otworzył drzwi do sali, w której miał zagościć. Miła niespodzianka go spotkała, kiedy już na wejściu usłyszał, że ktoś go woła. Zamknął drzwi za sobą i skierował spojrzenie swych brązowych oczu w kierunku panny Malfoy. Ta oficjalność. Posłał jej lekki uśmiech rozbawienia na jej słowa, zbliżając do jej stolika.

- Nie było problemów z wypuszczeniem mnie na tutejsze wykłady.
Odpowiedział zgodnie z prawdą. „Tylko problemy z transportem mnie trochę zatrzymały” - dokończył sobie w myślach, czego wolał nie robić na głos. Z Ministerstwa specjalnie wyszedł wcześniej. Do Akademii zdążył w porę. Ale że teleportacja w jego przypadku to utrapienie żołądkowe, musiał dojść do siebie gdzieś w spokojnym miejscu, zwanym - łazienką. Następnym razem skorzysta z sieci kominkowej.
Dziewczyna zabrała torbę, co zrozumiał, że najwyraźniej trzymała dla niego miejsce. Rozejrzał się po sali wykładowej, zauważając niewielką ilość nowych studentów. Do rozpoczęcia jeszcze było trochę czasu, gdyż nie był obecny prowadzący. Zajął miejsce, torbę kładąc sobie na kolanach.
- Po wykładzie możemy udać się do tej sali i zobaczyć.
Wyraził chęć, bo kto wie, czy te propozycje będą miały w sobie coś lepszego, nowego. Inna kombinacja składnikowa. Cokolwiek. Im młodsze pokolenia się rozwijają, tym więcej możliwości można osiągnąć w dziedzinie uzdrowicielstwa.


RE: [sierpień 1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence - Lorraine Malfoy - 06.11.2023

Powiedzieć, że Lorraine zaliczała semestry w Akademii Munga byłoby lekką przesadą, bo zwyczajnie korzystała z tego dobrodziejstwa, że większość kursów organizowanych przez tę placówkę była darmowa – podobnie jak bar z przekąskami w przerwach obiadowych podczas większych konferencji!! – a chociaż kwaśny posmak taniej kawy, którą tutaj oferowali, przyprawiał ją o mdłości, nie zaglądała darowanemu testralowi w zęby. Zwłaszcza, jeżeli potem poważni przedstawiciele władz uczelni wysyłali jej pocztą ładne (i poważne!) certyfikaty z podpisami poważnych naukowców poświadczające zdanie poważnych testów kompetencji w dziedzinie eliksirowarstwa… Trzymała je oprawione w ramki pod łóżkiem!
A że sam Laurence zdawał się myśleć, że była pełnoprawną studentką tejże akademii, cóż – nie zamierzała go oszukiwać, ale nie zadawała sobie też trudu, by wyprowadzić go z błędnego przeświadczenia o jej naukowych dokonaniach, z tego prostego względu, że nawet nie do końca była świadoma, że w taki sposób zinterpretował jej naukowe dążenia – jej sytuacja życiowa od zawsze była mocno skomplikowana, by nie powiedzieć brzydko, zdrowo popierdolona.

A wyjaśnianie, dlaczego taka niby szanowana i dobrze urodzona młoda dama z ambicjami o samorozwoju, głęboko zakorzenioną potrzebą doskonalenia się i niezaprzeczalnym talentem do eliksirów, zamiast uczyć się – czy nawet szukać męża, zakładać rodzinę czy ogólnie prowadzić tryb życia należny przedstawicielce zepsutej arystokracji – zarabia na życie zarządzając biurem zakładu pogrzebowego na ulicy Śmiertelnego Nokturnu… A tak naprawdę włamuje się do umysłów innych ludzi, wykorzystując w tym celu nielegalne sztuki magiczne, i potem za pieniądze sprzedaje ich brudne sekrety, na domiar złego, czerpiąc sadystyczną przyjemność z przedzierania się przez mentalne bariery swoich ofiar, pragnąc więcej, i więcej… No tak, wyjaśnienie tego wszystkiego byłoby dosyć trudne.

Łatwiej znieść swój ból, kiedy możesz zadać go innym; łatwiej zapomnieć o żałobie po zmarłej matce, kiedy codziennie przeglądasz akty zgonów nic nie znaczących ci ludzi…
Szkoda, że nie tak łatwo zapomnieć o pasożytującym na twoim pensji bezużytecznym ojcu, kiedy masz przed sobą takiego Laurence’a Lestrange’a. W idealnie dopasowanym garniturze, zapewne na miarę; niebywale inteligentnego i zasłużonego w polu magimedycyny; zamożnego, tak, że nie musiałby pracować, gdyby tylko zechciał – dla którego praca to nie konieczność, a kaprys męskiej próżności – tak, że mógł zapewnić swojej żonie, a i niebawem, dziecku, godną przyszłość. To, jak Lorraine go podziwiała, nie umniejszało w żaden sposób tego, jak mu zazdrościła. Ale, co trzeba było podkreślić, mimo tych skrajnych emocji, życzyła Laurence’owi i jego rodzinie jak najlepiej, zwłaszcza, że jego młodsza siostra, Loretta, była jej kiedyś bliska… Czasem aż zapominała, że Laurence był jej bratem, przez to, jak bardzo się różnili; przez dzielącą ich różnicę wieku; a może i dlatego, że bliźniak Lor, Louvain, był tak magnetyczną osobowością, że skutecznie przyćmiewał resztę rodziny?

Pokręciła głową, odganiając od siebie tę dziką gonitwę myśli, i przywołała zamiast tego na twarz delikatny uśmiech.
Co tam u ciebie, no i oczywiście, jak się czuje pani Lestrange? Wybraliście już imię dla dziecka? – zapytała ze szczerym zainteresowaniem w głosie. W końcu wiedziała, że Laurence i jego małżonka spodziewają się małego Lestrange’a, i to w trybie dosyć pilnym! – Dawno nie widziałam się z Lorettą, więc jestem trochę do tyłu z ostatnimi wydarzeniami. W ostatnim liście tylko opisywała swój najnowszy obraz – zdradziła konspiracyjnym szeptem.

No i pogadali, bo wszystkich zaczęto wypraszać z sali na przerwę techniczną… Dlaczego? Wykładowca zepsuł rzutnik, a przeźrocza były widocznie niezbędne do przeprowadzenia wstępnej prelekcji... Lorraine tylko przewróciła oczami, kiedy urządzenie obskoczyła cała ferajna poważnych naukowców. Serio nie umieli tego obsługiwać?

Może pójdziemy teraz? Wydaje mi się, że trochę im to zajmie. Chyba, że wolisz najpierw złapać jakąś kawę albo herbatę, oferują tam w holu – zaproponowała Lorraine, gotowa podążyć za wyborem Laurence’a.


RE: [sierpień 1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence - Laurence Lestrange - 09.01.2024

Może i rodzina Laurenca była zamożna. Każde z potomków tej rodziny wyrobiło sobie odpowiednią karierę. Na niektórych z nich, nałożono nacisk pracy w szpitalu, a inni poszli tam dobrowolnie, ponieważ odziedziczyli odpowiednie umiejętności i rozwijali się w kierunku magimedycyny. Co to za życie, będąc na czyimś utrzymaniu? Laurence nie miał tak dobrze, jakby to inni widzieli z boku. Ojciec czy babka mogliby mu zamrozić wpływ pieniędzy rodzinnych na jego konto, skoro podjął nieco inną decyzję w swojej karierze niż tego oczekiwali. Miał zostać ordynatorem, ale wolał iść do Ministerstwa. Z drugiej strony praktykowanie zawodu, pozwala pokazać, że coś się umie, jest się kimś i potrafi zarobić na siebie, oraz utrzymanie własnej rodziny. Jak już wspomniane też było, miał dziecko w drodze, oczekujące rozwiązania.

Lestrange by stwierdził, że nie ma czego mu zazdrościć. Ładnie wyglądało to wszystko z zewnątrz, ułożone życie i własny dom, to jednak wewnętrznie bywały problemy, o których się nikomu nie mówiło.

- Na razie czuje się dobrze. Jest pod opieką mojej koleżanki. Jeśli chodzi o imiona. Myśleliśmy nad tym. Chłopca chciałbym nazwać Louis. Zaś, jeżeli będzie dziewczynka, otrzymałaby imię Lukrecja.
Odpowiedział z lekkim uśmiechem na pierwszą część pytań. W głębi duszy chciał, aby to był chłopiec. Miałby spełniony obowiązek dziedzica. Jeżeli się nie uda, będą próbować dalej.
- Może czas napisać z pytaniem o spotkanie? Z tego co wiem, dobrze sobie radzi.
Zaproponował. Co ją powstrzymywało? Praca? Kursy? Możliwe. Ale parę godzin powinno udać się znaleźć na damskie ploteczki.

Zdążył udzielić odpowiedzi, to jednak do zaplanowanego wykładu widocznie nie dojdzie. Laurence zmarszczył brwi widząc małe zamieszanie przy rzutniku. Jeden z profesorów nawet podszedł do niego z przeprosinami. Lestrange przyjął do wiadomości, zapewniając, że nic się nie stało.

- Nie mam nic przeciwko. Możemy na początek udać się na kawę.
Zgodził się z jej propozycją. Wstał z miejsca, aby tym samym przepuścić koleżankę i skierowali się w stronę wyjścia z sali. Nie byli jedynymi osobami, które postanowiły także skorzystać z przerwy. Jako że pamiętał jeszcze co gdzie się znajduje, przewieszając torbę przez ramię, skierował do miejsca, gdzie przygotowywali kawę.


RE: [sierpień 1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence - Lorraine Malfoy - 19.01.2024

Perspektywa opóźnienia wykładu zirytowała Lorraine - bardziej, niż dziewczyna pozwoliła po sobie pokazać - sama mając naturę perfekcjonistki, nie znosiła bowiem cudzej niekompetencji. I choć Malfoy bez słowa przysłuchiwała się, jak jeden z profesorów kaja się przed Laurencem, wyraźnie zakłopotany niespodziewanymi problemami technicznymi - ba, nawet pokiwała współczująco główką, a na jej twarzy wykwitł subtelny uśmiech wyrażający absolutne zrozumienie wobec tego straszliwego pecha, panie Lestrange, jak to wyraził się zaambarasowany całą sytuacją pracownik Akademii - wewnętrznie miała ochotę ostro obsztorcować tego, pożal się Matko, pracownika naukowego, nie potrafiącego korzystać z podstawowych dobrodziejstw techniki...

...Obsługa których, jej osobiście, zupełnie nie nastręczała problemów, kiedy podejmowała w swoim prywatnym biurze klientów z bardziej wymagającymi problemami, gdzie przedstawienie niezbędnych informacji w formie wielkoformatowej prezentacji wydawało się najbardziej optymalnym rozwiązaniem, pozwalającym sprawnie wyjaśnić co, kto, gdzie, kiedy, jak, z kim, i w jakiej konfiguracji. Tylko że Lorraine nie miała tytułu profesora, nie nauczała na co dzień rzesz żądnych wiedzy studentów, i, przede wszystkim, nie pobierała pensji od Akademii Munga (she doesn't even go there): była tylko bezwzględnym szpiegiem, skromną złodziejką informacji, entuzjastyczną szantażystką, domorosłą infobrokerką... Czy gdyby określiła się mianem researchera, zatrudniliby ją w szpitalu na etacie? Zaczęła się nad tym poważnie zastanawiać, pozorując zainteresowanie dyskusją towarzyszących jej mężczyzn. Niestety, nawet nowoodkryte marzenia zarobkowe nie były w stanie uspokoić wewnętrznego wzburzenia Lorraine, bo ta od pomstowania na spóźnialskich profesorów - przez których niepotrzebnie zadyszała się, biegnąc do budynku Akademii Munga, tylko po to, by potem czekać nie wiadomo ile na rozpoczęcie sesji - płynnie przeszła do smutnej realizacji, że przez opóźnienie będzie musiała wyjść z wykładu wcześniej, bo w końcu miała już konkretne plany na dzisiejszy wieczór, i tak to właśnie na nowo zapłonęła irytacją. Nie zamierzała się jednak spóźnić na tantryczny seks-rytuał ukochanego Otto, bo zamierzała dziś zasnąć w jego ramionach, a jeszcze bardziej nie chciała zawieść najdroższej Rosie, której przecież zawczasu obiecała, że zrobi jej specjalnie na dziś makijaż w stylu królowej wampirów.

Kiedy jednak Laurence odwrócił się w stronę Lorraine, ta była na powrót uosobieniem gorliwej słuchaczki - wiwat podzielność uwagi! - i, obdarzywszy go uprzejmym półuśmiechem, podążyła za nim w stronę stoiska z kawą.

Normalnie Lorraine piła tylko czarną, mocną (lub najtańszą), ale dzisiaj, skoro wszystko było na koszt Akademii, zrobiła sobie Rosie special, tak w sam raz na poprawę humoru: wsypała tyle cukru, że zaczęła obawiać się o stan swoich zębów, i wlała mnóstwo śmietanki, tak, że gdyby któryś ze zdziadziałych profesorków przez przypadek wychyliłby tę miksturę, na miejscu wykitowałby na cukrzycę. Zalewając kawę wykonała w stronę Laurence'a taki ruch, jakby pytała: "też chcesz?", i jeżeli wyraził taką chęć, zalała kawę i jemu (minus wspaniałe dodatki).

- Wspaniale to słyszeć, i dobrze, że opiekuje się nią ktoś zaufany - zgodziła się z Lestrangem. Z lekkim rozbawieniem wysłuchała propozycji dziecięcych imion. Tradycja rodzinna? "L" jak Lestrange? Odkrywcze... - Lukrecja mi się podoba. Jak ta włoska czarownica z rodu Borgiów. Podobno sypiała z własnym bratem.

Lorraine jak gdyby nigdy nic zamieszała łyżeczką w swojej filiżance z kawą.
- Może rzeczywiście umówię się z Lorettą. Swoją drogą, jak się ma Louvain? Widziałam niedawno zdjęcie w gazecie, jest jeszcze przystojniejszy niż w szkole, i chyba odnosi sukcesy w tym swoim Quidditchu. - W tajnikach tej gry orientowała się dzięki Atreusowi, który grał w szkolnej drużynie... W gruncie rzeczy, ten sport interesował ją tylko wtedy, gdy był jej chłopakiem, bo doniesienia w gazetach o zwycięstwach jakichś tam Grubych - czy tam Gburowatych - Goblinach z Grzegorzewa ni ją ziębiły, ni grzały, ale już na widok uśmiechniętego Bulstrode'a z rozwianą wiatrem czupryną robiło się jej gorąco. Nie sposób jednak było nie widzieć informacji o karierze Louvaina, a że ten był bliźniakiem jej pięknej przyjaciółki ze szkolnej ławy, no cóż, wypadało wiedzieć, co i jak. - Tylko nie mów mu, że pytałam - puściła Laurence'owi oczko, bynajmniej nie zawstydzona swoimi pytaniami. - Ty odziedziczyłeś całą skromność Lestrange'ów, a jemu jeszcze się w główce poprzewraca od tej wody sodowej.

Nagle dostrzegła w oddali wcześniej wspomnianą wystawę z przykładowymi próbkami eliksirów, pokazała ją Laurence'owi jednym skinięciem brody. Może tam powinni udać się, gdy skończą kawę?
- Teraz tak sobie pomyślałam... Jak w ogóle czujesz się ze świadomością, że zostaniesz ojcem? - zapytała nagle, sama zaskoczona własnym pytaniem. Od razu się jednak zreflektowała. - Ile lat dzieli ciebie i bliźniaki, jeżeli wybaczysz mi wścibstwo? Musiałeś się nimi trochę opiekować w dzieciństwie, prawda? Jak myślisz, pomogło ci się to lepiej przygotować do - poruszyła znacząco brwiami, i przywołała na twarz uśmiech - przyszłych obowiązków? Sama pracowałam z dziećmi, kiedy byłam młodsza: uczyłam ich teorii muzyki i gry na pianinie... Ciekawi mnie twoja perspektywa.


RE: [sierpień 1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence - Laurence Lestrange - 02.02.2024

Nic nie poradzą na to, że sprzęt technicznie zawiódł i nie mogą przeprowadzić wykładów. Trochę było szkoda czasu Laurenca, który przyjechał po to, aby przeprowadzić spotkanie z przyszłymi uzdrowicielami, biorąc na ten czas specjalnie wolne godziny w Ministerstwie.
Skoro zrezygnował z pracy w szpitalu, nie stało w sumie nic na przeszkodzie, spróbować swoich sił, jako wykładowca. Tylko, jeśli czas mu na to pozwoli. Dodatkowy zarobek zawsze się przyda.

Udając się do miejsca, gdzie można było przygotować sobie kawę, udzielił odpowiedzi na pytanie odnośnie stanu zdrowia małżonki iż jest pod opieką jego koleżanki z tutejszej placówki. Wzięcie kogoś zaufanego, dawało pewność i gwarancję, że pomoc jest na miejscu, kiedy on nie mógł przy niej być.

- Dużo informacji na jej temat można znaleźć. Choć nie przykulimy uwagi na skojarzenia imion, tak samo w sobie jest ładne.
Przyznał. I miał nadzieję, że za doborem imion nie idą, jakie przesłania i jeżeli będzie miał córkę i syna, to do kazirodztwa nie dojdzie. Nie był przesądny, więc nie wierzył w takie możliwości. To historia innej kobiety, poprzedzana wieloma innymi spekulacjami.
Na jej pytanie odnośnie kawy, poprosił, zwyczajną czarną niesłodzoną. Nie ukrywał zdziwienia, widząc ile dodatków użyła do swojej kawy Lorraine.

Odbierając kawę, przeszli na temat rozmowy na temat jego najmłodszego rodzeństwa. Temat szybko przeskoczył z Loretty na Louvaina.

- Louvain tak, odnosi sukcesy. Dużo trenuje i dzięki temu jest dostrzegany w drużynie oraz na boisku.
Potwierdził, zgodnie z prawdą. Tak naprawdę, to każdy z jego rodzeństwa miał czym się chwalić. Każdy starał się coś osiągnąć w swoim życiu, realizując swoje cele. W większości dla siebie, nie koniecznie dla rodziców. O ile akceptowali ich wybory.
Nie miał mówić bratu, że Lorraine o niego pytała? Uśmiechnął się lekko na te słowa. Skoro nie chciała, to nie będzie o tym Louvainowi wspomniał. Ale przekaże najwyżej pozdrowienia od panny Malfoy.
- Jeżeli nie chcesz, nie powiem.
Zapewnił. Ale podejrzewał, że jeżeli ta dwójka się spotka, najpewniej ten temat sam z siebie w jakiś sposób wypłynie.
Dostrzegając gest, spojrzał w kierunku wystawy z próbkami eliksirów i zgodził się kiwnięciem głowy, że tak. Po wypiciu kawy, mogą się tam udać, jak było zaplanowane wcześniej. Obejrzą z ciekawości i może coś interesującego zwróci ich uwagę.

Jak on się czuł, jako przyszły ojciec? Sam nie wiedział jak to opisać. Choć wrażenia na nim to nie robiło żadnego. Słusznie Lorraine zauważyła, że posiadając młodsze rodzeństwo, musiał pomagać trochę i ich pilnować. Miało to jednak miejsce kiedy był w domu na święta i na wakacje.

- Jakieś dwanaście lat jest między nami. Opiekowałem nimi, ale tylko jak byłem w domu. Jak się urodzili, chodziłem już do Hogwartu. Z bliźniakami to była inna sytuacja niż w przypadku pojedynczego członka rodziny. Z nimi było więcej pracy i odpowiedzialności. Zgodzę się, że pomaganie przy ich wychowywaniu było też w jakiś sposób doświadczeniem już w dość młodym dla mnie wieku. A jak się teraz czuję? Szczęśliwy i trochę zestresowany. To tak, jakbym dostał awans od życia, nową rolę, z którą nie wiem czy podołam. Nowe wyzwanie.
”Czy będę lepszym ojcem od swojego? Czy takim samym...” – dokończył w myślach. Przedstawił jej swoje spostrzeżenie, to co już w sumie przeżył i jak się z tym czuje obecnie. Nie ma co ukrywać, że podstaw dzieci trzeba uczyć od małego, jak chodzenie, mówienie, przekazywanie wiedzy i tradycji rodzinnych. Wychowywanie własnego dziecka jest inne, niż ogólna praca nad nie swoimi. Całe jednak szczęście, że rodzice zatrzymali się z produkcją potomstwa w jego rodzinie kończąc na bliźniakach.


RE: [04.08.1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence - Lorraine Malfoy - 01.03.2024

- Jestem przekonana, że sprostasz temu wyzwaniu – stwierdziła z powagą Lorraine, do tej pory uważnie wsłuchująca się w monolog Lestrange’a. Nie powinna tego czuć, a jednak… Zazdrość. Rozżalenie. Głęboko tajony gniew - dlaczego ja nie mogę mieć normalnego ojca, normalnej rodziny, normalnego domu - dlaczego, wiecznie to dlaczego, pytała, dusząc w sobie pełne wyrzutu pretensje, chora z atawistycznej tęsknoty. Zawsze coś paskudnie kłuło ją w sercu, kiedy była świadkiem najprostszych przejawów miłości rodzinnej. Dobrze to ukrywała, przez lata utwardzając się w swoim zgorzknieniu; dlatego teraz mogła się swobodnie uśmiechać i rozmawiać o świetlanej przyszłości Laurence'a jak gdyby nigdy nic, choć jej serce skute było lodem, a jednym źródłem ciepła pozostawała filiżanka kawy przyciśnięta do piersi.

W końcu podeszli do galerii przykładowych eliksirów, prezentowanych uczestnikom kursu. Kolorowe dekokty, wonne napary, apetyczne nalewki... Wszystkie o właściwościach leczniczych, uszeregowanie zgrabnie wedle swego działania na poszczególne układy narządów, obok nich zaś, tematyczne stoiska przedstawicieli firm farmaceutycznych alchemiczno-eliksirowarskich, gdzie Lorraine planowała zaopatrzeć się w kolorowe długopisiki, naklejki, notesiki i mocno randomowe próbki kremów i wcierek upiększających.

Uwagę wili przyciągnął od razu nieco ulepszony eliksir miłości, wciśnięty trochę półżartem, trochę półserio, na ekspozycję zatytułowaną "problemy z sercem". Co eliksir miłosny robił wśród preparatów leczniczych? Niektórzy postulowali aplikację amortencji jako nowatorską linię leczenia w przypadkach ogólnopojętej dysmorfofobii, zaburzeń postrzegania własnego ciała i problemów z samoakceptacją, choć ta terapia była przedmiotem wielu kontrowersji. Lorraine nachyliła się, by przestudiować informacje o składzie mikstury: ten został bowiem nieco zmodyfikowany, aby zapewnić szerokowachlarzowe działanie.

Sproszkowany róg jednorożca, stabilizujący nastrój, i pozwalający na odzyskanie sił witalnych osobom dotkniętym niemocą i bólami o charakterze psychosomatycznym. Wyjątkowo silny ekstrakt z korzenia rauwolfii żmijowej - stary, dawno już zapomniany przez eliksirowarów składnik alchemiczny, który ostatnimi czasy zdawał się jednak powracać do łask - bogaty w aktywne alkaloidy, dzięki którym można obserwować zwiększony dopływ krwi do narządów, a co za tym idzie - szybszą redystrybucję eliksiru w kompartmentach organizmu. Ziele serdecznika wpływające pozytywnie na napęd i silnie wygłuszające negatywne emocje, dodatkowo powodujące także wazodylatację naczyń wieńcowych, co przy długoterminowym użyciu skutkuje poprawą ukrwienia samego mięśnia sercowego i redukcją objawów niewydolności krążenia. I wiele, wiele innych.

Lorraine ochoczo notowała te ciekawostki w pamięci.

- Pytałam o rodzinę, bo patrząc na to, ile czasu spędzasz w pracy... Wiesz, mam po prostu nadzieję, że amortencja pachnie ci jak perfumy żony, a nie jak szpitalny płyn do dezynfekcji, bo inaczej przestanę wierzyć w prawdziwą miłość – zażartowała Lorraine, wachlującym ruchem dłoni nakierowując opary unoszące się nad kociołkiem w swoją stronę, aby móc poczuć dobrze jej znane aromaty pięknych wspomnień; te zawsze budziły się do życia pod wpływem eliksiru. A ona potrzebowała czegoś, co poprawi jej humor, zwarzony roztkliwianiem się nad swoją niedolą jak nieświeże mleko (na szczęście, nie to dolane do jej pyszniutkiej kawy!), zanim dołączy do Otto i Rosie w domu.


RE: [04.08.1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence - Laurence Lestrange - 09.05.2024

Cóż mógł odpowiedzieć, na jej zapewnienie? Czy podoła temu wyzwaniu, pokaże to dopiero przyszłość. Może i miał pełną, a nawet dużą w ilości rodzeństwa rodzinę, bogatą w dodatku, to czy odczuwało się w niej rodzicielskie wsparcie? W jego przypadku nie do końca. Choć Laurence się starał, ojciec przestał dostrzegać w nim jakby, idealnego syna. To jednak, z powodu swojej jednej innej decyzji, dokonanej przez siebie, na całe szczęście rodzic go nie wydziedziczył. Bo przecież, Laurence spodziewał się dziedzica. Liczył na syna. Małą istotę, która mogłaby pociągnąć dalej ich nazwisko, przedłużyć ród.

Również i on interesował się eliksirami. Ich wytwórstwem. Dlatego nie miał nic przeciwko udać się ze znajomą obejrzeć wystawę. Porozmawiać z innymi twórcami. Spojrzeć na pomysłowość młodszego od siebie pokolenia. A nawet zobaczyć, czego jeszcze mógłby nauczyć się od starszych.

Po wzięciu kawy, oboje skupili całą swoją uwagę na różnorodność flakoników. Większość zamknięta, zabutelkowana. Część była możliwa do przetestowania o delikatnym działaniu. Choćby podczas samego powąchania. Z kociołków wyłaniały się różnego koloru dymy czy poświaty. Warzono coś najpewniej na pokaz, jako dodatkowy element ekspozycji, zachęcający do podejścia.

Czy było coś, co by bardzo interesowało Lestrange’a? Najpewniej specyfiki medyczne. Aby bardziej angażować się jako uzdrowiciel. Choć nie w Mungu, to chociaż w Ministerstwie. Może samą obserwacją, zainspiruje się czymś?
Wyjątkowe składniki, także przykuwały uwagę. Laurence spojrzał na Lorraine, która równie zainteresowana bardzo była specyfikami, eliksirami. Bardzo interesowała się zagadnieniami tej tematyki. Nie zmieniło się to w niej, odkąd ją poznał.

Na jej słowa wyjaśnienia, uśmiechnął się lekko. Nie przykuwał do tego uwagi. Czy pachniał pracą, czy perfumami żony? Jak było naprawdę? Tylko on to wiedział.

- Możesz być spokojna. Moja amortencja, to nie płyn do dezynfekcji.
Zapewnił ją krótkim zdaniem. Ale też nie potwierdzał, że mogły to być perfumy jego żony. Choć dużo pracował, to jedynie z tego względu, aby dużo zarobić. Aby mieć na utrzymanie domu i swojej rodziny. Która niebawem się powiększy o nowego potomka. Nie chciał żyć z pieniędzy rodziny, ze skrytki ojca. Dlatego wyprowadził się kupując dom ze swoich oszczędności. Brał każdą pracę, za jaką był wstanie otrzymać jakieś wynagrodzenie. Choćby te wykłady, jako zarobek dodatkowy.


RE: [04.07.1967] O kapitanie, mój kapitanie! | Lorraine i Laurence - Lorraine Malfoy - 23.08.2024

Lorraine nie skomentowała tęsknej nuty, która wybrzmiała w głosie Lestrange’a, kiedy wymawiał imię “Louis” – jakże fałszywie brzmiała w porównaniu “Lukrecja”, pomyślała mimo woli – choć Lorraine należała do tej samej klasy społecznej, co Laurence, nigdy nie rozumiała arystokratycznej fiksacji na punkcie pozostawienia po sobie męskiego potomka. Może dlatego, że była jedynym dzieckiem swojego ojca, który nigdy nie traktował jej inaczej, dlatego, że była córką a nie synem: wystarczyło, że była jego. A może dlatego, że Malfoyowie – gdyby głową rodziny została kobieta – prędzej wymusiliby małżeństwo matrylinearne aniżeli pozwoliliby zginąć swemu dumnemu nazwisku w annałach historii. Lorraine nic nie odpowiedziała także na zapewnienie Laurence’a odnośnie amortencji, udając pochłoniętą studiowaniem przepisu, który – w wersji podstawowej – znała na pamięć. Mężczyzną był z natury raczej powściągliwym, więc nie brała tego do siebie, kiedy niezgrabnie zmieniał temat albo zbyt długo milczał, nie wiedząc, co odpowiedzieć, choć czuła się wtedy trochę tak, jak gdyby miała jednocześnie lat piętnaście i pięćdziesiąt – zawsze zbyt bezpośrednia, absolutnie niespeszona dzielącą ich różnicą lat i doświadczenia – za młoda, by stroić poważne miny, ale i za stara, by dbać o stwarzanie pozorów. 

”Mam nadzieję, że amortencja pachnie ci perfumami żony, a nie jak szpitalny płyn do dezynfekcji…” Kącik ust Lorraine drgnął zdradziecko, kiedy nachyliła się nad kociołkiem. Otto ją zepsuł, stwierdziła, spędzała z nim zbyt wiele czasu, i teraz szalenie ją bawiły ją takie bezczelne odzywki.

Lorraine potrafiła być bezczelna, choć jej bezczelność nie polegała na braku szacunku wobec drugiego człowieka, tylko na tym, że z niemal każdym starała się rozmawiać jak równy z równym, a nie wszyscy sobie tego życzyli. Zawsze chętniej wybierała towarzystwo ludzi starszych od niej, takich, którzy jej imponowali albo mogli czegoś nauczyć: po śmierci matki zerwała kontakty z większością rówieśników, zamykając się w ich kręgu. Ambrosia, Anthony, Eden, Elliott. I Otto. Bynajmniej nie robiła tak dlatego, że czuła się wyjątkowo dojrzała jak na swój wiek – nie, Lorraine zdążyła się pozbyć tego jakże złudnego przeświadczenia zanim jeszcze skończyła Hogwart – samo życie zweryfikowało, że pod wieloma względami wciąż była tylko głupią, młodą dziewczyną. Chyba po prostu potrzebowała kogoś, kto zrozumie. Może podświadomie szukała w tych przyjaźniach rodzicielskiej miłości – może potrzebowała wzorców, kogoś, kto dałby jej dobry przykład – kogoś, kto pomógłby jej naprostować kręte ścieżki losu… Bo w głowie Lorraine wszystko było tak szalenie splątane.

Nauka eliksirów przychodziła jej natomiast intuicyjnie, nigdy nie nastręczając trudności: ich warzenie wymagało precyzji niewybaczającej niedbalstwa, ale oferowało także kojącą powtarzalność, która zamknięta była w słowach receptury. Znajome ruchy, ściśle określone proporcje i natychmiastowy efekt w postaci odwaru wesoło bulgoczącego w kociołku – Lorraine znajdowała wiele satysfakcji w rutynie. Chętnie oddawała się pasji, by ukoić nerwy. Rozumiała pod tym względem swojego mistrza, choć nie miała pojęcia, że Laurence chwyta się każdej pracy by uzyskać finansową niezależność – ponieważ w jej oczach wszyscy członkowie rodziny Lestrange byli obrzydliwie bogaci, a pracę zawodową traktowali jako fikuśną fanaberię czy sposób na nudę – Lorraine zawsze była ambitna i dlatego darzyła szacunkiem ludzi, którzy mieli wystarczające samozaparcie, by osiągnąć sukces.

Kiedyś Lorraine marzyła o sukcesach Laurence’a, o tym, że zostanie mistrzynią eliksirów – był taki czas, że poświęciłaby wszystko, aby zgłębiać tajniki alchemii, kiedy łudziła się, że dorówna samemu Nicholasowi Flamelowi, a jeżeli znudzi ją praca naukowa, mówiła sobie, pójdzie w ślady Horacego Slughorna i zacznie nauczać młodych adeptów sztuki eliksirowarstwa – Lorraine miała wiele marzeń, ale wszystkie umarły razem z Mirandą, Mirandą, po której żałobę nosiła ostatni rok. 

Kiedy wyjęła bowiem notatnik by zapisać swoje przemyślenia na temat prezentowanych eliksirów – tylko magia zdała się powstrzymywać gruby, wyświechtany przepiśnik przed rozpadem – kiedy powiodła palcami po sfatygowanych kartkach, wypełnionych jej drobnym pismem – zrozumiała, że trzyma w rękach klucz do mauzoleum swych dziecięcych pragnień, zezwłok zawiedzionych nadziei – truchło dziewczyny, którą niegdyś była. Była. Bo teraz Lorraine Malfoy stała się kimś zupełnie innym. 

Pożegnała się z Laurencem tak serdecznie jakby żegnała się z nim już na zawsze.


Koniec sesji