Secrets of London
[lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny (/showthread.php?tid=2018)

Strony: 1 2


[lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - Brenna Longbottom - 08.10.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III

Do Dolina Godryka przybył cyrk.
Tata obiecał, że zabierze jutro tam ich wszystkich – całą dzieciarnię, zamieszkującą (na stałe lub okazyjnie) dom Longbottomów: Brennę, Erika, Mavelle, Danielle, Lucy i każdego, kto akurat się nawinie (co mogło oznaczać od pięciu do piętnastu osób). Ale chociaż Brenna b a r d z o chciała obejrzeć przedstawienie cyrkowe w towarzystwie swojego brata i kuzynostwa, to chciała tez koniecznie, ale to koniecznie zobaczyć, jak rozkładają te wszystkie namioty, i wozy, i co będzie działo się dzisiaj. Panna Marple z sąsiedztwa mówiła na przykład, że na pewno będą mieli słonia. A mała Annie wspominała, że w takich cyrkach rzucają do ludzi nożami – jak Brenna miałaby nie chcieć tego zobaczyć? A była pewna, że pod opieką taty się nie uda. Tata wprawdzie podarował sztylet Brennie na dwunaste urodziny (tata był pod tym względem zresztą wspaniały, wspominał tylko, żeby nie mówiła mamie), ale mógłby być stanowczy wobec noży w rękach innych ludzi. Zwłaszcza, kiedy obok były Dani i Lucy. Dani i Lucy wdały się w Bletcheyów. Brenna w wieku trzynastu lat wiedziała już, że oznacza to mniej więcej, że nie wolno się z nimi bić tak na poważnie ani dawać im do ręki miecza, zwłaszcza takiego niezabezpieczonego. A to miał być magiczny cyrk! Była już raz w cyrku, ale w takim całkiem zwyczajnym, a w tym podobno dało się zobaczyć dużo ciekawsze rzeczy…
Brenna oczywiście poszła więc na miejsce, gdzie rankiem zaczął rozstawiać się cyrk, sama. Nie była to jej pierwsza, druga ani dziesiąta wycieczka tego typu – chociaż zwykle kręciła się jednak po okolicy z resztą dzieciarni albo trzymała w pobliżu domu. Znała jednak Dolinę i cóż, jak przystało na dziewczynę w szacownym wieku lat trzynastu, wiedziała doskonale, że jest nieśmiertelna, nie przyszło jej więc nawet do głowy, że w tym, co robi, jest cokolwiek niewłaściwego. Poza tym… to były lata siedemdziesiąte, a w rodzinie Longbottomów chowano dzieci trochę inaczej niż w innych rodach czystej krwi…
Nikt nie zwracał na nią uwagi, gdy kręciła się pomiędzy barwnym tłumem. Brenna wtapiała się w otoczenie doskonale, bo mama już ładnych parę lat temu zrezygnowała ze strojenia jej na co dzień, zadowalając się robieniem tego na specjalne okazje. Wyglądała jak mała mugolka, w dodatku mała, uboga mugolka, bo spodnie rozdarła sobie na kolanie dziś rano, kiedy spadła z drzewa (Erik myślał, że siostra nie zdoła na nie wejść, naiwny chłopak. Zdołała, ot miała większe problemy z zejściem z powrotem). Łokcie miała trochę poobijane, podobnie jak nos. Mama uznała, że zaaplikuje maść dopiero wieczorem, bo może Brennę to czegoś nauczy.
Mama też czasem bywała naiwna, chociaż Brenna nigdy nie powiedziałaby tego głośno. A na pewno nie w zasięgu jej uszu.
Z pewną fascynacją obserwowała jakiegoś poprzebieranego pana. Potem zakręciła się wokół stoiska z karmelem i słodyczami, ale kolejka była za duża, aby Brenna umiała w niej ustać. Zajrzała ukradkiem do jednego z wozów, gdzie kilka osób dyskutowało żywiołowo – w środku zdawał się znacznie większy niż z zewnątrz – a potem pomknęła dalej, na sam skraj obozu, gdzie już nie kręcili się ludzie. Nie było takich tłumów, bo przedstawienia miały się przecież zacząć dopiero jutro…
Właściwie sami sobie byli winni, że zostawili drzwi otwarte, a w środku nikogo nie było.
Brenna wcale nie zamierzała tam wchodzić. Ot spojrzała. Ale to zobaczyła… to były miecze i noże! A Brenna miała wielką słabość do trzech rzeczy: czekoladowych żab, książek oraz broni białej.
Po prostu musiała obejrzeć te rekwizyty.
Niewiele więc myśląc, wskoczyła do środka, i zaczęła przepatrywać się przedmiotom – czasem mrucząc coś z aprobatą, a czasem mamrocąc pod nosem coś w rodzaju „nie, ten jest beznadziejny, ma ładnie wyglądać i nikogo tym nie dźgniesz…”


RE: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - The Overseer - 08.10.2023

Lat mogłem mieć z osiemnaście, aczkolwiek większe oparcie w liczeniu miesięcy i lat mogło mi dać przybycie do cyrku, bo data moich narodzin zdawała się być nieodgadnioną tajemnicą. Tak też, to mój trzynasty rok w cyrku, drugi bez Flynna i kolejny zbliżający mnie do przejęcia władzy nad cyrkiem, o czym jeszcze nie wiedziałem. Aczkolwiek musiałem przyznać, że ówczesny dyrygent tego miejsca - Tully - dawał mi znacznie więcej do zrobienia, więcej nowego niż zwyczajnie.
Rozstawialiśmy się. Grupą - nie licząc leniwców - byliśmy niczym ten mechanizm jeden, ogromny, wpędzony w ruch. Każdy wiedział, czym powinien się zająć abyśmy wyrobili się z dodatkową pracą. Leniwce trzeba było poganiać, a niektórzy - jak chociażby ja - byłem jako wsparcie albo chłopak na posyłki, więc biegałem, robiąc wszystko i nic, w luźnej, dawno już nie białej koszuli, wygodnych spodniach i butach wygodnych, aczkolwiek dających wiele do życzenia. Włosy w tamtym czasie nosiłem nieco dłuższe, sięgające mi miejscami do ramion, szczególnie kiedy miały okazję zmoknąć, bo akurat teraz zrobiły mi się niekontrolowane loczki. Ale wyglądałem jakoś przesadnie się nie przejmowałem, aby na tyle by imponować kobietom, tak po najniższej linii oporu.
Niestety - albo stety - kiedy wracałem ze stępionym mieczem do wozu, by odłożyć go na miejsce po zabiegu właśnie dodatkowego tępienia, natrafiłem nie na kobietę, ale dziewczynę. Smarkatą. W pierwszej chwili pomyślałem, że to może jakaś nowa sierota w naszym cyrku, faktycznie mogła się podawać za jedną z nas i pewnie bym w to uwierzył, gdybym nie wiedział o tym cyrku dosłownie wszystkiego. A nawet jeśli ktoś przygarnął tę sierotę sekundę temu, to nie powinno jej tu być, więc uśmiechnąłem się cwanie, szczególnie że szemrała coś tam niepowołanego o mojej robocie. Show czas zacząć.
- Widzę, że złapałem złodziejkę na gorącym uczynku - odparłem zaczepnie, wyciągając w jej kierunku trzymany miecz. Poprawiłem go sobie delikatnym podrzuceniem, by jej pokazać, że to nie żarty, że ten miecz to naturalne przedłużenie mojej ręki. - Kim jesteś i co tu robisz, mała? - zapytałem na pozór nieprzejednanie, robiąc krok w jej kierunku. Tak, traktowałem to jako osobiste przesłuchanie.


RE: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - Brenna Longbottom - 08.10.2023

Prawdopodobnie większość trzynastolatek przyłapanych w miejscu, w którym nie powinny być, przez dorosłą osobę – bo w tym okresie te pięć lat stanowiło przepaść – i oskarżonych o kradzież, przestraszyłaby się albo przynajmniej się speszyła.
Brenna do takich osób nie należała.
W jej życiu po prostu nie wydarzyło się dotąd nic, co wyrobiłoby w niej choć odrobinę zdrowego strachu przez pewnymi rzeczami, poza tym była więcej niż pewna, że gdyby faktycznie groziło jej niebezpieczeństwo, to potrafiłaby któryś z tych noży złapać i całkiem dobrze nim dźgnąć. Była to ze strony Brenny zapewne nadmierna pewność siebie, ale była smarkulą – której nawet nie przyszłoby do głowy, by dać się łatwo zbić z tropu.
– Gdybym chciała je kraść, to bym z nimi uciekała, a nie tu stała, prawda? Ja tylko sobie oglądam – oświadczyła Brenna, przenosząc spojrzenie wielkich, brązowych oczu z broni na Alexandra, i przy okazji ukazując malowniczo rozkwaszony nos. Zaiste, była smarkulą. W takim wieku i z takim charakterem, że ani ona nie mogła zrobić wrażenia na Bellu, ani nie istniała żadna szansa, że ona choćby dostrzeże coś uroczego w lokach czy twarzy mężczyzny. – A ten miecz jest tępy – uświadomiła go, spoglądając na broń, którą wyciągnął ku niej, jakby w pogróżce. Alexander zwyczajnie bardzo, bardzo źle trafił, bo dziewczyna nie tylko sama uczyła się szermierki, ale też przede wszystkim (wszak w wieku trzynastu lat nie była jeszcze wirtuozem) widywała w akcji prawdziwych szermierzy. I oglądała wiele mieczy. Nie było szans, żeby nie zauważyła, że ostrze jest stępione i że…
…cóż, wcale nie stanowi przedłużenia ręki. Bo ta ręka nie była ewidentnie ręką szermierza.
Kąciki ust Brenny drgnęły lekko.
– I źle go trzymasz. Jak uderzysz w taki sposób, to wytrąci ci go z dłoni nawet dziesięciolatek.
Jeżeli chciał ją nastraszyć, musiał sięgnąć po nieco inne metody. Bo to nie tak, że przestraszenie jej było absolutnie niemożliwe, w końcu miała ledwo trzynaście lat i za jej odwagą stały pewne naiwne, dziecięce złudzenia… ale nie miał szans zrobić tego za pomocą tego ostrza.


RE: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - The Overseer - 08.10.2023

Smarkata i wygadana - pomyślałem sobie, kiedy tylko łaskawie postanowiła się wytłumaczyć. Może nie pierwsze słowa, ale kolejne jak najbardziej potwierdziły jedną z moich teorii, mianowicie tą, w której dziewczę nie jest żadną nowoprzybyłą sierotą, tylko ciekawską zgubą swoich opiekunów, zapewne będących w głównym namiocie na widowni albo nieświadomie siedzących w domu.
Dom... Nie pamiętałem swojego domu. Nie byłem pewien, czy go kiedykolwiek miałem. Dla mnie od zawsze był cyrk, nic więcej nie istniało. Ale nie czułem się z tego powodu jakoś gorzej, bo swoje wiedziałem. Tak, jak mówił Tully.
Wyprostowałem się, opuszczając miecz wzdłuż ciała. Nie było sensu straszyć dziewczyny. Młoda była na tyle cwana, że nie bała się niczego, a jeszcze miała jako taką wiedzę na temat fechtunku, czym mnie właściwie zaskoczyła. Dziewczyny rzadko się garnęły do bójek, a do bójek na miecze już w ogóle, a co dopiero mowa o nauce szczegółów odnośnie broni białej i strategii w pojedynkach. Nie mogłem powiedzieć, że byłem ekspertem w tej dziedzinie, ale miałem możliwość odbycia pojedynczych treningów z cyrkowymi guru w tej dziedzinie.
I może faktycznie źle go trzymałem. Nawet jakoś nie tak leżał.
- Wiem, że jest tępy. Sam go stępiłem - odparłem z uśmiechem. - Lepiej żeby nie wszystkie były ostre jak brzytwa. Przynajmniej w naszym zawodzie. Jestem Alexander i, jak zdążyłaś zauważyć, na co dzień nie zajmuję się pojedynkowaniem - przyznałem się, postępując tych kilka kroków by wyciągnąć rękę w kierunku dziewczyny, tak w ramach przywitania by poczuła się jak równa z równym. Właściwie, bacząc na jej predyspozycje, to bardziej jej było do cyrkowego łobuziaka niż, cóż, Dolina Godryka raczej nie miała biednych, obszarpanych dzieci pod dostatkiem. Kiedy potrzebowaliśmy sierot, to rozstawialiśmy się w wielkich miastach.
Znalazłem się też obok mniej by odłożyć stępiony i wyczyszczony miecz na miejsce.
- Coś ciekawego wpadło ci w oko? Wiesz, reszta rozkłada namioty, więc możemy wypróbować to i owo... Jeśli chcesz... Ale wtedy to pozostanie naszą małą tajemnicą, by nikt nie miał powodu do urwania mi głowy - stwierdziłem rozbawiony, klękając obok i zastanawiając się nad tą propozycją. Może moim jedynym problemem w tej sytuacji nie będzie możliwość utraty głowy, tylko sztylet wbity prosto w serce? Szczególnie ten jeden błyszczał złowrogo. Chyba jeden z ulubionych Flynna, nieużywany tak naprawdę od bardzo dawna. - Ale tak z forami dla mnie. Przy okazji dasz mi drobne lekcje, to zaimponuję chłopakom. Co ty na to? - zaproponowałem, bo to w sumie wcale nie musiało się kończyć utratą kończyn czy życia. A jak dziewczyna będzie zadowolona, to wróci tu ze swoją rodziną za każdym razem jak tylko pojawimy się w okolicy. Obopólna korzyść.


RE: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - Brenna Longbottom - 08.10.2023

– A, jasne, do treningu to pewnie, tak głupio komuś urżnąć ucho czy coś. Raz zaklęcie zabezpieczające puściło, jak biłam się z bratem, i potem nie byłam pewna, czy ja się bardziej boję, że ręka mi zaraz odpadnie, czy że jak odpadnie, to nie dam rady tego ukryć przed matką… Ale lepiej grozić tymi nie stępionymi – odparła Brenna, uśmiechając się, tym razem już szeroko, i ten uśmiech nie obejmował tylko ust, ale sięgał też oczu.
W Dolinie Godryka zapewne było trochę oberwanych dzieci. Ani nie wszyscy mugole, ani nie wszyscy czarodzieje byli bogaci… ale fakt, ciężko było znaleźć tutaj dzieciaki faktycznie potrzebujące tego, aby cyrk porwał je i wywiózł gdzieś w siną dal. Brenna nie wyglądała jeszcze tak źle – była względnie czysta i nie wydawała się niedojadać – ale prezentowała się raczej jak gówniara z jakiegoś domu, gdzie jest zbyt wiele dzieci, i za mało czasu i pieniędzy dla nich wszystkich niż jedyna córka dziedzica rodu z nienaruszalnego dwudziestki ósemki.
Był to przypadkiem chyba jedyny ród czystej krwi, gdy nikogo nie dziwiło sięganie czasem najpierw po pięść, nie po różdżkę, a miecz wiszący nad kominkiem otaczano niemalże nabożną czcią.
– Bren – przedstawiła się, mocno ściskając jego rękę. Dziecięca dłoń była pokryta drobnymi odciskami, jak zawsze, gdy wracała do domu i zyskiwała okazję robienia tych wszystkich rzeczy, na które nie pozwalali w Hogwarcie. – A noży już używasz? – spytała, obracając się znowu ku kolekcji. One w końcu niekoniecznie wymagały szermierki…
– Hm… no ten jest beznadziejny, on ma ładnie wyglądać, a ten nie nadaje się do bicia, tylko do rzucania… z mieczy to najlepszy będzie ten, bo ten obok ma niewygodną rękojeść, a z noży to totalnie ten – oceniła krytycznie. Jej umiejętności rzemieślnicze były beznadziejne, ale wiedziała, co jest dobre do treningów. I… oczywiście, jako „ten najlepszy” nóż wskazała ulubioną broń Flyna. Kompletnie nieświadoma, do kogo ta wcześniej należała. – Serio? Pewnie, że tak! – ucieszyła się szczerze. Oczywiście, Bell miał nad nią ogromną przewagę – był zwyczajnie starszy, dużo wyższy i silniejszy. Tak naprawdę jedyny moment, gdy mogłaby z nim wygrać w tym wieku, to wykorzystując element zaskoczenia. Ale pokazanie mu paru sztuczek z mieczem w zamian za pokazanie kilku sztuczek z nożami? To był już dobry interes, zwłaszcza, że Brenna właściwie ćwiczyła wyłącznie ze starszym bratem. Czasem z kuzynką. To w pewnym momencie – a przecież tłukli się między sobą od ośmiu lat mniej więcej – stało się nieco nazbyt przewidywalne. – I nie potrzebujesz forów. Przecież jesteś koszmarnie wielki. Prawie jak mój tata.


RE: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - The Overseer - 10.10.2023

Momentami cyrk można było przyrównać do ogromnego placu zabaw. Ferie kolorów, przedmiotów, zabawnych sytuacji, niebezpiecznych, ale epickich akcji. Mógł oczarować każdego, mógł porwać w świat wyobraźni i mamideł, a w tym wszystkim byliśmy my wszyscy. Niby sponiewierani przez życie, ale odnajdujący jakieś uzupełnienie w tej społeczności.
Nie mogłem nie ujrzeć, kiedy oczy Bren rozbłysły. Nie mogłem przeoczyć jej szerokiego uśmiechu. Każdy z nas tu cyrkowców dążył do tego by przykuć czyjąś uwagę dokładnie w taki sposób, najlepiej szerokiej publiki, ale nie umniejszałem nic Bren, bo jej entuzjazm był zarażający. Chwyciłem za ten najostrzejszy z noży, ten prawdopodobnie flynnowy, i zważyłem go w dłoni, obróciłem kilkukrotnie.
- Robi wrażenie, co? - zapytałem, podając jej go ostrożnie. Zapewne taka dzika w obyciu dziewczynka, nie cackała się z ostrzami, ale niestety ja bywałem przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa. Nie bez powodu byłem wsparciem przy występach, pilnując by było jak najmniej odciętych członków na liście. Taki to już charakter był odpowiedzialnego do przesady Alexandra. - Ale do ćwiczeń proponuję wziąć coś mniej ostrego - zaproponowałem właściwie te noże do ćwiczeń. Na pozór nudne, szare, bez zdobień, ale odpowiednio wyważone. Co prawda, niedawno przeze mnie ostrzone, ale z pewnością nie były taką kosą jak ta czarna bestia z dłoniach Bren.
Zaśmiałem się na jej słowa o moim wzroście. Były uroczo naiwne.
- Może jestem koszmarnie wielki, ale z kolei ty brzmisz na koszmarnie doświadczoną w sprawach mieczowych - zauważyłem do niej. Teraz oboje siedzieliśmy na podłodze przed kolekcjami i wzdychaliśmy jak te dwa łosie do kolekcji, nawet tak na dobrą sprawę nie naszej, a ja też trochę do wspomnień... Zamiast, cóż, wyprowadzić na spacer panienki. Choć może lepiej było porzucać we wnętrzu wozu, do tarczy, żeby nikt nas nie przyuważył.
Złapałem za jeden z tych nudnych noży i wstałem.
- Ja robię sztuczki magiczne ze znikaniem... Bardziej dla mugoli - przyznałem się nieskruszony. Bren wspominała coś o zaklęciach, więc nie obawiałem się używać stricte czarodziejskich sformułowań, choć zwykły mugol to i tak nie znał cyrkowego żargonu, a też za często z klientami nie rozmawialiśmy, więc nie zawsze trzeba było się pilnować. Gorzej było z magią - wtedy już trzeba było zachować szczególną uwagę, a kiedy nie. - Ale potrafię zniknąć przedmioty bez użycia magii, więc to też swego rodzaju sztuka. Ale rzucać umiem. Brat mnie tego nauczył. Jest w tym szczególnie wybitny - stwierdziłem, poprawiając sobie w głowie, że właściwie był. Nieistotne. Złapałem za ostrze sztyletu i odpowiednio wycelowałem w kierunku tarczy. Zawieszonej w głębi pomieszczenia.
Rzuciłem prawie w środek, ale jednak trochę zabrakło.
- Chyba masz okazję mnie przebić - zauważyłem, zachęcając Bren do działania. - Tylko odłóż ten, weź tamten. Nie chcemy potencjalnych urazów chować ani przed twoimi rodzicami, ani przed moim ojcem.


RE: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - Brenna Longbottom - 10.10.2023

Entuzjazm w Brennie było wzbudzić stosunkowo łatwo. Ona w ogóle była bardzo entuzjastycznie nastawiona do życia – obojętnie, czy chodziło o wycieczkę do cyrku, zabawę z kuzynostwem w sadzie czy nową książkę. Istniały jednak rzeczy, które pochłaniały ją szczególnie i na liście tych, które najbardziej lubiła, prawdopodobnie jeżeli nie pierwsze, to najmniej drugie zajmowały noże i miecze. To nie tak, że była dziewczynką, która nie lubiła lalek czy ładnych sukienek - nie miała nic przeciwko zabawie lalkami z Dani (przynajmniej do czasu, gdy poszła do Hogwartu) i założeniem sukienki od czasu do czasu.
Po prostu w ostatecznym rozrachunku sztylety zawsze wydawały się jej bardziej interesujące.
– Jest świetny. Ten twój brat to wie, co dobre – przyznała, przyjmując podany jej nóż. Chwyciła go od razu, i rzeczywiście, nie była przy tym zbyt ostrożna… a przynajmniej pozornie, bo jednak pewne zasady ojciec zdołał wpoić jej już dawno. Poruszyła ręką, jakby chciała ciąć, chociaż rzecz jasna, niczego takiego nie zrobiła. Przez moment nie odrywała zafascynowanego spojrzenia od noża, bo chociaż nie przebijał miecza Gryffindora, to był czymś n o w y m. – Przyłapałeś mnie! Tak naprawdę jestem tysiącletnią wiedźmą, której duszę zamknięto w sztylecie, ale jak ten głupi dzieciak po niego sięgnął, to ją opętałam, a zanim w tym sztylecie mnie zamknięto, to zabiłam nim sto jeden osób, więc jestem w tym naaaaprawdę dobra – oświadczyła, posyłając mu szelmowski uśmiech, kiedy stwierdził, że brzmi na tak doświadczoną z ostrzami. W kwestii tych doświadczeń… zależało, jak patrzeć. Ćwiczyła odkąd ledwo odrosła od ziemi, zapewne więc poświęciła na to dużo, dużo więcej czasu niż przeciętny dorosły. We własnej rodzinie wciąż jednak była nowicjuszem.
– Też racja, bo są takie zaklęcia, przez które one zamiast ranić zostawiają ślad farby, ale przecież mnie nie wolno czarować. Strasznie głupie – westchnęła, oddając mu nóż. A… no i pomijając, że nie wolno jej było czarować, sama wspomniała, że raz takie zaklęcie puściło i doszło do „małego” wypadku. – Hm… ale co masz na myśli? W sensie, że… no rzucasz zaklęcie znikające? Zaraz, jak bez użycia magii, to… hm… Nie wiem – zapytała, trochę z tym zagubiona, bo nie miała pojęcia, jakie sztuczki można robić, skoro można używać prawdziwej magii… Zaiste w końcu: nie znała cyrkowego żargonu. I nigdy nie widziała "mugolskiego" przedstawienia.
Oddała mu morderczo ostry nóż Flynna bez protestów, choćby dlatego, że ten akurat niezbyt nadawał się do jej ręki przy rzucaniu. Również podniosła się z miejsca i wybrała jeden z noży, który był odpowiednio wyważony do rzucania, a potem szybkim ruchem cisnęła nim ku tarczy.


RE: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - The Overseer - 13.10.2023

Byłbym w stanie uwierzyć w tę historię o tysiącletniej wiedźmie, bo pełno opowieści o różnorodnych czarodziejach oraz mugolach przemknęło przez nasz cyrk. Zastanawiałem się niekiedy, ile z nich było prawdziwych, a ile nie, ale w ostatecznym rozrachunku mieliśmy tyle wyjątkowych person w naszym domu, że w sumie wiara/niewiara nie była nam potrzebna. Magia unosiła się wśród nas, była tak gęsta, że nawet mugole musieli to czuć, zapewne interpretując to w kompletnie inny sposób, oczywiście typowo mugolski. Byli przecież w cyrku, a dla nich to magia cyrku była iluzją, którą właściwie sam podsycałem.
Wziąłem od Bren sztylet i pokiwałem głową z uznaniem. Bardziej udawanym, ale chciałem by dziewczynka się dobrze tu bawiła, oczywiście pod moim bacznym okiem, bo nie zamierzałem pozwolić by cokolwiek któremukolwiek z nas się coś stało.
- Myślałem, że żartujesz, ale ty naprawdę jesteś tysiącletnią wiedźmą... Jesteś niezwykle bysrta jak na swój wiek - zauważyłem z podziwem, odkładając ten zdobiony sztylet na miejsce. Tak podle ciążył mi w dłoni. Nie chciałem dłużej na niego patrzyć. Za bardzo przypominał mi brata, więc postanowiłem z naszą drobną zabawą przeć do przodu i świetnie się bawić, a przy okazji co nieco podszkolić. Może też dowiedzieć czegoś ciekawego? Lubiłem poznawać nowe osoby, ale nieczęsto miałem ku temu okazję.
- Iluzje są proste, aby trzeba na początku nauczyć się kilka gestów i odpowiedniego zachowania - stwierdziłem, po rzuceniu nożem robiąc przerwę na drobny pokaz karciany. Zawsze miałem przy sobie talię, tę może nieco już wysłużoną, ale wciąż nadającą się do ćwiczeń. Niektórych. Pokazałem pierwszą z nich Brennie by zrobić jakieś niby przedstawienie z czary-mary. - Tak mugole wyobrażają sobie czarowanie - uściśliłem, po czym kiedy wzrok dziewczynki poleciał za moją prawą ręką, lewą schowałem kartę w rękawie. Pokazałem jej swoje dwie puste dłonie.
- Nie używam do tego magii - dodałem, sięgając za ucho Bren by niby wyciągnąć zza niego tę zaginioną kartę. - Po prostu w odpowiednim momencie ukrywam ją, kiedy na chwilę widz traci z niej oko, i pokazuję, kiedy chcę - wyjaśniłem i właściwie zepsułem tym efekt ostateczny, przynajmniej gdybym chciał w przyszłości to powtórzyć. Zapewne Bren i tak miała bym zaskoczona takimi rzeczami, bo to raczej nie było coś typowego dla czarodziejskiego światka.
- Można by do tego używać czarów, ale niektórzy mugole bywają dociekliwi, bo muszą wiedzieć jak co działa - przyznałem, po czym postanowiłem podziwiać rzut Bren. Niedaleko mojego, ale wciąż blisko. - Spróbuj w ten sposób ująć ostrze zanim rzucisz. I stań wygodniej, swobodniej, najlepiej naprzeciw tarczy - odparłem, instruując Brennę. By to zrobić, wziąłem kolejny z noży, z tej samej kolekcji co wcześniej, a kiedy Bren spojrzała na moje wskazówki, podałem jej trzymaną broń. Obserwowałem jej poczynania.


RE: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - Brenna Longbottom - 13.10.2023

Alexander nie musiał się nawet starać. Skoro w pobliżu były ostrza, było oczywiste, że Brenna będzie dobrze się bawiła. Za to na informację, że jest niezwykle bystra na swój wiek, spojrzała na niego z pewnym zaskoczeniem.
Zazwyczaj słyszała raczej, że jest na swój wiek niezwykle wygadana, niezwykłe kłopotliwa, ewentualnie od brata – niezwykle pozbawiona instynktu samozachowawczego (gdy powiedział to po raz pierwszy, jakieś trzy lata temu, musiała pójść sprawdzić w słowniku, co takiego miał na myśli).
Zaraz jednak odzyskała rezon.
– Jak na te tysiąc lat, rozumiem? – spytała.
Gdy sięgnął po karty, Brenna śledziła jego ruchy ze skupieniem i uwagą, próbując wyłapać ten moment, w którym użyje magii. Bo niektórzy podobno umieli robić to bez różdżek, chociaż akurat w jej rodzinie raczej z tych korzystano. Tyle że nie wyłapała żadnego gestu, który mógłby świadczyć o rzucaniu zaklęcia. Bo nie, samo pojawianie się i znikanie kart nie było niczym nadzwyczajnym. Zaklęcia znikające przedmioty zaczęli przerabiać już pod koniec trzeciego roku, a na zajęciach z transmutacji profesor robiła tak niesamowite rzeczy, że wyciąganie karty za jej ucha nie było niesamowite same w sobie.
Za to dokonanie tego bez użycia magii już stanowiło najmniej ciekawostkę.
– Niezłe. Musisz być bardzo zręczny – przyznała Brenna, z pewnym zainteresowaniem obserwując kartę. – Tak? A myślałam, że oni to sobie wyobrażają tak, że jest zła czarownica i ona rzuca klątwę, żeby zasnąć na sto jeden dni. Albo jest sobie czarownik w szarym ubraniu z kosturem, który wyczarowuje fajerwerki i mówi hobbitom, że muszą iść do Mordoru… znaczy się, takim małym jakby goblinom, że muszą iść do wulkanu z wielką misją – sprostowała szybko. Odkąd podebrała w tym roku Thomasowi Tolkiena, była dość mocno zafascynowana mugolską literaturą. Większość czarodziejów jednak, rzecz jasna, nie miała pojęcia, o czym Brenna plecie. Matka zdawała się trochę wzdychać na to nowe hobby córki.
Przyjęła kolejny nóż. Alexander miał trochę racji, bo problem z Brenną polegał, że po prostu działała zbyt szybko. Rzucała już różnymi przedmiotami do celu, to była przecież świetna rozrywka, ale ot nie miała w sobie jeszcze dość cierpliwości, aby działać metodycznie. Chciała wszystko na już. Tym razem postarała się przyjąć już odpowiednią pozycję, zanim ponownie cisnęła nożem w kierunku tarczy.
– Rzucacie takimi nożami w ludzi? Słyszałam, że są takie przedstawienia z ciskaniem w innych, ale się zastanawiam, czy za to by was nie aresztowali? Bo takie rzucanie w ludzi jest chyba trochę nielegalne?


RE: [lipiec 1958] Sztylety to najlepsi przyjaciele dziewczyny - The Overseer - 15.10.2023

- Jak na czternaście to całkiem sporo, a na tysiąc to nie wiem, bo ja nie mam tysiąca lat. Tak w sumie - przyznałem się, wzruszając ramionami, bo mi nie oceniać, co powinien taki czarodziej czy czarownik, co to ma tysiaka na karku, co nie? Na samego Tully’ego, jak tak sobie pomyślałem o swoim doświadczeniu i przemnożyłem to tak z przymrużeniem oka, co by wyszło na tysiąc, to taka persona musiałaby być nad wyraz mądra, bystra i inteligentna, bo tylu razach różnorakich doświadczeń. Ciekawe, czy gdzieś na świecie w cyrku pracował ktoś tak stary... Czy to było możliwe, aby tyle przeżyć?
- Mugole różnie na to patrzą... Jest ich bardzo dużo - zauważyłem, zastanawiając się nad tymi wizjami, co mi przedstawiła Brenna. Ciekawe, gdzie słyszała o takich rzeczach, bo do mnie jeszcze nie dotarły, ale ja ogólnie niewiele wiedziałem, aby tyle by czarować. Aby słyszałem tę bajkę o Śpiącej Królewnie. - Serio gdzieś czarodziej rzuca kosturem fajerwerki? Może warto by to wykorzystać u nas w cyrku jako show... Gdzie o tym słyszałaś, jeśli mogę zapytać? - tak pomyślałem sobie głośno, pełen pasji. Lubiłem Tully’emu podrzucać nowe pomysły na przedstawienia, ale czasami się bałem, żeby za bardzo ktoś nie ryzykował, jeśli to było jakoś wymagające, ale i tak mówiłem o rzeczach, które mogły nam przysporzyć większego zarobku.
- Hahaha... Niekontrolowane rzucanie nożami z pewnością jest karane, ale my to robimy pod publikę. Co prawda mugole o tym nie wiedzą, ale mamy grupę czarodziejów, która czuwa nad tym żeby nikt nie oberwał... Ale niektórych nie trzeba zanadto pilnować, bo są prawdziwymi mistrzami w rzucaniu - przyznałem się, po czym zlustrowałem nieco przerażony dziewczynkę, by przypadkiem sama nie zechciała w kogoś rzucać. Potem będzie, że to cyrk ją do tego namówił. - Ale nie rób tego. Takie rzeczy zostawia się artystom cyrkowym, a nie obywatelom... Albo oprychom, ale lepiej oprychem nie zostawać - stwierdziłem, zastanawiając się nad tymi wieloma sytuacjami, w których działaliśmy niekoniecznie zgodnie z prawem. Ale wszystko tylko po to by nas utrzymać albo ocalić, nic ze złych pobudek. I przy tym musiałem stwierdzić, że jeśli chodziło o karty czy złodziejstwo potrafiłem być niezwykle zręczny.