Secrets of London
[14.06.1972] Laurent & Kayden | Show me the meaning of being lonely - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [14.06.1972] Laurent & Kayden | Show me the meaning of being lonely (/showthread.php?tid=2061)



[14.06.1972] Laurent & Kayden | Show me the meaning of being lonely - Laurent Prewett - 14.10.2023


Nawet pomimo nieprzyjemnego spotkania z ojcem jego serce śpiewało. Kiedyś ktoś mu powiedział, że ma nadzieję, że znajdzie swoje szczęście, że znajdzie doskonały powód do tego, żeby być, żyć i trwać. Nawet pomimo wszystkich tych paskudnych i potwornych wydarzeń, mimo jego dziwnej sytuacji z Philipem, mimo bardzo wielu przeciwności - serce śpiewało. Rozpływało się z czułości i słodkości, kiedy zbliżał się do domu państwa Delacour, chociaż wcale nie spodziewał się tutaj spotkać Kaydena. Albo raczej - to nie do niego przychodził, bo czy będzie, czy nie będzie..? Czuł się prawie jakby obrywał stokrotce jej płatki. Kocha, nie kocha..? Będzie, nie będzie? Myśl o tym, że mógłby znowu przejrzeć się w tych przeraźliwie jasnych oczach sprawiała, że był prawie jak panienka, która myślała o swojej pierwszej randce z mężczyzną. Nawet zdrowe rumieńce zdobiły jego twarz, a szedł z szerokim uśmiechem na twarzy. Po prawdzie byłby zawiedziony, gdyby nie trafił tutaj na Kaydena, a z drugiej strony miał nadzieję, że właśnie się na niego nie natknie. To była taka malutka nadzieja, którą podpowiadał rozsądek. Nie wierzył w siebie, czy byłby w stanie się teraz NORMALNIE zachowywać. Nie, kompletnie nie wiedział, czego się po sobie spodziewać i zamiast się tym przejmować to gotów był chichotać jak idiota pod nosem. Jakby nie było teraz żadnej możliwości na tym świecie, która mogłaby zepsuć jego humor, kiedy wędrował do tego baśniowego domku, siedziby sławnej artystki i przemiłej, przesympatycznej kobiety. Z tej strony przynajmniej dała się poznać. Mógłby przychodzić tylko do niej na herbatki.

Zapukał do drzwi domostwa i kobieta otworzyła niedługo później. Trochę zaskoczona?

- Panie Prewett..! Och, na Morganę, zupełnie umknęło mi, że ma pan dzisiaj zawitać w moich progach... Proszę wejść! - Jej uroczy uśmiech promieniował na cały ogród, jaki otaczał to miejsce.

- Może mi pani mówić po imieniu. Dzień dobry. - Kobieta była starsza, mogłaby być jego matką, więc jemu to niekoniecznie wypadało, ale jej już jak najbardziej. Wysunął bukiet tulipanów, który dla niej zerwał - nie, nie był to bukiet wymyślny, Laurent nie był jednak przyzwyczajony do przychodzenia w gościnę z pustymi rękoma. Choć to też zależało, do kogo i po co się udawał. Do takiej damy przyjść bez kwiatów? Och, to nawet nie wypadało. Nie tak został wychowany. - Mam nadzieję, że to nie ja pomyliłem daty? - Był pewien, że nie pomylił, ale delikatnie zażartował, oferując, że może odpowiedzialność za to jednak wziąć na swoje barki i równie dobrze się wycofać mimo tego, że niewiasta już zaprosiła go do wnętrza.

- Ach, skąd, fatygowałeś się tutaj taki kawałek... Jadłeś obiad? Może byś został? Kayden przyjdzie. - Zabrzmiało tak, jakby obecność Kaydena była tutaj atutem. I cholera - miała rację. Laurent uśmiechnął się i bardzo, BARDZO musiał się kontrolować, żeby nie skończył klaskając w dłonie i przykładając je do rozgrzanych policzków, no bo obogowieontubędzie. Ograniczył się do eleganckiego uśmiechu i poprawienia nieco koszuli, jaką na sobie miał. Choć to poprawienie koszuli głównie po to, żeby zająć czymś chociaż na moment ręce.

Wymienili się uprzejmościami i przeszli do pracowni kobiety, żeby omówić dalsze propozycje współpracy jak i przedstawiając jej wizję tego, co chciał zrobić w nieco szerszej perspektywie niż New Forest - czyli swojej ambitnej chęci zmiany prawa. Trwało to dłużej niż pięć, dziesięć minut, bo w końcu organizacja wystawy galerii, wybranie tematyki, finanse, kwestia współpracy - Laurentowi zależało na tym, żeby zebrać fundusze na pomoc dla poszkodowanych po Beltane jak i aktualnie mieszkańców Godryka. Właściwie kończyli, kiedy rozległo się pukanie do drzwi i chwilę później słychać było głos Kaydena i jego ojca. Kobieta pierwsza wyszła na spotkanie swojej pociechy, a zaraz za nią pracownię opuścił Laurent, w żadnym wypadku nie pchając się do przodu. Och, czy to nie jest niezręczne? Niezręczne w stopniu, w którym co prawda Laurent gotów był szukać pretekstów na spotkanie z Kaydenem... ale nie robiłby tego przez jego rodzinę. Miał nadzieję, że nie zostanie to tak odebrane, bo zrobiło mu się jednak nieco głupio.




RE: [14.06.1972] Laurent & Kayden | Show me the meaning of being lonely - Kayden Delacour - 17.10.2023

Myśli mu uciekały, żadnej nie potrafił pochwycić na dłużej niż kilka chwil. Jednym uchem słuchał wywodu ojca, drugim wszystkie słowa wylatywały, wolne od przymusu pozostania w jego głowie. Słyszał pojedyncze słowa, ale sensu monologu złapać nie mógł. Był po prostu rozkojarzony, a rozkojarzenie było tragiczne, jeśli pracowałeś właśnie nad renowacją delikatnych antyków... Cieszył się więc gdy rodzice zaprosili go na obiad. Miał nadzieję, że odpędzą te chmury, w których pływał, zanim będzie za późno i przez nieuwagę zrobi coś głupiego. Zaraz... jakie było pytanie...? Bo ojciec ewidentnie się go o coś zapytał, spoglądając na niego wymownie, ale Kayden na tę chwilę miał w głowie pustkę, a na twarzy minę, jakby się dopiero co obudził i to w nie swoim łóżku. - Wybacz, ojcze, nie słuchałem... - Mruknął z lekkim zakłopotaniem, na co mężczyzna parsknął cicho i pokręcił głową z politowaniem. - Zauważyłem. Mówiłem teraz kompletnie bezsensowne rzeczy i patrzyłem, jak kiwasz głową. Cieszę się, że jesteś skłonny do nauki nurkowania, ale to chyba nie twoja domena... - Andreas zmarszczył brwi. - Słuchaj, co się do ciebie mówi. - Kayden byłby przewrócił oczami kompletnie nie po dżentelmeńsku, ale się wstrzymał i tylko zwrócił oczy w stronę ogrodów matki, pełnych róż, firletek, hortensji i białych jaśminowców. Kwiaty pięknie kwitnące o tej porze lata. Skupił uwagę na tym, co mówił do niego ojciec, starając się nie spoglądać na wszystko rozmarzonymi oczami. Doprawdy... był dorosły, a myśli miał tak dziecinne, że aż dostawał od nich migreny... Wciąż wracały tylko do jednej osoby, od której nie potrafił się odpędzić nawet wtedy, gdy naprawdę chciał skoncentrować się na pracy. Ile razy wczoraj włożył pędzel po malowaniu werniksem do herbaty? Lepiej tego nie wspominać...

Wrócił więc na ziemię, słuchając wywodu swojego ojca i co jakiś czas wtrącając swoje trzy grosze, aż nie dotarli pod drzwi domostwa. Gdy tylko się otworzyły, rozmowa ucichła, a zamiast niej pojawiło się słoneczne oblicze jego matki. - Mon cher fils, dobrze, że jednak jesteś, synu! - Powitał go radosny głos i drobne dłonie na jego twarzy, przez co nie potrafił się nie uśmiechnąć. Uśmiech jednak długo nie zagościł na bladej twarzy, usuwając się w kąt przed zaskoczeniem. No bo... ah... Laurent? Fakt, że się go tu nie spodziewał, było lekkim niedopowiedzeniem. Jego reakcja była stłumiona, bo w ogólnym rozgardiaszu trochę zaginęła jak we mgle. Tutaj pojawił się skrzat, żeby zabrać od ojca Kaydena teczkę, tu Abeille już witała męża w domu i zamykała drzwi, trajkocząc coś o wystawie i zgarniając tym samym jego uwagę na siebie, a Kayden...? A Kayden odnalazł rezon, a w tym i swój spokojny uśmiech, którym obdarzył Laurenta po przyjacielsku, mrużąc lekko oczy. - Witaj, Laurencie. Jeśli chcesz uciec przed moją gadatliwą rodzicielką, teraz jest okazja. - Zaśmiał się cicho. Domyślał się, że sprowadziły go tu interesy i że owa wystawa miała coś wspólnego z New Forest, choć wiedział, że ciężko jest uciec od ćwierkania jego matki i zastanawiał się, czy blondyn nie jest czasem zmęczony jej towarzystwem. Słowa były oczywiście żartobliwe i bardziej je rzucił po to, by rozładować trochę atmosferę. Tak zapobiegawczo, jakby się bał tej niezręczności, jaka mogła paść między nimi. Nie lubił takich sytuacji, nie miał do nich cierpliwości. Wolał więc dmuchać na zimne. - Nonsens! Laurent zostanie na obiedzie, prawda? - Zapytała z nadzieją Abeille, wpatrując się w blondyna z łagodnym uśmiechem na ustach. Jego ojciec jak na razie milczał, nie chcąc się wtrącać i z ciekawością przyglądał się rozgrywającej się scenie. Był to mężczyzna wyższy od Kaydena o parę centymetrów, z ciemnym zarostem, brązowymi włosami, w których widać było pasma siwizny i przenikliwymi, szarymi oczami. Widać, że to jego małżonka była tutaj sercem domu. I głosem. Tym, który zagadywał gości. - Duszko? Duszko! Przygotujcie ze Zmorkiem stół na tarasie. Zjemy na zewnątrz, taka piękna pogoda... - Wygląda na to, że Pani Delacour cieszyła się niezmiernie i promieniała, mając pod dachem gości i już naganiała domowe skrzaty do pracy.




RE: [14.06.1972] Laurent & Kayden | Show me the meaning of being lonely - Laurent Prewett - 17.10.2023

Niezręczność była najgorszym koszmarem, jaka mogła napotkać człowieka. Nie wpadał często w takie sytuacje, ale niestety się zdarzało, kiedy druga osoba bardzo nie rozumiała słowa "nie". I to byłoby najgorsze, co mogłoby ich spotkać tu i teraz. Laurent teraz zwątpił. Jego głowa zwątpiła. Zaczęło się od nieznośnego poczucia, że może sobie pomyśleć [Kayden], że go co najmniej prześladuje (bogowie, nie zdarzyło mu się to w życiu), albo że jest zwyczajnym natrętem, który nie wie, kiedy przestać. Skoro więc tak, to czy to wszystko było prawdą? Teraz miał wrażenie, że mu się śniło. I że ten dworek też mu się śnił. Tak absurdalnie bajeczny, idealnie pasujący do jego księcia z bajki. To było szalone, jakaś płachta przysłaniała mu rzeczywistość. Opadała na oczy i zamykała je za kurtyną. Z drugiej strony... wcale nie chciał tej kurtyny zrywać. Była najpiękniejszym, co widział w życiu. Była tak ożywiającym i napychającym energią doznaniem, że Laurent myślał: mogę stawić czoła wszystkiemu. Mógł być dzielny, walczyć z paniką, nadal gnać do przodu w swoich pragnieniach zmienienia tego świata na lepsze. Mógł chować blizny, znosić ciężkiego ojca, kryć pierwsze siwe włosy, które zdobiły jego głowę pod zaklęciami transmutacji i błyszczeć. Och, tak, jak błyszczał teraz nie błyszczał nigdy w swoim życiu. Poeci nazywali to motylkami w brzuchu, ale on nie czuł motylków w brzuchu - raczej czuł anielskie skrzydła, na których mógł swobodnie latać, albo i stado tych motyli wokół siebie, tworzących różowy puszek chmurki wznoszącej go do samego Nieba. Tylko - czy to na pewno prawdziwe..? Powstrzymał odruch uszczypnięcia się.

- Dzień dobry. - Odezwał się ciepło, radośnie, przymykając oczy w szerokim uśmiechu. Zerwałby promienie słońca z nieba i zaplótł z nich kolię, by w ramach kamieni osadzić w niej porwane z nieba gwiazdy. Wręczył tę kolię na powitanie z Kaydenem, ale niestety - mógł się tylko uśmiechnąć. Może to letnie słońce znajdzie chociaż jeden promyczek, by mu pożyczyć, żeby w tym uśmiechu mógł go przekazać..? Nie gorące, nie wywołujące pot na karku, ale wieńczące całą jasność i blask w jednym geście czy grymasie. Świat był zbyt biedny, żeby był w stanie przekazać wszystko, czego pragnął, temu przystojnemu mężczyźnie zwanego przez pomyłkę chyba "człowiekiem". Bliżej mu było do istoty niebiańskiej, do tych osławianych urodą wił, do Boga. Musiał chociaż jednym palcem dotknąć boskości, jak na sławnym obrazie Stworzenia Adama. Zanim jednak powieki rozchylił, żeby z ciekawością spojrzeć na Abeille, kobieta sama wpadła między wymianę zdań. - Rozmowy z panią to czysta przyjemność. Kiedy ktoś tworzy tak wspaniałe dzieła sztuki sam staje się najdoskonalszym z nich. - Ach, gładziutki język, gładziutki język tęczowego węża... Kiedy to wszystko było szczere! Ta kobieta była... wspaniała. Jego myśli biegały wokół "co gdyby" - co, gdyby moja mama taka była..? Ale te myśli w końcu potrafiły biegać po najróżniejszych drogach. Natomiast jeśli chodzi o propozycję, to przesunął z lekką niepewnością spojrzeniem na Kaydena, drgnął, bo nie chciał tego samego - tworzyć jakiejś niezręcznej sytuacji i nie bardzo wiedział, czy to by było w ogóle... w porządku. - Nie chciałbym przeszkadzać w rodzinnym obiedzie... - Wrócił znów spojrzeniem do kobiety.

- Ach, Laurencie! Bzdura, koniecznie musisz zostać! - Kobieta uśmiechnęła się pięknie na komplement, zanim zaczęła dyrygować skrzatem, by ta na pewno przyszykowała jedno nakrycie więcej. Tak, zdecydowanie radości jej nie brakowało, chyba wyznawała zasadę the more the merrier. Blondyn uśmiechnął się z rozczuleniem.

- Chyba jednak już za późno. - Zażartował w kierunku Kaydena.