![]() |
|
[17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? (/showthread.php?tid=1927) Strony:
1
2
|
[17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Victoria Lestrange - 20.09.2023 adnotacja moderatora Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka Pozbycie się tej całej więzi było… Przedziwnym uczuciem. Victoria miała wrażenie, jakby czegoś jej brakowało – czegoś, co towarzyszyło jej przez ostatnie półtorej miesiąca. Było, ciągnęło ją do Sauriela, do jego obecności, do jego dłoni, ramion, ust… Nigdy z tego nie skorzystała i czuła przez to frustrację. Tym większą, kiedy wiedziała, że flirtuje z kolejną kobietą – nigdy z nią samą. Jakby coś było w niej nie tak, jakby i z nią nie można było… I później czuła, że Rookwoodowi coś grozi. A teraz nic. Pustka. Spokój. Żadnego ciągnięcia w nocy, że pewnie za chwilę ktoś znowu wbije mu nóż pod żebra. Żadnego ukłucia w sercu, że podrywa kolejną pannę. Ale to, że tego już nie czuła – że została w sercu ta ziejąca pustka, po czymś, co w miesiąc się tam rozepchało, jakby było od zawsze – nie znaczyło, że nie wie, że to nie uległo zmianie. Jego postepowanie. Jego tryb życia. Ponownie to ona zaprosiła Sauriela na spotkanie, na wieczorny spacer po parku – z dala od domu Lestrange’ów, z dala od zgiełku kawiarni, restauracji… Byli tylko oni, wiatr szumiący między drzewami, zapalone latarnie i pojedynczy mijający ich ludzie. Victoria nie spieszyła się, szła pomalutku przy boku dużo wyższego od niej Sauriela, nie bardzo się odzywając po tym, jak już się spotkali i przywitali. Wyglądało to tak, jakby rozkoszowała się tym wieczorem. Celowo wybrała park w niemagicznym Londynie – mniejsza szansa na to, że trafią na kogoś, kto ją rozpozna, zacznie się gapić, zagadywać… Przynajmniej nie czuła już tej chęci, by złapać go za rękę. – I jak się czujesz? Lepiej? Nie masz żadnych nawrotów? – zagaiła w którymś momencie, kątem oka spoglądając na Rookwooda. Zupełnie nie wiedziała jak ma się teraz wobec niego zachowywać. Jak przed Beltane? Jak po? Ale po było… To nie były jej uczucia… czy były? A teraz… Przecież zgodziła się zostać jego żoną. Jak miała go traktować? Czego oczekiwać? RE: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Sauriel Rookwood - 21.09.2023 Sauriel się nie patyczkował - i jak dotarli do parku to złapał Viki za rękę i czasami nią majtał lekko jak dzieciak wyprowadzany na spacer, albo... po prostu zadowolony człowiek ze swojego życia. Człowiek? Życia? Zadow... och. No pojawiało się tu sporo elementów, które potencjalnie mogłyby przeczyć pełnemu zadowoleniu z chwili, ale nie. Sauriel był naprawdę zadowolony. Mógł powiedzieć, że, kurwa... jest szczęśliwy. Jakby pozbycie się tego rytuału całkowicie zmieniło... jego całego. Zaczął Victorię przytulać, zaczął ją łapać za dłonie, zaczął się zachowywać jakby naprawdę byli parą. Niemal jakby byli parą. Nie było pocałunków, nie było słodkich szeptów o miłości, nie było maślanych oczek. Wszystko to było z tego obdarte. Było tylko uwielbienie słane do Victorii... jego muzy. Ona go inspirowała. Sprawiała, że naprawdę czuł się szczęśliwy... nie. Ona tym szczęściem była. To nie tak, że jego życie toczyło się na tej ziemi tak jak i szczęście, nie. Życie szło swoją drogą, a on przemieszczał się na orbicie, którego epicentrum była właśnie ta kobieta. Osoba, której nie mógł dać dokładnie tego, czego chciała... albo właśnie mógł, tylko zwyczajnie się nie doceniał? Bo czytał o tych wielkich romansach, wielkich miłościach, a rzeczywistość zupełnie przecinała te wspaniałe i wielkie wizje. Życie na tych bajeczkach nie polegało, to fakt. Ale przecież, tak jak Victoria sama to zauważyła, że nie chodziło o wiele miłości rodem z książek i o książąt z bajek. Chodziło o coś osiągalnego. O coś... prawdziwego. - Pytasz menela czy pod monopolowym siedzi. - Też pytanie! Ale w sumie nie takie głupie, dlatego miast standardowego cynizmu i nie czekając na odpowiedź czy reakcję Victorii kontynuował. - Nic mi się nie dzieje, jestem jak ten Minister Magii na świeżej posadce. Czy inna gęś na grzędzie. - To jest - jeśli o te nawroty chodziło Nic mu się nie działo. - Jest zajebiście. W końcu nie muszę cię przekładać przez kolano i klepać po pupie... prawie sądziłem, że to lubisz. - Smirknął, spoglądając na Victorię z boku. - A ty jak tam? Dobrze czy niedobrze? - To nie jest tak, że dobrze, czy niedobrze... i właściwie to była zadziwiająco dobrze wpasowująca się prawda w ten temat. W to, co czuła Victoria. Wtedy - on był niepewny. Teraz - ona była niepewna. Było to jakieś... popierdolenie zawirowane. RE: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Victoria Lestrange - 21.09.2023 Nie spodziewała się w żadnym scenariuszu, który w głowie rozgrywała, że Sauriel ją złapie za dłoń. Że będzie chciał… do tej pory zupełnie tego unikał, czy przez zaręczynami, czy po. Chociaż po było tylko to, czego już między nimi nie było – nieznośnego przyciągania, któremu tak trudno było się oprzeć, które wwiercało się w serce, ale ostatecznie nie czyniło żadnej szkody. Mogło być takim bodźcem, by popchnąć wszystko do przodu, ale nie w ich przypadku, nie. Długi czas sądziła, że to są jej własne uczucia, że w obliczu śmierci po prostu zrozumiała, że nie ma nic do stracenia – a tylko do zyskania. Później okazało się, że to nie do końca prawda… ale czy to odmieniło jej uczucia? Czy sprawiało, że lubiła go mniej? Że zależało jej mniej? Że… nie. Brak tej więzi wcale nie sprawił, że wszystko co między nimi było – po prostu zniknęło. Tylko… co było? A biorąc pod uwagę wcześniejsze zachowanie Sauriela, to jak bardzo mu ta więź przeszkadzała, zupełnie nie brała pod uwagę scenariusza, w którym łapał ją na spacerze za rękę. Że ich palce splatają się, a on cały zadowolony i w skowronkach idzie z nią ramię w ramię alejką w parku. Sauriel mógł ją uszczęśliwić, oczywiście, że mógł. Wymagało to po prostu… wiele pracy między nimi. Zapewne wiele rozmów. Ale przede wszystkim chęci. Ludzie ją przecież ostrzegali, różni ludzie. Mówili jej rzeczy, które doskonale wiedziała, z troski, ale jakże irytujące – bo kołatały jej się po głowie przez ostatnie pół roku. A do Sauriela się zwyczajnie zdążyła już przywiązać, naprawdę go polubiła… i teraz gdy tak szli za rękę to zastanawiała się co się właściwie stało, co się zmieniło? I przede wszystkim: jak? I czy to właściwe? Czy to dla nich dobre? Czy sobie poradzą? Bo ostatnie co chciała, to krzywdy Sauriela. Był dla niej… ważny. Chyba to to uczucie. Nie wyrwała mu się, poddała się temu, starając uspokoić, wyluzować. - Na pewno? – czy można winić ją, że dopytywała? Cholera, sam złapał ją za rękę! Sam! To całkowicie zaprzeczało wszystkiemu, co do tej pory Sauriel robił i mówił. - Hej, nigdy nie musiałeś tego robić – niemalże się obruszyła, bo choć Sauriel łaził wkurzony, że jej coś grozi, to nigdy jej przez kolano nie przełożył, tylko się odgrażał. A poza tym to jemu bardziej się to należało. - Jest w porządku – odpowiedziała mu krótko, przez moment zastanawiając się czy jakoś rozwinąć ten temat. - W tym sensie, że nie czuję już tych wszystkich rzeczy – Sauriel wiedział jakich, a przynajmniej sądziła, że wiedział o czym mówiła. O niebezpieczeństwie… i o zazdrości. - Tylko… czuję teraz jakby mi czegoś brakowało – jakby ktoś siłą wyrwał jej uczucia, emocje i zrobił to tak nieumiejętnie, że zauważyła ich brak. Może wystarczyłoby te pustkę po prostu czymś napełnić? RE: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Sauriel Rookwood - 21.09.2023 - Co na pewno? Czy na pewno menele pod monopolowy chodzą? - Uniósł jeden kącik ust w górę. - Co tak dopytujesz? Mam znowu coś nie tak z mimiką twarzy? - Ostatnimi miesiącami zdecydowanie za dużo się krzywił i to krzywienie się było odpowiedzią właściwie na wszystko. Więc jakoś już nie był pewien, kiedy się krzywił, a kiedy nie, jakby to stało się zastępstwem jego klasycznej mimiki zamiast znudzenia. Czy tam - zmęczenia. Zblazowania? Zwał jak zwał. Nie, nie czuł, żeby teraz się krzywił, wręcz przeciwnie. Tylko trochę nie rozumiał, skąd to upewnienie się. Miałby ją okłamywać? A niby czemu? To znaczy - było wiele powodów, dla których mógł ją okłamywać, ale żaden z tych powodów nie zawierał się akurat w tym temacie. Łącząca ich więź była upierdliwa i w końcu zniknęła. Jak jakaś pieprzona smycz, którą mu ktoś w końcu zdjął razem z obrożą. Brrr... Naprawdę się nie dziwił, że ludzie od tego wariowali. Tym bardziej, kiedy poszli sobie o tak, pobawić się, a nie akurat mieli szczęście wykonać rytuał z osobą, którą lubili. Z którą dobrze się czuli, tak jak on dobrze czuł się z Victorią. - No i cool. O to chodziło. - Odparł spokojnie, odrywając od niej spojrzenie, by przenieść je na cichą uliczkę. Ludzie wciąż przechodzili przez park, noce letnie cieszyły się zazwyczaj o wiele dłuższym życiem. I o wiele krótszymi nocami, co niekoniecznie dla samego Sauriela było na plus. Sytuację tylko ratowała zasmarkana, angielska pogoda, ale i na nią w tym roku nie można było liczyć. Seerio - wszystko się zesrało po tym Beltane. Nawet pogoda! To jest - dla większości ludzi pewnie super, można sobie robić słodkie pikniczki czy wyjść z pieskiem na spacerek. Nie da się dogodzić każdemu. - Mówiła o tym ta czarownica, nie? Że może się pojawić takie uczucie. - Jako jeden z tych skutków ubocznych. - I... co? Przeszkadza ci to jakoś? - Może tak, może po prostu wystarczyło to czymś uzupełnić. Jak ciało naturalnie próbowało wypełniać braki, jak zasklepiało rany, jak zrastała się skóra po jej rozerwaniu. Pusty kubeł, który należy po brzegi zalać wodą. On tego uczucia nie miał. Czuł się tak zajebiście dobrze, jak od dawna nie czuł. No, może pomijając to ciśnienie, żeby faktycznie dojebać starszemu, ale... to było naprawdę skomplikowane. A rozmawiając o tym z Victorią jeden bardzo istotny czynnik nie był brany pod uwagę, który widział Sauriel - czyli taki jeden przystojniaczek, przed którym drżała cała Anglia. Pan Tomuś. RE: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Victoria Lestrange - 21.09.2023 Spojrzała na niego tak… ale tak wymownie, że była pewna, ze ten bystrzak jednak zrozumie swój taktyczny błąd i przestanie rozpytywać o żuli spod monopolowego, bo zupełnie nie byli w jej okręgu zainteresowania. – Dopytuję, bo jesteś… – szukała na to odpowiedniego słowa, ale po chwili próby podejścia do tematu dyplomatycznie się poddała. – Przedziwnie radosny – dokończył a i spojrzała w ciemne niebo. Nie chciała mu psuć humoru, w ogóle nie o to chodziło. – I trzymasz mnie za rękę – nawet uniosła te ich dłonie żeby mu to pokazać, nie było pomyłki. I nie, nie przeszkadzało jej to, gdyby tak było, to by się zręcznie wyślizgnęła, natomiast w pierwszej chwili potrzebowała momentu, żeby zorientować się co się właściwie dzieje. Bo naprawdę… Z boku wyglądali jak… najprawdziwsza para na spacerze. A kim dla siebie byli? Victoria miała mętlik w głowie. Mętlik i dostawała też sprzeczne informacje. – To nie powinno być tak, że przed przełamaniem tego powinieneś chcieć mnie trzymać za rękę? – czy to nie więź miała ich do siebie przyciągać? Ją z pewnością przyciągała. I jakże trudne były pierwsze dni – kiedy potrzebowała mieć go przy sobie, a nie miała, i jednocześnie próbowała się połapać co się z nią w ogóle dzieje. Wiedziała, że to nie jest pogoda dla Sauriela, więc się z nim nie umawiała na takie wyjścia przed zapadnięciem zmroku. Wcześniej mogli się widywać, ale właściwie tylko w domu, pod warunkiem, że pozasłaniane były okna. Dla Victorii nie było to nadmiernie uciążliwe, angielska pogoda zazwyczaj była taka, że było ponuro i nawet się przez okno nie chciało wyglądać, że już lepiej i tak było sobie doświetlać pomieszczenia. – No mówiła – przyznała mu. Pamiętała to. Co nie zmieniało faktu, że było to uczucie irytujące. Bo… czegoś w niej brakowało. Albo czegoś JEJ brakowało. Uczuć? Emocji? Pewności? Miała mętlik w głowie. Kiedy więź działała, to pomimo tych ignorowanych przymusów, wiedziała co czuje. Teraz nie wiedziała. – Przeszkadza mi. Masz coś, co cię wypełnia, a później ktoś ci to wyrywa i zabiera. I wiesz, że tego nie ma – próbowała mu opisać to uczucie, ale nie była pewna, czy skutecznie. – Nie wiem jak mam cię teraz traktować – przyznała po chwili. Chyba to męczyło ją w tym wszystkim najbardziej. Nie wiedziała, bo po zaręczynach czuła… różne inne rzeczy. I nie miała tak naprawdę szans się tego nauczyć. W pewnym sensie zaczynali od zera, ale nie w punkcie wyjścia, a pięć kilometrów za startem. RE: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Sauriel Rookwood - 22.09.2023 Pewnie, że nie o żuli chodziło ani o żaden sklep z alkoholem, ale zgadza się - wiedzieli o tym doskonale. Więc to taka mała złośliwość z jego strony, bardzo dobrze, że Victoria nad nią przekroczyła i nawiązała do tego, co ją naprawdę interesowało. I co interesowało jego - czyli jaki w zasadzie jest powód powtarzania pytania, skoro odpowiedział. Spodziewała się, że tam będzie coś więcej? Jakaś głęboka myśl, jakieś wielkie przemyślenia? Że usiadł, przepracował to wszystko w swojej głowie i teraz w końcu mogli poważnie porozmawiać? Tak nie było. Szedł za swoimi zachciankami. A że wydawało mu się, że Victoria też tego chciała, no to - proszę bardzo, oto są. A to "są" to jeszcze nie wyjaśniało, kim. Kim dla siebie byli? Kim dla siebie są obecnie? Sauriel nie komplikował sobie życia tymi pytaniami, odpowiedź wydawała się prosta - są narzeczeństwem. Być może skazanymi na wesele, jeśli Sauriel niczego nie odwali, co wcale nie było pewne. Albo jeśli nie zmieni się coś w życiu Victorii. Dla niego była przyjaciółką. Czy przyjaciele trzymali się za ręce? Nie, raczej nie. Nazwał ją "swoją dziewczyną" i teraz mówili o "randkach". Więc - mówili o miłości? Też nie. O zakochaniu? Hmm... Zauroczenie~! Oooh... Tylko to było całkiem patologiczne zauroczenie i jednocześnie to najbardziej czystego rodzaju. Bo platoniczne. To nie było to prawdziwie romantyczne zauroczenie. - A jakoś tak. - W sumie czemu był radosny? Ach, wiesz, Viki, bo nie mam w końcu wyrzutów sumienia i tak mi cholernie dobrze... Bo jesteś tutaj, mamy dla siebie kawałek wieczoru, możemy sobie pogadać i w zasadzie świat jest ułożony. No jasne, Śmierciożercy mordują, jakieś upiory w lasku, ale to było poza Saurielem. Ponad nim. - Myślałem, że chcesz. Mam cię nie trzymać? - Nie pytał dlatego, żeby wprawić ją w dyskomfort, ale no może nie chciała? Nie był pewien, nie mógł powiedzieć. - Jak ci się coś nie podoba to mów. Nie obiecuję, że zawsze się poprawię, ale się staram. - To znaczy... nie chodziło o to, że się nie chciał poprawiać, tylko... no dobra, w zasadzie to była kwestia chęci, jasne, bo niby jak chcesz to możesz wszystko! Tylko w tym "wszystkim" należało mieć też zdrowy umiar i świadomość tego, gdzie stoi twoja granica dobrego samopoczucia w tym "robieniu wszystkiego" dla drugiej osoby. Był całkowicie szczery, cholernie się starał dla Victorii. Była jego perełką. Stała się tą perełką w przeciągu tych miesięcy. - Hee? Nie ma opcji. Wtedy to nie ja chciałem cię trzymać za rękę. Brrr. - Wzdrygnął się i paskudnie skrzywił na samo wspomnienie tego OKROPNEGO uczucia, które nim miotało przez miesiąc. Ponad miesiąc. Co prawda potem słabło, ale nadal... okropne. - Ale teraz chcę cię trzymać za rękę. Mogę cię też nosić na rączkach, chcesz? - Pochylił się przez moment w jej stronę z tym swoim zaczepnym uśmieszkiem. - Ale tylko na worek ziemniaków. Żeby ci za dobrze nie było. - Przedrzeźniał się z nią tylko, rzecz jasna. Nie to, że nie byłby gotów jej tak nieść, ale musiałby chcieć ją zabrać skądś chyba siłą i być przy tym wkurzony. A trzeba się było też postarać, żeby Sauriel chciał koniecznie ją, czy któregoś ze swoich bliskich, zmuszać do czegokolwiek czy ograniczać ich. - Nie wiem, nie czuję niczego takiego. Czuję tylko, że w końcu zniknął jakiś irytujący rak z mojego wnętrza, którego już zdążyłem nazwać: Zbyszek. - Może to była kwestia tego, że on od początku traktował to jak ciało obce, jak narost dodatkowy? Ciekawe było to, że oboje to inaczej odczuwali. - A jak chcesz mnie traktować. - Oho. Nie spodobało mu się to. Ten temat. - Nie chce ci sprawiać przykrości, ale wielkiego happy endingu, big love i szczęśliwej rodzinki z tego nie będzie. Nie chcę cię poślubiać. To cię unieszczęśliwi. Taka chujowa prawda. RE: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Victoria Lestrange - 22.09.2023 Tak, właściwie to spodziewała się, że Sauriel w końcu przestanie wpadać ze skrajności w skrajność, czyli śmieszkować albo się wkurzać i złościć na wszystko i wszystkich wokół. Spodziewała się te, że w końcu siądzie i zastanowi się nad różnymi rzeczami, dokładnie tak. Zwłaszcza w tej materii, która dotyczyła ich bezpośrednio. Bo Victoria, na ten przykład, myślała o tym sporo; o swoich uczuciach, o swoich potrzebach, o tym czego chciała, a czego nie. Jej życie, pod tym względem, zaliczyło koszmarny obrót do góry nogami, coś co kiedyś było jej wbijane jako oczywiste, teraz było… teraz zupełnie było odwrotne. Jak chociażby kwestia dzieci – o, o tym to teraz musiała myśleć dość intensywnie, bo nagle… nagle miała ich nie mieć i nigdy nawet nie myślała o tym czy gdyby miała wybór – to czy by je chciała. Czego na pewno nie chciała to udawania. Nie chciała wodzenia za nos. Nie chciała oszukanych uczuć, tylko po to, żeby było miło – bo prędzej czy później przestanie być miło i przyjemnie. Mało kto chciał żyć i tkwić w takim oszustwie; nie dość że musisz przywdziewać maskę przed światem, to masz to jeszcze robić we własnym domu? A kiedy możesz ją ściągnąć? I tak, są narzeczeństwem, ale jeszcze niedawno zupełnie nic to dla niego nie znaczyło. Nagle zaczęło? Ona traktowała go poważnie, on jej niezupełnie i nagle ściągnięto przydługo działający czar, żeby coś mu się odmieniła? Nie kupowała tego, nie do końca, coś jej się ciągle nie zgadzało. A czego nie chciała, to zabawy jej uczuciami, których sama ciągle nie do końca rozumiała. To nie było łatwe, a to nagle beztroskie zachowanie Sauriela też niczego nie ułatwiało. Myślałem że chcesz. I tyle? Co ona chce, mnie co on chce, nie co chcą oboje? I skąd on mógł wiedzieć co ona chce, skoro nigdy o tym tak naprawdę i szczerze nie rozmawiali? - Gdyby mi to nie odpowiadało, to byś wiedział – nie dałaby się za rękę złapać, a nawet jeśli tak, to by tego nie kontynuowała. To było miłe… ale nie chciała żeby było sztuczne. - Wiem, że się starasz – tylko że ta zmiana była taka nagła, że aż nierealna. A dla Victorii – na pewno niezrozumiała. - Proszę, przestań pajacować – w tym momencie zachowywał się wręcz jak jakiś gówniarz i zupełnie nie sprzyjało to rozmowie. A uważała, że powinni porozmawiać. - Nie, nie chcę żadnego noszenia na rękach – a już na pewno nie na "worek ziemniaków". To było zupełnie poza jej strefą komfortu. Odetchnęła. Naprawdę, jedyne czego teraz chciała to spokojnej rozmowy, nie żadnej słownej szarpaniny. Chciała jasnej sytuacji, bo jej życie od półtorej miesiąca dalekie było od komfortowego poziomu; wszystko nagle okazywało się być drogą po urwisku, gdzie jeden krok… i spadasz. Owszem, złapiesz się, jakoś wstaniesz, ale im dalej tym gorzej. Zacisnęła usta, kiedy wyjechał z rakiem Zbyszkiem i zwyczajnie nie uznała za stosowne to jakkolwiek skomentować. Nie uważała tego za raka, na pewno nie by to nazwała. A później… cóż… cisza jaka zapadła po jego stwierdzeniu była wręcz niezręczna, to nie była ta z serii, że dobrze się milczy. Victoria miała w głowie w tym momencie wiele myśli i jednocześnie czuła jakby była tam jakaś pustka. Oklumencja. Zaczynała w nią uciekać nawet nieświadomie, żeby się chronić przed niepotrzebnym bólem. Zaczynało ją szczerze denerwować, że wszyscy wokół wiedzieli lepiej co ją uszczęśliwi, a co unieszczęśliwi. Że wszyscy wokół za nią decydowali. I jednocześnie, że najwyraźniej jedyne co na pewno chciała, czyli rodzina jakiej nie zaznała w domu rodzinnym, nie będzie jej dane. Jakby przegrała jakiś los na loterii już w momencie, kiedy się urodziła, a kuponu przecież nawet nie wykupiła. Nie chcę cię poślubić zadźwięczało gdzieś w głowie. - Cóż, a ja nie chcę udawania – powiedziała w końcu i delikatnie wyswobodziła dłoń z jego uścisku. - Nie zasłużyłam na to, nawet jeśli jest to miłe – a może jednak zasłużyła? Gdzie popełniła błąd? RE: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Sauriel Rookwood - 22.09.2023 Fakt, Victoria potrafiła mówić głośno i wyraźnie o tym, czego chce i czego nie chce. On zaś czasami sam nie wiedział, czego chce. Nie wiedział, co mu się podoba, co nie do końca. Co jest opatrzone jakąś niepewnością i wolał tego unikać, a czego pragnie, tylko boi się zmiany. Gdyby usiadł, podumał, na pewno byłoby łatwiej... dla Victorii. Tylko wnioski wcale mogłyby się jej nie spodobać. To, co mogłaby usłyszeć, mogłoby się nie spodobać. To, jaki naprawdę Sauriel był - nic z tego by się jej nie spodobało. I wszystko to, co jej mówił, na temat wartości, jakie prezentuje - wtedy by się przekonała, że to wcale nie była przesada. I życie nie było taką piękną bajką, żeby wierzyć w wielką przemianę człowieka, bo były takie elementy, których naprawić się już nie dało. Nie możesz posklejać duszy. Owszem, mógłby niby nad sobą jakoś pracować, powstrzymywać się, ale to nie było osiągalne do stopnia, żeby był nawet nie dobrym, ale przeciętnym człowiekiem. To też nie tak, że nad niczym się nie zastanawiał. Czasami łapało go to napięcie, to wkurwienie, by pewne decyzje podjąć. Jak dotycząca tego, czy wampiryzm dało się odwrócić. Ale było mu to potrzebne? Czy aby na pewno było? Jakoś... kiedy tak się nad tym zastanowić to rozmywało swój sens. W zasadzie to życie było całkiem wygodne. To też nie tak, że zawsze był takich wesołych i pozytywnych myśli, że w sumie nie jest aż tak byle jak. Wczoraj świat został wygrany, dzisiaj był lekki, może i jutro ziemia lekką będzie? I to nie ta przy wiecznym spoczynku. Czasem miał dni, kiedy wszystko było chujowe. Sinusoida od czasu ich poznania się nie zmalała. Wręcz przeciwnie. Od czasu Beltane była o wiele większa. I coś się zmieniło, to prawda. I nie chodziło nawet o sam rytuał. Skończył się w takim razie odzywać i tylko trochę przewrócił oczami, że akurat ją brało na poważne tematy. Tematy, na które on w sumie gadać za bardzo nie chciał. Ale dobra, niech będzie. Skoro miała potrzebę... ostatnio po prostu wszystko było poważne. Gdzie się nie obejrzysz tam ludzie płakali. Kuurwa, ile można? Jasne, niby rozumiał, dlaczego i skąd to wszystko się działo i to nie tak, że był obojętny na to, że Victorii była ciężko, a teraz chyba jeszcze ciężej po zerwaniu rytuału. Albo to jeszcze o coś innego chodziło. Nie wiedział. Kiedy zabrała swoją rękę to sięgnął po paczkę fajek, żeby zapalić jedną z nich. I wysunął pudełeczko w jej kierunku, proponując jedną. - Udawania czego? Sory, ale jestem zbyt leniwą istotą na udawanie czegokolwiek. - No... to był akurat fakt. I był w to nawet kiepski. Choć... w zasadzie zadziwiająco łatwo było kłamać, kiedy kłamstwo stawało się jak oddychanie. To nie zaliczało się do aktualnego tematu podjętego. - Jak masz coś do powiedzenia to to powiedz. Nie będę cię ciągnął za język. - Bo tego też mu się nie chciało robić i było irytujące. A tutaj już widział, że była niezła zapowiedź i krążenie wokół tematu. Od delikatnego podpytania, bo nagle jakieś... dziwne wnioski o udawaniu czegoś, kiedy on powiedział jej wprost, co sądzi na ten temat. Może chodzi o małżeństwo? - Chodzi mi o to, że zachęcam do szerokiego wypowiedzenia się na temat oczekiwań i zażaleń. To ci powiem, co mogę spełnić, a czego nie. - Dodał, bo uznał, że za tamto może strzelić jakiegoś focha, czy poczuć się urażona. Albo jeszcze coś innego, za czym by nie był w stanie nadążyć. Eeech, a był taki ładny wieczór... RE: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Victoria Lestrange - 22.09.2023 Niestety czy tego Sauriel chciał czy nie - prędzej czy później musieli porozmawiać. Gdzieś wcześniej po drodze prowadzili bardzo nieśmiałe rozmowy w tym temacie, ale były bardziej badaniem gruntu niż faktycznie szczerą rozmową. Jedno się nie zmieniło – Victoria nie chciała, żeby z Saurielem byli dla siebie wrogami. Jeśli ten ślub miał dojść do skutku, a póki co wszystko na to wskazywało, to nie chciała prowadzić całkiem odrębnego życia, albo by byli małżeństwem tylko na dokumencie, a potem… on swoje, ona swoje, i nawet się nie widują. Nie chciała się go bać, nie chciała wracać do domu z myślą, że wraca tam za karę i tak dalej. Pragnęła ciepła, wsparcia. Wszystkiego tego, czego nie zaznała w domu – i chciała odwdzięczyć się tym samym, ale tego mu nigdy nie powiedziała. Kiedy jak nie dzisiaj? Kiedy będzie lepszy moment na tę rozmowę? Pewnie nigdy. Każdy będzie jednakowo chujowy. I tak, potrzebowała porozmawiać. Z nim. A z kim jak nie z nim? Ze swoją matką? A w życiu. Z Cynthią? Z Laurentem? Z Brenną? Żeby każde z nich przypomniało jej, że to jest WaMpIr, że żywi się krwią i że nie będzie mogła zostać mamą? Że nigdy nie pójdzie z nim w ciągu dnia na spacer? Ze mogą ją oceniać za małżeństwo z wampirem, że mogą ją zacząć skreślać towarzysko? Wiedziała o tym wszystkim bez przypominania jej o tym. I oczywiście, że było trudniejsze po zerwaniu rytuału. Póki był, to nawet jeśli musiała się pilnować i powstrzymywać, to w jego obecności czuła się spokojniejsza. A teraz nawet tego nie miała. Nie miało być żadnego kręcenia i owijania w bawełnę. Wiedziała, ze Sauriel jest bystry, a nie tępy, chociaż tak się jeszcze przed chwilą zachowywał. I mógłby ruszyć głową, a nie leniwie czekać aż mu wszystko podstawi pod nos, ale tak – nie miało być z jej strony żadnego kręcenia. Tym niemniej faktycznie ubodło ją to co powiedział na początku – czyli, że nie będzie jej ciągnąć za język. Odebrała to tak, jakby go to po prostu nie do końca interesowało. – Kim ja dla ciebie właściwie jestem? – zapytała zamiast odpowiedzieć. – Znajomą? …Przyjaciółką? Ze znajomymi albo z przyjaciółkami nie chodzi się za rękę na spacer – nie patrzyła na niego, a na drogę przed nimi. Papierosa nie przyjęła, nie miała jakoś ochoty zapalić. – Poślubiać mnie nie chcesz. Nie będzie tego wszystkiego, co wymieniłeś, to co będzie? Jak ty to sobie wyobrażasz, hm? Że co? Aranżowane małżeństwa mają swoje problemy, lubią się, albo się nie lubią, ale jest coś co je spaja i są to dzieci, których my z wiadomych przyczyn mieć nie będziemy. Więc jak to będzie wyglądać? Zastanawiałeś się? – pewnie się nie zastanawiał, bo trzeba by było poświecić na to myśli. A Victoria o tym myślała i to niemało. I wydawało jej się… że da się tu coś w takiej relacji ugrać. Ale jak tak usłyszała stwierdzenie Sauriela, to bardzo w to zwątpiła, przypominając sobie swoje fantastyczne wnioski na temat tego, że mu się przecież nawet nie podoba. – Więc nie chcę udawania, że jest coś, czego nie ma i nie będzie – wedle jego własnych słów. – A co ja bym chciała to co to kogokolwiek obchodzi. Każdy ma już swoją wizję, nie? – ona mogła się co najwyżej dopasowywać, albo iść pod prąd, ale to nic nie dawało, tak sądziła. I po tym co powiedział… jakoś wątpiła, by dane jej było zaznać tego, czego tak chciała. RE: [17 czerwca 1972] Kim dla siebie jesteśmy? - Sauriel Rookwood - 22.09.2023 Właśnie dlatego Sauriel tłumaczył Victorii, że nie lubi być miły. Tak nadmiernie. Bo potem ludzie się przyzwyczajają, z przyzwyczajeń nagle chcą więcej i ciągle tylko więcej, więcej, więcej... a on chciał mieć spokój. Od tych "więcej". Nie chciał wpadać w sidła jakichś... rozdmuchanie wielkich relacji i udawać, że świat jest cacy i wszystko jest cacy. Co nie znaczyło też, że było mu to wszystko (włącznie z Victorią) obojętne. Każdy potrzebował bliskości, niektórzy w mniejszym stopniu niż inni. Ale byli też ci, którzy przez obraną ścieżkę spadali do punktu, z którego nie było wyjścia ani powrotu. Prawda o tym, że zostało się do czegoś zmuszonym, że zostało się zniszczonym przez świat i innych niczego tutaj nie zmieniała. Była tylko goryczą stanowiącą podkład dla tej historii o potencjalnie nieszczęśliwym zakończeniu. Mimo to każdy chyba jakiś swój happy ending chciał. Każdy go szukał. Albo chociaż żeby był po prostu spokojny, jeśli nawet nie "happy". Nie chciał więc tego wszystkiego - i chciał być blisko Victorii zarazem. Być może to był błąd? Ten brak stawiania jasnych wymagań? Tego, że Victoria nie chciała narzucać tych ograniczeń? Być może wtedy wszystko byłoby o wiele prostsze, bardziej jasne? Albo o wiele bardziej trudne i uległoby jeszcze większemu załamaniu? Gdybać sobie można. Warianty przeszłości pozostawały tajemnicą. Kim jednak Victoria dla niego była? Zdaje się, że jedno słowo tego nie ujmowało, albo brzmiało jak zbyt duży patos. Bo to, że była dla niego bardzo ważna pozostawało poza wątpliwością. Mimo to, jak było widać, była kontrolowana ilość rzeczy, jakie mógł jej oferować i to, co mógł od niej przyjąć. Wszystko było dobrze, kiedy życie biegło, ale kiedy nagle wjeżdżały takie rozmowy to... a może problem nie leżał w typie rozmowy tylko jej sposobie? To na pewno. W końcu czarnowłosy niczego nie ułatwiał. I nie chciał o tym rozmawiać, to fakt. Dla niego nie było potrzebne nadawania temu wielkiego słowa, żeby wiedzieć, co odczuwa i czego by chciał w tej relacji, a czego nie. Natomiast szanował to, że ona taką potrzebę miała. I nie chciał jej tego odmawiać. - Nie będę się tu zasłaniał wampiryzmem, bo tak naprawdę chuja to zmieniło. - W sumie dosłownie i nawet minimalnie drgnął mu kącik wargi, chociaż nie był to żarcik celowo. Uświadomił sobie tę bzdurę dopiero po jej wypowiedzeniu. Tym nie mniej ten opóźniony, krótki uśmiech zniknął równie szybko, co się pojawił. - Jeśli koniecznie chcesz nadać temu nazwę, poza tym, że jesteś dla mnie przyjaciółką, to słowo, którego szukasz to: muza. - I mówił całkowicie poważnie. Zaciągnął się papierosem, chociaż nawet dobrze zaciągnąć się nim nie był w stanie i zaraz złapał fajka w palce, żeby na niego spojrzeć, jakby to z nim było coś nie tak. Z papierosem - nie z jego płucami. - Jesteś moją inspiracją do życia. Chcę cię rozpieszczać i lubię twoją obecność. Przez ten pryzmat można powiedzieć, że jestem zauroczony. Ale to nie jest to samo, co zakochanie się czy miłość. - Mówił o tym tak, jakby opisywał jej, że w sumie to popiół w kominku poprzesuwał, no bo się go zebrało... tak neutralnie, nie było to naszprycowane emocjonalnie. Tak spokojnie, tym mrukliwym tonem. - Już mieliśmy pogawędkę na ten temat. - Czy się zastanawiał? Pytała, a wiedziała. To jest - wiedziała, że się zastanowił do tego punktu, w jakim tamta rozmowa była. A miała ona miejsce dawno temu. - Ja nie myślę o takich rzeczach, bo nie mam potrzeby. Ty masz potrzebę, to myślisz. Różni nas to, że ja żyję z dnia na dzień. Od wtorku do wtorku. Ty masz przyszłość i możesz ją mieć, więc o niej myślisz. - Naprawdę musiał jej to tłumaczyć? Wydawało mu się to takie... oczywiste. Ale chyba nie było. Może liczyła na to, że naprawdę zmieni swoje nastawienie? Jeśli tak to pewnie właśnie przeżywała nieprzyjemny zawód. Ale na to już Sauriel nic poradzić nie mógł. Na ostatnie słowa tylko wzruszył ramionami. - Zazwyczaj tak to jest, że każdy ma swoją wizję. Siłą rzeczy - tak działa ten świat. |