[14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Loretta Lestrange - 15.10.2023
adnotacja moderatoraRozliczono - Loretta Lestrange - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Alexander Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
14 lutego 1972
Mieszkanie Loretty
Alexander Mulciber i Loretta Lestrange
Prawdopodobnie gdyby gwiazdy, którymi poprzetykana była czerń rozlanej kawy na niebie, były po jej stronie, spędzałaby ten wieczór na inny wzór – może kąpałaby się w rozjuszonych spojrzeniach na jednym z bankietów; może uśmiechałaby się urągliwie ku gościom lawirującym po parkiecie jej galerii; może robiłaby cokolwiek ponad smętne spędzanie chwil w zdezelowanym śladem artystycznym mieszkaniu. Nie to, że nie miała pierwiastków sobie przychylnych, znajomych bliższych i dalszych – wypadkowa jej bytowania sprowadziła ją na masywny, obity hebanową skórą fotel, którego miękkość wdzięcznie przyjęła jej mikrej wagi ciało, zatapiając w swoich ramionach. Tkwiła tak, przy tykających dłoniach zegara, który wbijał z wolna minuty, aby te przeistoczyły się w pewnej swojej autotelicznej wartości godziny. Rozmyślania sprowadzały ją na manowce; mimowolnie utkała na kanwie wspomnień niciane mitenki matki, jej miękki uśmiech, delikatne dłonie i hardy charakter, który Loretta niewybrednie odziedziczyła.
Nawykła do przyjemnych uśmiechów, dygania z gracją i lawirowania między lepkim wzrokiem wszystkich, którzy wbijali w nią szpile spojrzenia. Była pełna fałszu, jednocześnie będąc absurdalnie, rozbrajająco szczera; wygięcie wszak warg pokrytych karminem w miłymi uśmiechu nie było okrutną maską, przywdziewaną aby dobrze się kojarzyć i pielęgnować własną sławę. I choć jej rozgłos stanowił niechybnie ważną wartość w jej życiu, usposobienie niewinnej trzpiotki obejmowało ją całunem, nie urągając przyjaznej naturze.
Bo przecież była demonem, sukubem zrodzonym z nienawiści, okrucieństwa i niejakiej brutalności. Te cechy jednak chowała na samym dnie duszy, pozwalając im wybrzmieć jedynie, gdy ciało umykały w podniebne marzenia, niczym te bezsenne mary.
Wieczór wybijał swoje godziny nieubłaganie, a tykanie zegara coraz silniej ją mierziło – zastukała palcami o napoczętą butelkę wina, goszczącą się w drugiej dłoni. Nie była alkoholiczką; po prostu lubiła nuty błogiego upojenia procentowego, które wartko płynęło w żyłach, szumiało w głowie, a w umyśle czyniło niespokojnie. Może gdyby spodziewała się gości, przywdziałaby cokolwiek ponad o wiele za dużą, biała koszulę – nierówno zapiętą w dodatku, swym masywem wiszącą na jej kruchej posturze, ukazując wszystko, co zakryte być powinno – dekolt z wydatnymi obojczykami i miękkie uda.
Pukanie rozległo się, a wraz z nim poderwała się z fotela z niejakim oporem. Nie spodziewała się absolutnie nikogo; zakładając, iż to brat zechciał złożyć jej wizytę, nawet nie poprawiła makijażu i nie ubrała się w cokolwiek bardziej pruderyjnego.
Chwyciwszy za klamkę, zauważyła jego.
– Czy tobie życie jest miłe? – spytała, zaciskając palce mocniej na szyjce butelki wypełnionej rdzawą cieczą – żadnego dzień dobry, żadnego spierdalaj.
Stała tak przez moment w progu, aby po chwili naciągnąć koszulę nieco niżej – tak, aby nie odsłaniała całości bladych ud i skrzyżowawszy ręce na piersi, odsunęła się, wpuszczając Mulcibera do środka.
Zaprowadziwszy go do pokoju, który chlubnie na wyrost można było nazwać salonem, wcisnęła mu w dłoń butelkę, zachęcając do pociągnięcia sowitego łyku.
Poczuła mile rozlewający się w gardle, cierpki smak wytrawnego wina, który definitywnie czynił w głowie niepokornie i niespokojnie. Obrzuciła go wzrokiem oceniającym, spojrzenie zatrzymując na obliczu – musiała co prawda solidnie zadrzeć głowę, aby ulokować się w jego tęczówkach, nie czuła się jednak niższa – ponad wszelką wątpliwość nadrabiała wydatną, gargantuiczną osobowością.
RE: [14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Alexander Mulciber - 22.10.2023
Gdyby gwiazdy były po stronie Axela, jego praca w Ministerstwie byłaby bardziej satysfakcjonująca, i nie zmuszałaby go do działania w zespole z bandą półgłówków, zamiast inspirować do indywidualnego researchu; jego ojciec zdechłby wcześniej, zanim podjąłby decyzję o wprowadzeniu po kryjomu ostatnich poprawek do testamentu, a jego brat - zwaliłby się do grobu w tym samym momencie, co trumna starego Mulcibera; a on sam byłby wolny, z dala od tego kraju, od domu przodków, w którym pomieszkiwało już tylko szaleństwo, z rękami ochlapanymi nie atramentem, tylko krwią, tak jak wtedy, kiedy wróżył z wnętrzności zwierząt razem z szamanami na Syberii, albo kiedy zabił-... Nie, te myśli były niebezpieczne. Zbytnio przypominały wizje, które doprowadziły do utraty zmysłów jego matkę.
Więc jeszcze raz: gdyby gwiazdy były po stronie Mulcibera, Loretta Lestrange czekałaby na niego w ascetycznym mieszkaniu na Horyzontalnej i rozpromieniała wnętrze jego Mojo Dojo Casa House samą swoją obecnością, czy to pracując nad nowym obrazem, czy to odpowiadając na liczną korespondencję z ludźmi świata sztuki, czy to po prostu wyciągnięta na jego (ich?) łóżku.
Gdyby nie postawił tarota, i nie wyciągnął Trójki Mieczy, z sercem przebitym nożami, może nawet nie zwróciłby uwagi na kartkę z napisem Wesołych Walentynek od jakiejś anonimowej współpracownicy na swoim biurku w Departamencie Tajemnic. W końcu normalnie Alexander nawet nie wiedział, w jakiej strefie czasoprzestrzennej przebywa, a co dopiero gdyby ktoś mu kazał podać datę dzienną.
Dlaczego zawsze wysyłasz mi listy tylko wtedy, kiedy jesteś naćpany?, spytała go kiedyś, ze śmiechem, kpiną i irytacją jednocześnie, więc nie zaanonsował swojej wizyty sową.
Ale Loretta lubiła to, że był jej brudnym sekretem i pojawiał się w jej życiu bez zapowiedzi, tylko po to, by zniknąć, kiedy miała go dość. Wziął ze sobą jakieś świecidełko, które ostatnio wygrał dla niej w karty, i zjawił się na jej progu.
Czy to była jego koszula?
Rzucam na percepcję żeby ogarnąć czy Loretta nosi bieliznę pod spodem, czy nie przepraszam, bawi mnie, że ten żart to najbliższe eroskowi o co mogę zahaczyć
[roll=PO]
- Niespecjalnie - rzucił lekko, w kontraście natomiast oparł się zwaliście o framugę drzwi; tak na wszelki wypadek, gdyby Loretta, kierowana nagłym kaprysem, chciała zatrzasnąć je tuż przed jego nosem, tylko po to, by zaprószyć w sercu Mulcibera iskierki frustracji - które ochoczo rozpętałyby pożar w sfatygowanych żyłach mężczyzny, podpalając wódkę, krążącą w jego ciele zamiast krwi - tylko po to, by na powrót te drzwi przed nim otworzyć, kiedy zapukał znowu... Zaraz po tym, jak wypalił papierosa na zewnątrz jej kamienicy, i, chociaż odwrócony plecami do jej okna, trzecim okiem mógł dostrzec dyskretne poruszenie firanki. Pozwalał jej na te akty defiacji. Były częścią jej samej, pozornie pewnej siebie, wyważonej - a wewnetrznie: wiecznie skonfliktowanej. Może Axel był po części masochistą, bo czasami te gwałtowne zmiany nastrojów tej kobiety wydawały się równie integralną częścią ich relacji, co jego problemy z agresją, albo sekrety - do których akurat nawykli oboje. - Dlatego przyszedłem.
Zawsze wracał.
Anglia była dla niego więzieniem, ale w obecności Loretty to więzienie stawało się znośnym. Może zahipnotyzowała go, wtedy, kiedy pierwszy raz spędzili wspólnie całą noc po pamiętnym seansie spirytystycznym, może jeszcze wcześniej, we śnie, albo w wizji. Podążył za nią bez słowa sprzeciwu, powłócząc wzrokiem po jej nogach i rozgardiaszu w tym jakże znajomym mu mieszkaniu, i tak samo bez sprzeciwu czy nawet cienia emocji przyjął od niej flaszkę. Idź na odwyk, powtarzała w chwilach złości, ale on pociągnął łyk z tej samej butelki, którą przed chwilą obejmowały jej usta, i był od tego bardziej pijany niż od samego alkoholu.
- Możemy się nie kłócić? - Kiedy wpatrywała się w niego pociemniałymi od jakiejś wewnętrznej burzy oczyma, i stała tak, z rękami gotowymi do zaciśnięcia w pięści, ale przecież tak krucha i delikatna... Loretta budziła w nim zarazem popęd do destrukcji - wiedział, jaką satysfakcję czułby niszcząc kobietę, którą uznawał za ideał piękna - a jednocześnie, niczego nie pragnął bardziej niż złożyć przed nią w ofierze reszty świata, jak dla jakiejś morderczej bogini, i to tymi samymi rękoma, które tak często ją krzywdziły.
Nie chciał wracać do ich ostatniej kłótni. Nie chciał myśleć o swoich problemach. Chciał... Jak zawsze, zbyt wiele. Przygarnął ją do siebie bliżej, podniósł Lorettę, i oparł jej ciężar na stojącym obok stole, aby choć trochę zmniejszyć dzielącą ich różnicę wzrostu.
- Chciałem cię zabrać w jakieś nowe miejsce. Wyrwać się z Anglii, choćby na jeden wieczór, tam, gdzie nikt nas nie zna. Ucieknij ze mną. Przecież wiem, że chcesz. - powiedział do jej szyi.
RE: [14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Loretta Lestrange - 23.10.2023
Uśmiech nie tańczył na wargach rozgorzałej rusałki; na obliczu odciskały się piętnem kolejno wszelkie emocje: na nieposkromionej radości zaczynając (w końcu nie spędzi święta zakochanych w towarzystwie terpentyny – dla pewnej babskiej części jej osobowości, było to relatywnie ważne!) na zdeterminowanej irytacji, zmieniającej się w prędko w uwydatnione wkurwienie. Gwiazdy nie były dla niej tej nocy łaskawe – tak przynajmniej sobie powtarzała, zastając go w progu swojego mieszkania – w gruncie rzeczy jednak, żywiła ku nim głęboko pielęgnowaną wdzięczność. Może gdyby jej praca była bardziej dynamiczna; wymagająca tych wszystkich bzdur, którymi szczycili się aurorzy, albo na wzór rodowy, zajmująca się medykamentami. Nie była wybitną czarownicą, nie posiadła umiejętności wysoce zrośniętych z biegłości, którą mógł się poszczycić bliźniak… Ją jednak od zawsze bardziej pasjonowały umysły i władza nad nimi. A szalona wiedźma z wahadełkiem w dłoni na ogół nie jest najlepszym zwiastunem płodności czy patronatu nawracającego światła.
Mieli różne oczekiwania wokół siebie, z definicji. Lwica salonowa, którą była bez zawahania, musiała być na językach, pojawiać się bogato zdobiona na bankietach, być otoczoną wianuszkiem panien, błyszczeć z pierwszych stron Proroka, udzielać wywiadów Czarownicy – najogólniej istnieć na firmamencie jako celebrytka, o której się mówi; on z kolei, najchętniej zamknąłby ją w szczerozłotej klatce, aby mieć ją na własność. Loretta znała pojęcie „na własność” tylko, gdy nie dotyczyło jej osoby.
Nigdy nie będzie przecież panią domu; nigdy nie będzie także femme fatale – dryfowała gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi określeniami, szukając własnej niszy. Przykładna, a zarazem buńczuczna; uśmiechnięta, a jednak zgorzkniała – podobnych przeciwstawnych wyrażeń można byłoby przytoczyć więcej. Loretta Lestrange była przede wszystkim marką samą w sobie.
Tym bardziej piekielnie, że zdawała sobie z tego sprawę.
Ileż razy ciskała w jego oblicze zastawą jego ukochanej babci, grożąc, że jeśli nie zaprzestanie swoich ćpuńskich wojaży – zostawi go. Nigdy jednak nie zostawiła, a jej słowa zionęły pustką. Bo przecież lubiła sposób, w jaki ją dotykał; lubiła jego dłonie na swojej talii i gest, którym odgarniał jej kosmyk włosów za ucho. Była od niego uzależniona w równej mierze, co on od heroiny i choć były to aberracje, do których się nie przyznawała – nie potrafiła nie przyjąć go z powrotem, gdy wracał każdorazowo jak zbity pies.
W pewien gorzki sposób, nie potrafili bez siebie żyć.
Widząc jego ciekawski wzrok, o wiele zbyt wymowny, jakby chciał wedrzeć się pod materiał koszuli samym spojrzeniem. Skrzywiła się brzydko, widząc lustrujące ją z góry na dół oczy. Istotnie, była w jednej z jego koszul, wyglądała jednak jak dziecko w ubraniach mamy. Rękawy musiała zakasać sowicie, a linia materiału kończyła się gdzieś w okolicy kolan. Gdyby nie omyłkowe zapięcie guzików i ten przeklęty dekolt, ukazujący wydatne obojczyki – nie budziłaby zgorszenia.
Czy kogoś tak zgorszonego jak Alexander dało się zgorszyć jeszcze mocniej?
– Przyszedłbyś niezależnie od czegokolwiek – zawyrokowała, marszcząc brwi wyraźnie. – Dlaczego? To znaczy, dlaczego przychodzisz tu o tej porze?... – urwała, marszcząc brwi jeszcze o jotę bardziej. – W sumie, jakbyś wysłał sowę, to byłabym pewna, że leżysz zaćpany w jakimś rowie w Little Hangleton.
Jej labilność emocjonalna, nieustanna chęć autodestrukcji, budowanie relacji toksycznych i o kruchych ryzach – to wszystko stanowiła puentę, będącą osobą Loretty. A on dawał jej to wszystko jednocześnie. Nie pozwalał o sobie zapomnieć, nie dawał wrzucić się w porzucone arkany umysłu, gdzie już tylko zabawki z dzieciństwa się znajdowały. Zawsze, gdy myślała, że nieodwracalnie zatarł się na linii jej życia – on wracał z podwójną siłą, która trawiła i niszczyła absolutnie wszystko na swojej drodze.
Historia nasza godna i tragiczna, czyż nie?
Wziąwszy od niego na powrót butelkę, pociągnęła duszkiem kilka solidnych łyków. Alkohol mile rozlał się w umyśle, czyniąc w nim niespokojnie, a ciało owładnął niewiadomy gorąc.
– Zawsze pytasz o to, gdy celowo mnie zdenerwujesz. A urok pięknych oczu nie zadziała, bo to ja mam tutaj najpiękniejsze oczy – dodała głosem stalowym, jednak na ustach wykwitł urokliwy uśmiech.
Jego dłonie na jej talii, gdy ją podnosił, były uzależnieniem samym w sobie. I o ile Alexander mógł być zaćpanym alkoholikiem, to ona poznała prawdziwe znaczenie słowa uzależnienie. Bo nic nie równało się z tym rozgorzałym uczuciem, gdy zaciskał palce na kruchym ciele; gdy jego oddech mościł się w zgięciu szyi, na której czuła dotyk sunących po niej ust. Z każdym momentem potrzebowała go dotkliwiej; ujęła w dłonie jego policzki, sunąc kciukami po szczytach kości jarzmowych, aby po chwili z cichym westchnięciem odwrócić wzrok.
– Chcę z tobą oglądać perseidy – rzuciła w końcu. – Zdaję sobie sprawę, jakie to cliche, jednak chcę. Wyjedźmy gdzieś daleko i leżmy na łące patrząc w niebo. Niczego więcej nie potrzebuję – wyszeptała miękko, zsuwając dłonie z jego policzków.
RE: [14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Alexander Mulciber - 09.11.2023
Loretta nie była żadną pierdoloną rusałką; mogła być nią na obrazach malowanych przez swoich licznych wielbicieli z grona artystycznej cyganerii (pluł na to określenie, bo sam miał w żyłach cygańską krew, nie jak ci podrabiańcy; pluł na tych wszystkich pseudointelektualistów, którzy uważali, że przez sztukę mogli poznać smak prawdziwej wolności – bo dla Mulcibera wolność była zawsze bardzo prosta – wolność to po prostu wolność, myślał); mogła być powabną nimfą, muzą inspirującą stylizowane poematy, opływające purpurową prozą prawie jak posty jego autorki wiersze, i rzeźby, chyba najgorsze z tego wszystkiego, bo Axel kurwa nienawidził, kiedy twarz Loretty patrzyła na niego, doczepiona do ciała jakiejś fantazyjnej sukkubicy z nieforemnymi cycami, i raz nawet wyraził swoje niezadowolenie z tego powodu, przewracając takie dzieło podczas jednej z organizowanych przez jego kobietę wystaw.
Loretta Lestrange była co najwyżej cholernym dementorem, który błąkał się po świecie – głodny pocałunków, wysysający esencję życiową z każdego, kto wybijał się ponad przeciętność, byle tylko się pożywić, byle dotrwać do następnego dnia, nieważne, jak wielką – a on był zimnym murem Azkabanu, który próbował utrzymać ją w ryzach. Ale od razu zamykać ją w złotej klatce? Nigdy; pozwolił jej bujać wokół ruin swojego serca na podobieństwo dzikiego bluszczu, zazdrośnie oplatać jego ramię, kiedy obok pojawiały się inne kobiety; on nie czuł wstydu, kiedy wracał do niej kolejny raz, kierowany tą samą potrzebą, co narkus odwiedzający ulubionego dilera.
– Leżałabyś ze mną w tym rowie – stwierdził ze zwyczajową sobie prostotą. Nigdy nie nazwałby siebie małomównym, a jednak w jego słowach tkwiła pewna dosadność, by nie powiedzieć – ostateczność. Loretta Lestrange była po prostu kobietą, która paradowała po domu półnago, w jego koszuli, zaledwie, zarzuconej na wierzch, i był zmęczony udawaniem, że on nie jest psychopatycznym manipulantem, który chciał ją posiąść w każdym tego słowa znaczeniu, a ona – historionicznym narcyzem (delikatnym kwiatuszkiem, który uschnie, jeżeli nie dostanie odpowiednio dużo uwagi, wiadomo).
Tylko dlaczego – skoro oboje mieli swój mały, chory układ, który działał przecież tak dobrze – zawsze musiało istnieć jakieś ale?
Jego ręce przesunęły się na urwisko jej talii, kiedy szeptała już w jego objęciach, jakie to ma piękne oczy, i musiał się natychmiast zgodzić: była piękna, w słodki i drapieżny sposób zarazem, i tylko kiedy patrzył jej w oczy, myślał, że mógłby zrozumieć, co czują mugole postawieni przed faktem, że magia istnieje. Absolutne zauroczenie. Lekką obawę, że ona wie o nim coś, co wolałby, by pozostało tajemnicą – co dokładnie, nie potrafił stwierdzić… Ale i nadzieję.
Kilka razy przez jego głowę przemknęła myśl, że tak naprawdę ją krzywdzi. Przecież wykorzystał ją, jej niewinność(??) i naiwność – chociaż Loretta na pewno myślała, że to ona dzierżyła nad tym wszystkim kontrolę, że to ona była panią własnego losu, i wiodła go na pokuszenie – ale Axel miał to gdzieś, bo Loretta mogła sobie myśleć i mówić cokolwiek zechciała, mogła rzucać w niego talerzami z rodzinnej zastawy, trzaskać drzwiami, eksplodować równie gwałtowną magią, kiedy on podnosił na nią rękę. To, jak już od samego początku próbował ją od siebie uzależnić, było najmniej pojebane w ich relacji.
Był hipokrytą, kiedy oskarżał ją, że to ona najchętniej zakułaby go w złote łańcuchy; że to ona mieszała mu w głowie, że to ona nie wiedziała czego chce. To też miał gdzieś.
Ważne, że dalej była z nim. Prawie.
– Na starość robisz się sentymentalna – zadrwił, jakby sam wcale nie wspominał ich pierwszego spotkania, które zakończyło się tak, że pozwoliła mu ująć swoją dłoń, kiedy patrzyli w gwiazdy, po tym, jak urwali się z seansu spirytystycznego, by móc porozmawiać na osobności po wieczorze wypełnionym grą pozorów… Ale w jego oczach pobłyskiwała wesołość.
Loretta lubiła podkreślać, że pojawił się w jej życiu kiedy była jeszcze nastolatką, że ją zepsuł, sponiewierał jej nieistniejącą cnotę, i zwiódł na złą drogę. Używała wielu podniosłych słów, by oddać swój upadek; znów, używała pospolitych przekleństw, by oddać jego niegodziwość.
Tak samo zachowywała się tworząc: raz precyzyjnie dobierała farby, każdą pieczołowicie mieszając, aż do uzyskania perfekcyjnego kolorytu, skupiona, aby skomponować idealną gamę refleksów świetlnych przy pomocy drobnych muśnięć pędzla – innym zaś razem, impastami pokrywała płótno, agresywnie drapała paznokciami po zaschniętej farbie, zamaszyście grezdała węglem po pergaminie, darła w strzępy prace, które nie okazały się satysfakcjonujące…
– To nie będzie takie jak wtedy, wiesz – powiedział, tknięty szczerością. Wciąż był w tamtych ogrodach, w willi pod Londynem, gdzie pierwszy raz gwiazdy na letnim niebie były świadkami czegoś więcej między nimi. Wtedy „coś więcej” oznaczało ich splecione dłonie, głowę opartą o jego ramię i przyciszone głosy mieszające się z orkiestrą cykad. – Wtedy nie znaliśmy się tak jak teraz i mogliśmy po prostu oglądać gwiazdy. Wiem, że… – potrząsnął lekko głową, jakby próbował odgonić jakąś myśl, ale poddał się, patrząc jej w oczy, i wypowiedział jednak, co leżało mu na sercu. – Nie mogę tak po prostu patrzeć w niebo. Za dużo myślę wtedy o naszej przyszłości.
Prawda była taka, że Loretta Lestrange nigdy nie była niczym więcej aniżeli znudzoną, przesadnie egzaltowaną, arystokratyczną panną z przerostem ego, nie zaś ucieleśnieniem cnót niewieścich, za które chciała uchodzić; lubiła wzrok, którym ślizgał się po jej ciele, lubiła, że był starszy, doświadczony; lubiła też myśleć, że jest zakazany, ale w gruncie rzeczy – cóż było zakazanego w ich relacji? Oboje byli bogaci, czystej krwi, i lubili robić problemy z niczego, a jednak… Nie była tak naprawdę jego, jakimś dziwnym zrządzeniem losu, który cały czas odsuwał ich od siebie.
Loretta zawsze była chciwa miłości, a on był tym idealnym mężczyzną, który potrafił odczytać jej pragnienia, ledwie zdążyła im nadać właściwe brzmienie w swoich myślach. Z innymi kobietami szybko nudziła mu się ta zabawa. Z nią mógłby to robić choćby i wieczność.
– Nic nas tu nie trzyma, chodź - dodał miękko.
RE: [14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Loretta Lestrange - 09.11.2023
Loretta nie była pierdoloną rusałką głównie dlatego, że bliżej jej było do pierdolonego sukuba, żądnego krwi i cierpienia, jednocześnie fantazyjnie odzianej w jedwab, gładkiej w mowie osoby. Niemy krzyk, który wydobywał się z paszczy zamkniętej w złotej klatce żeber bestii, potęgował jedynie obraźliwość jej istnienia wobec błogosławieństwa życia. Bo przecież nie miała żadnych oporów ani sentymentów; krzywdziła bezpardonowo, ten właśnie krzyk przekłuwając w piękne w swojej krasie, osobliwe niebezpieczeństwo – gotowa wepchnąć do umysłu własną wartką wizję, zaliczała się do tych życiowych dominatur, które pod swoim obcasem trzymały potencjalnych adoratorów i cichych wielbicieli. Wiedziała, że nie istniał nikt, który byłby godzien jej w równej mierze, co ona sama. Prawdopodobnie dlatego kręciła te przeklęte piruety między ciżbą ludzi, tą właśnie cyganerią salonową, która nie miała w sobie nic z cyganerii faktycznej – uśmiechy lepkie jak miód i słodkie równie silnie, posyłała wyjątkowo często; była w tym tak absurdalnie urokliwa, jak tylko Loretta Lestrange potrafiła być.
Była właśnie owym dementorem; tym, który składał śmiertelne pocałunki na ustach tych, którzy okazali się jej niewiernymi. Wysysała ostatnie tchnienie życia dla zabawy i sportu – choć nie była biegła fizycznie, mącić w umysłach potrafiła, jak lubiła myśleć, lepiej od niejednego. Prawdopodobnie dlatego zaklinała swoje obrazy; lubiła smak władzy nad uczuciami, tym, jak zimny dreszcz przebiegał na palcach wzdłuż linii kręgosłupa oraz tym, jak finezyjne ciepło rozchodziło się we wnętrzu. Bardziej czynna aniżeli obserwatorska, brała swój los w dłonie pewnie, nawet gdyby miał rozbić się pod naciskiem na wzór wazonu, którego już nigdy nie przyjdzie jej poskładać na powrót.
Loretta Lestrange była tym, przed czym się uciekało. A on – z niewiadomych przyczyn nie uciekał, jedynie zbliżał się do niej coraz silniej, tak jakby ta nuta nieprzewidywalnego niebezpieczeństwa nęciła go bardziej niż sztandarowy, urokliwy uśmiech. Jego żądza zamykała się w jej mroku i na odwrót – im bardziej chciał mieć ją dla siebie, tym silniej umykała mu z dłoni. Dłoni, których palce miękko zatapiały się w ciele.
– Wiesz, jak uwieść kobietę. Kiedy zaprosisz mnie do swojego rowu? – zabrzmiała sarkastycznie pytaniem – było to coś cokolwiek nowego, gdyż Loretta biegła w ironii nie była. Nie należała do tych panien, które zręcznie władały dictum, znając odzew na każdy spośród słonych wyrazów. A skoro ich układ mienił się stażem wieloletnim – z pewnością musiał to wiedzieć. Prawdopodobnie ten faktor nadawał jej tej dziecięcej niewinności, gdy marszczyła bezradnie brwi, uginając ją pod ciężarem burzowych chmur.
Nacisk jego dłoni na talii sprawił jedynie, iż przysunęła się do niego blisko, oplatając w pasie nogami i gdy już była na tyle blisko, aby musnąć jego wargi, odsunęła się odrobinę, mrużąc oczy bacznie. Coś w niej rozgorało; coś miękko ślizgało spojrzeniem po jego ustach – będących tak absurdalnie blisko i daleko zarazem. I momentalnie rozbłysła cała plejada gwiazd między nimi, mikrokosmos zmysłowej pamięci, kalejdoskop wspomnień plecionych we dwoje. Po raz pierwszy od dawna, pragnęła go tak bardzo, że to aż bolało.
Niejednokrotnie poddawała rozważaniom, które z nich jest katem w tej relacji. Była przecież jak wódka żurawinowa, której smakował jedynie po to, aby poza cierpkim smakiem poczuć słodycz – mąciła mu w myślach i w głowie, pozostawiając po sobie ślad niemego i krzykliwego zarazem pożądania. Chciała przecież, aby jego ognisty dotyk spoczywał na jej biodrach, sunął cielesnością po udach, zatrzymując się na kolanach. Nie była niewinna; może odrobinę, gdy się poznali te osiem spienionych wiosen temu – zgubiła jednak wszelakość skrupułów na rzecz własnej uciechy i dobrego imienia, a fakt, iż uciechę sprawiało jej krzywdzenie innych, należało zepchnąć na margines.
– Na starość? Czy to nie jest tak, że to ty odbijasz sobie na mnie kryzys wieku średniego? – zabrzmiała filuternie pytaniem, a w jej oczach rozbłysły diamenty roziskrzonych gwiazd.
I za każdym razem, gdy syczała w jego stronę, obwiniając o wszelkie złe meandry, którymi potoczyło się jej życie – doceniała jego obecność na tej przeklętej kanwie życiorysu, tak jakby istnieli na tym padole wyłącznie oni. Zresztą, nawet gdyby wokół były miliardy istnień, zawsze wybrałaby jego. Skuta okowami obezwładniającej miłości, zawsze wracała do jego ust. I chociaż powinna była zrobić krok w tył, gdy był bliski zatrucia jej osobą, nie mogła – zbyt uwielbiała jego wargi sunące po zgięciu szyi.
Nasza historia godna i tragiczna, czy nie do maski tyrana podobna? Jaskrawy dramat czy scena magiczna, czy chłodny detal już tego nie odda, czym była nasza miłość patetyczna.
– Masz rację, będzie inaczej – powiedziała półgłosem, przekrzywiając nieznacznie głowę. – Bo teraz kochasz mnie tak, jak wtedy nie kochałeś. Bo ja kocham ciebie niepoprawnie – głos drastycznie przycichł, nie przypominając już świergotu niewinnych ptasząt, elegii głoszonych o poranku.
Był o wiele za blisko; czuła ciepło uchodzące z jego ciała, z jego dłoni, które układały się na miękkiej talii i z jego oczu, które mówiły o wiele więcej, niż chciałby kiedykolwiek powiedzieć. Ona jednak wiedziała więcej; świadoma uczucia, które urosło między nimi do miary niebotycznej, pozwoliła oddechowi przyspieszyć, zupełnie jakby wypełniał ją obezwładniający lęk, który był niczym innym, jak pożądaniem. I może to wówczas powinna była wykonać ten krok w tył…
Zamiast tego, docisnęła do niego swoje wargi miękko. Ułożywszy dłonie na jego policzkach, objawiała mu każdy spośród sekretów jestestwa, całe rozlane zorzą polarną, niby mlekiem, niebo w okolicy biegunów. Smakował słodko i ujmująco, co skłoniło ją do pogłębienia pocałunku, który jednocześnie był pocałunkiem złożonym na obmierzłym licu wszechświata. Było w tym coś intergalaktycznego, oderwanego w zupełności od prozy codzienności – czuła to za każdym razem, gdy łączyła ich nić dotyku, wobec którego nigdy nie znajdowała właściwego dictum. Zacisnęła nogi na jego biodrach, opatulając miękkością łydek, a gdy nić pocałunku została przerwana – poczuła gwałtowną, urastającą wewnątrz pustkę.
Lubiła, jak czytał z niej niczym z otwartej na oścież książki; nie musiała być zagadkowa, nie musiała być filuterna ani urocza – widział jej wnętrze takim, jakie było i choć kochała go niepoprawnie, uwielbiała, gdy odkrywał ją każdego poranka na nowo.
– Gdzie chcesz uciec? – spytała miękko, uginając brwi w wypełnionym niewinnością geście. – Uważaj, bo pomyślę jeszcze, że chcesz ze mną wziąć ślub. – Och, Loretto…
RE: [14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Alexander Mulciber - 11.11.2023
Rusałka, sukkub, dementor... - wszystko to zmieniało się jak w kalejdoskopie - no i szybciej niż rubryka towarzyska Czarownicy - a gdyby było prawdą, cóż, Axel już dawno straciłby zmysły, hektolitry krwi, a i jeszcze duszę na dodatek (zakładając, że jakąś jednak miał).
Mulciber nigdy nie zgłębiał podstaw opieki nad magicznymi stworzeniami, więc swoje doświadczenie w obcowaniu z tymi krwiożerczymi gatunkami czerpał z autopsji wyłącznie: kiedy to metodą prób i błędów oswajał tę drobną, obecnie omdlewającą w jego objęciach istotę. A gdyby ktoś go teraz zapytał: "czy Lorettę Lestrange można oswoić?", Axel śmiało mógłby odpowiedzieć: tak, ale nigdy nie wiesz, czy gryzie, bo chce ci zadać ból, czy właśnie z nadmiaru miłości.
Ale już bez dygresji. Skupmy się na tym, że Loretta była kobietą, co czyniło ją nie tylko najgroźniejszym spośród wspomnianych monstr, ale, niestety, także najpowszedniejszym, co, rzecz oczywista, było dla niej nie do zniesienia. Za dużo było w niej egzaltacji; zbyt wiele niedorosłych marzeń i fantazji kłębiło się w jej umyśle; wulgarnie prosta była w swojej potrzebie atencji, wybitnie skomplikowana w delikatnej sferze odczuwanych emocji.
I chociaż Axel długo myślał, że Loretta nie byłaby dla niego wyzwaniem, że jest tak samo przewidywalna jak inni ludzie z czasem uświadomił sobie, że była chyba jedyną osobą, która tak skutecznie wymykała się jego wysoko rozwiniętej percepcji... Im więcej do niej czuł, im bardziej ją kochał, tym mniej był w stanie przeniknąć przez jej myśli i dostrzec przyszłość, tak jakby mógł patrzeć na nią tylko kątem swego trzeciego oka.
Tak samo teraz, nie mógł już odtworzyć w głowie wizji ich wspólnej przyszłości, w której oboje leżeli w swoich objęciach w cygańskim wozie gdzieś pośród bagien Yorkshire, a ta była przecież niegdyś tak wyraźna, tak namacalna... To była udręka dla tak wyczulonego jasnowidza, nie móc odczytać zamiarów chyba najważniejszej osoby w jego życiu; tak, jakby trzecie oko Mulcibera zezowało na jej piersi, zamiast przepowiadać przyszłość.
Z drugiej strony, przez te wszystkie lata poznał Lorettę na tyle dobrze, że nie potrzebował trzeciego oka, by wiedzieć, jak zachowa się w danej sytuacji. Łapał się na tym, że nie musi wcale patrzeć w przyszłość, a raczej w głębię jej oczu. Albo...
Rozpiął górny guzik jej koszuli z kamienną twarzą.
- Nie wiem. Może gwiazdy mi podpowiedzą właściwy czas. - ...Bo jego chuć podpowiadała "choćby i zaraz", co nie wydawało mu się najbardziej elokwentną odpowiedzią, bo Loretta zaraz zarzuciłaby mu, że myśli chujem, czy coś takiego.
Przecież lubisz starszych, przemknęło mu przez głowę, ale tylko uśmiechnął się lekko, doceniając dowcip. Rozpiął kolejny guzik.
Przy niej i tak zawsze mówił więcej, aniżeli chciałby wypowiedzieć.
- Jeżeli mnie kochasz, to kochaj mnie tak jak trzeba - odpowiedział gładko, wiedząc, że Loretta natychmiast załapie sens jego aluzji. Nie mylił się.
Wiele razy mówili o małżeństwie. Jeszcze więcej razy się o to kłócili.
Szybko przestała być dla niego słodką igraszką; jej głębokie, brązowe oczy i nieprzenikniona maska uśmiechu w połączeniu z gracją, jaką wymykała się radarowi jego percepcji jasnowidza, szybko doprowadziły Axela na skraj obsesji.
- Byłem głupi. - Palce Mulcibera mimowolnie zacisnęły się na jej miękkim ciele tak mocno, że zapewne miało po nich pozostać wspomnienie siniaków. Poddał się chwili; zatracał się w jej ciężkich westchnieniach, kiedy naparł na nią ciałem. Słowa, które wypadały z ust Alexandra były gwałtowne, gniewne niemalże; przesycała je jakaś piekielna pasja, a jednocześnie były tak ciche jak szept. - Mogłem zrobić to na cygańską modłę, mogłem cię po prostu porwać, zmusić cię, żebyś była moja. Żebyś była moją żoną, tak jak należy. - Wiedział, że Loretta lubiła kiedy jego lodowaty wzrok sunął po jej skórze, aż dostawała gęsiej skórki, ale teraz patrzył tylko w jej oczy, płonące ogniem. Axel zawsze był opanowany, zawsze nosił maskę zimnej obojętności, która doskonale skrywała jego prawdziwe oblicze, ale w towarzystwie Loretty wolał negliż. Niewielu ludzi znało tkwiącą w nim dzikość.
- Spodobałoby ci się. Wiem to. Mogłabyś się pieklić i rzucać, i walczyć na każdym kroku, ale przecież nie powiedziałabyś mi nie, prawda, Loretto? - wyszeptał, prowadząc dłoń między jej uda. Nie pozwolił, by się od niego odsunęła, jak wcześniej. Jego brutalne ręce potrzebowały jej blisko. - A potem byłabyś znów taka słodka i uległa jak teraz, i poszłabyś ze mną wszędzie, choćby i do tego pierdolonego rowu.
Popchnął nagle Lorettę nieco do tyłu, tak, że niemal położyła się na stole, na którym wcześniej ją usadził. Zadzwoniła butelka z winem, kiedy któreś z nich trąciło ją łokciem; trunek rozlał się: na nich, na ubrania, na stół, na ziemię, a pomieszczeniem wstrząsnął głośny śmiech Axela. Potrzebna będzie kolejna butelka, może... wino żurawinowe?
- Wyjdź za mnie - powiedział, odgarniając włosy z jej policzka pieszczotliwym gestem. - Wiem, że żadnego pierścionka nie wyrzuciłaś - dodał cicho, z uśmiechem czającym się w drgających kącikach ust; oczywiście, mówił o pierścionkach zaręczynowych, które wielokrotnie jej darował.
Nawet nie pamiętał, ile już razy zdążył się jej oświadczyć; co najmniej trzy razy, kiedy był tak pijany, że docierały do niego jedynie przebłyski owych nocy... Na pewno trzy razy oświadczał się na trzeźwo. Loretta, z jakiegoś powodu, zawsze znajdowała wymówki. Oboje dobrze wiedzieli, że była jego kobietą, że nie liczyła się dla niej reszta tych romansów, które rozdmuchiwała medialnie, aby rozsławić swoją galerię; że nie zdarzyło im się nawet mrugnąć okiem, kiedy podczas jakiegoś zagranicznego wyjazdu nazywali się w sytuacjach publicznych mężem i żoną; że zawsze do siebie wracają. Kiedy zaręczyła się z Leandrem, najpierw spytał ją znudzonym tonem: "nie mogłaś znaleźć jakiegoś starucha, od którego łatwiej wyciągnać majątek", a potem pokłócili się w łóżku, bo miała pretensje o to, że ją krzywdzi, że "to boli"; ale jaki mężczyzna mogłby się powstrzymać, kiedy przypominał sobie, że została narzeczoną Yaxleya? Mulciber uważał się za kurwa świętego. Przeprosił ją nawet za to, że był zbyt brutalny. W końcu ostatecznie zawsze należałaby do niego. - Wiem, że jeden leży nawet w szufladzie tej starej komody w hallu. Loretto... Wyjdź za mnie. Wystarczy nam siedem lat narzeczeństwa. Wyjdź za mnie. - zastanawiał się, czy rozlany alkohol - którego zabłąkane kropelki perliły się w zagłębieniu jej obojczyka - nie smakowałby jeszcze lepiej, gdyby zlizać go prosto z jej skóry.
RE: [14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Loretta Lestrange - 11.11.2023
Ucieleśnienie tych wszystkich pragnień wartko płynących potokiem umysłu; miriad koncepcji i fantazji przemykających się dreszczem na palcach wzdłuż linii kręgosłupa; niebotyczne pokłady chęci i jej braku – brutalnej potrzeby posiadania, igrającej z przemocą nieomal; uśmiechy rzucane miękko i cierpko zarazem; wszystko to czyniło ją podejrzanie namacalną, rzeczywistą i bytującą, zupełnie jakby wszystkie brylanty gwiazd rozkwitły iskrami w toni jej brązowych tęczówek. Potrafiła być, nie będąc zarazem, wszystko utykać w kanwę metafory, być okrutnie dosłowną w swej niedosłowności – nigdy nie potrafiła nie uginać się pod jego dotykiem, palcami miękko wbijającymi się w gładkie ciało, znacząc je galaktyką siniaków, które mogła podziwiać wykwitami na swojej skórze. Niebezpiecznym nie było to, że ją krzywdził; niebezpieczne było to, jak bardzo ona to lubiła.
Loretta była chwiejną kobietą z krwi i kości, daleką tym wszystkim ubranym w idealny całun panien, o muśniętym pudrem obliczu i nutami kwiatowymi zamykającymi się w zgięciu szyi, o migotliwym kurzu wzbijanym przez pozłacane pantofelki. Bo choć brylowała na salonach, miała opinię wiecznie napuszonego kota perskiego, a brylanty nosiła na co dzień – było w niej coś nieodgadnionego; coś, co popychało na sam skraj jestestwa, uderzając boleśnie w najczulsze struny. Uwielbiała dominować; on z kolei sprawił, że pokochała też ulegać.
Im bardziej go kochała, tym mniej o nim wiedziała, wymykając się dłoniom oczywistości. Skuta w obezwładniającej miłości, nie potrafiła patrzeć na niego inaczej, niż tym miękkim, lepkim spojrzeniem, w którym rozbłyskały spadające gwiazdy. Syczała niejednokrotnie słowa, które uderzyłyby każdego, lecz nie jego – on wiedział przecież, że każdy jadowity werset podszyty jest kołdrą pożądania, z którego ramion nie potrafiła się wyswobodzić. Był panem jej życia w sposób, którego nienawidziła do cna; dominantą, której nigdy nie przyznałaby o świetle dziennym. On jednak wiedział, że posiadał ją na własność i prawdopodobnie to ta gorliwa koncepcja sprowadzała burzę irytacji nad ciemną toń włosów.
Rozeznawała się w jego mętnym spojrzeniu błyskawicznie; zupełnie jakby chciała zamknąć tę jedną milionową wszechświata w jego bezdennych tęczówkach, w ich burzliwym błękicie, puentowanym jedynie stoicko obojętnym wyrazem twarzy. Wiedziała jednak, że tkwiło w tym coś ponad; ponad cielesność, którą dzielili na swoje wyjątkowo często; ponad te wszystkie bezsenne noce, które spędzali po prostu leżąc w miękkiej pościeli, trzymając się za dłonie.
Znał ją przecież na wylot.
Rozpięty guzik pogłębił dekolt, pod którym unosiła się klatka piersiowa w rytm oddechów. Patrzyła na niego tymi sarnimi, przymrużonymi oczami – nie drgnęła nawet, gdy jego palce zacisnęły się mocniej w na linii bioder, uginając miękką skórę. Nie wiedziała nawet, kiedy lekkie westchnięcie wypłynęło z jej ust w eter; tak jakby wszystko przestało się liczyć, poza lodowatą tonią jego oczu, którą umiejscawiał gdzieś w okolicy jej czerwonawych warg. Uniosła drżące dłonie, układając je na jego policzkach, sunąc wraz z linią kości jarzmowych ku skroniom.
Nie po raz pierwszy sprowadzał ją na sam skraj.
Gdy kolejny guzik puścił, ukazując już mleczną biel piersi, przekrzywiła jedynie lekko głowę, smukłe palce unosząc ku koszuli, aby rozpiąć resztę guzików. Poły koszuli przykrywały większość ciała, falująca klatka piersiowa jednak, świadczyła o głębi emocji, które nią targały niepoprawnie. Gdzieś na dnie myśli ulokował się Leander, ta jednak szybko została zepchnięta z proscenium, ustępując Alexowi.
– Nigdy nie będę cię kochać „tak jak trzeba”. Głównie dlatego, że ja jestem sobą i ty również. Och, Alex, przecież ja cię kocham absurdalnie mocno. Dlaczego tak silnie potrzebujesz obrączki na palcu? – zabrzmiała pytaniem, uginając brwi w niemym geście niezrozumienia.
Szybko przestał być jedynie jej kochankiem, za którego wiekiem przepadała licząc osiemnaście wiosen; wparował z butami w jej emocje, rozporządzając nimi na własny wzór; nigdy nie czuła się od nikogo tak zależna – z drugiej strony, nigdy nie czuła takiego ogromu posiadania nad drugim człowiekiem. Bo należał przecież do niej – od początku do końca, na tym przeklętym płótnie życiorysu, które w ich przypadku mieniło się nocną czernią. Chciała go mocniej, niż mogła przyznać; chciała aby tkwił przy niej nieodwołalnie i świadomie w swym jestestwie. Może, a może na pewno, była egoistką najgorszego sortu i tak długo, jak jego miłość kwitła – była ukontentowana.
Chciała przecież być jedynym, czego pożądał.
– Gdybyś mnie porwał, gdybyś mnie zmusił, prawdopodobnie byś mnie złamał. A wówczas, prędko byś mnie znienawidził – to, jak słaba i zależna bym się stała. Och, Alex, ty przecież zawsze lubisz gonić króliczka. Może dlatego nigdy z tobą nie wzięłam ślubu? Pomimo tych ośmiu oświadczyn? Boję się, piekielnie się boję, że stracisz mną zainteresowanie – odparła, opuszczając luźno nogi, które wcześniej owijały się wokół jego bioder.
– Poszłabym za tobą wszędzie – powtórzyła po nim, wprawiając welon rzęs w subtelny trzepot. Uśmiech rozlazł się po ustach, gdy zrzucała z ramion rozpiętą koszulę.
Zadrżała pod jego dotykiem, sunącym linią ud; nie był to pierwszy raz, gdy poddawała się jego dłoniom – jednak każdorazowo czuła, jakby akurat ten był pierwszym. Prowokacyjny uśmiech zasadził się gdzieś niebezpiecznie, wraz z jego palcami sunącymi po miękkościach ciała. Opadła na stół, wokół głowy tworząc czarną aureolę rozproszonych włosów; wpatrywała się w sufit nieprzytomnie, zaciskając uda na jego dłoni – ten przeklęty paroksyzm dotyku, który każdorazowo odbierał jej tchnienie.
– Wyjdę za ciebie – zawyrokowała miękkim szeptem, który rozlał się w przestrzeni jak późnoletni sok; jak struga mleka czy ta przeklęta rozbita butelka, która rozbryzgnęła na podłogę resztką wina.
Oświadczał jej się mnogość razy i każdy spośród nich puentowała ciężkim westchnięciem; nawykła, że pijany spał na jej wycieraczce, wysyłał pijackie listy czy zaćpany krzyczał jej imię pod kamienicą. Świadomość tego, jak bardzo jej pragnął, była miła; milszy jednak był ten bezmiar emocji, które czuła nieodwołalnie do niego. Była przecież absurdalnie zakochana w każdym jego ruchu i choć nienawidziła go równie mocno, co tchnęła miłością, nie potrafiła żywić do niego pustej obojętności – tej, która na ścianach wspomnień pozostawiała blade duchy plam po wcześniej wiszących obrazach.
– Jeśli mamy się pobrać, to teraz. Już nigdy nie będzie takiej nocy, jak ta – wydukała półgłosem, podnosząc się z pozycji leżącej. – Powiedz mi, że mnie kochasz – zażądała.
Już po chwili jej usta rozlały się w miękkim uśmiechu, gdy pochylała się ku niemu odrobinę, znacząc jego wargi w krótkim, acz rzeczowym pocałunku. Zarzuciwszy ręce na jego barki, odsunęła się jedynie o centymetry – wszystko po to, aby utonąć w jego tęczówkach na nowo.
RE: [14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Alexander Mulciber - 14.11.2023
Dlaczego, dlaczego, wiecznie to „dlaczego”…
– Przecież wiesz – odpowiedział zdecydowanie Axel. – Jestem twoim przeznaczeniem – wymamrotał z niemalże łobuzerskim uśmiechem, który gościł na jego twarzy zawsze, kiedy używał przy niej swojego pierwszego języka. To był ich stary żart, i choć Mulciber nie zwykł żartować z przeznaczenia, lubił przywoływać echo wróżby, jaką kiedyś oboje otrzymali. Jego poczucie humoru zwykle ograniczało się do powiedzenia Bo miałem o tym wizję, kiedy ktoś pytał go o powody głupich decyzji życiowych; najśmieszniejsze, że zwykle było to najprawdziwsza prawda. – A może po prostu dbam o twoją reputację? – dodał, z jakąś zawadiacką nutą w głosie. – Może wreszcie znalazłem coś, co chciałabym posiadać na własność? – Obsesja Alexandra na punkcie Loretty była niemal tak silna jak na punkcie jego własnej niezależności. – Może dzięki tobie zacząłem bardziej dbać o swój wizerunek, a co wygładziłoby go lepiej niż piękna kobieta u mojego boku? – uśmiechał się dalej; nie było sensu być nadmiernie poważnym, kiedy była już lekko wstawiona, i jedynym, o czym myślała, była zapewne sypialnia. A jednak…
– Boisz się, że... – Teraz to on zmarszczył brwi, jak gdyby nie rozumiał znaczenia użytych przez ukochaną słów. Kolejna z jej fanaberii? – To prawda, Loretto? To dlatego przyjęłaś jego oświadczyny, a nie moje? Tak? – Pytanie, które od jakiegoś czasu powracało niemal przy każdym ich spotkaniu: czasem jako wrzask pełen pretensji, czasem tylko jako sińce na ciele Loretty i zadrapania po jej paznokciach na jego ramionach; a czasem zaś po prostu trwało zawieszone między nimi jak niemy wyrzut. Dlaczego, pytał wtedy, ale chyba nie myślał wtedy nawet o Leandrze – chociaż to na nim ostatnimi czasy skupiała się cała zazdrość Alexa – myślał o tych wszystkich mężczyznach, którzy przewinęli się przez jej życie; którzy zgłaszali pretensje do jej ciała, do jej serca… Pogardzał nimi, że brali resztki po innym, ale choć mogło się to wydać absurdalne, nigdy nie był w stanie pogardzać w ten sam sposób samą Lorettą. On wracał do niej zza morza i z głębin uzależnienia, ona – z cudzych objęć. Przestał pytać: po prostu szli do łóżka. Ale od kiedy Lestrange oficjalnie oddała swoją rękę innemu, nie potrafili dojść do porozumienia tak, jak umieli najlepiej czyli napierdalając się w jakiejś morence.
Dlatego teraz próbował inaczej; teraz trzymał ją w ramionach i próbował rozmawiać, chociaż Loretta tak bezczelnie kłamała mu w twarz. Porzucić ją? Dobre sobie… – Odpowiedz, śmiało. Tylko bądź szczera. Bo w to nie mogę uwierzyć. – doprecyzował jeszcze, starając się nie wchodzić na ten chłodny, nieemocjonalny ton, którego tak nienawidziła, a który był już chyba ustawieniem fabrycznym jestestwa Mulcibera. – Boisz się, że cię porzucę? – Tak cholernie łatwo było nim czasem manipulować, i był tego świadomy; nie potrafił ukryć, że działał na niego jej słodki ton. Ale i on był nie lepszy. Jeżeli ktoś potrafił grać na emocjach równie dobrze, co ukochana kobieta, był to typowy wysoko funkcjonujący narkoman z arsenałem wymówek równie potężnym, co dręczący go głód. – Och, nie bądź niemądra. – Axel ślizgał się na cienkiej granicy między czułością, a protekcjonalnością. – Robiłem to tyle razy, ale za każdym razem wracałem, do ciebie. Nie widzisz tego? Nie mogę- nie chcę się od ciebie uwolnić. – W końcu z nią potrafił być aż do porzygu czuły; tak cierpliwy, jak z nikim innym.
– A może to mnie się boisz? – pozwolił wybrzmieć tej myśli, kiedy delikatnie sunął ręką po jej ciele. Nie wierzył, że Lorettę mógł znudzić jego prymitywny popęd. Zbyt słodko drżała pod jego dłońmi. Ale bywała czasem tak krucha… A Mulciber ostatnimi czasy zbyt często tkwił na skraju. – Wiem, że ostatnio było nam ciężko. Ale próbuję, naprawdę – przyrzekał jej między czułościami. – Wiesz to. Wiesz, że potrafię być dla ciebie dobry. Naprawdę tego chcę.
Była jedyną, która całowała go łapczywie, nieważne, czy śmierdział jak bimbrownia, nieważne, jak nisko upadał. Jaka kobieta zniosłaby coś takiego? Może poza Dianą, ale ona była jak siostra, której nigdy nie miał, i pragnął uchronić przed pogrążeniem się tak jak on, bo była dobra, chociaż sama o tym nie pamiętała. Z Lorettą, oprócz miłości, łączyła go nienawiść tych wściekle bolesnych chwil, ból, jaki sobie zadawali – z Lorettą pragnął spadać, i pogrążyć się w najgłębszych czeluściach piekielnych, tam, gdzie mieliby tylko siebie, i nikogo innego.
Poszłabym za tobą wszędzie… – jej słowa jak echo odbijały się w głowie Mulcibera. Na dno piekieł – tak, do ołtarza? – nie. Zastanawiał się, czy to wszystko nie jest dla niej jakimś chorym performance’m; kolejną rolą, jaką odgrywała w ich małym, dramatycznym teatrzyku. Ona była reżyserem tego przedstawienia, inni ludzie – kukiełkami zaledwie, grającymi pod jej komando; a on – kim był Axel? Upiorem nawiedzającym puste zgłoski między kwestiami aktorów, fatum prześladującym bohaterów? Reflektorem oświetlającym primadonnę? Nie chciał wiedzieć. Nie chciał grać.
Poszłabym za tobą wszędzie… Wiedział, że to nieprawda. Że Loretta nigdy nie porzuciłaby dla niego życia, jakie przyzwyczajona była wieść. Chyba nawet nie chciałby, żeby to robiła. Lubił w niej to, czego sam nie potrafił zrozumieć; przywiązania do tych wszystkich nietrwałych drobiazgów, które nie pozwalają ci być wolnym, które trzymają cię w jednym miejscu, i nie pozwalają odejść: do niedorzecznych filiżanek, do starych mebli; do wysublimowanych obrazów i jej ładnej bielizny. Loretta myślała, że chce ją zamknąć w „złotej klatce”, ale przecież całe życie w takiej żyła… A Axel lubił w niej to, że sama się dusiła się w tym przepychu: że w złości roztrzaskiwała zastawę, innym razem kochała się z nim oparta o jakiś niedorzecznie drogi stół, którym wcześniej chwaliła się, że „to antyk”, że niszczyła swoje prace, kiedy te jej nie zadowalały, że teraz była kompletnie naga. A jednak, mieli diametralnie różne oczekiwania od tego świata. Oboje chcieli być ze sobą na własnych warunkach. Nie poszłaby za nim wszędzie, kłamała.
I co z tego.
– Wiem - odpowiedział więc tylko, a jego głos przesycony był czułością. Nic innego się nie liczyło, poza jednym. – Kocham cię. – Rzadko jej to mówił. Ale przynajmniej nie kłamał.
Czasem jego miłość do Loretty była niemal czysta, niemal delikatna… Zwykle wtedy, kiedy był w heroinowym ciągu, zbyt silnie naćpany, by w ogóle kontaktować z rzeczywistością, zbyt zdesyntyzowany, by czuć cokolwiek, choć jej perfumy łaskotały go w nos; noddował w ich łóżku, otulony analgetyczną przyjemnością i zapachem jej perfum. Wtedy kochał ją najbardziej – kiedy mimo wszystko leżała obok niego, trzymając go za rękę – kiedy trzymało ją przy nim coś bardziej pierwotnego od pożądania; jakieś chore przywiązanie, które nie pozwalało jej odejść.
Więc postanowione. Teraz, dzisiaj; w nocy, po kryjomu. Nie dbał o to. Loretta wpatrywała się w niego jak w obrazek, ale on myślami powędrował daleko, szukając rozwiązania. Miał pewien pomysł. Nagle zrozumiał, dlaczego jego myśli – bardziej niż zwykle – krążyły dookoła alkoholu. Axel nigdy nie był religijny, a instytucji małżeństwa również specjalnie nie cenił – na jego usprawiedliwienie, nigdy nie miał w swoim otoczeniu przykład dobrej, kochającej się pary – ale szanował tradycje rodziny swojej matki, i utrzymywał bliskie kontakty z wieloma Romami, których spotykał w trakcie swoich podróży. Jego zapijaczony umysł uchwycił się jednego imienia… Miał tylko nadzieję, że stary Cygan, szaman Shango dalej łajdaczył się gdzieś na wrzosowiskach Yorkshire i był na tyle przytomny, by móc udzielić im ślubu.
– Jesteś już cała w winie, ale będziemy potrzebowali kolejnej butelki. Albo dwóch. Skoro chcesz teraz, będzie teraz. Idziemy. – szeptał gorączkowo. – I ubierz się, do cholery. Rozpraszasz mnie, Lorrie.
RE: [14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Loretta Lestrange - 14.11.2023
Obezwładnieni samotnością, jednocześnie będąc razem – ich orbity zawsze przecinały się w jednym miejscu; tym przeklętym, skalanym potrzebą momencie, gdy wbijał palce w miękkość jej ciała, a ona znaczyła bladoróżowymi śladami paznokci jego ramiona. Każde uniesienie nosiło znamiona bram piekielnych, samego Hadesu, rzeki Styks, w której z wolna się zanurzali – nigdy nie czuła tak głębokiej, nieposkromionej miłości, jak do niego. Prawdopodobnie dlatego tak łatwo przychodziło jej wracanie do niego każdorazowo, gdy kajał się na kolanach, że już nie będzie, że to ostatni raz. Miękko odwracała głowę od jego pijackich występków, bo wiedziała jedno: w psi sposób należał do niej i tylko ona była w stanie popchnąć go na skraj ekscytacji i spokoju zarazem. Nie liczyły się te wszystkie potłuczone naczynia; te ciosy opadające z obu stron; westchnięcia mające swoje źródło w skropionej nutami miłości alkowie.
Gwiazdy tej nocy migotały wyjątkowo wyraziście, znacząc nieboskłon czarny jak rozlana kawa, siateczką brylantów. Ta noc była właściwa; ta noc była wiążąca i nie liczyło się absolutnie nic innego, tylko oko księżyca spowijające w bladym blasku londyńskie ulice. Widzieli rzeczy takimi, jakimi one są – bez wymazywania wspomnień, bez odsuwania się od tego absolutu. Chciałaby, aby ktoś wyzerował jej życie, aby była zawsze jego. Bo nikt jej nie kochał tak bardzo, jak on.
Wiedziała, że gwiazdy tej nocy ścisną się w zwięzły ciąg: non omnis moriar.
Bo była jednocześnie świętą, co demoniczną. Otwarte rany, jątrzące się każdorazowo przy ich dotykaniu, milkliwie ukazywały ciepłotę wnętrza, w którym – choć zamknięta listopadowa bestia – ulokowała uczucia do niego. Nigdy nie potrafiła go odrzucić; nigdy nie potrafiła go kochać właściwie jednocześnie; to on był jej otwartą raną, to on nie potrafił się zasklepić.
– Jeśli jesteś moim przeznaczeniem, to całe życie czekałam na takie przeznaczenie – rzekła półgłosem, smukłe palce wplatając w jego włosy, drugą dłoń umiejscawiając na jego karku.
Było w tym geście coś nieodwołalnie miękkiego i delikatnego; jak trzepot skrzydeł sikorki i jednocześnie jak deszcze majowe. Uśmiech wstąpił na jej wargi, rozlewając się powoli jak późnoletni sok; filuterność zawarta w tym, jak błysnęła zębami, była nieodparcie urokliwa. Bo przecież jej atrybutem były jednocześnie czułość i diabelskie widły – on zdawał się z tym pogodzić.
– Nie chcę być jedynie piękną kobietą u twojego boku. Chcę być ci równa; chcę móc decydować o sobie; chcę tak wielu rzeczy, Alex, które boję się, że mi odbierzesz – stwierdziła gorzko, odwracając na moment wzrok od jego burzliwych, błękitnych tęczówek – tak bardzo w opozycji do jej orzechowej toni, w której zakochiwali się mężczyźni od pierwszego wejrzenia. Pewien urągliwy uśmiech jednak, nie odszedł w niebyt, nadal spoczywał miękko na jej wargach, drżąc nieprzejednanie kącikami.
– Tak, boję się – odparła gorzko, przybierając jednak na usta odciśniętą całunem łagodność. Zatrzepotała tym czarnym welonem rzęs – wiedziała, że zawsze mu się podobała taka – skąpana w akwenie uległości, jednocześnie będącą dominantą świadomą swojego ciała i ruchów. I choć nie dorosła jeszcze do podwiązek – w jej naturze drobnej lolity nie ujmowało to uroku.
W końcu pokochał ją odpowiednio już gdy ledwie skończyła osiemnastą wiosnę. Początkowo ich układ był zdrowy; prędko jednak urósł do rangi toksyczności, która jednak nie przeszkadzała im we wzajemnym wracaniu do siebie – jego z odmętów białego puchu, jej z objęć tych, którym nie była przeznaczona. Bo przecież należała do niego od zawsze i na zawsze – skuło ich ze sobą przeznaczenie, a jak wiadomo, z przeznaczeniem nie wchodzi się w dyskusję. Kochała go absurdalnie mocno, jednocześnie nienawidząc doszczętnie – było w nim coś, co kazało jej się uginać, jednak to on uginał się pod ciężarem zastawy lecącej w jego kierunku podczas jednej z siarczystych kłótni, które przyszło im rozgrywać.
Pewna energia trzymała ich ze sobą, zawarta w każdej myśli i dotyku – silna jak żadna inna.
Ugięła brwi, poirytowana jego tonem – nigdy nie rozumiała jego nieodwołalnego chłodu goszczącego w głoskach, obojętności przebijającej się przez grubą kanwę zimowej burzy. Nagie ciało drżało pod jego dotykiem, mając na sobie jedynie narzuconą luźno koszulę; ułożyła dłonie na jego ramionach, wbijając igłę roziskrzonego spojrzenia w nieodkryte meandry jego błękitnych tęczówek.
– Nie uwalniaj się ode mnie nigdy – wyszeptała półgłosem, palce przenosząc z jego ramion na jego policzki. – Obiecaj mi to. Obiecaj. – Słowa potoczyły się same. – Jestem tak ogromną hipokrytką, Alex. Nie wiedziałam… Nie, nie chciałam wiedzieć, jak bardzo rani cię widok mnie u boku innego. Zorientowałam się o tym, gdy pomyślałam, jak bardzo moje serce by rozdarł widok ciebie z kobietą, która nie jest mną. Kocham cię, Alex, kocham cię najbardziej.
– Bardziej niż ciebie, boję się siebie – wyznała szczerze, a kąciki jej ust opadły w skupieniu.
Chciała z nim upadać i się wznosić; nic nie nęciło jej tak bardzo, jak wspólny upadek – rozbicie się o sam bruk piekła. Uwielbiała w nim nieprzewidywalność i burzliwe emocje, które skrywał pod stoicką powłoką; był tak różny od niej – egzaltowanej panny z dobrego domu, o myślach wyraźnie odbijających się na twarzy – gdzieś między oczami a zadzieranym noskiem. Chciała do niego należeć równie mocno, co aby on należał do niej; aby cudze dłonie go nie dotykały w sposób, w który mogła tylko ona – ślizgać się dotykiem po jego ciele, usta gorączkowo dociskać do jego warg; tak, jakby jutro miało nie nadejść.
Rozpromieniła się momentalnie; Alex ją kochał – tylko ją.
– Ja ciebie też. To jest odpowiedni moment, bierzemy ślub – zawyrokowała, wciąż rozanielona deklaracją miłości, powiedzianej głosem tak czułym i miękkim, jak te chmury, które wędrowały po nocnym niebie.
On był często zamknięty, a ona była kluczem, który mógł go otworzyć – jego i tę całą plejadę bycia Alexem. I choć jej niewinność była grana, trzymanie go za dłoń o poranku – w końcu w takiej konfiguracji zasypiali co noc: ze splecionymi palcami, nią wtuloną w jego ramię, nim odurzonym zapachem jej perfum, którymi bez cienia wątpliwości pachniała jego amortencja. Lubiła, gdy budząc się rano, czuła jego niegolony, trzydniowy zarost na czubku swojej głowy, gdy zgarniał ją do siebie przez sen mimowolnie. Tak, jakby jutro miało nie nadejść.
– Czy naprawdę małżeństwo trzeba konsumować po ślubie? – zapytała, głosem podszytym chichotem, zsuwając się ze stołu.
Zniknęła na moment w pokoju, a Alex mógł słyszeć jedynie, jak grzebie w szufladach szafy i szuka odpowiedniej kreacji. Znalazła sukienkę, którą kiedyś podarowała jej matka – z myślą, że kiedyś w niej wyjdzie za mąż. Cóż, matka nie byłaby zachwycona, że mariaż odbędzie się w cygańskiej przyczepie z mężczyzną o opinii poszlakowanej; czuła jednak, że to właściwe. W progu salonu powitała go w koronkowej, białej sukience, linią kończącej się w połowie łydki, o rozkloszowanym kroju i urokliwej stójce. Skrzyżowała ręce na piersi, wzrokiem nieomal pytającym: i jak?
Bardzo liczyła, że odejmie mu mowę.
– Więc jaki jest plan? Masz obrączki? Kto nam udzieli ślubu? – zalała go kaskadą pytań.
RE: [14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty - Alexander Mulciber - 17.11.2023
Axel zamknął oczy, poddając się dotykowi Loretty. Między jego brwiami pojawiła się zmarszczka, kiedy słuchał tego, co mówiła, ale szybko wypogodził twarz. Kto inny dałby jej więcej wolności niż on? Z kim innym byłaby szczęśliwsza? Na pewno nie z, kurwa, Leandrem. – Więc myślisz, że wyrównuję rachunki? Bo zabrałaś mi moją wolność? – Teraz ona była poważna, a on mówił lekkim tonem. – Przecież mnie nie musisz się bać. – Leniwie otworzył oczy, rozkoszując się desperacją w jej tonie. – Obiecuję. – Dopiero teraz pozwolił Lorettcie wyswobodzić się ze swoich objęć, choć było to trudne. Ile by dał za choć trochę morfiny, może złagodziłaby ból, który tkwił w nim zawsze, tylko nie wtedy, kiedy go dotykała. Ale teraz od dłuższego czasu mógł przyjmować tylko metadon, przez pracę. Próbował wyrzucić opioidy z myśli, i skupić się na zaspokojeniu tego innego uzależnienia, upersonifikowanego w postaci Loretty; tego, którego zaspokojenia był tak blisko. Zbyt długo był głodny.
Konsumować... Ech, o czym to? A tak. Konsumować po ślubie… – Tylko dzisiaj – obiecał znowu, odprowadzając ją wzrokiem. Odwiesił na jeden z foteli płaszcz, który do tej pory leżał na podłodze. W którymś momencie, nie pamiętał już kiedy, zrzucił go z ramion – pewnie wtedy, kiedy Loretta zaczęła wić się w jego objęciach – w przeciwieństwie do roznegliżowanej NARZECZONEJ, dalej był kompletnie ubrany, choć Loretta dzielnie testowała wytrzymałość guzików koszuli, kiedy wsuwała dłonie pod poły jego marynarki i jeszcze niżej. Szybko doprowadził się do porządku, i mechanicznie przeczesał rękoma włosy, roztrzepane wcześniej przez ukochaną.
Chociaż jego serce rozbijało się niecierpliwie o klatkę żeber, był przyzwyczajony do tego, że Loretta lubiła spędzić dłuższy czas na szykowaniu sobie odpowiedniego stroju, na rytualnym doborze biżuterii i równie świętym obrzędzie nakładania perfum, za uszami, na nadgarstkach; czasem nawet w miejscu, gdzie obcierały się jej uda. Lubił, że była elegancka; lubił to, że kiedy ją dotykał, czuł się tak jak gdyby coś niszczył, stawał się skazą na jej idealnym wizerunku; jego brudne dłonie pasowały do jej białej skóry. Ale takie rzeczy tylko po ślubie.
Alexander upewnił się, że dalej ma w kieszeni marynarki pudełeczko z pierścionkiem dla Loretty. Potem podszedł do barku z alkoholami i zaczął przeglądać etykiety zgromadzonych tam trunków. Niektóre sam tutaj przyniósł, inne były regularnie uzupełniane przez właścicielkę. Wybrał trzy butelki – dar dla Shango, cygańskiego szamana, i coś na ich wesele – i odstawił je na stół...
Wtedy Loretta weszła do pokoju.
Roześmiał się szczerze, widząc tę swoją strojną pannę – już niedługo panią – Lestrange. Nie spodziewał się. Nie spodziewał się sukni ślubnej. Nie spodziewał się tego wszystkiego, a jednak – to wydawało się właściwe – nawet gdyby przewidział, że dzisiaj stanie przed nim, gotowa przysięgać mu wierność, nie potrafiłby chyba wyobrazić sobie szczęścia, które teraz wypełniało jego ciało. Złapał jej dłoń, i obrócił kobietą w miejscu, jakby chciał obejrzeć ją całą. Wiedział, że teraz oczekiwała jego atencji, że była chciwa pochwał i uwagi, że musi odrzucić wrodzoną powściągliwość... Ale cóż, Axel lubił folgować jej próżnym zachciankom.
– Moja dziewczynka – wyszeptał więc do jej ucha, kiedy opadła w jego ramiona. W jego głosie dalej dało się słyszeć uśmiech. – Pięknie. Ale musisz wziąć mój płaszcz, albo tam zamarzniesz. Nie mogę zostać wdowcem – dodał tym samym rozbawionym tonem, pozwalając się jej odsunąć, choć jego ręka dalej spoczywała luźno na jej kibici.
Kiedy bombardowała go miłością, tak jak dzisiaj, nie mógł przestać jej dotykać.
– Przystanek: wrzosowiska na północy Yorkshire. Mój stary znajomy, on… Nie wiem, czy ma ku temu oficjalne uprawnienia, ale stacjonuje tam teraz; od lat udziela ślubów po taborach. To religijny człowiek, mądry. Shango zjeździł pół świata, otrzymał święcenia szamańskie. Ma silny dar, krąży w jego rodzinie od pokoleń… Trochę za bardzo lubi alkohol – przyznał wprost, wskazując brodą na przygotowane butelki z winem. – Nie będzie chciał pieniędzy, a dla niego nie ma lepszego podarku. Trochę pokracznie mówi po angielsku, przez te romskie wstawki, ale przetłumaczę ci wszystko, i… – urwał, widząc minę kobiety. Było coś kalejdoskopowego w jej spojrzeniu, coś, czego nie potrafił rozszyfrować. Oparł dłoń o policzek Loretty, zmuszając ją, by patrzyła mu prosto w oczy. Dobrze, że przynajmniej była bez welonu, to w końcu zbrodnia chować przed światem takie piękne oczy. Opisał jej miejsce, w którym mieli wziąć ślub, tak dokładnie, jak tylko umiał. Zabrał ją kiedyś na pobliskie wzgórza, więc okolica nie była jej całkowicie obca.
– Wiem, co myślisz, Loretto. – Axel próbował sobie wyobrazić, jak to wszystko musiało wyglądać z boku. Ona, w eleganckiej sukni, pełna nadziei, taka krucha w tej bieli… Znała go za dobrze, owszem; wiedziała, jak bardzo pociąga go, kiedy jest taka drżąca, strojna w powab arcykobiecej uległości, i tylko w jej oczach mógł dostrzec wyzwanie, ten wewnętrzny bunt wobec wszelkich konwenansów i zasad moralnych, kiedy zerkała na niego spod firany rzęs, tylko na pozór wstydliwa. Mulciber lubił, kiedy roztaczała przed nim tę ułudę, w końcu nie był na tyle głupi, by nie poznać przez tyle lat wszystkich kaprysów jej zmiennej natury. On… Mulciber nie był jeszcze wrakiem, ale kilka razy otarł się o dno piekła. A jednak, teraz stała przed nim, oddana mu, w białej sukni i delikatnych pantofelkach wybierając się na błota wrzosowisk, z trzema butelkami alkoholu, zamiast ze ślubnym orszakiem.
Nie chciał, by myślała, że pijany szaman to dla niego żart. Dziedzictwo jego rodziny od strony matki i cygańskie tradycje były jedną z niewielu rzeczy, o które dawał rzeczywiście jebanie; były dla niego prawdziwe, żywe, wychował się wśród nich, i całe dorosłe życie spędził, próbując odnaleźć się wśród romskiej społeczności, bo nigdy nie czuł się tak, jakby pasował do angielskiej śmietanki magów czystej krwi. Loretta zawsze o tym wiedziała, choć chyba nigdy nie rozumiała jego trudności. Nie dziwiło go to, w końcu doskonale odnajdywała się w świecie, w którym się urodziła.
– Ale dla mnie to prawdziwe, przysięgam. – Ukląkł przy Lorettcie, ujmując lekko jej dłonie. – Prawdziwe jak ty albo ja. Teleportuję się pierwszy – oznajmił, i uśmiechnął się lekko, zanim ucałował jej dłoń. – Złapię cię – dodał, zanim teleportował się z cichym pyknięciem na umówione miejsce.
|