Secrets of London
[08.06.1972] Miłość to słodka trucizna | Sarah i Lorraine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [08.06.1972] Miłość to słodka trucizna | Sarah i Lorraine (/showthread.php?tid=2079)



[08.06.1972] Miłość to słodka trucizna | Sarah i Lorraine - Lorraine Malfoy - 16.10.2023

08.06.1972, siedziba kowenu Whitecroft


Chociaż to Sarah poprosiła o spotkanie i o przyjacielską poradę, to Lorraine była tutaj tak naprawdę strudzonym pielgrzymem szukającym duchowego przewodnika - jej twarz rozjaśniał spokojny uśmiech, kiedy wstępowała na najwyższy, szczerozłoty szczebelek drabiny feudalnej (w skromnych bucikach ledwo co wyczyszczonych z błota pokrywającego niezależnie od pogody nierówny bruk ulicy Śmiertelnego Nokturnu) na którym plasował się ród Macmillanów przewodzący kowenowi Whitecroft - i po raz pierwszy od długiego czasu poczuła jak wypełnia ją światło...

A wróć, to po prostu czekała na nią Sarunia!!, zawsze wyróżniająca się na tle zgromadzonej wokół plebejskiej tłuszczy swoją urodą albinoski, pokładami magicznej many, i listą kontaktów dłuższą zapewne od tej, którą posiadała Lorraine - ponieważ ta obejmowała nie tylko świat doczesny, ale i abonament na rozmowy z duchami w Limbo! Miła odmiana, zwłaszcza że Malfoyówna myślała, że jedyne światełko jakie zobaczy w życiu, to takie metaforyczne, na końcu tunelu (niech Matka ma w opiece Rookwooda z tymi jego ambicjami na bossa Podziemi, obawiała się, że ją załatwi po skończonej robocie...). Ale wróćmy do początku, ponieważ Lorraine przyszła tu z misją, a nawet może i z Misją, tak z wielkiej litery! Lorraine nawykła była do dźwigania krzyża ciężaru swojego wilowego dziedzictwa, codziennie bowiem toczyła zaciekłą krucjatę podrywu wobec niewiernych, flirtując ze wszystkim, co się rusza, a potem udając, że to wredny żart...

Wierzyła jednak, podobnie jak ciocie dobre rady ze specjalnej rubryczki lifestyle'owej w Czarownicy, że każda kobieta może odkryć w sobie naturę kokietki. Że Macmillan nie wie, jak zatrzymać przy sobie chłopaka? Cóż, gdyby Lorraine to wiedziała, nie siedziałaby na Nokturnie, tylko miała już rozstępy, szóstkę dzieci i wielki dwór jako małżeńską współwłasność majątkową, ale wolała prowadzić życie przestępczyni i przygarniać kotki jak stara panna. Zawsze miała słabość do przybłęd, cóż poradzić.

- Czy otrzymam błogosławieństwo za dar dla mojej ulubionej kapłanki? - zapytała więc, z psotną nutką w głosie, przekazując Sarze naręcze białych lilii i całując powietrze obok jej policzków. Lilie były co prawda za mało wymyślnymi kwiatkami, by pasować do oryginalnej urody spirytystki, ale ich prostota stanowiła miły kontrast. Orchidee mogłyby przecież stanowić afront dla pani domu, zresztą, były kosmicznie drogie... Zapewne Macmillanówna wolałaby, by żaden kwiatuszek nie ucierpiał z jej powodu, taką miała bowiem słodką i zaprawną dobrocią naturę, ale Lorraine gotowa była dopisać do swojej karmy cierpienie paru badyli, jeżeli to oznaczało uśmiech Sarah.

- Jak się czujesz? - Sarah, choć wydawała się tak krucha ze swoją efemeryczną postaci, nie była zwykłą kobietą. Malfoy mogła podziwiać jej wiarę, wewnętrzną siłę, dobroć, ale najbardziej podziwiała to, że jest w tej dziwnej dziewczynie coś, czego nie można przeniknąć rozumem. Gdyby nawet ktoś użył legilimencji, wątpiła, by wyszedł z głębi umysłu spirytystki cało. Była silniejsza niż wszyscy myśleli. Jednak Lorraine była świadoma, że nie miały zbyt wiele okazji, by rozmawiać ze sobą od czasu tegorocznego Beltane - Malfoy chyba po raz pierwszy w życiu zdjęło tak potężne choróbsko, że musiała spędzić czas przygotowań w łóżku - wydarzenia, które w pewnym stopniu wstrząsnęło Sarą, a przynajmniej tak po cichu sądziła, starając się nie poruszać w ich rozmowach spraw, których nie rozumiała, a raczej być otwartą na dawanie po prostu wsparcia emocjonalnego. Tak, Lorraine Malfoy i emocjonalne wsparcie, haha. Przynajmniej próbowała, ok!!

- Wybacz, że zaczęłam od amortencji... - usprawiedliwiła się, myślami wracając do wysłanego przyjaciółce listu. Ujęła przyjacielsko dłoń Sarah, kiedy to mówiła, jakby zwierzała się jej z jakiegoś niegrzecznego sekretu... Cóż, właśnie tak było. Ale zauważyła, że Macmillan zawsze podobały się figlarne iskierki w jej oczach.

Odpowiedziała na jej list wcześnie rano, zaraz po tym, jak z objęć Morfeusza (nie, z nikim takim nie sypiała, to metafora) wyrwała ją wizja smoczego ognia i potworny ryk... Ale już nie smoka, tylko jakiejś krzyżówki aligatora z psidwakiem, jak skonstatowała po szybkim rzucie oka na klatkę schodową starej kamienicy, gdzie mieścił się apartament ruskiego dilera, u którego teraz pomieszkiwała. No tak, był piątek, a wtedy bukmacherzy obstawiali walki tych wstrętnych hybryd. Bała się, że od tych ich ryków może popękać szkło laboratoryjne - jeszcze by jej zabrakło amortencji - więc wysłała Sarze eliksir miłosny, taki prima sort, jako zabezpieczenie, choć może było to zbyt pochopne...

- Po prostu nie wiedziałam, jak pilna jest ta sprawa... Więc? Mój sen był proroczy, czy czytam za dużo tanich harlekinów z magicznymi stworzonkami?


RE: [08.06.1972] Miłość to słodka trucizna | Sarah i Lorraine - Sarah Macmillan - 08.01.2024

Kowen powitał ją silnym zapachem palonych kadzideł.

- Jesteś pewna, że go chcesz, Lola? Bo ostatnio modliłam się o pokój na świecie i bezpieczny sabat, a później Voldemort zabił tam tyle osób, że ojciec nie nadążał z planowaniem pogrzebów. - Nie zapytała, czy wręczone jej linie przeznaczone były właśnie pogrzebowym wieńcom, tak samo jak nie śmiałaby zapytać, czy szminka zdobiąca jej usta była tą samą, która zdobiła twarze trupów zebranych z Doliny Godryka, chociaż takie właśnie myśli ją nachodziły, kiedy myślała o Lorraine. - Wybacz... czuję się beznadziejnie. - Nie miała po co kłamać. Zresztą, nawet gdyby łgała, to Malfoy nie była ślepa, a Macmillan miała tak podkrążone oczy, jakby w ogóle dzisiaj nie spała, albo... jakby płakała. Prawda leżała po obu stronach - nie spała, bo płakała. Nie miała pojęcia co z tym wszystkim zrobić, a wstydziła się iść do jednej ze swoich kuzynek zerwać rytuał z Charlsem DZIEŃ po tym, jak ojciec oznajmił jej, że wychodzi za mąż za obcego sobie typa. - Wydaje mi się, że ta amoltencja też mi się już nie przyda. To znaczy... znasz mnie, potem zhrobię z niej ciastka. - Ciastka z tą samą wkładką, która zapewne doprowadziła do tego nieszczęsnego wrzucenia wianka na pal... No bo w końcu młody Rookwood wypił jej herbatkę z prądem zaledwie kilkanaście minut przed celebrowaniem zwycięstwa, kiedy znalazł się na jego szczycie najszybciej z grupy rywalizujących z nim młodzieńców.

Odetchnęła, po czym dmuchnęła sobie w grzywkę. Oczywiście nic to nie dało i musiała poprawić to dłonią.

- Chodź - powiedziała, splatając ich palce i prowadząc ją do swojego pokoju. Czasami przesiadywała w którejś z wolnych sal na parterze budynku, ale dzisiaj... nie, dzisiaj żadne wścibskie uszy nie mogły usłyszeć tego, co jej powie. Elegancko urządzone wnętrze było odzwierciedleniem gustu i poczucia estetyki jej matki - nijak nie przypominało chaotycznego, pełnego zdjęć i obrazów domku nad walijskim wybrzeżem, w którym uwielbiała spędzać wolny czas i pracować nad nowymi projektami - tutaj ze ścian był chłód.

Dlatego właśnie Sarah uwielbiała leżeć na łóżku i wpatrywać się w zamontowany tam przez ojca, zaklęty baldachim. Po odłożeniu kwiatów do wazonu pociągnęła Malfoy na materac, żeby mogły wyłożyć się na plecach i spojrzeć w rozgwieżdżone, nocne niebo, jakie towarzyszyło jej przed zaśnięciem. Fakt, że całkowicie zignorowała przygotowane wcześniej smakołyki i drinki stojące na stoliku tuż obok, świadczył o niebywałej powadze sytuacji - szykowała się jedna z tych rozmów. Tych, których nie można było powtarzać innym pod groźbą nierozmawiania ze sobą nigdy więcej.

- Lola... Mój przypadek jest skhajnie beznadziejny. Wiesz, jak podczas sabatu żeśmy urządzili lytuał, to jeden z moich najlepszych przyjaciół, któly podobał mi się od dłuższego czasu, wrzucił ten wianek na szczyt pala. I ja nie mogę przestać o nim myśleć, a on... on mi powiedział, że nie chce ze mną być w taki sposób. - Tak, nie chciał jej nawet po tym cholernym rytuale! - Zaklęcie tak silne, że ludzie powahiowali na jego punkcie i pozlywali małżeństwa, a ja popłakałam się w poduszkę już trzy lazy. Miał przyjść na ulodziny Effie, ale ona dostała jakiejś choloby. Myśleli, że to Ghoszophryszczka, ale jednak nie i już jest zdlowa, więc pewnie urządzimy je w lipcu... a ja nie umiem spojrzeć mu w oczy. Może po plostu zgubię jego zaploszenie... Eh, to już i tak nie ma żadnego znaczenia.