![]() |
|
[ 03.06.1972 ] – I don't want you - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [ 03.06.1972 ] – I don't want you (/showthread.php?tid=2070) Strony:
1
2
|
[ 03.06.1972 ] – I don't want you - Vincent Prewett - 15.10.2023 Lycoris Black & Vincent Prewett
Edwardowi powiedział od razu, że sam pojawi się w restauracji o umówionej godzinie. Spóźnił się delikatnie, ale zauważył, że wybranej przez jego brata dziewczyny jeszcze nie było. Uśmiechnął się pod nosem, bo albo odmówiła, albo coś się stało i może nie dotrze, ALBO też jej na tym nie zależało. Otoczka, którą wokół tego spotkania stworzył jego brat była cholernie tajemnicza. Nie chciał mu powiedzieć kim miała być ta osoba, nie chciał mu powiedzieć nawet nazwiska rodu, co było makabrycznie podejrzane. Stolik był postawiony w zacisznym miejscu, stało tam dwóch mężczyzn, którzy ewidentnie byli wynajęci do pilnowania jego i wybranki. Przyzwoitki. Tak, bo zbałamuci dziewczynę, której nawet nie chce za żonę. Prychnął w myślach. Wokół stoliki były puste, co oznaczało, że zapewne zostały również wynajęte. Usiadł na miejscu. Miał na sobie w miarę przyzwoity strój szyty na miarę, bo innego by nie dostał. Nie chciał też zrobić wstydu swojej rodzinie, aby ta mała niecnota, która miała się tu zjawić nie rozpowiadała plotek, że jest niewychowanym gburem. Porozwala trochę dookoła rzeczy, po mlaszcze, aby jej przeszkodzić i się rozejdą z wielkim NIE na ustach. Wcisnął długie nogi pod mały stolik, odmówił wina, ale zamówił whisky. Gdy dziewczyna się nie zjawiała miał zamiar wyjść na fajkę i wrócić do domu. Podrygiwał nogą nerwowo, bo już mu się chciało jarać, ale nie chciał podnosić tyłka tylko po to, aby za chwilę wrócić. Oboje mieli mieć przy sobie coś niebieskiego na znak, że to o nich chodzi, ale Edward powiedział, że jak tylko ją zobaczy to będzie wiedział, że to właśnie o nią chodzi. Wkurzało go to, że tak cholernie musiało być tajemnicze. Swojego ojca nienawidził za to, że pozwolił przejąć tę rolę Edwardowi. Vincent myślał, że jak jego ojciec jest już na tyle stary, aby zrezygnować powoli z biznesu to i upiecze mu się z aranżowanym małżeństwem. Chciał się za nie zabrać dopiero bliżej czterdziestki, albo jak upora się z kłusownikami. Teraz nie miał głowy na to, aby zajmować się jakąś babą i starać się znosić jej zachcianki. Znając Edwarda wybrał mu jakąś niunię, która leci na jego hajs. Tu się zdziwisz smarku zawalony! Nic nie dostaniesz! Będziesz harować w stajni, taka będzie nasza kolejna randka jak się dzisiaj nie zrazisz. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want to want you any more - Lycoris Black - 15.10.2023 Wiodła ją czysta, niepokalana absurdem ciekawość; matka wyraźnie naciskała na spotkanie, przed którym Lycoris została postawiona bez jej udziału – kobieta miała jednak to szczęście, iż jej przebrzydła, arogancka córka nosiła znamiona ciekawskości. Zwykle w końcu odmawiała, jakikolwiek kandydat na męża pojawiał się na matczynym języku, zbywając tę machnięciem dłoni, zaszyciem się na ministerialnych korytarzach tudzież w prosektorium – wszędzie, gdzie Daphne się nie pojawiała z czystego obrzydzenia. Ze śmiercią wszak obcować nie lubiła, a córka, już przekroczywszy trzydziestą wiosnę, jawiła się jako obraza rodowej dumy – nie dość, iż pracowała z tymi, którzy granicę życia już dawno przekroczyli, nie pojawiała się na salonach (a gdy się pojawiała, okrywała całunem wstydu matczyną poprawność i prawidłowość), żeby było lepiej: pierścionek jeszcze nie zaznaczył wstęgą jej palca! Obraźliwa w całej swojej chudej, wysokiej prezencji, o zblazowanej mimice wyważonej nimbem gdzieś pomiędzy wysokimi kośćmi policzkowymi a pełnymi wargami, robiła na przekór. Welonem uwielbienia otuliła wszystkie swoje krzywe akcje – gdyby nie Perseus, matka już dawno wypaliłaby jej imię na drzewie rodzinnym czarną dziurą. Nie przeszkadzało jej to, wszak na czerni rozlanej kawy najwydatniejsze były gwiazdy, którym, choć pragmatyczna, powierzała swój los. Nie wierzyła w to, iż fatum ściągnie na jej barki mężczyznę, który ją ujarzmi, otuli pierzyną żony i matki – czego wyraźnie wymagała Daphne. Była gotowa sięgnąć po wszelkie ekstremum, aby kandydata do siebie zniechęcić, a następnie wzruszyć ramionami, gdy matka zarzuci celowość jej czynom. I choć Lycoris była w całej swej puencie obraźliwa – wiedziała, że jest w stanie wykrzesać z siebie więcej. Obcująca z trupami żona – dobrze; lubiąca je bardziej niż żywych – jeszcze lepiej. Przybyła na miejsce bez zbytku egzaltacji, ubrana w damski garnitur – ku przerażeniu rodzicielki. Proste, wygładzone w kant spodnie podkreślały sylwetkę pozbawioną zbytku zaokrągleń, guzik białej koszuli był poluzowany przy szyi, a marynarka nadawała całości sylwetki należytej powagi. Gdyby nie ta jakkolwiek urocza buzia, nawet gdy nosiła ślady znudzenia oraz długie, splątane fale włosów z kosmykami grzywki opadającymi na czoło – mogłaby uchodzić za mężczyznę. Z ciężkim westchnięciem skierowała się ku wyznaczonemu stolikowi, widząc delikwenta od tyłu – nie mogła wszak przypuszczać, w jak wielkim bagnie usiłowała utopić ją matka. – Lycoris Black. Nie interesuje mnie, jak ty… – urwała, gdy tylko skierowała spojrzenie piwnych oczu na mężczyznę. To musi być jakiś żałośnie obrzydliwy żart. Na wpół zszokowana, na wpół rozeźlona, zajęła swoje miejsce naprzeciwko – po raz pierwszy od dawien zabrakło jej słów, w które mogłaby przyodziać własne zszokowanie. – Pomyliłam stoliki, prawda? – spytała wreszcie, rozglądając się po lokalu niespokojnym wzrokiem. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Vincent Prewett - 15.10.2023 Nie rozumiał tej tajemniczości. Zawsze jak go brat wrzucał na takie spotkania od razu wiedział z kim się spotka. Teraz było w tym coś innego i zaczynało go to niepokoić. Stukał nerwowo palcami w stolik czekając, aż dadzą mu trunek. Gdy szklanka wylądowała przed nim napił się go jednym łykiem. Nie, nie był zdenerwowany tym, że ma zaraz poznać miłość swojego życia, nie był zdenerwowany tym, aby wypaść pięknie i elegancko. Jego brat coś przed nim ukrywał i to go denerwowało, że nie wiedział, że nie miał pewności w tym kogo tu spotka. Usłyszał zbliżające się z tyłu kroki, więc nie czekając podniósł się z krzesła, szturchając tym samym stolik i zbijając lampkę do wina, która na nim stała. Uśmiechnął się zawadiacko, a słysząc ten głos zamarł, włos zjeżył mu się na karku, a potem jego oczom ukazała się Lycoris Black. Był totalnie zaskoczony i mogła to zauważyć od razu, bo nawet rozdziawił usta. Kiedyś mówił Edwardowi o niej i o tym, że gdyby my było wolno to by ją rozszarpał, ale z drugiej strony czuł nawet ulgę, bo wiedział, że ona nigdy go nie zechce i nawet nie musiał się wysilać, aby psuć to spotkanie. Rozsiadł się na krześle już bardziej rozluźniony, kelner zebrał zbitą lampkę, a Vincent rozluźnił guzik od koszuli i ściągnął uwierający go krawat, który był wymogiem puszczenia go samego na to spotkanie. – A przyszłaś tutaj poznać partnera na męża? – zapytał mrużąc oczy. – Jeśli tak to mój najdroższy brat będzie się smażyć w piekle – wyciągnął papierosa bo już nie mógł wytrzymać. Nawet nie zapytał, czy jej to przeszkadza po prostu go odpalił, a opakowanie położył na stoliku. Jeśli będzie chciała może się poczęstować. Kurwa. Tego naprawdę się nie spodziewał. Nie sądził, że jego brat będzie dla niego, aż tak podły, aby wysyłać tutaj tę Black! Zaczął podrygiwać nerwowo nogą, ale z każdym zaciągnięciem dymu z papierosów złość go opuszczała. W końcu zaśmiał się do siebie i pochylił się ku niej. – Gdybym wiedział, że chodzi o ciebie nie odjebałbym się tak – mruknął – ale to będzie łatwiejsze niż się spodziewałem. Mój brat nie odpuści tak łatwo – oparł się z powrotem o oparcie krzesła i spojrzał na przyzwoitki – Idźcie zapalić, albo co i nie podsłuchujcie – mruknął do nich. Mężczyźni popatrzyli na siebie i po prostu stanęli gdzieś z dala od nich pod ścianą obserwując ich uważnie. Kelner przyleciał z nową lampką do wina w tym czasie ustawiając ją równiutko na stoliku i poprawiając obrus, który Vincent wcześniej trochę rozwalił. – Czego się panienka napije? – zapytał młody chłopak trzymając ręce z tyłu i będąc ewidentnie spiętym. Ciekawe, co Edward mu powiedział. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Lycoris Black - 15.10.2023 Uśmiech nie zawitał na jej zaklętych w wyraz upiornej lichwiarki wargach, które ledwie drgnęły, ukazując prędzej święte oburzenie, aniżeli jakiekolwiek nuty bycia poprawną i kurtuazyjną. Nie grała w salonowej drużynie, w której musiała dygać i uśmiechać się urągliwie, tańczyć ochoczo i pudrować miałkim pyłem nos. W pierwszej chwili, do jej nozdrzy dotarł znajomych zapach jego wody kolońskiej – czyżby nie zmienił jej marki od czasów hogwardzkich?; zaszumiało jej w głowie nieprzyjemnie, a cały kalejdoskop wspomnień przemknął pod membraną powiek, które na moment przymknęła, usiłując wyłuskać z siebie cokolwiek ponad inwektywy. Przełknęła ciężko ślinę, gryząc się ostatecznie w język – była przecież pewna, że on jej nie zechce, sytuacja więc wydawała się klarowna; obojgu nie na rękę był ten mariaż, mogli zatem zjednoczyć siły, czyż nie? Lycoris jednak nie lubiła gier grupowych i wszystko, co mogła zrobić w drużynie tudzież parze, wolała zrobić własnoręcznie – wówczas miała wykłutą jak ta Atena w marmurze pewność, iż zadanie zostanie wykonane bez skazy i zbędnego huku. Vincent mówił dużo; na oko Lycoris stanowczo zbyt dużo, a jego słowa układały się w umyśle jedynie w nieprzebrnięty szum. Istotnie, krew prędko płynęła żyłami – oblicze jednak, blade i posągowe, nie zaznaczyło się w żadnej mierze pąsem. Wyglądała dokładnie, jak ona sama: o bystrym spojrzeniu piwnych oczu, grzywce opadającej kosmykami na czoło, niewielkim, zadartym nosem i sztywną postawą. W pierwszym odruchu, chciała roześmiać się buńczucznie, czując przekleństwo fatum, które nad nimi zawisło. – Jeśli przez „męża” rozumiesz „mężczyznę, któremu urwę głowę jak modliszka partnerowi”, to tak, oto ja – sarknęła, nie mogąc się powstrzymać. Minęły niewymiernie sekundy, pozostawiając ich milczących przy stoliku. Lycoris, nie pytając o jego zdanie, sięgnęła dłonią ku opakowaniu z papierosami, wyjmując jeden z nich, aby po chwili zająć jego końcówkę ognistym oczkiem. Popiół nawarstwiał się w rytm upływającego czasu, aby po chwili opaść na stolik. – Więc jak byś się ubrał? Bo myślałam, że w łachmanach przestałeś chodzić po ukończeniu szkoły – odparła jadowicie, układając łokcie na stole, podbródek opierając na splecionych dłoniach. Nie zwracała do tej pory uwagi na jego twarz; i dopiero teraz, gdy jej wzrok spoczął na fizjonomii Prewetta, dostrzegła, jak bardzo wydoroślał. Stał się postawny, sporo wyższy nawet od niej, niewybrednie wysokiej kobiety, o roziskrzonym spojrzeniu i szczecinie zarostu ulokowanej na bladych policzkach. Jej spojrzenie nie było jednak nachalne, a jego ognisko prędko zmieniła, unosząc wzrok na kelnera. – Kieliszek krwi Vincenta wystarczy – zmusiła się do żartu, nie uniosła jednak kącików ust, sugerując, iż nie mówi poważnie. Była zaklęta jak ta płyta grobowa – to zabarwiło jej słowa pewną dozą grozy. – Whisky z colą – naprostowała. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Vincent Prewett - 15.10.2023 Vincent bawił się za to naprawdę wyśmienicie, a uśmiech nie opuszczał jego twarzy nawet na sekundę. Był on typowy dla niego, złośliwy i odrobinę straszny, bo Prewett starał się być osobą groźną. Nie chciał być nigdy lubiany, nie chciał być nigdy przez nikogo zapraszany do serca. Sam sobie, sam dla tych wszystkich zwierząt, które do siebie przygarnął. Zawsze uważał, że rodzina jest na pierwszym miejscu, potem są zwierzęta i na samym końcu reszta świata – nawet przyszła żona. Nie uwzględnił w tej liście Lycoris, bo o niej zapomniał. Tak, widywał ją czasami na salonach jeśli udało się ją zmusić do tego, aby pojawiła się w takim miejscu, widział jak robiła wszystko, aby wkurzyć swoich rodziców i naprawdę go to kręciło w patrzeniu na nią. Nigdy nie przyznałby się do tego, że go pociągała, bo nie miał u niej żadnych szans. W końcu Black nie była nigdy skora do łapania w swoje ramiona mężczyzn takich jak on. Był tylko rozrywką w jej życiu tak jak i ona w jego. Vincent słynął z zdania, że nie lubi ludzi, więc i pracy z nimi też nie podejmował za często. Jeśli miał w czymś zysk to potrafił zmusić się do współpracy, ale w ostatecznym rozrachunku zawsze działał sam. Cieszyło go to, że mógł znowu na nią popatrzeć, na jej bystre oczy i twarz zaklętą w zimny posąg. Oparł łokcie na stoliku i podparł podbródek na dłoniach patrząc na nią uważnie. Złośliwy, zadowolony uśmiech na jego twarzy nie znikał. Lubił, gdy była niezadowolona, a był pewien, że jego obecność tutaj nie była jej na rękę, więc cieszył się jeszcze bardziej. – Zawsze wiedziałem, że masz w sobie robaka – mruknął; udał przy tym niezadowolone cmoknięcie, które było tylko grą do jej niezadowolonego, naburmuszonego jestestwa. On zawsze znajdował sytuacje, w której mógł się zabawić. Teraz mógł zjeść i wypić na koszt brata. Myślał, że spędzi czas w towarzystwie jakiejś głupiutkiej małolaty, ale obecność Lycoris nie była aż tak złym obrotem sytuacji. Musieli jednak wymyślić coś, co spowoduje, że Edward odpuści na jakieś pięć lat swatanie go. Dym pomagał uspokoić głowę, a widok Lycoris cieszył oko. Dzień jednak nie był, aż tak podły jak zakładał i może nie powinien reagować taką złością w obecności Edwarda? – Nie myśl za dużo – uniósł jedną brew ku górze, a potem zmrużył oczy patrząc na nią uważnie. Ciekawe ile się w niej od tamtego czasu zmieniło, ciekawe, czy to ją ugodzi, czy jednak odbije znowu pałeczkę. Oh, tak Prewett już w szkole był gigantem, ale teraz to się umywało do tamtej aparycji. Nabrał mięśni, ramiona miał znacznie szersze, więc i Black w jego towarzystwie mogła uchodzić za drobna nawet jeśli próbowała prezentować się jak mężczyzna. – Dla mnie też – odparł do mężczyzny nim odszedł na miękkich nogach w stronę kuchni. – On był gotów podać ci moją krew – spojrzał na nią kręcąc głową. – Mój brat nie chciał mi powiedzieć z kim mam się tu spotkać. Po twojej reakcji wnioskuję, że też nie wiedziałaś – podjął temat – Edward nie odpuści mi tym razem – westchnął, a wnioskując po statusie jaki miała jego własna rodzina, rodzice Lycoris również nie odpuszczą, ale pewności nie miał. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Lycoris Black - 15.10.2023 Na bogów, ich relacja zatrzymała się w czasie sielsko hogwardzkim, gdy strzeliste zamczysko wyznaczało im granice, polany świadczyły o wolności, a języki słońca miło otulały wnętrze biblioteki, pełnej wirującego, miałkiego pyłu – kurzu przedwiecznych ksiąg. Zaklęci w tej jednej milionowej wszechświata, mogli wracać do dusznych chwil dzielonych na dwoje, a zbudowanych z półmisku rywalizacji i szczypty tego niewiadomego napięcia, które od zawsze budowało się między nimi bezsłownie. To nie tak, że nie lubiła Prewetta; mogłaby go utopić w łyżce wody, ale następnie prawdopodobnie byłaby pierwszą, wyławiającą go z odmętów piekielnych, spod bram samego Hadesu. Kąciki jej ust zadrżały niezauważalnie, skłaniając wargi do wygięcia się w nieznaczny, raptem cień uśmiechu – stalowe zblazowanie jednak, prędko zdmuchnęło zeń pyłek przyjacielskości, na powrót ujmując oblicze w standardowej formie nieprzystępności. Nie lubiła ludzi, więc pracowała z trupami. Jedyną personą, którą znieść mogła na połach związanych niechybnie z pracą, była Cynthia Flint – stażystka, która została pod skrzydłami Lycoris na rozciągłość miesięcy; wiedziała, jaką kawę pija Lycoris, była punktualna, zdolna i spostrzegawcza i choć Black nie okazywała jej często nici sympatii – tożsamo perfekcyjna w działaniach, blondwłosa zjawa, zaskarbiła sobie pewną przychylność. Większość stażystów od niej uciekało; obejmowało inną drogę na korytarzach ministerialnych – Cynthia była jednak zgoła inna. – Wolę mieć w sobie robaka, niż okrągłe nic, jak ty – odparowała, nie pozwalając jego żartowi w pełni wybrzmieć w przestrzeni. Wbijała w niego jeszcze przez moment baczne spojrzenie czujnych tęczówek, zupełnie jakby szukała w nich odpowiedzi. W gruncie rzeczy przyszła tu przecież z własnej woli, wiedziona ciekawością, bo im więcej matka nie chciała jej zdradzić – tym większą ranę ciekawości rozdrapywała. Mogła odmówić; udawało jej się uciekać przed mariażem przez mnogość lat – teraz jednak, coś ją tknęło; sama nie wiedziała, czemu zdecydowała się wykrzesać z siebie odrobinę angażu. Teraz wiedziała, że był to błąd; wiedziony przeznaczeniem błąd. – Wiem, że nawykłeś do panien, które zbyt wiele nie myślą, ale rozmawiasz ze mną – sarknęła w odpowiedzi na jego stwierdzenie. Wyładniała od czasów Hogwartu; nie była już nieporadną dziewczyną o długich kończynach i włosach spiętych w niedbały kok – stała się kobietą w pełnej krasie, potrafiącą kokietować, o falach splątanych pukli spływających po ramionach, dużych, piwnych oczach i urokliwie wykrojonych wargach. Można ją było określić, jako ładną, to określenie jednak nie wydawało się dostatecznym. Aura, która wokół niej zataczała koła, mówiła o dominacji; nawet perfumy, które mościły się w zgięciu łabędziej szyi, roztaczały woń ciężką i piżmową. – Na moją matkę powiedzieć można wiele, ale nie jest idiotką. Gdyby zapowiedziała, z kim to spotkanie ma być aranżowane, wiedziała, że najprędzej obdarzyłabym ją śmiechem, niż potraktowała poważnie. Myślę, że twój brat także nie jest w ciemię bity, co jest odrobinę szokujące, skoro to TWÓJ brat – odparła, a gdy została przed nią postawiona szklanka z whisky, zatopiła w niej wargi. Przecież ona nie przeżyje tego spotkania bez wstawienia się. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Vincent Prewett - 16.10.2023 Dostrzegł to drgnięcie jej warg, a więc i spojrzenie jego zrobiło się bardziej pewne zakrapiane złośliwością. Miał ciemne oczy, które w różnych sytuacjach wzbudzały strach. Nie raz słyszał, że jak się złości wygląda jak demon, a to wszystko za sprawką tego, że czarna źrenica zlewała się często z odcieniem jego tęczówki. Teraz też tak było. Był zdenerwowany, był też zły na brata, był też delikatnie rozbawiony niezadowoleniem Lycoris, ale jego źrenice były szeroko otwarte, gdy tak na nią patrzył. Pamiętał te wszystkie ich potyczki, to jaka była w szkole i mógł przyznać szczerze, że była teraz piękniejsza, bardziej charakterna, pociągająca. W głębi umysłu cieszył się, że nadal była wolna, bo skoro wysłano ją na spotkanie z nim oznaczało, że nikogo jeszcze sobie nie znalazła. Złośliwy uśmiech nie schodził z jego ust. W jej towarzystwie nie mógł się od niego opędzić. W towarzystwie innych ludzi było mu łatwiej się opanować. Zżerała go jednak ciekawość, co u niej, jak sobie radzi, czy nadal pracuje wśród trupów. W końcu nie bywał zbyt często w mieście. Więcej czasu spędzał w dziczy próbując uratować kolejny zagrożony gatunek, latał po Nokrutnach próbując wyłapać w półświatku kłusowników, albo załatwiać sprawy dla brata. Nie myślał o tym, aby do niej zaglądać, a że w gazetach nie widniało nic o tym, aby brała ślub to serce miał spokojne, prawda? Nigdy nie znosił sytuacji, gdy poświęcała uwagę innym osobom, zawsze go to wewnętrznie skręcało i stawał się bardziej złośliwy oraz natarczywy. – Jedni pielęgnują w sobie robaki, a inni ukrywają coś pod niczym – wzruszył ramieniem przyglądając się jej uważniej. Może i teraz wygrała, ale nadal nie chciałby być robakiem, a zwłaszcza modliszką. Chociaż dla Lycoris to pewnie by i zginał, do czego nigdy by się nie przyznał. Nawet w chwili kiedy by za nią umierał. Nie sądził, że los ją podstawi w tak nieoczekiwanym momencie u jego stóp. Nie potrafił nigdy jej rozgryźć, nie potrafił zrozumieć czemu tak bardzo walczyła ze światem. On też walczył, ale miał totalnie gdzieś, co mu kazano robić. Przychodził na te spotkania dla świętego spokoju, dla małej rozrywki, dla odpoczynku, aby na chwilę się zatrzymać. Uniósł dłonie ku górze w geście poddania. Miała racje, totalnie miała rację. Była to zbyt wielka obraza w jej kierunku nazywać ją głupią, ale nie mógł się powstrzymać. Sama się o to prosiła – tak dla zasady, dla dobrych starych czasów. Miał wobec niej sporo szacunku, ale nie musiała o tym wiedzieć, prawda? Drinki wylądowały na stoliku przed nimi i kelner zapytał, czy chcą coś do jedzenia. Vincent od razu zamówił dla siebie najdroższe danie z karty. Skoro Edward chciał go dzisiaj pogrzebać, oddać w ręce modliszki musiał się dobrze najeść, napić i odpłynąć. Spalił do końca swojego papierosa i nie minęła minuta, a odpalił kolejnego. – Cor, dobrze wiesz, że nie należę do tępaków – sama się oburzyła jak nazwał ją niemyślącą, a teraz używa tego samego argumentu. Obserwował moment, w którym upijała łyk trunku, a było to nawet hipnotyzujące, bo Lycoris miała nietypową urodę, taką silną i magnetyzującą. Sam upił łyk swojego whisky i cicho westchnął. – A już myślałem, że jesteś gotowa się ustabilizować, znaleźć bogatego męża i urodzić gromadkę dzieci. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Lycoris Black - 16.10.2023 Uwielbiała to, co widziała w lustrze – nieugiętą, nieprzejednaną kobietę, co prawda o gracji równej martwej topielicy, mogła jednak być nazywana przymiotami złoczyńcy; choć nigdy nie robiła otwarcie nic na przekór prawa, wzbudzała pewien atawistyczny lęk. Może krył się w kącikach ust, które nie uginały się w przyjemnym uśmiechu?; może było to kwestią tnącego spojrzenia głębokich, piwnych tęczówek, spienionych, jakby sama Afrodyta wyłaniała się z ich morskich odmętów?; może chodziło jednak o postawę, wiecznie dumną i wyprostowaną? Niewiele kobiet wszak osiągało jej wzrost i choć za czasów hogwardzkich garbiła się, a własne długie, nieporadne kończyny uważała za okrytą woalką wstydu wadę – teraz wiedziała, że były jej niechybnym atutem. Wydoroślała przecież, rysy jej twarzy zrobiły się ostre, o wysokich kościach policzkowych, zarysowanym podbródkiem i wydatnych łukach brwiowych. Jej spojrzenie wciąż wyprowadzało na same krańce manowców, rysując w bladej, bezemocjonalnej toni pewne iskry, którymi odznaczała się jedynie wodząc wzrokiem po jednym z ciał, trafiających do prosektorium lege artis. Nie spodziewała się, że zareaguje w ten sposób na niego – tego upiornie irytującego chłopca, którym niegdyś był; teraz z kolei, mężczyznę z krwi i kości. Spoglądała na niego uważnie i bacznie, jakby chciała rozszyfrować tajemnicę zawartą w smolistych tęczówkach – na próżno. – Łał, głębokie – sarknęła na jego słowa o nicości, wywracając nieznacznie oczyma. Może gdyby była odrobinę milsza, odrobinę bardziej przystępna, odrobinę mniej Lycoris – ułożyłaby usta w rozładowującym atmosferę uśmiechu. Była jednak nieodwołalnie sobą. Szacunek nie należał do faktorów, którymi chętnie obdarzała ludzi; niewielu wszak wkupiało się w jej łaski, stalowe i nieprzejednane. On jednak zawierał w sobie coś, pod czego naciskiem miękła wyraźnie i choć wolała skoczyć w ognie piekielne, aniżeli ofiarować mu słowa wieczystej przysięgi, stając na ślubnym kobiercu – nie potrafiła gardzić nim doszczętnie. Zastukała palcami o powierzchnię stołu, zupełnie jakby rozważała kwestie pilne i niecierpiące zwłoki, aby po chwili opaść na oparcie krzesła. Nie odparła nic na jego żarliwe zaprzeczenie, jakoby nie należał do szerokiego grona osób ubogich w intelekt. – Kiedy nabyłeś tak absurdalne poczucie humoru? – zabrzmiała pytaniem, zatapiając wargi w trunku chyboczącym się w szklanej powłoce. Lód zadźwięczał przyjemnie, gdy odkładała szklankę, aby wargami ponownie otulić filtr papierosa. – Czy jeśli zwymiotuję, to ktoś to posprząta? – spytała, ognisko wzroku ponownie umieszczając w osobie Prewetta. – Mąż to zbędna ozdoba, dzieci to tylko wydatek, a od ustatkowania się, wolałabym skończyć na stosie – spuentowała. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Vincent Prewett - 16.10.2023 On zazwyczaj musiał się do tych luster schylać, ale też lubił swoją masę, wzrost i strach, który wzbudzał, gdy gdzieś się pojawiał. Przyglądanie się jej było teraz jego nową rozrywką. Czas mijał, a on nie wiedział co miał począć. Chciał się zabawić, liczył na jakąś niedoświadczoną dziewczynkę, którą rzucono mu na pożarcie, a zamiast tego dostał ją. Miał zamiar wystraszyć niedoszłą narzeczoną, a teraz miał nie lada problem, bo nie wiedział, co chciała od niego Lycoris. Pojawili się tu na prośbę swojej rodziny. Vincent bardziej na rozkaz pod karą zamknięcia w wieży, a Lycoris zapewne z ciekawości. Przesunął dłonią po swojej brodzie i rozsiadł się wygodniej. Nienawidził tych restauracyjnych stoliczków – przy nim przypominały czasami stoliki dla dzieci. Czuł się coraz bardziej niekomfortowo, więc ściągnął marynarkę i podwinął rękawy koszuli, bo robiło się ciepło, albo to ona tak na niego działała. Czy był masochistą? Nigdy o tym nie myślał; ale naprawdę miał ochotę zabawić się z modliszką. Westchnął ciężko i wypił zawartość szklanki. Pstryknął na kelnera, aby przyszedł i podał jeszcze jedną szklankę z whisky. Parsknął, ale już tego bardziej nie skomentował – nie potrzebował od niej miłych słów. Była idealna taka jaka była. Mogła być posągiem zimnym jak lód, ale jemu to nie przeszkadzało. Wiedział, że miała w sobie coś więcej, ale tego nie pokazywała. Wiedział też, że miała dobrą pamięć, więc nie zamierzał jej dodawać jakichś niepotrzebnych informacji. Była Lycoris Black; małą suką ze szkoły, która zatruwała mu życie, ale jednocześnie sprawiała, że każdy dzień w tamtym miejscu miał sens. Patrząc na jej osobę, na jej włosy, oczy chłodne i nieprzejednane, ostre rysy twarzy – chciał ich dotknąć, chciał poczuć fakturę jej twarzy, ale nie drgnął nawet na chwilę. Po prostu łapał jej widok jak obserwuje się ładne obrazy w muzeach. Jego brat był miłośnikiem sztuki, więc chcąc nie chcąc był obyty z dziełami świata. – A co podoba ci się? – on zawsze lubił się uśmiechać, a przez życie szedł po prostu drwiąc z wszystkiego. Przynajmniej nikt nie zostawał w nim na zbyt długo. – Nie, będziesz musiała to zjeść – przekrzywił głowę – Więc czemu się tu zjawiłaś? – po chwili pojawił się przed nim kolejny drink i talerz z przystawkami. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Lycoris Black - 18.10.2023 Absurdalna w całej swojej obraźliwej krasie – budziła grozę i niejaki postrach na ministerialnych korytarzach, bo potrafiła nagadać przykrości ot tak, bez powodu; przyzwyczajona do bycia raczej samotnym wilkiem, aniżeli stadną sarną, posiadała ripostę na większość treści wymierzanych w jej stronę ostrzem; nic jej nie powstrzymywało od osiągania wymierzonych celów, a Vincent Prewett przez długi czas tym celem był. Nie dawała mu nigdy satysfakcji, nie pozwalała, aby samozadowolenie kwitło w jego duszy – bardziej okrutna, aniżeli statyczna, nie pozwalała obliczu barwić się różanym pąsem tudzież filuternym uśmiechem. Autentyczna i prawdziwa jednocześnie, sprowadzała na manowce tych, którzy zechcieli wniknąć głębiej. A w głębi Lycoris łatwo było utonąć. Spodziewała się niepewnego siebie arystokraty pod krawatem, ujrzała jednak jego – równie obraźliwego wobec lica wszechświata, co ona sama. Nie przyznałaby się do tego na głos, jednak obrót spraw wykrzesał z niej liche pokłady ciekawskości – po Hogwarcie wszak, ich drogi rozeszły się zupełnie, obierając trasy, które nie miały prawa się przeciąć. Ona zajęła się trupami, on zaś magicznymi stworzeniami – nie posiadali wspólnego mianownika, a jednak coś igrało w jej piwnych tęczówkach, gdy spoglądała na niego ze stoickim spokojem. Było w nim coś buńczucznie niebezpiecznego, a ona nade wszystko ukochała sobie uniesienia wiedzione adrenaliną prędko mknącą żyłami. Było wiele rzeczy, do których by się nie przyznała. Na przykład to, że jego uśmiech był miękki i lepki jak miód; że marszczył brwi w sposób zarysowany wyraźnie na kanwie wspomnień; że był taki, jakiego go pamiętała i choć nic nie kiełkowało nigdy między nimi, czasami przyłapywała się na myślach niepoprawnych. Ciepło miękko rozlewało się po wnętrzu gdy patrzył na nią w ten sposób. Z uwagi na stalowe oblicze, była bardziej artefaktem goszczącym w muzeum; z przemykania niezauważoną z kolei, bardziej przypominała mary umykające człowieczym dłoniom. Nie zmieniwszy pozycji, wciąż umiejscawiając brodę na splecionych dłoniach, wspartych łokciami na śliskiej powierzchni stołu, przyglądała mu się wyjątkowo nachalnie. Lycoris w końcu nigdy nie przywykła do bycia poprawną. – Szalenie – odparła tonem tak martwym, jak mumie schowane pod powłoką sarkofagu. Żaden mięsień na jej twarzy nie drgnął ani o jotę, wraz z słowem sączącym się z pełni warg. – Ludzie robią rzeczy z trzech powodów. Z ciekawości, konieczności bądź powinności – rzekła enigmatycznie. – Możesz wykazać się tą jedną szarą komórką obijającą się o ściany czaszki i zgadnąć, co mną kierowało. – Zmrużyła oczy bacznie, dogaszając jątrzącą się końcówkę papierosa w popielniczce. – Byłam po prostu ciekawa. Na ogół matka usiłowała posyłać mnie na spotkania z kawalerami, o których wszystko wiedziałam. Zapamiętaj to słowo – usiłowała. Tym razem nie chciała mi powiedzieć absolutnie nic, a ja uznałam to za interesujące. Domyślam się, że ciebie nie będzie tak łatwo spławić jak szpakowatego Rowle’a czy krępego Slughorna – urwała, ważąc słowa. – Jestem wybitna w odstraszaniu od siebie ludzi. – I uważam to za zaletę – dodała po lichej przerwie, umieszczając szpilki wzroku gdzieś między jego tęczówkami a policzkami. |