![]() |
|
[21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126) +---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132) +---- Wątek: [21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing (/showthread.php?tid=2058) |
[21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Laurent Prewett - 13.10.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Leviathan Rowle - osiągnięcie Piszę, więc jestem To było chore, nienormalne. Niepoważne. Miał zajmować się szukaniem prawnika, ale w głowie mu huczało, wszystko było pełne ludzi, pełne listów, pełne słów, których nie chciał czytać, nie chciał odbierać. Każdy chciał wytłumaczenia, ale nie było chętnych do tego, żeby po prostu odpuścić. Niezależnie od krzyków, próśb i gróźb mleko zostało rozlane. Stało się. Każdy rzucany cień wydawał się teraz gonić ze zdwojoną siłą. Każdy dźwięk był za głośno, a samotność przerażająco przytłaczająca. Kiedy nikogo obok ciebie nie było, kiedy wydawało się, że człowiek jest tak wystawiony na atak, tak... bezbronny. Laurent zatrzymał się na drodze, spoglądając na zielone, walisjkie pola, od których odgradzał go drewniany płotek. Po co budowany - chyba już nikt nie pamiętał. Ale stał tu nadal, pamiątka dawnych lat. Popołudniowe słońce nie paliło tu tak, jak w Anglii, mimo tego, że lato trwało w pełnym rozkwicie. To chyba przez morze, którego podmuchy uderzały go w twarz raz za razem. Uwielbiał ten zapach. Dzikiej natury i jodu, który wypełniał płuca poczucie wolności. Wystarczyło tylko chcieć, a człowiek mógł powędrować razem z wiatrem. Muzyka szumu fal, śpiew mew i smoczy śpiew dobiegający z rezerwatu rozłożonego po drugiej stronie od widoku, który go zatrzymał i zaklął na parę minut, parę chwil. Ten widok był znacznie bardziej nęcący niż wizja czterech ścian, które podobno miały o tym bezpieczeństwie zapewniać. Na pewno..? Oderwał oczy od morza, ale morze nie oderwało spojrzenia od niego. Zostało tam - w tych dużych, zmęczonych oczach. Dreszcz za dreszczem biegał po ciele, jakby podejmowały się próby stworzenia z kości i ciała skrzydeł, które pozwoliłby polecieć. Z tym, że nie był stworzony do latania. Za to do pływania... ach, skoro już tutaj był liczył na to, że zanurzy się w morskie otchłanie i przez kilka chwil będzie mógł tam zostać. Bezpiecznie. Bo przecież można było człowieka szukać na lądzie, ale w morskich falach? Kto wie, ten wie. Kamyki zachrupiały pod podeszwami jego butów, kiedy wznowił swoją nieśpieszną wędrówkę. Spacer, który mógłby być o wiele krótszy, gdyby tylko teleportował się bezpośrednio do rezerwatu, ale to miejsce było takie piękne... I tak dawno go tutaj nie było. Nic się chyba nie zmieniło. Świat był o wiele bardziej odporny na zmiany niż się wydawało. Nie widziałeś tej zmiany przez rok, dwa, ale potem orientowałeś się, po dziesięciu latach, że już nic nie jest takie, jakim je pamiętasz. Niektóre domy popadały w ruinę, inne remontowano, otwierały się nowe sklepy, żeby inne uległy zamknięciu. Ale tutaj? Skały nie ulegały tak szybko roztrzaskaniu, a nikomu nie przychodziło do głowy cięcie pięknych lasów rezerwatu. I bardzo dobrze. W końcu to miało być schronienie dla istot, które nie mogły samodzielnie egzystować poza tymi obszarami... żeby nie wejść w bezpośredni konflikt z czarodziejami. Ci zaś, jak było wielokrotnie i dobitnie pokazane, bardzo lubili niszczyć wszystko, co stanie na drodze do ich rozwoju. W końcu dotarł do domu Leviathana i rozejrzał się po terenach, które go otaczały. Nieśpiesznie. Czy tutaj się coś zmieniło? Przybyło, ubyło, urosło? Pojawiła się kobieca ręka świadcząca o tym, że jeśli nie żona, to chociaż matka czy kochanka witały w te strony? Nie spodziewał się zresztą, żeby Leviathan siedział teraz w domu o tej godzinie. Dlatego starał się wyłapać jego obecność gdzieś w okolicy. A jeśli nie - podszedł do drzwi, ubrany w białą koszulę i grafitowe, proste, eleganckie spodnie, by zapukać z lekkim uśmiechem. RE: [21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Leviathan Rowle - 21.10.2023 Jego dom wydawał się zatrzymany w czasie. Dokładnie taki sam, jak kiedy oglądany przez Laurenta ostatnim razem, kiedy zajrzał do Snowndonii. Oddalony nieco od innych, tak różniący się od tych pracowniczych, otoczony ścianą drzew, przez które prowadziła szeroka, wyjeżdżona pojazdami ścieżka. Levi wydawał się dbać o to, żeby wszystko pozostawało na swoim miejscu, a z drugiej strony nikt nie ingerował w tę jego bańkę na tyle, by dało się wyłapać wszelkie odstępstwa od reguły. Drzwi otworzył skrzat, który też wpuścił go do środka bez jakichkolwiek uwag, najpewniej poinstruowany w ten sposób przez Rowle'a. Szybko też dało się usłyszeć kroki dobiegające z tyłu domu, aż wreszcie gospodarz wszedł do salonu, gdzie czekał na niego gość. Levi uśmiechnął się szeroko na jego widok, w paru krokach zbliżając się i zamykając go w mocnym uścisku. - Cieszę się, że jesteś - rzucił lekko, na moment kładąc mu rękę na ramieniu i przytrzymując bliżej siebie, zanim puścił go wreszcie. Dało się od niego wyczuć delikatny zapach siarki, a kurtka, którą miał na sobie, była chyba osmalona na lewym rękawie. - Kiedy wysyłałem ci list, bałem się, że nie skorzystasz z mojej gościnności, szukając oddechu gdzie indziej, ale widzę że nie mogłeś odmówić urokom Walii. - ściągnął rękawice, rzucając je na jedno z krzeseł, to samo po chwili robiąc z kurtką. Smocza skóra działała cuda, jeśli chodziło o chronienie przed wszelkimi obrażeniami podczas pracy, ale kiedy tylko wchodziło się do domu, robiło się w niej zbyt ciepło. Odetchnął więc głęboko, kiedy tylko wyswobodził się z nadprogramowej warstwy. - Pomyślałem też, że moglibyśmy się przejść nad wodę? Oczywiście, jeśli byś chciał - wzruszył ramionami i wskazał swobodnie na pierwsze lepsze siedzenie, znajdujące się w zasięgu wzroku, oferując w ten sposób Laurentowi zajęcie go, samemu przysiadając na podłokietniku jednego z foteli. - Jak się czujesz? - zapytał wreszcie, a w jego głosie przebiła się pewna troska o starego znajomego. Kochanka? Przyjaciela? Levi nigdy nie był pewien gdzie konkretnie zaczynała, a gdzie kończyła się ich znajomość, bo na dodatek tych wszystkich plakietek, dochodził jeszcze czas, jakim podzieliły się wykonywane przez nie obowiązki. Jemu jednak wydawało się trochę, że pomimo tego wszystkiego, zaczynali dokładnie z tego samego miejsca, gdzie kontakt przygasł, jakby bez problemu podejmowali rozmowę zawieszoną zaledwie parę chwil temu. RE: [21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Laurent Prewett - 22.10.2023 Kroczył wolno przez drewnianą podłogę po tym smoczym leżu. W ciszy. Skrzat nie powiedział nawet słowa, ale i do tego był przyzwyczajony. Krok badał tylko to, czy podłoga pamiętała jeszcze ciężar jego ciała. Rzeczywiście - nic się tu nie zmieniło. Nie było śladu po wielkich zmianach, prócz oczywistych i naturalnych przesunięciach rzeczy bardziej codziennego użytku. To było wręcz dziwne, niemal nienaturalne przy tym, jak ciągle zmieniał się jego własny dom. Przybywało pamiątek, zmieniały się kwiaty, zasłony okien, czy obicia sofy. Zmiany drobne, ale się pojawiały. A tu... ta mała nisza, w której czas się zupełnie zatrzymał. Nikt nie zakłócał spokoju Leviathana Rowla i nie przekraczał jego bańki. A jednak czasem intruzi się pojawiali. Pojawiały się też osoby, które sam zapraszał. Laurent przecież nie mógł uszkodzić bańki - nie był wystarczająco ostry. I miał równie tęczowe kolory, co ona. Zatrzymał się dopiero w salonie, przeciągając morzem po kantach i zagięciach, meblach i ścianach, dopóki ten złodziej na obcym terenie (a jednak zaproszony) nie usłyszał kroków. W tej bajce nie było Czerwonego Kapturka i Wilka. Był za to Smok i Syrena. Laurent zaśmiał się cicho, perliście, kiedy Leviathan podszedł i przytulił go jakby i on się nie zmienił przez te lata, ani nie zmieniła się relacja między nimi. Ale to nieprawda. Zmienili się obaj, zapewne mógłby kreślić palcami większą mapę łusek, która pochłaniała przyzwyczajone do wysiłku i trudów ciało. Zmężniał, jego twarz nabrała jeszcze bardziej zdecydowanych rysów, jego spojrzenie... Och, jego piękne, błękitne oczy, które układały do snu i które migotały goręcej niż płomienie kominka. To przecież naturalne. Najgorętszy ogień był błękitny. - Też się cieszę, że cię widzę. - Obdarzył go pełnym ciepła uśmiechem, przymykając na moment swoje oczy, z ulgą przyjmując to powitanie. Laurent też się zmienił, a jednak delikatnej urody mu nie ubyło. - Urokom Walii mógłbym odmówić, twojemu mniej... - Mówił to trochę w zamyśleniu, marszcząc nieco nos i oceniając jego ubranie. Biorąc pod uwagę, że nie umawiali się co do godziny to oczywiście nie była to przygana z jego strony, ledwo szukał źródła specyficznego, siarkowego zapachu. A był na zapachy absolutnie przewrażliwiony. - Chociaż zmieniam zdanie. - Zażartował delikatnie, z ulgą w zasadzie przyjmując, że Leviathan się odsunął i oddzielił go od tej woni. Śledził jego ruchy. Jak pozbywał się swobodnie tego, co miało go chronić przed ogniem, jak przechadza się po tym domu, jak to wszystko... naprawdę się nie zmieniło. Mrugnął. I to nie był sen, żadna bajka, na pewno zmieniło się tysiące rzeczy, których nie widział, a teraz wszystko w nim drapało, żeby to dostrzegł. Obdarł Leviathana ze skóry i złapał jego serce, żeby powiedziało mu prawdę, wyszeptało o tym wszystkim, co mogło się dziać przez te lata, powiedziało prawdę o tych inspiracjach i... Potrząsnął lekko głową i usiadł na wskazanym miejscu, zakładając nogę na nogę. Jak dawniej, tak teraz, jak zawsze, na zawsze. Dla siebie? Nie. Dla niego. Dla każdego, kto spoglądał, kto patrzył, żeby prezentować się idealnie, nieskazitelnie. To już był w zasadzie bardziej odruch niż świadome działanie. Oczy mu zabłysnęły, kiedy usłyszał propozycję. - Musisz mi wybaczyć, ale pierwsze co zrobiłem to poszedłem pocałować czule walijskie morze, by nie było zbyt zazdrosne... - Laurent mógłby przeżywać wszystko przy szemrzących falach. Mógłby szeptać o ich tajemnicach na ucho Leviathanowi, albo zaklinać jego umysł syrenim śpiewem w rytm szumiącego wiatru, który czule przeczesywałby jego ciemne włosy. Tak jakby same morskie fale mogły unieść Leviathana na swoich ramionach. - Nigdy nie odmówię przechadzce nad wodę, chyba że to kałuża pod rynienką. - Nie było mu w zasadzie wcale do śmiechu, ale nie chciał sobie nawet pozwolić na zatrzymanie i zastanowienie nad czymkolwiek innym. Chciał skupić swoje myśli na tym człowieku. Ale zapytał. Nie chcę odpowiadać. Warga nieco drgnęła Laurentowi w tym uśmiechu i odwrócił wzrok od tej przystojnej twarzy. Co ja właściwie wyprawiam... Wrócił do kontaktu wzrokowego. - Mimo bardzo sympatycznych słów w twoim liście muszę cię zawieść - to nie były moje słowa. Więc jeśli cokolwiek cię zainspirowało to był to twórca artykułu, dla którego mój prawnik będzie szykował pozew. - Z którego ten dziennikarz zapewne się już nigdy nie odkopie, bo chociaż Laurent nie był bojownikiem politycznym (do niedawna) to pieniędzy na najlepszych prawników nie szczędził. RE: [21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Leviathan Rowle - 23.11.2023 Tutaj, pośród walijskich wzgórz i gór, ten zapach zdawał się być jego wizytówką. Przylgnął do niego do tego stopnia, że sam nie był już jego świadomy. Że zwyczajnie o nim zapominał i o tym, jak inni mogli go odbierać. Dla niego był to zapach smoków, zarówno tych wielkich, które niepodzielnie nad Snowdonią panowały, jak i tych małych, które hodowali tylko Rowle. Levi uśmiechnął się lekko, z pewną dozą zadowolenia, słysząc słowa Laurenta i znajdujący się w nich komplement. Był łasy na tego typu pochwały i miał wrażenie, że im więcej przybywało im lat, im więcej łusek można było naliczyć na jego ciele, tym ważniejsze się dla niego tego typu słowa stawały. Parsknął cicho, przyjmując żart Prewetta gładko. Zbyt gładko nawet, jak ktoś świadomy jego kompleksów mógłby stwierdzić, ale w stojącym przed nim selkie zawsze było coś, co nie pozwalało przyjmować jego słów z twardym sercem. Prawdziwy i faktyczny urok. Ten, któremu panującemu tutaj smokowi ewidentnie brakowało. - Całe szczęście, ale niezwykle łatwo wybacza. Szczególnie tym, którzy całują tak czule - nie mógł mieć mu za złe tego, że wybrał do niego dłuższą drogę, bo obijające się o skaliste wybrzeża fale i jego skutecznie koiły. Tak samo jak kochał szybować, tak samo uwielbiał słuchać burzliwego szumu piany, przetykanego spokojniejszymi szeptami. Czasem zastanawiał się czy drogie jego sercu było samo morze, czy może jednak wydawało mu się takie dlatego jak łączyło się z niebem. Bo to przecież przestworza niepodzielnie posiadły jego serce. - A więc prasa zrobiła dokładnie to, czego można było się po niej spodziewać - westchnął, wyraźnie zmartwiony tym, co wyznał Laurent. Pochylił się nieco do przodu, w kierunku Prewetta, zaglądając mu w błękitne oczy. - Przepraszam, że spytałem - uśmiechnął się do niego lekko. Smutno. - Spodziewam się, że to nie jest dla ciebie zbyt miły temat, szczególnie skoro szykuje się pozew - mimo, że jego głos był wyważony i pełen współczucia, nie było w nim wiele wyrzutów sumienia odnośnie listu, który wysłał niedługo po tym, kiedy wymienił ostatnią korespondencję z siedzącym nieopodal mężczyzną. Miał stać się przykładem i w jakiś dziwaczny sposób Leviathan był w stanie podzielić go na dwie, niezależne od siebie osoby. Tę, która została skrzywdzona przeinaczonymi słowami, która teraz znajdowała się w tym samym pokoju i szukała pocieszenia i tę, która pozwoliła sobie na głupie udzielenie wywiadu. W tym momencie, Rowle widział przede wszystkim tego pierwszego Laurenta. Tego, którego bez zawahania porwałby w ramiona i ukoił, jeśli tylko emocje wezbrałyby w nim jeszcze bardziej, rozlewając się i pochłaniając wszystko dookoła. - Gdzie moje maniery. Napiłbyś się czegoś? Cokolwiek byś sobie tylko zażyczył, na odgonienie smutków, nawet jeśli tylko odrobinę - uśmiechnął się do niego łagodnie, dokładnie tak samo jak uśmiechało się do kogoś, kto właśnie znajdował się w centrum twojego wszechświata. - Potem możemy obejrzeć niebo w pobliskiej kałuży - rzucił żartobliwie. - Albo poprawnie przywitać morze. Z bliska i w swoim doborowym towarzystwie. RE: [21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Laurent Prewett - 23.11.2023 Piękny Leviathan o przystojnym licu potrafił na sobie nosić o wiele przyjemniejsze perfumy od tych, które na łuskach nosiły smoki - niebezpieczne stworzenia, które nie miały nad sobą żadnego Pana. I żadnego Pana zdawał się nie mieć nad sobą Rowle. Otulając się smoczym oddechem, tak jak teraz, pan tego domu, król tych lasów, marzyciel ikarowych skrzydeł i tęskniący za niebomorzem. Czy słońce nad nim panowało? Może choć księżyc? Czy była siła zdolna ujarzmić tego człowieka, czy był taki sam, jak te smoki - tak zakochany w wolności, że nie było w tym sercu miejsca na kogokolwiek innego? Oj było, było... Miłostka tam mieszkała, ale Laurent daleki był od poznania tych sekretów. Smakował i podziwiał więc to, co mu zaoferowano. Szukając swojego miejsca do odtrącenia ciężaru noszonego na ramionach nie chciał przyjmować dodatkowych i jednocześnie miał wrażenie, że jeśli wszedłby pod skórę Leviathana to nie potrafiłby obojętnie wyjść. Głupi, głupi selkie... nieświadom tego, że niektórych sekretów naprawdę nie powinno się poznawać. I nie powinno się o nich szeptać nawet od uszka do uszka czy nad szemrzącymi morzami rozkochanymi w niebie. Walia łączyła te dwa elementy i splatały je jak nieopamiętanych kochanków. - Tylko wybranych, Piękny Smoku. - Słowa zamarły na krańcu jego rozchylonych warg jak obietnica. Że brakowało mu uroku? Brakowało mu co najwyżej charyzmy, ale na pewno nie uroku. Przynajmniej w mniemaniu samego Laurenta, który z przyjemnością tańczył do tego smoczego elementu, który rządził tym miejscem i wprowadzał dyrektywy do życia Leviathana. Czułościami można było obdarzyć każdego człowieka, ale nie do wszystkich się wracało. I nie wszystkimi było się zainteresowanym po tym razie, dwóch czy trzech. Spoglądał w oczy każdego teraz człowieka i zastanawiał się bardzo mocno jak to się działo, że nie ważne, jak bardzo się starał, skończył właśnie w tym punkcie. Owszem, z przyjaciółmi - a jednak całkiem sam. Patrzył w te zwierciadła duszy i zastanawiał się, jak ludzie to robili, że potrafili odnaleźć swoje miłostki i miłości wcale nie tracąc przy tym samego siebie. Jeden wieczór czy cała noc wydawały się dobrymi lekami tymczasowymi na samotność. Albo na zapomnienie, że skóra pokrywała się coraz mocniej łuskami. - Nic się nie stało. - To był wierzchołek całej góry lodowej, która nic tylko w przeciągu ostatnich dni rosła i rosła. Nie zamierzał dać się pogrzebać w tym spotkaniu którejś z tych przytłaczających myśli, któremuś ze złych wydarzeń. Tak i niekoniecznie widział sens w ciągnięciu tego tematu, ale wcale nie miał za złe Leviathanowi, że zapytał. To przecież naturalne. Zresztą... miłe, bo mężczyzna wyglądał po prostu opiekuńczo. Otulało go to kokonem komfortu, przy którym się rozluźniał. - Na całe szczęście bardzo łatwo wybaczam. Szczególnie tym, którzy całują tak czule. - Jego wargi teraz drgnęły w lekko rozbawionym uśmiechu w przeciwieństwie do tym sprzed chwili, kiedy jego maska, dobra mina do złej gry, została nieprzyjemnie przejechana pazurami prostego pytania Rowle'a. Sparafrazowanie wcześniejszych słów mężczyzny przyszło mu bardzo łatwo. Jakoś same nasuwały się na myśl w akcie na jego przeprosiny. Niektórzy ludzie nie lubili okazywanego im współczucia. Rozumiał to - duma, honor, nie chcieli czuć się słabi, gorsi. Laurent nie miał takiego problemu. Czuł się źle wtedy, kiedy nie odczuwał emocjonalnej więzi z kimś, z kim rozmawiał. A ta nawiązała się z Leviathanem... tak po prostu. Jakby wcale nie dzieliły ich lata rozłąki. - Chciałbyś mnie upić? - Jego twarz pojaśniała jak wiosenne słońce od tych słodkich propozycji, jakie płynęły z ust Leviathana i w delikatnym żarcie, jakiego się podjął. Selkie miały bardzo słabe głowy - Laurent nie był tu wyjątkiem. Mimo, że alkohol lubił, unikał go i co najwyżej na przyjęciach udawał, że coś pije. - Co najwyżej kawę, skoro proponujesz. - Aż mu zatańczyło na krańcu języka czysto wyuzdane, że alkohol nie sprawi, że będzie dla niego łatwiejszy. Bo już łatwiejszym być się nie dało. A może jednak dało? - Nie planujesz najpierw prysznica..? Może potrzebujesz pomocy z umyciem pleców? - Może gdyby ktoś go nie znał nawet by uwierzył w niewinność tych dwóch pytań przy jego aparycji. Może. RE: [21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Leviathan Rowle - 02.12.2023 Uśmiechnął się do Laurenta pięknie. W ten miękki, delikatny sposób, który zdarzał mu się nad wyraz rzadko i tylko przy nielicznych. Chyba nawet nie był do końca świadomy tego, że okazjonalnie tego typu wyraz wkradał się w kąciki jego ust czy oczu, nadając mu zupełnie innej powierzchowności od tej typowej, nieco topornej i chropowatej, pokrytej łuskami i posiadającej znamiona wyższości. Może gdyby się nad tym odrobinę chociaż zastanowił, to dopatrzyłby się w tym pewnej prawidłowości, że te delikatne uśmiechy posyłał tym, którzy sami wydawali się delikatni. Którzy na swój sposób skradli mu fragmenty serca i teraz trzymali je przy sobie, a mimo tego nie odbierał tego jako straty. Leviathan chętnie by się z nim posprzeczał, że wcale nie udawało mu się zachować samego siebie. Nie teraz, nie w ostatnim okresie, kiedy tak męczyły go ramy, w które chciał zamknąć go jego ojciec. Nie kiedy wyraźnie się w nich nie mieścił, z utęsknieniem chcąc rozłożyć znowu skrzydła ku wolności, a jednocześnie coś trzymało go przykutego do ziemi. Przez krótki moment w jego oczach pojawiła się ta tęsknota, a goszczący na ustach lekki uśmiech zmienił się w wyrazie, przyjmując znamiona smutku. Wystarczyło jednak uderzenie serca, by obie te rzeczy rozmyły się, wracając do poprzedniej formy, kiedy Laurent znowu się odezwał. Wręcz przeciwnie - stało się tak wiele. I miało stać się jeszcze więcej, ale Rowle nie chciał naciskać. Nie kiedy widział, że Laurent zwyczajnie nie chciał o tym więcej rozmawiać i potrzebował czegoś innego niż drążących słów. - Tak jak niebo całuje morze - powiedział chyba bardziej do siebie niż do niego, wyłapując jednak zręczne nawiązanie do tego, co sam wcześniej powiedział. Podniósł się z lekkim uśmiechem ze swojego miejsca, powolnym, leniwym wręcz krokiem pokonując tę niewielką odległość, która dzieliła fotele które przed chwilą zajmowali. - To zależy - wzruszył ramionami wręcz beztrosko, zatrzymując się przed nim krok, może dwa. - Myślisz, że to by w czymś pomogło? - zapytał, uśmiechnąwszy się pod nosem, żeby zaraz pochylić się nad nim i oprzeć dłońmi o podłokietniki zajmowanego przez selkie fotela. - Zatem niech będzie kawa - zakomunikował i praktycznie nie musiał mówić nic więcej, bo jego skrzat wiedział kiedy powinno być widać i co robić. Coś pstryknęło i zaszurało cicho, ledwo słyszalnie za ścianą. Leviathan w ogóle się tym nie przejmował, całą swoją uwagę koncentrując na znajdującym się przed nim Laurencie i zaglądając mu w te błękitne, czarujące oczy. Nawet jeśli brzmiało to naprawdę płasko, to chętnie i często porównywał ich barwę do morskich fal, bo tkwiąca w tym prawda była dla niego niezwykle wręcz urzekająca. Tak samo miła, jak porównywanie jego do czystego, bezchmurnego nieba. Tak jakby Matka wraz z narodzinami zamknęła w nich to, co oboje kochali najbardziej lub co było ich naturą. - Prysznic? Aż tak obcesowo sugerujesz mi, że śmierdzę? - zapytał, niby to rozgniewany, z jedną szorstką nutą pobrzmiewającą w jego głowie, która zaraz przeobraził się w wyraźne rozbawienie. - Ale może masz rację. O pomoc nie śmiem prosić, ale skoro już sam postanowiłeś się zaoferować? - słowa przycichły, pod koniec zniżając się do delikatnego szeptu, tak samo jak i jego twarz przybliżyła się do Prewetta. Spojrzenie Leviego opadło nieco, prześlizgując po twarzy Laurenta, zastygając na moment w jednym punkcie, aż w końcu pokonał ostatnie dzielące ich centymetry, by złożyć na jego ustach delikatny, acz jakże czuły pocałunek. RE: [21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Laurent Prewett - 08.12.2023 Robił to świadomie? Podzielił ich kawałek czasu, ale niektóre rzeczy się nie zmieniały. Nie zmienił się też jego uśmiech. Taki delikatny, jakby stanowił klucz do nieba. Do rozłożenia skrzydeł, żeby wzbić się pod firmament. Bramą były jego oczy - nieskończenie niebieskie, zazwyczaj uważne i niekoniecznie spoglądające na świat z taką aprobatą i drobiną umiłowania, jak wpatrywały się teraz w niego. To było miłe, bo przecież człowiek czuł się chociaż przez chwilę kimś wyjątkowym. Chociaż przez moment miałeś wrażenie, że ten kawałek serca w twoich dłoniach coś znaczy... a znaczył coś? Cokolwiek? Wszystko zawsze ograniczało się do tego samego - odrobina fizycznych uczuć, uniesień, żeby zmyć z siebie to jeszcze tego samego dnia, wieczoru, nocy. Wybierz, co ci pasuje. Więc ile znaczyło to dla Leviathana? Nie zapytał kiedyś, bo kiedyś go nawet to nie do końca interesowało. Dawali sobie wzajem tyle, ile potrzebowali. Proszenie o więcej było równoznaczne z tym, że sięgasz po jakąś stałość. Próba związania Leviathana w stałość było jak wsunięcie skowronka do złotej klatki. Umilisz mu życie, a on tobie, czasem zostanie wypuszczony, polata, ale złoty łańcuszek zawsze będzie go ograniczał i ciągnął w tę samą stronę. Leviathan zaś nie był w niczym do skowronka podobny. Zniszczyłby tę klatkę i oderwał łańcuszek. A może nie? Może go przeceniał, albo właśnie - nie doceniał? Kwestia stałości człowieka krążyła mu po głowie coraz więcej i częściej, a teraz była ulem pełnym szerszeni. - Mogłem przynieść tomik poezji Wordsworth. Słyszę, że romantyzm cię nie opuścił. - Laurent był niepoprawnym romantykiem, bajarzem, mógł zamknąć się w najwyższej wierzy i czekać na swojego rycerza. Tylko bez smoka... ewentualnie właśnie mógłby czekać na niego. Na Smoka. Byle wtedy bez rycerza, by nie została w tej poezji uroniona ani jedna kropla krwi. Wyciągnął dłonie w jego stronę, kiedy zatrzymał się tak blisko, przesuwając na skraj fotela. Oparł palce na jego tułowiu, nieco powyżej bioder, zadzierając głowę, by nie spuszczać oczu z tej nieziemsko przystojnej twarzy. Gdy Bóg tworzył archanioła Michaela pewnie miał w wyobraźni taką twarz. Jego twarz. Smok, bestia z legend lewiatan, czarodziej z mrocznym znakiem na przedramieniu. Dopiero kiedy się pochylił ich twarze znalazły się prawie na tym samym poziomie. Prawie. W końcu jego wisiała w zasadzie nad jego. - Myślę, że jeszcze parę chwil i upijesz mnie swoją obecnością. - Specyficzny, ale teraz o wiele lżejszy po zrzuceniu z siebie ochronnych ubrań, zapach siarki znowu zaswędział w nozdrza. Alkohol zdecydowanie nie był tutaj potrzebny, więc chyba... więcej by zaszkodziło niż pomogło? Nawet jeśli po alkoholu ludzie się rozluźniali. - Próbowałem sobie przypomnieć jeden z poematów, ale skutecznie mnie rozpraszasz. - Ach, a chyba o to chodziło? O rozpraszanie? Czy może sięgnięcie po to, co samemu się pragnęło? - Nie. - Uśmiechnął się delikatnie w zaprzeczeniu na wniosek, jaki wyciągnął Leviathan i przesunął dłońmi po jego ciele, na plecy, przysuwając się nieco bliżej. - Sugeruję, że stęskniłem się za twoim pięknem i twoim zapachem. - Podobno ze wszystkiego trzeba było wybrnąć z klasą, ale to, co mówił Laurent nie było przy tym ani trochę kłamstwem. I w końcu te stworzone do pocałunków usta spotkały się z jego ustami. Laurent rozchylił nogi i przymknął oczy w cichym westchnieniu. RE: [21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Leviathan Rowle - 05.01.2024 Patrzył, bo było na co patrzeć. Bo Laurent był osobą, na którą chciało się patrzeć. A tym bardziej przyciągało to Leviathana im bardziej miał wrażenie jak wiele ich dzieli mimo łączących ich więzi. Wydawał się delikatny i może gdyby był poetą, to ubrałby to w jakieś ładne słowa, które natychmiast pojawiłyby mu się w głowie, gotowe opisać piękno co właśnie widział. Ale nie był. Tomiki poezji też nie piętrzyły mu się w sypialni przy łóżku, na biurku czy na półkach biblioteki. Miał wrażenie, że mogłoby się to Prewettowi nawet spodobać. Gdyby niby natchniony szeptałby mu do ucha słodkie słowa, układające w jakieś wyszukane frazesy. W swoim gruboskórnym, pokrytym łuskami zanadrzu, posiadał niestety tylko parę takich zdań. Zwyczajnie wyuczonych, albo nawet ukradzionych od kogoś, kto kiedy je przy nim powiedział. Może nawet okradał i znajdującego się przed nim Laurenta. Ciężko było powiedzieć, czy Levi faktycznie cenił tę ich bliskość nieco ponad należytą jej powierzchowność. Dla niego wszystko co międzyludzkie miało właśnie taki wydźwięk; było płytkie i rozpływało się niemal natychmiastowo pod wpływem światła następnego dnia. Było niczym słodki sen, który jednak po pewnym czasie zapominało się. Pozostawały uczucia, ale i też bladły. - Obawiam się, że mnie przeceniasz. Romantyzm u mnie to surowiec niemal całkiem wyczerpany, ale kto wie, może taki tomik poezji nieco by go uzupełnił. Nigdy nie żałował specjalnie tego, że w niektórych aspektach życia brakowało mu ogłady, bo przecież posiadał inne walory. Nie był poetą, ale posiadał ręce, które przyzwyczajone były do ciężkiej pracy. Potrafił porosnąć piórkami i wzbić się w powietrze, tam gdzie czuł się najlepiej i gdzie powinno być jego miejsce. Nie był przy tym skowronkiem, a drapieżnikiem, który tłukąc się w klatce powyginałby pręty, tęskniąc za wolnością, aż w końcu nie zniekształciłby jej na tyle, by się przez jej szpary przecisnąć. - Podobno dobre towarzystwo po długiej rozłące tak działa. Ale z łatwością mógłbym powiedzieć to samo - zaśmiał się do Laurenta, mrużąc przy tym z zadowoleniem oczy. Niektórzy uczeni wywagowali, że cechy charakterystyczne dla smoków przypisywane są stworzeniom, które na swoją ofiarę czychają i podobne ku temu tendencje może nie zauważano u większości populacji, ale zdarzało się że niektóre z ich przedstawicieli polowały w ten sposób, potem dopiero unosząc swoje ofiary do leży, gdzie je spożywały. Levi czekał, cierpliwie aż Laurent odsunie od siebie wystarczająco to, co go męczyło. To, co przygnało go w ogóle do Snowdonii i co szarpało nerwy za postronki. Czekał, żeby mógł go wreszcie porwać w swoje ramiona i sprawić, że zapomni. Na tyle, na ile tylko chciał i żeby po powrocie do rzeczywistości, tej swojej małej, znajdującej się w New Forest, mógł na nowo cierpieć, albo zachłysnąć się niepokojem. Ale najpierw ich pocałunek dobiegł końca, a Smok cofnął się od Selkie z pewnym ociąganiem, jakby chciał łapczywie przedłużyć ten moment. Przez moment jeszcze spoglądał w oczy Laurenta, aż wreszcie wyprostował się, w międzyczasie splatając z nim palce i pociągając za sobą. - Piękne kłamstwa. Ale prysznic to coś, co i tak mi się przyda. Chodź, słyszałem że bardzo chciałeś umyć mi plecy. RE: [21.07.1972] Leviathan & Laurent | My own thing - Laurent Prewett - 06.02.2024 Rozpalałby się i wyginał pod szeptami płynącymi z tych ust do jego uszu. Roztapiałby się i prosił cichym tchnieniem o więcej. Słowo "podobało się" było niedopowiedzeniem, bo choć Laurent kochał się w spojrzeniach, które widziały w nim piękno, w dotyku, które chciały piękna dotknąć, to stawał się niewolnikiem słów, które zapewniały o kradzieży gwiazd, o miłości, o zatopieniu serc w morskich wodach i oddaniu czci na anielskich ołtarzach. Mógł sam szeptać wszystkie te rzeczy, jeśli tylko trafiały na podatny grunt, ale on sam był gruntem, który chciał je chłonąć. Jałową ziemią, która potrzebowała uczucia, która potrzebowała silnej ręki i odrobiny pocałunków, które sprowadziłyby wodę dla zasadzonych w niej kwiatów. Tak kwitł. Nie każdy jednak był poetą i nie każdy potrafił pleść frazesy, które często były tylko ślicznymi kłamstwami, a Laurent i tak ich pragnął. Mógł dać się oszukać, jeśli tylko szczęście wybije się ponad tą stale smutną codzienność. Leviathan poetą nie był, ale nie musiał być. Nigdy nie oczekiwał od niego zwrotek i wersetów, których nie powstydziłby się Byron i Szekspir razem wzięci. Jego parę prostych słów potrafiło skutecznie przyśpieszyć jego tętno. Odnajdywał piękno właśnie tam, gdzie leżała prostota tego smoka, a zarazem gdzie drzemała głębia jego potrzeb i doznań. Jest szczery - takie wrażenie sobą kreował Leviathan Rowle. Jak smoki, które były brutalne, które były bezwzględne, ale w ich ruchach nigdy nie było fałszu. Były wystarczająco silne, żeby brać dokładnie to, czego chciały. - Jeśli jest wyczerpany, to nie czuję, żebym sięgnął jego dna. - Właśnie, kto wie? Może by rzeczywiście to uzupełnił? Bo Laurent był szalonym romantykiem. Wszystkie te małe, maleńkie gesty były pożywką dla tego kwitnącego pola. Nawozem, świeżością, spulchnieniem ziemi, by była wydajniejsza. To one sprawiały, że wyrastały mu skrzydła, które potem mógł pozwolić wyrwać takiemu Leviathanowi Rowle. To był cały taniec, by nie stracić za dużo. Daj chociaż kilka gram swoich dobrych słów, chociaż dwa spojrzenia, zapewnij o słodkości, a zaprowadzę cię do Nieba. Ulotnie, masz rację, bo na jedną noc. Po niej wszystko się mogło rozpłynąć i wrócić do codzienności. Może to dlatego kiedyś było im po prostu dobrze? Bo Laurent cenił to, co było takie ulotne i nie szukał tego, co chciałoby go zamknąć w klatce i zatrzymać przy sobie na stałe. Przez te miesiące to zweryfikował - jak bardzo nie nadawał się do tego, żeby oszczędzić siebie samego dla jednej osoby. - Jak to było... Mieszkała wśród odludnych ścieżek,
Gdzie Dove jest strugą małą; Nikt o niej słowa pochwały nie rzekł, Niewielu ją kochało; Fiołek, za omszały kamień Schowany wpół przed okiem. Piękna jak gwiazda, kiedy sama Na niebie lśni wysokim; Nie, ten mężczyzna nie był skowronkiem, ale to nie skowronki rozpalały najwięcej pragnień w Laurencie. Najwięcej pragnień wyzwalali w nim ci, którzy wydawali się zdolni po połamania wszystkich jego kości. Ci, którzy mimo tej mocy wcale nie chcieli tego zrobić, nawet jeśli zostawiali mapę swoich podróży odciskami na jego ciele. Mógł tak się miotać między "boję się bólu", a "daj mi go więcej", a wszystko i tak zanikało w nieograniczonym pragnieniu, żeby dostać od drugiej strony w s z y s t ko. Być dla takiego smoka owieczką na pożarcie - to był przywilej, nie kara. To była pielęgnacja smoczego apetytu, pobudzanie go, by potem dostać od niego to wymarzone "wszystko i jeszcze więcej". Przesunął swoje dłonie na biodra mężczyzny i tak zsunęły się też z umięśnionego ciała, gdy ten się odsunął. Tak wolno. Z takim rozmysłem. Piękne kłamstwa i Piękne Kłamstwo. Laurent uśmiechnął się filuternie, podnosząc z miejsca, które zostało mu zaoferowane do siedzenia. W żadnym wypadku nie trzeba było go bardziej do tego zachęcać. Koniec sesji
|