Secrets of London
[21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? (/showthread.php?tid=2010)

Strony: 1 2


[21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Laurent Prewett - 07.10.2023

W domu panował porządek. Domu pełnym różnych pamiątek z różnych wydarzeń, niektóre były bardziej wyeksponowane, inne mniej, jeszcze inne schowane. Sentymentalna więź sprawiała, że spojrzenie na nie wywoływało uśmiech na ustach. I każda z tych pamiątek miała ten uśmiech przywoływać. No, przynajmniej większość z nich. Wartość co poniektórych niekoniecznie wiązała się tylko i wyłącznie ze śmiechem i ciepłem, jakie sobą prezentowały. Jak ten ususzony wianuszek, który z zabawną tabliczką wisiał przy balkonie - ta pamiątka z felernego weseliska, gdzie Laurent go złapał. W tym domu było również sporo kwiatów, a przynajmniej - zieleni. Zawsze pachniało tu, szczególnie wiosną i latem, kwiatami, sosnami rosnącymi przy domu w New Forest i morzem. Czasami te konkretne zapachy były słabsze, innym razem mocniejsze, ale w tak piękny dzień jak ten cały dzień drzwi i okna były pootwierane. Laurent nie bał się złodzieja, który by tutaj wpadł i wszystko pokradł. Ciągle się tu kręcił, jeśli zaś nie on to Migotek, jeśli nie Migotek to Duma wylegiwał się na tarasie czy w salonie, bo Laurent nie pozwalał mu chodzić w okolice stajni i tam, gdzie kręcili się pracownicy i klienci.

Wiosenne porządki były pewną standardową procedurą, jaką przerabiał co roku. Ta wiosna również ich nie uniknęła, chociaż w tym roku wyjątkowo zabrał się za nie o wiele wcześniej - jeszcze zanim wpadł w cug pracy, jaki wybijał się, kiedy tylko przychodziła wiosna, stworzenia się budziły i o wiele więcej ludzi chciało jej zakosztować, tak i nacieszyć się ciszą i spokojem tego miejsca. Właśnie wręczył do rąk Alexandar ostatnie pudełko do wyniesienia z przedmiotami, które zdecydowanie nie powinny już zagracać jego domu i odetchnął, spoglądając na spokojne morze. Słońce powoli zachodziło, a on czekał na Victorię. Duma ziewnął leniwie, nie mając nawet ochoty dźwigać się z desek tarasowych, kiedy ostatnie promienie słońca ogrzewało jego wielkie, prawie stukilowe cielsko, błyszcząc na czarnej jak smoła sierści.

Zaproszenie Victorii miało podłoże merytoryczne, ale i nie do końca. Chciał jej coś pokazać - dlatego zawarł tę informację w liście, żeby ubrała się wygodnie na krótką przechadzkę po rezerwacie. Albo raczej - pokazać kogoś. Zjawisko i istotę piękną, która oczyszczała serca, która... powinna być podziwiana przez czarodziei, dumna i wspaniała, a Laurent zwykł go nazywać kurczakiem. Bo zachowywał się jak kura! Siedział na grzędzie i Laurent walczył z nim, żeby wyleciał w końcu z tej swojej prywatnej przestrzeni, jaka została dla niego zorganizowana. Powoli się to udawało, ale Fuego naprawdę miał humorki jak niejedna panienka w najbardziej niesprzyjających dla niej dniach. Ewentualnie jak królewna, wokół której trzeba było skakać i ją zabawiać. Laurentowi się wydawało, że on po prostu takim sposobem chciał na siebie zwrócić uwagę i kupić atencję. Tak zwane "zgrywam niedostępnego". Szczególnie, że kiedy on go ignorował to nagle feniks zaczynał go zaczepiać i przestawał być taki niedotykalski i taki nieosiągalny. To nie tak, że był o to zły. Martwił się za to o stworzenie, które znalazł w takich a nie innych warunkach.

- Królowa Nocy, która przychodzi do mnie przed zmierzchem. - Uśmiechnął się ciepło, kiedy dojrzał kobietę wkraczającą do ogrodu i zmierzającą w jego kierunku. Wyszedł w jej stronę, a rozleniwiony jarczuk tylko spojrzał w kierunku Victorii i przewrócił się na drugi bok. Podszedł do niej, żeby wyciągnąć do niej ręce i przytulić ją do siebie wbrew temu, że jej skóra była nieprzyjemnie zimna. - Dobry wieczór. Jak samopoczucie?




RE: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Victoria Lestrange - 07.10.2023

Przez ostatni miesiąc miała tak napięty grafik (pomijając kilka dni po Beltane – wtedy wręcz się nudziła, ale musiała odpocząć…), i to nie sprawami zawodowymi, że niełatwo było jej wcisnąć jakiekolwiek spotkania z bliskimi jej ludźmi. Zostawały więc tylko wieczory, a i wieczory miała często zajęte, bo odwiedzał ją pewien wampir – nawet jeśli nie na długo, a tylko wpaść na chwilę czy dwie… Jednak kiedy ci zależy, to robisz co możesz, żeby tak wszystko poukładać, by ten czas znaleźć, a Laurent chyba wiedział doskonale (a przynajmniej powinien to wiedzieć), że jest dla Victorii bardzo ważny i że zrobiłaby dla niego bardzo, bardzo wiele. Więc znalazła dla niego czas. Złość na niego już z niej w większości zeszła, nie miała czasu na gniewanie się, co nie zmieniało faktu, że nadal była zmartwiona i gdzieś tam w głębi duszy nie podobało jej się, że tak bezmyślnie się narażał w Kniei. Bo tym to właśnie było: narażaniem się. I prawdopodobnie powinni o tym sobie porozmawiać, przy Brennie i Patricku nie zamierzała ich prywatnej relacji wywlekać na wierzch, ani mówić Laurentowi co głębiej o tym wszystkim myśli. Darowała sobie to tam, co chyba spowodowało nieporozumienie, bo Victoria wcale nie uważała, że Laurent przeszkadza i nie dlatego była zła, że „plątał się pod nogami”. Nie plątał. Po prostu… Wielu dobrym ludziom w ostatnich trzech tygodniach stało się dużo złego, jej samej też, nie chciała więc, by i on doznał jakąkolwiek krzywdę. Wręcz gdyby mogła, to by go broniła przed złem tego świata. To znaczy mogła, tylko druga strona też musiałaby tego chcieć.

Znała ten dom, znała okolicę – przez ostatni rok stała się stałym bywalcem, który wcale nie zostawał na pięć minut, albo po to żeby wypić kawę, zjeść ciastko i wrócić do siebie. Zdążyła więc się nauczyć co gdzie jest, jakie panują tu zwyczaje, jakie przyzwyczajenia ma sam Laurent… Najpierw dostrzegła w ogrodzie Laurenta i uśmiechnęła się do niego ciepło. Później dopiero w pole widzenia rzucił się rozleniwiony i wygrzewający się jarczuk, który też ją znał i tym razem postanowił zignorować. Zaś wyciągnięte do niej ręce skwitowała z nagłym zawahaniem, bo nie chciała wprawiać Laurenta w dyskomfort. Nie była tylko chłodna, była przecież przeraźliwie zimna jak trup. Ale kłamstwem byłoby powiedzieć, że ten kontakt był jej niepotrzebny. Bo tęskniła za dotykiem, za przytuleniem… i po trzech sekundach zawahania wyciągnęła też ręce do Prewetta. Był jak zawsze – przyjemnie ciepły i tak ładnie pachniał…

– Żadna ze mnie królowa – wymamrotała, nim jeszcze się od niego odsunęła. – Dziękuję, może być – i nawet nie kłamała. Naprawdę nie było tragicznie pomijając zmartwienie jakie toczyło jej żyły przez cały czas. Puściła Laurenta i odsunęła się na odległość ramienia, przez momencik tylko trzymając go za ręce, ale nie chciała sprawiać, że będzie mu zimno – był przecież taki ładny, ciepły wieczór. Przyglądała się za to jemu – czy wszystko było dobrze po tym spotkaniu z widmami? Wtedy nie było czasu się mu przyjrzeć. – A twoje? – zapytała po chwili.




RE: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Laurent Prewett - 07.10.2023

Ciekawe, jak wyglądałoby ich życie, gdyby urodzili się kilka wieków wcześniej. Coś by się zmieniło? Na pewno. Jeszcze większa presja nakładana na barki, jeszcze więcej udawania, jeszcze większe różnice dzielące społeczeństwo. Mijały lata i wszystko się powolutku... chyba polepszało? Większa wyrozumiałość, większe zrozumienie. Dopóki nie widziałeś Lorda Voldemorta i jego zgrai terrorystów. Jakkolwiek nie było - niestety zawsze mogło być gorzej. Człowieka zawsze mogły spotkać większe tragedie. Ta wiosna zapowiadała się wspaniale. Wesoła i kwitnąca, miała szansę na coś lepszego. Zadatki na drobinę więcej światła w życiu. Chyba mieli mieć pecha żyjąc w tak niespokojnych czasach. Z drugiej strony... czy w świecie czarodziei w ogóle istniał czas naprawdę spokojny? Taki, w którego nie byłby wpisany żaden czarnoksiężnik, któremu wymarzyłoby się zmienienie tej rzeczywistości?

- Za to zasługujesz, by po królewsku cię traktować. - Ciągle pamiętał ich pierwsze spotkanie po szkole - to był prawdziwy czar, prawdziwa magia. Takie chwile zapisywało się w jego pamięci westchnieniem. Była to jedna z wielu chwil zapisanych w kalendarzu szczęścia, który przyjemnie się wertowało palcami. Starego kalendarza, który w zasadzie przełożono już na formę dzienników i odłożono do biblioteczki. Nie było problemem go jednak wyciągnąć. Niektóre kartki były tu częściej przeglądane niż inne. To było widoczne - więcej odcisków palców, minimalne zagięcia kredowych stronic opatrzonych barwnymi ilustracjami. Tamta noc smakowała jak Smoczy Owoc. - Odpocząłem i wszystko jest już w porządku. - Bo tak było. Choć zaobserwował w lustrze te pojedyncze, srebrzyste włosy na swojej głowie, które ukrywał na co dzień, ale niekoniecznie zamierzał je chować przed Victorią. Żeby je zauważyć i tak trzeba się było bardzo przyjrzeć w tym platynowym blondzie. - Przejdziemy się najpierw? Zanim zrobi się ciemno, - Co prawda wieczory były już dość długie, szczególnie nad morzem, ale łatwo było zagubić promienie słońca wśród drzew. Zaprosił ją gestem i nawet Duma w końcu podniósł swój leniwy zadek i podszedł również się przywitać. O wiele bardziej ostrożnie niż zazwyczaj, nie tak radoście podkładając łeb do głaskania. Węszył. Wyciągał łeb, sprawdzając zapach, który był ten sam, ale poszerzony zmysł wykrywania magii działał bardzo dobrze. Trwało to chwilę, zanim zamachał ogonem dotykając mokrym nochalem dłoni kobiety. - Tak, Duma, idziemy na spacer. - Teraz już Laurent odwrócił się do drzwi i okien i rzeczywiście machnięciem różdżki je pozamykał. Zakluczył i skierował się do lasu.

- Myślałem nad zagadnieniem tego prawa i... przydałby się na pewno ktoś, kto je lepiej rozumie. Choć mógłbym wynająć prawnika. - Zagaił spokojnie, kiedy przechodzili ścieżką ogrodu w kierunku lasu. - Co wiem na pewno to to, że najprościej będzie zacząć walczyć o zmianę tego prawa rozpoczynając od przekonania Lazarusa Rowle'a, że te stworzenia są naprawdę skrajnie niebezpieczne. - I że nie powinny pałętać się po Kniei Godryka. - Wystosowałem odpowiednie pismo do pana Rowle'a z prośbą o przydzielenie odpowiednich osób do zajęcia się tym tematem, skoro raczej mamy do czynienia z duchami niż magicznymi istotami.




RE: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Victoria Lestrange - 07.10.2023

Laurent zastanawiał się nad takimi rzeczami, ale Victoria zupełnie nie. Wystarczyłoby zerknąć do książki historycznej i przeczytać kilka ustępów o interesującym przedziale czasowym, żeby dowiedzieć się, że teraz to mieli luksusu, a kiedyś to było… Było ciężko. Kiedyś to musieli się ukrywać przed mugolami, bo inaczej kończyli na stosie, albo w inny równie makabryczny sposób. Teraz tez musieli się ukrywać, ale wyglądało to zupełnie inaczej, a że jakiś jeden czarnoksiężnik zastępował drugiego i trząsł znanym światem… Każdy prędzej czy później umierał.

– Chcesz mnie zbajerować? – nawet się przy tym cicho zaśmiała. Też pamiętała to spotkanie, bardzo wiele w jej życiu zmieniło, w pewnym sensie wywróciło jej życie do góry nogami. Sama nie była pewna kto kogo wtedy poderwał, zresztą to nigdy nie było jej celem. Tak jak to, że na jednej nocy się nie skończyło też nie oznaczało, że chodzi tu jedynie o fizyczność i zaspokojenie pożądania. Przynajmniej jej nigdy o to nie chodziło, a o poznanie drugiej osoby, która okazała się być, wbrew wszystkim pozorom, przynajmniej dla niej bardzo wartościowa. – To dobrze – przyglądała mu się, coś jej nie pasowało, ale nie była w stanie powiedzieć co dokładnie, ale jej myśli się na tym zatrzymały: że coś tutaj jest nie do końca tak, jak powinno i jak to zapamiętała. Tylko co? Gdzie? Zmarszczyła nawet na chwilę brwi. I nie, oj nie, nie chodziło wcale o włosy, ale o… o… – Oczywiście, co tylko chcesz – w granicach, oczywiście, bo każdy jakieś miał. Nim jednak ruszyli, gdziekolwiek przejść się chciał Laurent, Duma w końcu się ruszył i dość niechętnie do niej zbliżył, jakby wyczuwał, że coś jest nie do końca tak jak powinno. I miał rację, dobrze wyczuwał – bo nie było. Victoria po prostu poczekała w bezruchu, dając jarczukowi czas na przetworzenie, że to nadal ona. Test najwyraźniej zdała, bo nie rzucił się na nią, tylko mokry psi nos domagał się dotyku i głaskania – i dokładnie to zrobiła.

– Nie martw się, Duma, to ciągle ja – tylko trochę bardziej zimna, bardziej zmartwiona, bardziej zmęczona i bardziej skonfliktowana sama ze sobą. Tyle właśnie mogło się zmienić w przeciągu trzech tygodni. Ach, no i bardziej spragniona jakiegokolwiek kontaktu fizycznego, bo odkąd była jaka była, to bardziej trzymała ręce przy sobie (nie żeby kiedykolwiek była osobą, która nadmiernie przekracza granice strefy komfortu), wystrzegając się tego, by ludzie nie poczuli jaka jest zimna. Te kilka reakcji, których już doświadczyła sprawiły, że bardzo się pilnowała, bo dla niej też to nie było przyjemne – widzieć reakcje innych ludzi na jej przypadkowy dotyk.

– Myślisz że jakieś widma krążące po zamkniętej już teraz Kniei przekonają kogokolwiek? Przez lata nie przekonało ich to, że aurorzy nie mają narzędzia do walki z czarnoksiężnikami, a ci są w różnych miejscach i są dużo bardziej śmiercionośni niż jakieś… dziwne zjawisko, które nie wylało się na całą Wielką Brytanię – chodziło jej o skalę. Jedna Knieja w porównaniu do całych Wysp i tego, że chociażby ludzie Voldemorta mogli być wszędzie… A wcześniej ludzie Grindelwalda. I co? I guzik. W ciszy mieliła słowa Laurenta. I o ile to że tak się w sprawę nagle zaangażował było budujące, to też jej się to do końca nie podobało. Bo bała się, że w końcu stanie mu się jakaś krzywda. Nie miała pojęcia, że był w to aż tak zamieszany jeszcze od początku maja – ale już wyczuła, że ludzie wokół niej ukrywają dużo rzeczy. Być może nawet przed nią. Na przykład ilekroć zastanawiała się dlaczego Brenna ją tak nagle przepraszała zupełnie bez kontekstu, tym bardziej miała wrażenie, ze coś tutaj śmierdzi. – I jak myślisz kto byłby odpowiednią osobą do zajęcia się tematem? – niemalże powtórzyła za nim, zastanawiając się co mu teraz chodzi po głowie.




RE: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Laurent Prewett - 08.10.2023

Myśli Laurenta potrafił pałętać się po najróżniejszych drogach i wędrować w krajobrazy piękne, zaklęte i bajeczne. Świat w jego oczach przyjmował różowe barwy, a złociste promienie słońca były błogosławieństwem należącym się każdemu. Miłość do świata, do życia, wiara w to, że wszystko może być lepsze, pozwalała mu myśleć o utopiach, które godne były nazwania Niebem. Prawdziwym - tym skrytym wśród chmur, tym o którym opiewała Biblia, o którym powstało tyle powieści. Naiwność. Niektóre z tych wizji przesmykiwały się do jego świata ukradkiem, innym pozwalał rozwinąć się bardziej, przesuwając je przez filtr swojej racjonalności. Pewności w tym, że w ludzi można wierzyć, ale większość z nich cię skrzywdzi, wykorzysta, obedrze z piór - i zostawi. Nigdy nie będzie wystarczającej ilości światła, którą mógłbyś im przynieść, żeby byli zadowoleni, więc wyrywają je do cna i zostawiają wykorzystane ciało. Obrywali z myśli i emocji jak najeźdźcy w Nowym Świecie. Kradli wszystko dla siebie. Nie było w tym wielkiej świętości, ale kto bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem. Victoria chyba ten kamień mogłaby unieść. W oczach Laurenta była niemal uświęcona. Była tu, przychodziła tu, gotowa była wysłać list z przypomnieniem, żeby zjadł obiad i to po drodze w informacji, że miała wypadek i wyjeżdża. Oczywiście to była przyszłość, ale był to jeden z wielu przykładów jej słodkich gestów, które sprawiały, że Laurent przytulał do siebie ten kawałek pergaminu i czuł ciepło w klatce piersiowej. Tą niezmąconą pewność, że są osoby, które o ciebie dbają tylko dlatego, że jesteś sobą. Nie było bardziej wartościowego uczucia.

- Za każdym razem, kiedy mam okazję oglądać twoją okrągłą buzię. - Victoria w swej delikatnej urodzie naprawdę była jak kwiat. Laurent mówił całkowicie szczerze, ale nie były to przekomarzanki, które miały na celu przesunąć granicę ich znajomości, a ledwo słodkości, którymi chciał ją napełniać, bo uważał, że na to zasługiwała. Tak jak zasługiwała na o wiele więcej. Ale tym właściwie miało to być - komplementem i formą zabawy przynoszącej śmiech. Od razu wyglądała jaśniej, kiedy kąciki ust się unosiły, a z jej gardła rozbrzmiewał ten ptasi trel w ludzkim niedomówieniu określany jako "śmiech Victorii". - Co tylko zechcę? Och, jestem pewien, że znalazłbym bardzo dużo kreatywnych pomysłów, tylko nie wiem, czy nam wystarczy czasu... - Uniósł lekko brwi, spoglądając na nią z rozbawieniem. Ta ich narada wojenna nie musiała przecież nieść na sobie całego ciężaru tego świata. A przynajmniej on chciał to zorganizować tak, żeby była jak najbardziej lekka i miła dla kobiety przy jego boku, która miała wystarczająco zmartwień. Wszyscy mieli. Laurent jednak aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że jego wizje na świat niekoniecznie miały dobre pokrycie z rzeczywistością i że nie był alfą i omegą - dlatego zawsze sięgał po rady i opinie osób, którym ufał, których mądrość cenił. W tym wypadku to go nawet przerastało, żeby złapać to za szyję samodzielnie. Nie, tu nawet nie było miejsca na samodzielność. Czarodzieje mogą się jednoczyć w obliczu wspólnego zła. Jaka szkoda, ze potem równie szybko potrafili się pokłócić i rozejść w swoje strony.

Duma otarł się o Victorię i cicho szczeknął, już całkowicie zadowolony, kiedy doczekał się pieszczot. Okręcił się wokół niej, potykał ją chwilę nosem, a kiedy ruszyli - poszedł do przodu truchtem, nadal leniwym, ziewając znów przeciągle i jako pierwszy zniknął im między drzewami. Laurent rzadko kiedy ruszał się gdziekolwiek bez tego bydlęcia. Jeszcze rzadziej wkraczał bez niego do New Forest. Kochał magiczne istoty, nie chciał dla nich krzywdy, ale znał swoje możliwości i ograniczenia. Przynajmniej przed tym, co znał.

- Sądzę, że są jednym z dobrych argumentów, ale na pewno nie koronnym. - Przynajmniej na razie nie. - Niebezpieczeństwo narasta i zaczyna przekraczać skalę możliwości objęcia go przez Ministerstwo. Widma już poczyniły szkody i kto wie, czy będą nadal przesiadywały w Kniei. - Laurent się trochę zawahał, a potem uśmiechnął jakoś tak... z onieśmieleniem. - Na naszą korzyść będzie przedstawienie problemu w eskalacji problemu. - Co prawda Laurent nie chciał się posuwać do oszustw, ale uwypuklić rzeczy to tu, to tam... wszystko jeszcze zależało od tego, czego dokładnie się dowiedzą. - Ministra Magii nie jest zbyt przekupna, na szczęście - podkreślił tutaj słowo "na szczęście" - więc pozostaje nam merytoryka. Może w końcu doczekamy się zmiany na lepsze. A naszym koronnym argumentem są chyba jednak... są Śmierciożercy. - Powiedział to słowo tak wstrzemięźliwie, jakby było jednym z tych brzydkich słów, których skala go trochę przerastała. W końcu zawierała w sobie słowo "śmierć". Ale i skrzywił się lekko, bo z niechęcią. - Departament Magicznych Stworzeń obejmuje duchy, posiadają tam odpowiedni dział oraz specjalistów od utylizacji, którzy zajmują się zwalczaniem najbardziej niebezpiecznych istot. Co do tych ostatnich mam bardziej na myśli chronienie przed Widmami. Być może da się je wyegzorcyzmować, jeśli naprawdę pochodzą z Limbo. - Laurent wyjął z kieszeni swój dziennik, żeby go otworzyć, poszukać odpowiedniej strony, sprawdzić, czy to to i podał Victorii.

Kartka była pokreślona, z dopiskami i notatkami na boku, strzałkami i nie strzałkami, ale główna treść była też przepisana na nowo, już wyraźniej:

Widmo, klasyfikacja Magicznego Stworzenia nieznana, zalicza się do pokrewnych gatunków dementora oraz śmierciotuli. Jego obecność nie pozostawia po sobie żadnych śladów fizycznych. Brak zapachu oraz odcisków. Mimo posiadania niematerialnego ciała potrafi nawiązać kontakt fizyczny z przedmiotami. Mimo założonego związku z duchami nie posiadają wyraźnej formy, są niemal niezauważalne, ich ciało ma nieokreślony, przejrzysty kształt. Nie posiadają zdolności przenikania przez obiekty (w pierwszych obserwacjach). Obecność tych stworzeń objawia się poczuciem zimna, wrażeniem przygasania światła, narastającym strachem, poczuciem samotności i pustki. We wstępnym założeniu poruszają się stadami i nie atakują większych grup. Chętnie atakują pojedyncze osoby. Posiadają niezaspokojony apetyt. Wystarczy im kilka sekund, żeby pozbawić ofiarę sił życiowych, co klasyfikuje je jako istoty skrajnie niebezpieczne oraz niemożliwe do walki bez strat. Pożywianie się tych stworzeń prowadzi do gwałtownej utraty sił i błyskawicznego procesu starzenia, aż w końcu do pozbawienia całkowicie ciała. Pozostawiają jednak wysuszoną skórę pozbawioną organów a nawet kości. Pobierają energię życiową z ofiary (do sprawdzenia: czy pochłaniają ducha?). Odpowiednio szybka reakcja pozwala przed nimi uciec (co pokazuje przypadek Mildred Found). Stworzenia nie są zdolne do nawiązania kontaktu (w przeciwieństwie do dementorów). Skuteczną metodą walki zee stworzeniami jest Patronus. Założenie: proces powstania oraz pochodzenie stworzeń jest bezpośrednio związane z wpływem Czarnego Pana na Beltane. Być może są to wypaczone dusze z Limbo.

- Po Beltane pomagałem na miejscu poszkodowanym i wybrałem się w las z Dumą szukać zaginionych. Znalazłem... wuja Brenny. Całkowicie wysuszonego. Została po nim tylko pomarszczona skóra.




RE: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Victoria Lestrange - 08.10.2023

Może i była w nim pewna naiwność… Jakby zapominał, że większość ludzi nie jest wcale pięknych wewnętrznie, a są zepsuci do cna – bo to nie o piękno zewnętrzne tutaj chodziło. Ono mogło zauroczyć na pięć minut, ale na dłuższy czas – chodziło o to, co było w środku i co dawało się innym. Taką przynajmniej filozofię wyznawała Victoria. I zabawne, bo to ją niektórzy uważali za naiwną, a nie była żadną idealistą, nic z tych rzeczy. I wcale nie próbowała dojrzeć piękna w każdym. Po prostu jeśli nie uważała kogoś za wartościowego, to się w żadne relacje nie bawiła, bo szkoda jej było na to czasu. Więc – to nigdy nie chodziło w jej przypadku o seks, zresztą było to jasne jak słońce, bo gdyby chodziło, to po zakończeniu tamtego etapu ich drogi by się rozeszły, a powiedziała Laurentowi wprost, że jest dla niej ważny i nie chce tracić z nim kontaktu. Poza tym nie zadawałaby sobie trudu, by go poznać, by z nim rozmawiać, by pokazywać też ten swój świat. Kamienia by nie uniosła – po co miałaby komuś robić krzywdę w ten sposób? Po co w ogóle komukolwiek robić krzywdę? Fakt… zdarzało jej się, bo jej dusza nie była najczystsza, czasami gniew przysłaniał jej wizję, ale to był gniew powodowany strachem o bliskich. O to, że to im dzieje się krzywda. Wtedy odpowiadała, ale nigdy pierwsza by wyrządzić ból i to nigdy nie chodziło o to by skrzywdzić celowo.

– Hahaha – roześmiała się już w głos i przymrużyła pociągnięte czernią oczy. Laurent doskonale wiedział jak ją rozbawić i jak sprawić jej przyjemność i to była jedna z takich rzeczy. Kto nie chciał być komplementowany? Każdy chciał usłyszeć na swój temat coś miłego, że się podoba, że jest ważny, a ona… Ach. Tego też była spragniona, chociaż nie pozwalała sobie myśleć w ten sposób, bo inaczej naprawdę by się załamała. – Mamy dużo czasu. Jaki dzisiaj dzień? 21 maja? Jutro mam dopiero na dziesiątą – szybko przeszukała swoją pamięć w poszukiwaniu odpowiednich informacji i proszę. Mieli dużo czasu na kreatywne pomysły, a Victoria po prostu lubiła spędzać czas z Laurentem, nie było więc tak, że tuż po rozmowie zamierzała wymyślić jakąś wymówkę, by ulotnić się do siebie.

Właściwie to się cieszyła, ze Laurent miał Dumę i że się bez niego nie ruszał. Przy tym jak bardzo Prewett nie lubił przemocy, jak kiepski był w pojedynkowaniu się, to naprawdę… A w New Forest przecież nie mieszkały tylko lunaballe i abraksany. To był rezerwat, a nie obszar hodowlany różnych gatunków magicznych zwierząt.

– Laurent… Już dawno go przekroczyło. Wiesz, że na Beltane była nas ledwie garstka? Nie wiem gdzie była reszta aurorów i brygadzistów – tak duże wydarzenie a oddelegowali pojedyncze jednostki. I nie, to nie wystarczyło, to było pierdolone za mało. Efekty zbierali do dzisiaj, a ona te efekty miała nawet na sobie. Nie miała zielonego pojęcia co Ministerstwo sobie myślało, ale zaczynała żywić obawę, że naprawdę zostało zinfiltrowane przez popleczników Voldemorta i ktoś tam mocno pociąga za sznurki. Więc co zrobią z tymi widmami? Było niebezpiecznie. Bardzo niebezpiecznie. Odkąd Voldemort ogłosił się Czarnym Panem, czasy stały się niespokojne, ale ostatnio mocno przybrało to na sile. – Tak, rozumiem – był najwyższy czas, żeby góra przejrzała na oczy i udostępnili im te cholerne narzędzia. Victoria musiała się mocno gimnastykować żeby móc się skontaktować z Ministerstwem kiedy coś się działo – nie opanowała i nie zamierzała się uczyć zdolności Fal, zostawał jej więc nielegalny Patronus, sowa i teleportacja z miejsca na miejsce. Teleportacja i translokacja, które ciągle starała się przesunąć poza granicę. – Mam nadzieję, że w końcu pójdą po rozum do głowy. Śmierciożercy i inni czarnoksiężnicy mogą w nas rzucać Maledisy a my co. Nie da się w nieskończoność tylko bronić i rozpraszać magię – a w większości Victoria właśnie to robiła. Rozpraszanie magii doprowadziła do bycia sztuką samą w sobie, ale nie bez kozery mówiło się, że najlepszą obroną jest atak. – No i patronusy mogą też przenieść wiadomość. Naprawdę nie wiem co nimi kierowało, kiedy zakazywali całej nekromancji, przecież to nie ma sensu – strach, oto co nimi kierowało. Ale tak jak zakazać można całej dziedziny zaklęć, to mogli równie dobrze zakazać tych faktycznie złych. Wytwarzając coś z niczego tez można było zabić, a jakoś nikt tego nie zakazywał.

– Wiem co obejmuje jaki Departament – cholera, pracowała w Ministerstwie od dziewięciu lat, bujała się po dwóch Departamentach, ale znała strukturę również w innych. Ten od Magicznych Stworzeń też znała, czasami musiała się z nimi kontaktować z różnych powodów. Czy jeszcze jak pracowała jako amnezjator, czy jako brygadzistka, czy już jako auror. Nawet całkiem niedawno… ta sprawa z błotoryjem, którą tylko liznęła przy Patricku i Laurencie. – Jeśli pochodzą. Ja tego nie wiem, po prostu czułam tam coś podobnego… Ale wiesz, może mi się tylko wydawać, może mi się coś mieszać. To wszystko co się tam działo nie było czymś, co umiałabym odnieść do rzeczywistości – ale drzwi do Limbo były otwarte. Skoro oni mogli tam wejść, to coś mogło wyjść i tego nie zamierzała negować.

Wzięła do ręki dziennik Laurenta. Musiała zwolnić w tym spacerze i teraz poruszała się już naprawdę pomalutku, kiedy rozczytywała tak znajome jej pismo, analizowała skreślenia, co było wzięte w chmurki i kółeczka, gdzie były strzałki.

– Trzeba sprawdzić… – zaczęła, kiedy przeczytała całość. – Czy są jakkolwiek wrażliwe na promienie słońca, ogień i światło. Czy mają jakiekolwiek powiązania z żywymi trupami – pożywiały się energią życiową, co na pewien sposób dawało jej skojarzenie z wampirami, które żywiły się krwią żywych, albo… zombie czy jak je nazywają, które żywią się zjadaniem żywych. Tutaj też następowało zjadanie, i znowu innego rodzaju. Oddała dziennik Laurentowi. – Może… Może trzeba się skontaktować z kimś z kowenu? Byłam tam rano zapytać o kilka rzeczy, może… Mogłabym napisać list do jednej z kapłanek. Może miałaby jakiś pomysł czy coś mogło się stamtąd wydostać? – zasugerowała. Egzorcyzmy to jedno, ale dobrze by było się dowiedzieć skąd się w ogóle wzięły. Bo pozbyć się objawów to jedno, ale kluczem było doprowadzić, by nie pojawiły się znowu.

Na rewelacje o wuju Brenny się zatrzymała jak wryta i zapatrzyła na Laurenta. Czemu nikomu o tym nie mówili? Przecież to… Cholera. Nawet była na pogrzebie, to… To było cholernie ważne. Zginał tam, znaleźli go ususzonego, ale dopiero przy Mildred Found zrobiło się poruszenie? CZEMU MIAŁO SŁUŻYĆ TRZYMANIE WSZYSTKIEGO W TAJEMNICY? DLACZEGO NIKT NIC NIKOMU NIE MÓWIŁ?

– Och Derwin… – westchnęła ciężko. Smutno było w Biurze bez Derwina i jego beznadziejnych dowcipów. Zresztą… Był osobą, która sporo ją w tym fachu nauczyła. – To… skąd wiedziałeś, że to on skoro… – skoro została tylko pomarszczona skóra. Laurent mógł zobaczyć zmianę na twarzy Victorii, która następowała powoli – ale się nie zatrzymywała. I nawet nie próbowała tego ukryć. Że jest zdenerwowana. Że coś ją ubodło. Dotknęło do żywego.




RE: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Laurent Prewett - 08.10.2023

Moment, w którym docierało do ciebie, jak źli, okrutni i bezwzględni potrafili być ludzie, kiedy zaczynałeś rozumieć, że ten świat jest o wiele bardziej ciężki i ponury, niż początkowo zakładałeś, nim sam sobie wymarzyłeś, był momentem, w którym porzucałeś czystość. Kiedy zaczynałeś zamykać się w przestrzeni, w której nikt nie mógł do ciebie dotrzeć i otwierałeś się tylko na bliskich, albo zaczynałeś walczyć i się bronić. Wykluwała się tak właśnie złość, zawiść, niesprawiedliwość. Nie, te uczucia nie były mu obce. I nie zapominał, jak ludzie potrafili być okrutni. Tylko gdzie postawić granicę w tej wierze?

- Och nie, byłoby to z naszej strony nieodpowiedzialne przebalować do bladego świtu przed dniem pracy. - W normalnych warunkach to, co powiedziała, potraktowałby jak jednoznaczne zaproszenie... w ich relacji jednak potraktował to inaczej. Przede wszystkim nie jak zaproszenie do łóżka, choć to jako pierwsze zadzwoniło pod jego jasnymi włosami. Buzia aniołka dobrze skrywała różki, ot co. Kto jak kto, ale Victorii nie było co ściemniać, że sprawa miała się inaczej. I zresztą nie próbował. Nikogo, kto poznał go bliżej, nie próbował oszukiwać, że nie jest kobieciarzem. Oszukiwał co najwyżej tylko co do tego, że nie interesowało go tylko kobiety, a wręcz bardziej interesowały go męskie dłonie. Jego niepoprawne skłonności i pragnienie znalezienia się blisko drugiego ciała wplotły go już w mniejsze i większe kłopoty. Ale przyniosły też bardzo dużo znajomości, które były mu niezwykle drogie. Jak właśnie poznanie Victorii Lestrange.

- Wiem... słyszałem o tym, że nie było dobrze. - Nie pytał nikogo, kto tam był, o szczegóły. Nie chciał wiedzieć. Cholera, nie chciał wiedzieć. Nie każda prawda była tą, którą powinno się dosadnie wpajać do głowy, bo Laurent sądził, że by zupełnie nim to wstrząsnęło i odmieniło go jako kolejne wydarzenie z życia, któremu nie chciał się poddawać. Dlatego interesował się, wiedział, ale nie chciał przenikać tym wszystkim. Dopóki się trzymał, dopóty mógł próbować chociaż pomóc osobom, które miał przy sobie. - Być może ktoś potrafiłby się dokopać, co. Pewnie jednak nie było to przemyślane. Albo podszyte było jakimś spiskiem. - Rozumiał w pełni frustrację Victorii, choć akurat w repertuarze tego, o co walczyli, ataku żadnego nie było. Tylko pomoc - i o to chodziło. Żeby pomagać. Ale niektóre zaklęcia, tak niektóre stworzenia, mogły zostać przegonione tylko przez Patronusa. Strata i ryzyko zdawały się zminimalizowane, bo przecież który Śmierciożerca używałby białej magii? To się rozumiało samo przez się. To prawo się powinno samo bronić. Nawet jeśli fakt, że nekromancja była niebezpieczna. W każdym wydaniu. Należało jej używać z głową. - W każdym razie ująłbym rzecz bardzo wąsko i konkretnie. Nie walczyć o zniesienie całej nekromancji. Zawalczyć o zniesienie białej magii dla aurorów i brygadzistów. - Przynajmniej... na razie. Na dobry początek. - Skubiąc po małym kawałku da się wywalczyć więcej niż branie całej ręki. Na pewno pomoże to też w racjonalizacji tej potrzeby przez wiadome argumenty. - Bo co innego dawać ludziom do dyspozycji nekromancję i niech się bawią, a co innego chcieć nad tym chociaż trochę zapanować i dać odpowiednie narzędzia osobom, które się na tym znały. Wiedziały, co robią. Zostały przeszko... powinny być przeszkolone. No bo w końcu nekromancja była zabroniona.

Zwolnił celowo, a w końcu nawet zatrzymał się, żeby Victoria miała czas na przeczytanie w spokoju i zaraz się nie potknęła na gałęzi czy nie wlazła w jakąś pajęczynę. Laurent poruszał się bardzo sprawnie po tym miejscu, szczególnie w tym kierunku, w którym szli. Bo odwiedzał tego płonącego niecnotę regularnie. Odebrał od niej dziennik i pokiwał głową, wyciągając ołówek, żeby dopisać sobie spostrzeżenia, jakie wysnuła kobieta z wielu elementów, które pozostały nadal do sprawdzenia.

- Byłbym bardzo wdzięczny. - Och, jaka ulga, że to usłyszał! Naprawdę bardzo go to ucieszyło, że Victoria akurat, jakby z nieba mu spadła, miała kontakt bezpośrednio do kogoś z kowenu. - Organizacja podróży na miejsce nie będzie problemu. Mam na myśli - zebranie osób, które mogłyby kogoś z kowenu wprowadzić. O ile ktoś się tym nie zajmuej. Wiem, że Departament Tajemnic się interesuje tematem, choć nie do końca rozumiem, co konkretnie tam robią i czego szukają. - Oni zawsze mieli swoje sprawy, a z tego działu też Laurent niekoniecznie kogokolwiek znał. Natomiast podzielił się tym, bo nie był teraz pewien, czy to padło w ostatniej ich rozmowie. - Zrobić ci kopię moich notatek czy nie będzie ci potrzebna? - Od razu zapytał, bo przekopiowanie tego jednym zaklęciem i wyrwanie kartki nie było żadnym problemem. Ruszyli dalej - a przynajmniej na mały kawałek, bo Victoria stanęła jak wryta. Laurent spojrzał na nią z lekkim niezrozumieniem tej reakcji. Tego... szoku? Jakby odkrył przed nią jakąś wielką tajemnicę... i prawdę mówiąc to zrobiło mu się wręcz głupio, bo zupełnie nie zrozumiał tej reakcji. Szczególnie, że... Brenna i Victoria się przecież przyjaźniły... o ile dobrze wiedział.

- To ty... nie wiedziałaś? - Nie było to mądre pytanie, ale naprawdę Laurent nie bardzo wiedział, co się właśnie wydarzyło. - Ta sprawa... sądziłem, że ona poszła do biura aurorów, przynajmniej ja to zgłosiłem razem z Eunice Malfoy, z którą odnalazłem jego ciało. - Wszystko zostało oficjalne przejęte tam, na polanie. Może akurat ktoś inny po prostu się tym zajmował i to do Victorii nie dotarło, w sumie nie wiedział, jak dokładnie to tam funkcjonowało? Ale że nie wiedziała od Brenny? - Znaleźliśmy jego odznakę, jego dokumenty przy nim... - Laurent się nawet od razu nie zorientował, że to skóra. Po prostu chciał sprawdzić, czy dowiedzą się, do kogo należą ubrania. Wzdrygnął się i pomasował przez moment swoje ramiona. Kiepsko spał przez kilka nocy przez to. - Przepraszam, Victorio. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogłaś o tym... nie wiedzieć... na początku podejrzenia były, że to jakieś wyjątkowo paskudne czarnoksięskie zaklęcie, ale... - ale znam się na czarnej magii bardziej niż ktokolwiek by mnie posądzał - ... okazuje się, że nie. Choć to dopiero zweryfikowała Brenna. Pisałem do specjalistów znajomych od magicznych istot i oni też nie widzieli i nie słyszeli, żeby jakiekolwiek istoty pozostawiały w takim stanie ludzi. Szukałem informacji, ale dopiero tamto spotkanie w Kniei stworzyło moją teorię. - W zasadzie w komplecie znaleźli się w posiadaniu naprawdę cennych informacji.




RE: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Victoria Lestrange - 08.10.2023

– W tym czasie każdy dzień może się okazać dniem pracy, więc co za różnica – nagle masz wezwanie w środku dnia wolnego, bo są braki kadrowe, i nie ma zmiłuj, trzeba było iść w trybie natychmiastowym, żegnając się z wolnym. A Victoria wcale nie była żadną pracoholiczką i bardzo wyraźnie oddzielała kreską swój czas pracy od czasu, w którym miała odpocząć, czy raczej zająć się wszystkim innym, czego praca nie wymaga. Ostatnio ten czas wolny poświęcała na szukanie różnych informacji. Natomiast nie miała niczego zdrożnego na myśli. To nie tak, że wcale o tym nie myślała, nic z tych rzeczy, wciąż była tylko człowiekiem ze wszystkimi ludzkimi słabościami, natomiast… nawet jeśli nie byłaby od trzech tygodni zaręczona, to nadal pozostawała zimna jak lód. A to raczej… nie sprzyjało miłosnym uniesieniom. Chyba. I tak, zdawała sobie sprawę z rozwiązłego trybu życia jakie prowadził Laurent, czy raczej z jego ogromnego libido. Victoria taka nie była, i chociaż najwyraźniej nie potrzebowała być w związku, żeby pójść z kimś do łóżka, to nie była typem skaczącym z kwiatka na kwiatek. Lecz tak długo jak nikomu nie działa się krzywda… to chyba nie było nic złego?

– Śmiem wysnuć teorię, że nie ważny jest powód zakazu. Może nikt już nie pamięta konkretnego powodu. Fakt jest taki, że… – zawahała się na moment i westchnęła. – Można kogoś zbić ogniem. Albo translokując wielki kamień nad głowę. A jakoś tego nie zakazali. Nie potrzeba nekromancji, by wyrządzić komuś krzywdę, można to zrobić na tysiąc innych sposobów i to nie wina narzędzia a osoby, która go dzierży. To tak jakby winić nóż za to, że oprócz tego że może pomóc w krojeniu mięsa na talerzu, można nim też zrobić krzywdę – tak, była sfrustrowana. Była sfrustrowana, bo musiała świczyć nekromancję sama, w tajemnicy, żeby umieć użyć głupiego patronusa w takich momentach jak kilka dni temu w Kniei. I nie zawahała się ani sekundy. Była sfrustrowana, bo tajemnicą poliszynela było, że aurorzy znają się na nekromancji i potrafią jej używać, bo MUSIELI się znać, jak inaczej przeciwdziałać czarnoksiężnikom – a jednocześnie wszyscy udawali, że nikt nic nie wie i nie umie, i nauczyli się odwracać wzrok, kiedy leciał patronus. Victoria też udawała, że nie widziała świetlistych kształtów na Beltane. Ale nikt nikogo oficjalnie nie uczył. – Tak, pewnie tak - pomalutku, małymi kroczkami będzie o to najprościej. I potem… przesuwać granicę aż będzie w odpowiednim miejscu.

– Znaczy myślałam na razie o tym, żeby popytać czy mają jakąś wiedzę o tym jakie istoty kryją się w Limbo. Czy coś mogło się przedostać… – Victoria widziała co robił Voldemort, ale nie do końca wszystko rozumiała. Za to Patrick i Mavelle chyba tak – nie wiedziała skąd i jak. Wielu rzeczy nie wiedziała i wracały do niej pomalutku na przestrzeni dni – bo rozmyślała o tym sporo, starając się wyłuskać ze swojej pamięci przeróżne szczegóły, w pierwszej chwilki zamazane bólem i strachem. – Co robią w Departamencie tajemnic to mało kto wie poza jego pracownikami… Ja tez nie wiem. Wydobycie od nich w ogóle czegokolwiek to zawsze problem. Badali mnie i moją przypadłość, przynajmniej mieli tyle honoru żeby powiedzieć, że nie mają pojęcia co mi jest – westchnęła. – Zrób. Pomyślę nad tym jeszcze w domu – kolejny temat do wielkiej kolekcji tematów do przemyślenia i zastanowienia się. Ta kupka tylko rosła, nie malała.

– Nie, nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia o żadnych widmach, sridmach i innych duchach dopóki nie usłyszałam, że pani Found potrzebuje pomocy i akurat byłam w okolicy – weszła tam do Kniei goła i wesoła, że się tak wyrażę. Ale teraz już rozumiała co tam robił Laurent – bo to była dla niej zagadka w tym wszystkim, dlaczego się tam w ogóle kręcił. I dlaczego w ogóle tak interesował się tematem. I dlaczego tak się w to zaangażował. – W biurze było tylko wiadomo, że zginął na służbie. Większość nie wiedziała nawet kiedy odbył się pogrzeb – i wkurzało ją to niepomiernie, bo usłyszała, że zginął z ręki Śmierciożercy. A nie… Nie… Nie to. Oczywiście, że był to pewnego rodzaju cios, bo Victoria nie rozumiała tej konspiracji. – Czarnoksięskie zaklęcie – prychnęła jak rozzłoszczona kotka. Czarnoksięskie zaklęcia zostawiały za sobą swąd, nie dało się tego pomylić z niczym i też nigdy nie słyszała o tym, żeby jakiekolwiek czarnoksięskie zaklęcie zostawiało…. Wysuszone ciało i jedynie pomarszczoną skórę. – Teraz już rozumiem czemu Brenna mi tam powiedziała o patronusie. Ale nie musiała i bez jej sugestii bym go użyła – brzmiała na urażoną, bo była urażona, chociaż nie przez Laurenta. – Czy ty się od początku maja narażasz w Kniei? – zapytała w końcu o coś, co jej się zaczęło kołatać w głowie i o co gdzieś tam nadal była zła… Bo się o niego bała. Po prostu. A tu wychodzi na to, ze WIEDZIAŁ co jest grany i mimo tego podszedł do tych jebanych widm i…

KURWA MAĆ!




RE: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Laurent Prewett - 08.10.2023

Ach, to prawda, najważniejsze było to, by nikomu nie działa się krzywda. By każdy był szczęśliwy i zadowolony na swój sposób. Albo i na jeden sposób. Niektórym wystarczyły rozmowy i książki, inni poszukiwali oderwania się od rzeczywistości wspinając się na Mount Everest, a jeszcze inni szukali cudzych ramion. Ten świat był pełen zberezieństwa i krzywd wyrządzanych bliźnim. Zbyt wiele. Za dużo ludzi, którzy chcieli brać tylko dla siebie, za mało tych, którzy chcieli dawać i nie żądali niczego w zamian. Między nimi tego problemu nie było. Pomagali sobie wzajem. Wspierali się w tych lukach, jakie mieli. Laurent był manipulatorem, ale jego dobre serce nie pozwalało mu czynić komuś krzywdy - taki się z tego niezdrowy zabieg robił w większości. Bo w końcu manipulacje same w sobie, z definicji, były złe.

- To nie dokładnie o to chodzi, Victorio. - To nie było takie proste jak "zabić ogniem", nie ograniczało się tylko do czynienia krzywdy, które samo w sobie wypaczało. Czarna magia sięgała do aspektów człowieczeństwa, przecinała harmonię natury, naruszała prawo, według których ten świat trwał. Nawet gdyby potraktować łagodząco to, że również wymagała trochę więcej poza nauczeniem się, jak stworzyć słup ognia. - Nie denerwuj się, proszę. Frustracja tutaj nie pomoże, a zobacz, jak już psuje ci to nastrój... pomyśl o tym, że zrobimy swoje i coś zmienimy na lepsze. - Wyciągnął do niej dłoń, żeby położyć ją na jej plecach i przesunąć w górę i w dół parę razy dla dodania otuchy, pokrzepienia. Żeby spróbować jej trochę ten nastrój poprawić mimo tego, że poruszali tematy nieco denerwujące, bo prezentujące zupełny brak pomyślunku z ramienia prawa. - Manipulacja energią, siłami witalnymi, nawet czyniona w celach dobrych może przynieść tragiczne skutki w nieodpowiednich rękach. Nawet jeśli mówimy tylko o białej magii. - Choć akurat Patronus był niegroźnym, a niezwykle użytecznym zaklęciem. Wymagającym dużej wprawy, co prawda i mocnej woli, ale możliwym do stworzenia bez narażania przy tym własnego zdrowia czy zdrowia kogokolwiek innego. - O tym myślałem. - Cieszył się, że jego rozumowanie zostało przyjęte z aprobatą, że zgadzała się z tym, że rzucanie się na głęboką wodę rzeczywiście nie miało większego sensu. Było o wiele bardziej zajmujące, kosztowne i w dodatku obarczone większą szansą niepowodzenia. Niekoniecznie przy tym chodziło o koszta w złocie, bo to nie było problemem dla ich dwójki.

- Jakiekolwiek informacje i pomoc będą na wagę złota. - Niezależnie od tego, czy będzie z ich strony jakieś potwierdzenie i zaprzeczenie. Laurent nie miał pojęcia, że w ogóle w Limbo może być co innego poza duszami. Choć... w zasadzie... niektóre duchy przecież zachowywały się jak bardziej wypaczone wersje siebie z rzeczywistości. Więc może tam mogły przejść jakąś metamorfozę, zmianę? Limbo było dla niego sekretem, którego nie zagłębiał daleko. Choć i tak o wiele dalej niż przeciętni czarownicy. Pewne sekrety skryte były jednak w kowenie, a on nigdy nie czuł potrzeby zajmowania się duchami stricte. Położył swoje zainteresowania w innym punkcie, co było tutaj wiadome. Wyciągnął jedną z kartek ze swojego dziennika i czarem przekopiował to, co było na drugiej - tylko bez swoich osobistych dopisków, które już były zawarte w samym tekście, żeby o wiele łatwiej było się w tym rozczytać. - Proszę bardzo. - Zgiął karteczkę i podał ją Victorii, chowając do magicznej kieszeni dziennik z ołówkiem. Fakt, Departament Tajemnic był miejscem bardzo osobliwym. Skinął głową na znak, że rozumie i fakt, że w zasadzie miło z ich strony, że powiedzieli cokolwiek. A nie zrobili tylko pokerowe twarze z komentarzem, że "nie mogą na ten temat rozmawiać".

Następnymi rewelacjami był... skonfundowany. Bardzo skonfundowany. Nawet nie do końca wiedział, co powiedzieć, bo brzmiało to... strasznie dziwnie. Nieracjonalnie. Czemu robić tajemnicę ze śmierci aurora? Może Brenna wiedziała jeszcze coś więcej o tych widmach, niż mówiła?

- Owszem, czarna magia zazwyczaj jest wyczuwalna i takiego nie znaliśmy, ale również nie znał nikt takiego stworzenia, które nie zostawiałoby żadnych śladów, nie było widzialne i robiła z człowiekiem coś... tak okropnego. W tamtej chwili zaklęcie było bardziej prawdopodobne niż stworzenie. - Ponieważ magia mogła zdziałać naprawdę cuda. Stworzenia magiczne też, jak było widać, ale tak - świat jeszcze o takich stworach nie słyszał. Nikt nie słyszał. Tym nie mniej dlatego były robione badania, żeby się przekonać. Odpowiedział na to, ale ciągle bardzo intensywnie myślał, próbował zrozumieć, czuł się w jakiś sposób winny, chociaż nie zrobił niczego niepoprawnego. Nawet do głowy by mu nie przyszło, że sprawa w biurze aurorów, z Brenną zaangażowaną, nie trafi do uszu Victorii. - Słucham? Nie, oczywiście, że nie. Byłem tylko raz przeszukać tamto miejsce, na prośbę Brenny zresztą. Dopiero postanowiłem zbadać las, kiedy spotkaliśmy się przy Mildred. - Wyjaśnił. Gdyby już wcześniej się narażał to inaczej by do tych widm podchodził. - Nie wiem, co kierowało Brenną, przepraszam, ja... nie sądziłem, że ta sprawa do ciebie nie dotrze. Zgłosiłem to oficjalnie. Może ktoś inny się sprawą zajmował. Albo... nie wiem. - Ciężko było mu powiedzieć. Bardzo ciężko. Na pewno jednak było mu przykro, bo widział, że to strasznie nią wstrząsnęło i wcale się nie dziwił. A może... - Może nie chcieli też dokładać ci zmartwień? Sama musiała zresztą to bardzo przeżywać, szczególnie, że jej wuj był... w złym stanie. Powinnaś sobie to wyjaśnić z Brenną. - Powiedział to jako propozycję, mała sugestię, bo przecież były ze sobą blisko. Więc może nastąpiło tutaj jakieś nieporozumienie.




RE: [21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem? - Victoria Lestrange - 08.10.2023

Grunt to zaakceptować drugiego człowieka takiego, jakim był. Bo nie sztuką było kogoś kochać dzięki jego wielu zaletom i pięknej buźce. Sztuką było kochać pomimo wad, a te miał każdy. Laurent ufał nieodpowiednim ludziom, w poszukiwaniu cudzych ramion pakował się w liczne kłopoty, choć wcale nie musiał ich szukać, bo te do pewnego momentu były na wyciągnięcie ręki. I pomimo tego, Victoria… cóż. Kochała Laurenta, chyba tak to należało nazwać. I nie oczekiwała tego samego w zamian. Zapamiętała go jako manipulanta ze szkoły, nic więc dziwnego że nie utrzymywali kontaktu przez te kilka lat. Ale każdy się zmienia, dorasta. Dorósł i Laurent, dorosła Victoria. I tak to się jakoś rozwinęło, że teraz szli wieczorową porą dróżka w rezerwacie New Forest ramię w ramię.

- Wiem, że nie o to – to było takie kluczenie wokół tematu. Takie nie mówienie wprost, chociaż o coś konkretnego chodziło i to też ją zaczynało irytować. Tak, była drażliwa i to wcale nie przez zbliżające się kobiece dni – po prostu świat wokół zdawał się oszaleć i ten nieporządek bardzo ją drażnił. Był solą w oku, a tak się składało, że było ich znacznie więcej i drażniły, drażniły, jak drzazgi, których nie dało się prosto wyciągnąć. Victoria widziała wypalonych starych aurorów, widziała ich spojrzenia, było w nich coś bezlitosnego, jakby to, z czym walczyli, też ich dotknęło i przeżarło im duszę. Kluczem było chyba… zrezygnować w odpowiednim momencie, bo jak się uchronić i nie wpaść w to samo, przed czym chcesz bronić innych, przez całą swoją karierę? Chyba… Chyba się nie dało. – Wiem o tym – powtórzyła jeszcze i przymknęła na moment oczy, kiedy Laurent spróbował gestem dłoni ją uspokoić. Działało… trochę.

– No dobrze, to jest już jakiś kierunek. Kowen i Departament Magicznych Stworzeń – cichutko wypuściła powietrze przez usta, i zapatrzyła się w rysującą się przed nimi ścieżkę. Zastanawiała się co jeszcze można tutaj ugryźć, żeby wymyślić jakiś… Jakiś plan działania. – Może żeby nie łapać za dużo świergotników za ogon… Sprawdźmy na razie te tropy i potem się zobaczy czy to był właściwy kierunek i co dalej? – Victoria bardzo nie chciała tutaj wejść po kostki w rzekę tylko po to by się okazało, że krok dalej jest już nagle głęboko po samą szyję, a wokół było tyle innych spraw do załatwienia i wyprostowania. Przyjęła karteczkę od Laurenta i schowała ją sobie do torebki, krótko tylko w niej grzebiąc. Oczywiście, że była z tych kobiet, które miały wszystko poukładane i na swoim miejscu w damskiej torebce.

– Skończmy to kluczenie, bo to nie ma sensu. Laurent. Jestem aurorem, trzyletnie szkolenie nie jest po to, żeby nauczyć się wypełniać rubryki w dokumentacji. Wiem jak cuchnie czarna magia. I oczywiście, że znam się do pewnego stopnia na nekromancji, muszę. Jak inaczej mam walczyć z czymś, czego nawet nie rozumiem? Zostaw to proszę dla siebie na wszelki wypadek. Po prostu… Nie musisz mi tłumaczyć rzeczy, które wiem. Naprawdę wiem. Nieoficjalnie, ale wiem – bardziej zastanawiające było skąd on wie – ale nie była głupia, widziała jego patronusa. I umiała liczyć. – I widzę, że ty też wiesz – uniosła dłoń, by położyć ją sobie na karku. Nic to nie zmieniało, to że Laurent coś tam wiedział. Albo nawet jeśli wiedział więcej. Jej najlepsza przyjaciółka uczyła się nekromancji najwyraźniej w Ameryce i czy cos to zmieniało? Absolutnie nic. Nie zamierzała z tym lecieć gdziekolwiek i wkopywać kogokolwiek.

– Okej – mruknęła w odpowiedzi, że nie włóczył się po Kniei i że dopiero co zamierzał to zrobić. – Czemu nic nie powiedziałeś? Przecież bym ci pomogła. Mieszkam w okolicy i znam ten las do pewnego stopnia – ale nie powiedział nic. I chciał szukać tam na własną rękę, sam. Tylko z abraksanem i jarczukiem u boku. A tam nigdy nie było specjalnie bezpiecznie. Ale nie było też… Nie było też niebezpiecznie. Za to tak jak mówiła kilka dni temu: zaobserwowała, że zwierzęta zaczęły migrować w miejsca, w które nie powinny. – Nie wiem. Byłam na jego pogrzebie – powiedziała cicho i zacisnęła szczęki. – Nie dokładać zmartwień… Nie da się nie dokładać. Derwin był… Jedną z osób, które uczyły mnie na aurora – jasne, ze chciałaby wiedzieć co się dzieje. I oczywiście, że by pomogła, ale nikt jej pomocy najwyraźniej nie chciał i nie oczekiwał. – Widziałam się od tamtego czasu kilka razy z Brenną, ale ani słowem nic nie wspomniała – i Victoria nie była pewna czy w ogóle ma siłę to wyjaśniać. To dziwne „przepraszam” nadal dzwoniło jej w uszach. To za to ją przepraszała? Za to, czego nie umiała i nie chciała powiedzieć na głos?