Secrets of London
[listopad 1970] Cienie rosną - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [listopad 1970] Cienie rosną (/showthread.php?tid=2101)



[listopad 1970] Cienie rosną - Brenna Longbottom - 18.10.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III

Była jesień: ta najpaskudniejsza jesień, tuż przed nadejściem zimy, kiedy niebo pokrywają szare chmury, wszędzie pełno jest błota, a wiatr lubi porywać parasole, mające chronić przed co rusz padającym deszczem. W drugiej połowie listopada nawet Dolina Godryka stawała się jakoś brzydka. Las widoczny z okien jednego z górnych pięter Strażnicy sprawiał ponure wrażenie.
A może Brennie tylko tak się wydawało, bo w tym roku jakoś wszystko było bardziej szare, bardziej ponure i bardziej brzydkie niż w poprzednim. Mniej więcej od tego ranka przed kilkoma dniami, kiedy z nagłówków gazet zaczęły krzyczeć informacje o Voldemorcie, a ten cudny pseudonim padał raz za razem z radia (jeszcze nie bali się go używać – jeszcze było słowem kluczem w tym przypadku).
Wpadła do Strażnicy na podobieństwo huraganu. Najpierw przebyła oczywiście ścieżkę wśród gąszczu, przez który drogę torowało zaklęcie, a potem zbliżyła się do budynku, sprawiającego takie wrażenie, jakby miał zaraz się zawalić, nim dostała się do środka. Przewinęła się przez przygotowywane tutaj pracownie z notatnikiem, zajrzała do wszystkich szafek, a teraz rozsiadła się na parapecie. Okno otworzyła – może nie powinna, na zewnątrz było chłodno, ale po prostu potrzebowała powietrza – i absolutnie nierozważnie zwiesiła nogi na tę niewłaściwą stronę. Czerwono – złoty szalik, trochę już wyblakły po latach od intensywnego użytkowania, owinęła tak, że zakrywał jej szyję, ramiona i częściowo plecy, chroniąc nieco przed chłodniejszymi powiewami. W ręku trzymała ten swój nieszczęsny notatnik i zapisywała w nim listę dłuuugich zakupów, które powinna dokonać na Pokątnej.
Nie była najostrzejszym nożem w szufladzie, ale miała do zaoferowania Zakonowi dwie rzeczy, czyli swoje życie i swoje pieniądze. Ta druga mogła przydać się bardziej.
Drgnęła i omal nie wypadła z okna, kiedy kątem oka wyłapała czyjś ruch. Chociaż niby wiedziała, że tutaj nie powinien wejść nikt niepowołany… Odwróciła głowę błyskawicznie, pióro upuściła na podłogę, sięgając po różdżce… ale to był tylko Cain.
– Merlinie, zawieś sobie dzwoneczek na szyi! – zażądała, posyłając mu uśmiech. – W ogóle nie słyszałam, jak tutaj wchodziłeś. Co, Moody już cię wciągnął? – spytała. Pewnie sama by do niego pobiegła, ale zakładała, że albo Alastor, albo Patrick, i tak przewiążą go ładną wstążeczką i sprezentują Dumbledore’wi niczym najpiękniejszy prezent. A jej obecność tutaj... No, chyba nie powinna go dziwić, tak jakby znali się nie od dzisiaj, jeżeli nawet Brenna nie pobiegłaby do miejsca, gdzie można narazić życie, to jakimś cudem wszystko złożyłoby się tak, że i tak by tam trafiła. Nawet gdyby miał ją po prostu porwać dziwny podmuch wiatru. – Przyszedłeś obejrzeć Strażnicę czy na kogoś czekasz?


RE: [listopad 1970] Cienie rosną - Cain Bletchley - 18.10.2023

Tu było... ładnie. Otoczenie dzikiej natury zawsze wprawiało Caina w dyskomfort i podziw jednocześnie. Nie był zupełnym ignorantem na uroki natury, były super, też lubił sobie popatrzeć na piękne morze, czy tam inne góry... Natomiast kiedy widział nadmiar zieleni zastanawiał się, czy jeśli zaraz się dwa razy nie obróci to już nie będzie wiedział, gdzie w sumie się znajduje. Nie zmieniało to tego, że było tu po prostu ładnie. Nawet zawalone rudery w takim otoczeniu zamiast stanowić obrzydliwy element, bo szpecący, krajobrazu to tylko dodawała mu uroku. Chodziło o pewien dysonans, o pewną różnicę tego, że zieleń kwitnie, a tu coś butwieje, rozkłada się...

Tak prawdzie mówiąc bardziej był rozbawiony całą tą otoczką tajemnicy, jaka była w to wszystko wplątywana niż zdziwiony tym, co zostało mu zaprezentowane i wyjaśnione. Szok? Zdziwienie? "Well... cool." Co innego mógłby powiedzieć i jak niby to lepiej skomentować niż wzruszeniem ramion? Jeśli widziało się za dużo to w końcu niektóre rzeczy przestawały być tajemnicą. Po prostu. Z Brenną, Patrickiem i Alastorem widywał się zaś zdecydowanie zbyt często, słuchał ich za długo i spędzał odrobinę za wiele czasu, żeby grać deb... nie, w zasadzie na to, żeby grać debila nigdy nie było niczego za długo czy za wiele. Bo udawał, że nic nie wie, niczego nie widzi, kciuk w górę i do przodu. To były osoby, którym przecież ufał. Zgoda, Brennie może niekoniecznie, ona chyba zamiast każdego normalnego człowieka urodziła się w łonie wypełnionym zamiast wodą... czy cokolwiek tam wypełniało... to łono, w którym ona leżała były same eliksiry energetyzujące. To było wręcz nienormalne, ile ta kobieta miała energii i jak wszędzie jej było pełno. Mimo to - przyjemnie się koło niej pracowało w BUMie. Albo właśnie - głównie dlatego. Cain całkiem lubił, kiedy inni wyrywali się naprzód, bo jemu na bieganie nie starczało zazwyczaj sił. Zresztą pewnie potknąłby się o własną sznurówkę.

- Brenna Longbottom, ależ jestem zaskoczoony. - Widział aury. Widział również nici. Tym nie mniej - tak, był zaskoczony widokiem Brenny tak bardzo, że aż wcale i nawet nie silił się na to, żeby to udawać. Za to prawie podskoczył razem z nią, kiedy tak się zdziwiła jego obecnością. - Już? Albo dopiero? To była formalność, wiesz. - Rozejrzał się po wnętrzu z ciekawością, zastanawiając się, ile tak naprawdę osób przemierzało te mury, kto się tutaj znał, kogo on jeszcze nie znał, kogo dane mu będzie poznać? - Znasz mnie, wystarczyło mi powiedzieć, że będę mógł irytować ludzi za darmo. Nie mogłem przegapić takiej przeceny. - Cain potrafił poddymiać już w szkole. Rzucał teksty z dupy, typu "Timothy nosi majtki w słoniki", zaczynała się afera, a jego już nie było, albo stał z boku i zżerał przysłowiowy popcorn. I nikt nie wiedział, czy to faktycznie było z dupy czy Cain mówił prawdę. Nie zmieniło się to w dorosłym życiu. Potrafił wejść do biura, wszyscy piją kawkę, nagle tekst "Nobby Leach wspiera reprezentację Londynu w quidditchu". I afera. A ten się zgadza, ten nie zgadza, a quidditch do dupy! A Cain bierze kawkę, wychodzi, jakby nigdy nic prosto do swojego biureczka. Nie to, że celowo wszystkich chciał krzywdzić - chyba że faktycznie kogoś nie lubił, ooo! Taki Timothy na ten przykład. Teraz już zostało poddymianie tych, którzy się uważali za samą ciemność. Więc kiedy było powiedziane, że można im przeszkodzić - proszę bardzo. Cain już był kupiony.

- Alastor mnie wtajemniczył, więc przyszedłem się rozejrzeć. - Przysiadł na krańcu biurka, spoglądając, co tam kobieta skrobie. Ale nie czytał. Raczej patrzył na biurko, ruch dłoni, na nią - to wszystko. - Dużo pracy, co?




RE: [listopad 1970] Cienie rosną - Brenna Longbottom - 18.10.2023

W aurze Brenny nie było niepokoju ani rozpaczy. Tak, w dniu, gdy Voldemort ogłosił początek swojej chorej krucjaty, przenikał ją chłód, a obawa o bliskich i ból, że takie rzeczy dzieją się w świecie czarodziejów, zabarwiały otaczającą ją żywą czerwień, odbierając jej intensywność.
Teraz jednak Longbottom była po prostu zdeterminowana. Patrzyła w przyszłość, z przekonaniem – może nieco naiwnym jak na kobietę mającą dwadzieścia pięć lat – że cokolwiek nadejdzie, stawią temu czoła.
A że to widział?
Pewnie by jej to nie przeszkadzało.
Brenna tak naprawdę nie miała wiele do ukrycia. Nie mógł zobaczyć chyba niczego, czego nie byłaby skłonna pokazać.
To miało się zmieniać – bo wojna zmieniała wiele rzeczy, podobnie jak przynależność do Zakonu, sam Zakon był przecież sekretem – ale zawsze była szczera i raczej bezpośrednia, a jedyne, czym nie chwaliła się na prawo i lewo, to widmowidzenie i te wszystkie nieładne rzeczy, jakie widywała w kręgu. Radziła sobie jednak z tym nieźle, i jej aury, znamionującej energiczność, nie pokryła szarość, a smutek czy żal wywołany sprawami, szybko topiła w radości z drobiazgów i w uczuciach wobec przyjaciół. Danielle od małego widywała wszystkie kolory aury Brenny, i wszystkie uczucia, jakie ta miała wobec innych, jak się okazało, to samo robił od jakiegoś czasu Patrick, pewnie niegdyś i Moody (o czym jednak akurat nie wiedziała), Ida w dowolnej chwili mogła przejrzeć jej intencje…
…i to była po prostu część ich natury.
W Hogwarcie nie mogłoby przeszkadzać jej, że Cain może grzebać jej w aurze czy dostrzegać nici powiązań z innymi. Teraz też nie. Jedyna relacja, którą niekoniecznie chciałaby dzielić się ze światem, to nienawiść wobec Borginów, a skoro Bletchley dołączał do Zakonu, to tak naprawdę nie miało wielkiego znaczenia.
Jeśli miał ochotę czytać sobie jej nastroje i relacje z ludźmi, nawet gdyby to oznajmił, nie miałaby w tej chwili nic przeciwko. Może za dwa lata, ale nie teraz.
– Kurde, Cain, mógłbyś postarać się trochę bardziej. Wiesz, chociaż krzyknąć coś w rodzaju „co ty tu robisz?!” albo jakoś tak. Teraz będę płakała w kącie, że jestem nudna i przewidywalna – westchnęła z udawanym smutkiem, przerzucając nogi przez parapet tak, by teraz stopy zawisły nad podłogą, nie kilkanaście metrów nad ziemią. Chociaż no, była przewidywalna. Jak już wiedziałeś, że istnieje Zakon, to się jej tu spodziewałeś. Nudna pod wieloma względami pewnie też.
– I jeszcze teraz mówisz, że masz zamiar ze mną rywalizować? Masz pożyczyć chusteczkę? Otrę łzy albo cię nią uduszę, żeby szybciutko pozbyć się konkurencji – powiedziała, chociaż na usta uśmiech cisnął się jej sam. Nigdy nie miała nic wobec tego typu uwag w wykonaniu Bletchleya. Bawiły ją wręcz. – I jak ci się podoba nasze małe królestwo? – zapytała, odruchowo odrywając spojrzenie od niego, by przesunąć je po pomieszczeniu. A potem uniosła notatnik, o który spytał. – Lista zakupowa. Pomyślałam, że będzie potrzebować trochę rzeczy, skoro ten jebany drań i jego zwolennicy już zaczęli się wszędzie panoszyć – wyjaśniła. – Pracy samej w sobie tak naprawdę dużo wcale nie mam.
Niestety. Tak, mieli jakieś tam zadania, ale nie mogli zrobić tak naprawdę wiele, a to nieco frustrowało momentami Brennę, zawsze wyrywającą się do działania.


RE: [listopad 1970] Cienie rosną - Cain Bletchley - 19.10.2023

To było w Brennie najlepsze - że nawet nie próbowała ukrywać swoich intencji czy emocji. A jednak miała się nauczyć kłamać. Korzystać z tego wrażenia, jakie sprawiała, że każdy tak bardzo jej ufał i nikt nie podważał jej słowa, dopóki nie łapał zbyt dużej ilości niedopowiedzeń. A nawet i wtedy mieli mówić, że rozumieją. I kochać ją dalej taką, jaka jest. Brenna była naprawdę pomylonym zjawiskiem tego świata. Błędem w kodzie, który tworzył Bóg, anomalią, jaką mieli stać się co najmniej Zimni w przyszłości. Z tym, że ona była Ciepła. Gorąca wręcz.

- Brenna! - Mężczyzna położył dłonie na policzkach i otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Jakby naprawdę był zszokowany, że tutaj jest, jakby dopiero ją zobaczył. Chociaż miało to przerysowany kontekst siłą rzeczy, a i jego ton był przekolorowany. - Co ty tu robisz! - To było niebezpieczne, chociaż się z tego śmiali. Gdyby wróg znalazł chociaż jednego z nich to potem... Potem to była wędrówka po sznurku. Rodzina, znajomi... Ciemność zebrałaby żniwo, a zboże sami jej hodowali. Rosło bardzo dorodne. Byli oczywiste, że to miejsce musiało pozostać tajemnicą. Wielką tajemnicą. Fakt jednak, że kto jak kto, ale Brenna wydawała się być daleka od bycia mistrzynią zbrodni. To, jakie niebezpieczne było stawianie tych tajemnic ramię w ramię w takim gronie było zaś pierwszym, co przyszło Cainowi do głowy. Ostatnie jednak co by o Brennie powiedział to nuda i przewidywalność. Nigdy nie widziałeś, gdzie ją nogi poniosą, gdzie tym razem będzie, z kim będzie się pakowała w kłopoty. To była ruletka. Wiadome było tylko to, że na nią mogłeś liczyć. I jeśli coś złego będzie się działo to stanie po właściwej stronie. Chociaż w obliczu tych czasów Cain wątpił. Widział doskonale - ludzie byli zbyt skłonni do zmiany.

- Jesteś kobietą i nie masz w swojej torebce bez dna chusteczek? Wstyd mi za ciebie. - Uśmiechnął się szeroko, chociaż Cain miał czasem ten specyficzny sposób żartowania że nie do końca było wiadomo, czy mówi serii, czy to dalej żart. Robił to zresztą celowo. Rozejrzał się raz jeszcze po jej pytaniu. - Ładne gniazdko. Gratuluję dekoratorowi wnętrz. - Czy był osobą odpowiednią do oceniania tego... Piękno było ponoć względne i każdy mógł powiedzieć swoje. Więc skoro już pytała to tak - było przyjemnie. Wręcz tak dziwnie przyjemnie... - Łatwo zapomnieć, że to miejsce powstało by rozmawiać o mordach, mordercach i psychicznie pojebanych. - Jakoś potrafił łatwiej przyjąć, że ktoś zamordował pod wpływem emocji. To, że ktoś mordował, bo mu się nie podobało mugole i mugolaki... Oh, cóż. Mugole byli problematyczni, fakt. Natomiast byli ludźmi - my wszyscy nimi byliśmy. Może na to patrzył trochę inaczej przez wychowanie się w mugolskim świecie?

- Będzie kiepsko, co? - Cain nie uważał się za optymistę, ale nie chciał też uchodzić za pesymistę. Rzucił to zdanie w przestrzeń zastanawiając się nad tym, co mówił mu Alastor, co znowu miało po Grindelwadzie wstrząsnąć światem. - Kup dużo czekolady. Każdy powinien dostać przynajmniej jedną tabliczką z odpowiednią wyprawką. - Tak apropo zakupów i tego, że, jak ona to ujęła, jebany drań i jego zwolennicy zaczęli się panoszyć. - Pewnie znowu przyjdzie walczyć kilku wyzwolonym, bo taki los bohaterów, zanim Ministerstwo się ocknie. - No to pytanie, nie to stwierdzenie. Bo o co tu niby pytać? Ale też - co tu stwierdzać? Wrócił spojrzeniem do Brenny wywalonej niemal jak królowa, tylko bez królewskiej gracji.




RE: [listopad 1970] Cienie rosną - Brenna Longbottom - 19.10.2023

Nie lubiła kłamać. I kłamała bardzo rzadko, najczęściej w takich sprawach jak „to wcale nie boli” albo „ależ wszystko w porządku, wcale nie oberwałam tak bardzo”. Ale umiała bawić się słowem, a w kolejnych miesiącach stawała się w tym tylko coraz lepsza. Nie łgała, póki nie była do tego zmuszona, zresztą w kłamstwach – kłamstwach nie była jakaś dobra, za to stawała się mistrzynią półprawd i niedopowiedzeń. Albo w opowiadaniu prawdy w tak absurdalny sposób, że każdy uznawał, że Brenna go wkręca.
- Lepiej - pochwaliła Brenna Caina, a po jej ustach błąkał się uśmieszek.
Sama też doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak łatwo może tu pójść lawina. Jedno z nich wpadnie i istnienie całego Zakonu przestanie być tajemnicą. Miała wiele wątpliwości wobec tej decyzji Dumbledore'a - czuła, że lepiej, gdyby pracowali w mniejszych komórkach, mając łączników - ale też ufała mu po prostu, poza tym nie było ich znowu aż tak wielu, aby mogli budować wielką strukturę. Zresztą... dużo osób miało znaleźć się po prostu w sieci. I śmiała się z tego - śmiać się miała przez kolejne miesiące, kolejne lata, bo Voldemort przynosił ze sobą dosyć cieni, i sprawiał, że gorycz i strach wkradały się do zbyt wielu serc i umysłów.
Brenna nie wiedziała tego jako nastolatka, ale jako dorosła przeczuwała przynajmniej, że jej pajacowanie, nawet jeżeli wielu irytuje i doprowadza do chęci mordu, innych pociesza. Nie wspominając już o tym, że było doskonałą zasłoną dymną.
Cokolwiek jednak miała przynieść przyszłość, Cain Bletchley nie musiał się zastanawiać, czy ona stanie po właściwej stronie. Nie istniał świat, w którym Brenna mogłaby poprzeć Voldemorta, bo wtedy nie byłaby już Brenną.
- W sumie to mam, ale pożyczenie takiej od ciebie, żeby wydmuchać w nią hałaśliwie nos, byłoby bardziej dramatyczne - oświadczyła. Chociaż przyszła tu z plecakiem, nie torebką. Torebka dyndająca na jednym ramieniu utrudniała nieco szybkie poruszanie się, a Brenna bardzo nie lubiła, kiedy coś ją spowalniało.
Zawahała się, kiedy spytał, czy będzie kiepsko. Uderzyła piętą o ścianę. Nie to, że zbił ją z tropu, czy nie chciała odpowiadać. Raczej zastanawiała się przez moment, jak ubrać myśli w słowa.
I tym razem zdecydowała się nie żartować. To było poważne pytanie.
- Będzie - przyznała szczerze, z tym czarnowidztwem, które tak często krytykował u niej brat. - Zginą ludzie, bo nie wierzę, że złapiemy tego drania jutro, pojutrze czy za miesiąc. Wszystkie najgorsze męty zbiegną się do niego, czy to dla władzy czy potęgi, czy dlatego, że dzięki niemu będą mogli robić krzywdę innym bezkarnie. Inni dołączą ze strachu. Ministerstwo będzie działać, ale dokładnie jak ćwierć wieku temu, sparaliżują je szpiedzy i biurokracja. Ale po to tutaj jesteśmy, prawda? Żeby coś z tym zrobić. Poza tym...
Brenna sięgnęła po plecach, oparty z boku parapetu o ramę okna i wydobyła z niego... nie, nie chusteczkę. Czekoladową żabę. I znów uśmiechnięta, wyciągnęła ją w stronę w Bletchleya.
- Obrażasz mnie. Miałabym nie mieć czekolady już przygotowanej? Daję słowo. Tego nam tutaj nie zabraknie.


RE: [listopad 1970] Cienie rosną - Cain Bletchley - 19.10.2023

Ach, właśnie, kłamstwo a niedopowiedzenia... Niektórzy uważali że nie było różnicy, ale się mylili. Była bardzo duża nawet różnica. Kłamać trzeba umieć. Trzeba potrafić panować nad ciałem, nad tonem, spojrzeniem. Przypilnować, żeby nic nie odbiegało od normy. Cain tworzył na to swój własny sposób - zamiast uznawać kłamstwo za odbieganie od normy to raczej czynił całą normę podatnym kłamstwem. Brzmi dziwnie? Być może bez wyjaśnienia. Natomiast pominąć coś czy przeskoczyć... Tak, to też trzeba zrobić umiejętnie. Niektórzy mieli wypisane na twarzy próby utajnienia wiadomości. Mieszali się, spinali, nie wiedzieli jak zatańczyć w ten rytm, żeby nikt się nie zorientował. Z tego powodu też niektórzy byli podatni bardziej na kłamstwa od innych. Brenna też wypracowała sobie swój sposób na kłamanie. To pomijanie niektórych rzeczy. Zbudowała też swój świat, gdzie wszyscy stawali się bardziej podatni do spijania słów z jej ust. Bez znaczenia, co dokładnie z tych słów miało płynąć. Cain temu nie przyganiał. On to szanował.

Zrobił teatralny gest, by i kompozycji słów i ruchów stała się zadość, niby to się kłaniając jak aktor na deskach teatru, kiedy doceniła jego starania. I z żadnym z tych gestów nie spieszył się za bardzo. Niektórzy posądzali go wręcz o bycie flegmatykiem i nawet by się z tym nie kłócił. Składało się na to bardzo wiele czynników, których nawet nie chciało mu się wyliczać. Przy Brennie było proste porównanie - ona była gepardem, on był leniwcem.

Zaśmiał się na to dramatyczne smarowanie w nos jego własną chusteczką. Oj tak, Brenna by była do tego zdolna. Ba! Bardzo by jej to pasowało. Dżentelmen wręcza jej chustę na otarcie łez, a ta głośno i wyraźnie i wyraźnie zaczyna wcierać w nią swoje gile zamiast łez. Królowa romantyczności. Ale co on tam widział. W końcu nie mógł mówić o wielkich miłosnych doświadczeniach. Dlatego lepiej było w towarzystwie takiej Brenny, która chociaż nie oczekuje od ciebie, że przysuniesz jej krzesło do stolika i nie zabije wzrokiem kiedy żartujesz, że ma okres.

- Brenno. - Uśmiechnął się ciepło po jej słowach, tak jakby było do czego się uśmiechać i z czego. A nie było, nawet ona sama zrzuciła żartobliwy ton, kiedy o tym mówili. O tym czasie ciemności, w którym przyszło im żyć. - Jak dobrze mieć w tobie bratnią duszę. A już sądziłem, że tylko ja i Alastor będziemy chodzić z nosem na kwintę. - Żartował z tym nosem na kwintę, bo nikt z nich tak nie chodził... No dobra, Moody czasami wyglądał jakby mu kot do gaci nasrał, ale to on. Starszemu wolno, ten dziadek pewnej miał już reumatyzm.

Co się jej jednak bezbłędnie udało to ta żaba wyciągniętą z plecaka. Nieco zaskoczony (a być zaskoczony nie powinien) wyciągnął po nią rękę i obrócił pudełeczko, spoglądając na nie z uśmiechem. I to całkowicie szczerym, rozczulonym uśmiechem, kiedy wspomnienia wracały do czasów szkolnych, kiedy zakup takiej żaby był prawdziwą przygodą. Chociaż w przypadku Caina - jej kradzież. Dopóki Brenna go nie przyłapała i nie dała mu swojej. Teraz na pieniądze nie narzekał, chociaż się nie przelewało. Długi ciągnęły się jak smród po gaciach. Przynajmniej było za co żyć z pensji aurora. Przez chwilę nie odpowiadał, patrząc na to pudełko i to nawet nie radośnie a smutno. Było coś przeszywająco prawdziwego w tej krótkiej chwili, kiedy żaba była taka lekka w dłoniach i ten gest przy tym trudnym temacie był tak lekki i ciepły. W końcu powoli wyciągnął żabę z powrotem do Brenny i położył ją obok niej na blacie.

- Dobrze wiedzieć, że niektóre rzeczy się jednak nie zmienią. - Tak, torebki jakoś nie pasowały do Brenny, kiedy o niej myślałeś. Sukienki niby też nie. A jednak była nadal kobietą i przecież sukienki powinny być główną ozdobą jej garderoby. Czasy się zmieniały. W niektórych przypadkach - na szczęście. W innych - niestety. - Dobrze będzie walczyć u twojego boku. Na znak naszego połączenia następny złapany zwolennik klęknie przed tobą na kolana i zaproponuje ci ślub. - Uśmiechnął się, rozpraszając tę melancholię, jaka osiadła na meblach i jak przy ozdobach - na ludzkich ramionach..




RE: [listopad 1970] Cienie rosną - Brenna Longbottom - 19.10.2023

Po prawdzie nie budowała tego świata świadomie. W jej zachowaniach i stosunku wobec innych ludzi nie było fałszu - a przynajmniej nie innego niż uśmiech posyłany Borginowi w Ministerstwie czy uprzejme dzień dobry dla Fortinbrasa Malfoya, mijanego na korytarzu. A i przed nimi nie czarowała przecież, że ich lubi - ot nie okazywała jawnej niechęci. Brenna zresztą szczerze lubiła otaczające ją osoby, często nawet tych, którzy nie przepadali za nią. I bardzo wiele z nich wręcz kochała. Kochanie innych chyba przychodziło jej aż nazbyt łatwo.
Chyba nawet nie zgodziłaby się z tym, że ludzie tak łatwo jej ufali. Brat owszem, ale no... był jej bratem. I właściwie nawet nie próbowała go nigdy oszukiwać, przynajmniej póki ktoś inny nie chciał utrzymywać czegoś w tajemnicy.
Niemniej daleko było jej do Caina, prawdziwego mistrza kłamstw, który przy okazji tak wiele wiedział. Więcej niż domyślałaby się Brenna, chociaż doskonale dostrzegała, że był typem obserwatora. To mieli ze sobą wspólnego, on i jego kuzyn. Tyle że Patrick rzucał się w oczy jeszcze mniej.
Nikt nigdy nie wręczył jej chusteczki na otarcie łez, bo ostatni raz płakała w czyimś towarzystwie, mając jakieś pięć lat. Płakała zresztą ogólnie bardzo rzadko i nie pamiętała, kiedy coś takiego by się zdarzyło. Ale nosiła przy sobie chusteczki. Ktoś mógł takiej potrzebować. Albo ona - żeby otrzeć sobie krew z rozwalonego nosa.
- Och, Alka nigdy nie przebiję - stwierdziła, też się uśmiechając. Temat nie był łatwy, ale czy siedzenie teraz tutaj naprawdę z nosami na kwintę w czymkolwiek by pomogło? - Pewnego dnia wyczaruję mu nad głową taką małą, burzową chmurkę, żeby dobrze oddać jego nastrój - dodała, robiąc przy tym komiczną minę.
Moody wcale nie był pozbawiony poczucia humoru. I był naprawdę dobrym człowiekiem. Ale sytuacja życiowa i to, co działo się na świecie, zdawało się go przytłaczać coraz bardziej i bardziej. A Brenna trochę się o niego martwiła, ale też nie sądziła, że gdyby wyciągnęła do niego jawnie dłoń, zechciałby ją chwycić. Pozostawało jej czasem podsunąć mu ciasteczko i popleść głupoty za uszami.
- Ale jeżeli chodzi o ciebie... no weź, chcesz robić mi konkurencję w irytowaniu ludzi, a teraz jeszcze w trzymaniu nosa na kwintę? Ja naprawdę nie wiem, chyba powinnam cię zepchnąć z tej wieży, póki jesteśmy tutaj sami.
Były rzeczy, które się nie zmieniały. I miała nadzieję, że nie zmienią się szybko. Jedną z nich były cukierki i żaby w jej kieszeniach, rozdawane na prawo i lewo. Kiedy zdawało się jej, że ktoś jest smutny, kiedy pasowało to do sytuacji, albo kiedy po prostu postanawiała nagle taką wyciągnąć, bo niby dlaczego nie. Nie wierzyła już, że czekolada wszystko osłodzi, to działało tylko w Hogwarcie, ale jakoś... odruch po prostu pozostał.
A tuż po tym, jak przyłapła go na kradziezy tej żaby, przesłała mu ich setkę na święta, rzecz jasna anonimowo, bo jeszcze poczułby się głupio wiedząc, że to od niej. Wydała na to miesięczne kieszonkowe, ale kto by się przejmował, zwłaszcza, że potem na święta dostała od dziadka dwa razy tyle...
- Nawet nie sprawdzisz karty? Cios w samo serce - westchnęła, dotykając klatki piersiowej.
Po prawdzie nosiła niekiedy sukienki. Była mimo wszystko córką Potterówny, a i miała pewne obowiązki wobec rodziny. To Mavelle musiała ubierać w takie przemocą. Ot zwykle nie zakładała ich na co dzień - bo ograniczały ruchy - a i na przyjęciach wybierała zwykle te, które miały proste kroje, w żadnych krzykliwych kolorach, ułatwiające byciem tłem na salach balowych. Nie nadawała się do błyszczenia tam i ani myślała się ośmieszać, ale to nie tak, że byłaby gotowa gryźć i drapać, byleby nie założyć spódnicy.
- Naprawdę? Zwolennik Dumbledore'a czy Voldemorta? - spytała jawnie rozbawiona snutą przez niego wizją. Ach, małżeństwo. Może kiedyś zakładała, że kiedyś wyjdzie za mąż, bo to jednak w jej świecie było normalne, ale ta myśl dawno umarła w głowie Brenny, tak dawno, że chyba nie pamiętała, że ją kiedyś miała. Mężczyźni traktowali ją jak kumpla, nie lubili albo nie zauważali, a ona po prostu tak przywykła do sytuacji, że nawet nie wpadłoby jej do łba, by próbować to zmienić. Zresztą teraz, gdy zaczęła się wojna?
- Niech chociaż zadba o ładny pierścionek.
Spodziewała się raczej czarnego całunu niż białego welonu.
- Cieszę się, że jesteś z nami - przyznała szczerze. Dobrze było mieć wokół siebie trochę ludzi, przed którymi nie trzeba będzie udawać, zwłaszcza, że jemu akurat była skłonna zaufać - na tyle, na ile Brenna umiała zaufać komukolwiek.


RE: [listopad 1970] Cienie rosną - Cain Bletchley - 19.10.2023

Mistrz kłamstwa - brzmiało to wspaniale, chociaż samego siebie by tak nie określił. Daleko mu było chociażby do Lockhartów, którzy robili z człowiekiem, co chcieli - czyli sieczkę z twojego mózgu, zostawiając cię zachwyconym ich geniuszem i dopiero na drugi dzień docierało do ciebie, że zaraz - o czym ty to..? I z kim ty to..? Czar i urok Brenny zaś polegał właśnie na tym, że ona po prostu nie chciała nikogo krzywdzić i nikogo ranić z osób, które sobie ceniła. A nawet dla osób neutralnych zachowywała się tak, jakby chciała swoim błędem w kodzie polepszyć trochę kod istnienia tych innych istnień wpisanych w świat. W przyszłości nazwą to Matrixem i wszyscy będą się cieszyć i podziwiać, a jeśli Cain dożyje to jako staruszek powie "ha! a nie mówiłem! a wszystko zaczęło się od Brenny..." Nie spodziewał się jednak, że ktokolwiek z nich dożyje nawet 30, a co dopiero takich czasów. Natura ludzka była z natury fałszywa. O ile za fałszywe uznawało się zmienność - bo o nią tutaj chodziło. Każdy dojrzewał, dorastał, zmieniał swoje przekonania. Każdy. Brenna nie była tutaj obca. Różnica polegała na tym, że ona im więcej miała przeciwności tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że dobro, w które wierzyła i o które chciała walczyć zasługiwało na bycie pielęgnowanym i na wygranie.

- To całkiem dobry pomysł. Pewnie nawet nie zauważy. - Ponieważ będzie tak pochłonięty swoim smęceniem, że ta burzowa chmurka będzie tylko wizualizacją tego wszystkiego, a nie jakąkolwiek zmianą dla niego. Machnął lekko nogą, przesuwając szarymi oczami po jej włosach, linii szczęki, okrągłych policzkach. Oczach. Spojrzeniu. Chłonął jej barwę. Ciepłą i przyjemną. Wyciągnął aż swoje dłonie w jej kierunku i zatrzymał je w odpowiedniej odległości, ustawiając dokładnie tak samo, jak ustawia się je do płomieni kominka, żeby ogrzać się po chłodnym dniu spędzonym na dworze. Listopad w końcu nie rozpieszczał. - Ciepełko. - To było absurdalne, bo to ciepło nie było fizyczne. Niby. A jednak wręcz czuł dreszcze przenikające go na wskroś i na chwilę przymrużył oczy, cofając ręce na swoją pozycję. - Kiedy będziesz mu malować te chmury to nie zapomnij się ukryć, bo wszystkie rozproszysz. - Nawet jeśli Alastor już nie mógł odczytywać aur, ponieważ... spotkało go inne "przekleństwo". O wiele gorsze. Tak, żarty żartami, ale on również się martwił. I w tych żartach przesuwali między sobą to zmartwienie o niego, to chyba było jasne dla nich obojga. To nie było kpienie sobie, a myślenie o kimś w ten całkowicie przyjazny sposób. Może kiedy się ich nie znało to można byłoby to odebrać w inny sposób.

- Przepraszam, obiecuję, że się poprawię. Panie przodem. - W irytowaniu Śmierciożerców i ich wielkiego Lorda, który cierpiał na przerost ego, mogliby się wszyscy prześcigać na całym świecie. Tylko niekoniecznie wszystkim by to na zdrowie wyszło. Cenił sobie, że ludzie chcieli pomagać, że chcieli stać po dobrej stronie, ale niektórzy bardziej pomagali siedząc cicho, niż głośno się sprzeciwiając. Głównie dlatego, że wtedy było wiadomym, że takiej osobie nic się nie stanie, nie trzeba się nią pilnować. Zakulisowo zaś możliwe było osiągnięcie wielu rzeczy. Zepchnięcie z wieży byłoby bardzo niefortunnym zdarzeniem, ale zawsze można było powiedzieć: panie sędzio, to był wypadek!

Prawdopodobnie ten nawał żab był najszczęśliwszym dniem jego kariery w Hogwarcie.

- Wiem, że mogłabyś wyukupić dla mnie, Zakonu i ofiar Śmierciożerców wszystkie czekoladowe żaby na świecie, ale trzymaj ją dla mnie na specjalną okazję. Żebym na pewno docenił moment, w którym ją dostanę. - Miała rację - byłoby mu głupio, gdyby wiedział, że te żaby przysłała Brenna i zresztą i tak było mu głupio, że w ogóle coś takiego się stało. Znikąd. Deszcz żab z nieba. I jednocześnie był szalenie szczęśliwy, był wtedy kurwa jebanym królem żab. Chodził dumny jak paw ze swoimi kartami, ale i tak jak przyszło co do czego to temu jedną, tamtemu dwie żaby - rozchodził się w szalonym tempie, bo nie potrafił większości dzieci odmówić. - Skoro już mamy Lorda Voldemorta to czemu Dumbledore się nie nazwie też Lordem? Lord Dumbledore i jego Zercówśmierci. - Bo skoro byli ŚMIERCIO żercy, bo żarli śmierć, to oni musieli jeść żerców śmierci, żeby się wszystko lorowo zgadzało. Jaja sobie robił, rzecz jasna. Dumbledore nie musiał nikomu niczego udowadniać. Najwyraźniej w przeciwieństwie do Voldemorta.

- Ach, co tam klękanie Zakoniarza! Śmierciożerca! Jeszcze wyzna miłość do mugoli i mugolaków i obieca ci poprawę, a potem powie, że on zawsze pragnął happily ever after.- Przyłożył dłonie do klatki piersiowej, a potem otworzył je szeroko, jakby to co najmniej on był tym zwolennikiem Czarnego Pana, który klęczał przed Brenną. Na szczęście nie ruszył się z biurka, nadal na nim półsiedząc. - Tego ostatniego nie mogę obiecać. - Bo akurat pierścionka pewnie przy sobie miał nie będzie, chociaż może jakaś dobra magia, która by stworzyła tymczasowo...

Przechylił głowę, spoglądać z zamyśleniem na Brennę, kiedy powiedziała to proste, ale mocno celujące w serce wyznanie. Miłe. Bo to zawsze w końcu było sympatyczne, kiedy ktoś się cieszył z twojej obecności.

- Ja też się cieszę, Bren. Ja też.




RE: [listopad 1970] Cienie rosną - Brenna Longbottom - 19.10.2023

Cain prawdopodobnie mógłby wmówić Brennie bardzo wiele, i mimo tego, że nie była naiwna (przynajmniej nie pod każdym względem) i miała skłonności do zakładania, że każdy kłamie (jak mogłoby być inaczej, skoro była gliną? Nie myślała tak w Hogwarcie, ale odkąd zaczęła pracować...) Był sprytny, ładnie kłamał, a poza tym widział wszystkie odcienie aur i doskonale wiedział, z której strony podejść człowieka. Poza tym miał w sobie coś takiego, co po prostu wzbudzało zaufanie.
Może to było rodzinne u Bletchleyów. Patrick i Danielle też mieli do tego talent.
- Jak to nie zauważy? Stała czujność, Cain! Przecież tę chmurę mógłby wyczarować śmierciożerca. Ale możemy sprawdzić, które z nas ma rację - stwierdziła.
To nie tak, że kpiła z Alastora. Żartowała, tak jak żartowałaby i z siebie. Jakoś łatwiej było tak, ale przecież martwiła się o Moodyego, nawet jeżeli nie była pewna, co dokładnie się dzieje i nie chciała zadawać zbyt wielu pytań. Brenna wypowiadała setki słów na minutę i zawracała ludziom głowę, ale przynajmniej próbowała respektować ich granice, kiedy ci te stawiali.
Uniosła lekko brwi, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co mu chodziło z tym ciepłem - czy to nie jakiś kolejny żart, bo tak jakby zostawiła przecież otwarte okno, od którego wionęło chłodem. Dopiero kiedy wspomniał o rozpraszaniu chmur, roześmiała się. Cain Bletchley potrafił być naprawdę uroczym człowiekiem, kiedy chciał.
- Bardzo bym chciała to potrafić - przyznała szczerze. Och, oczywiście, że mogła komuś pomóc: nie zamierzała być tutaj skromna i udawać, że nie była oparciem dla swoich bliskich, bo nim była. Dokładnie tak samo, jak oni byli nim dla niej.
Niestety, rozproszenie wszystkich chmur nie leżało w jej mocy. Nie leżało chyba w mocy kogokolwiek. Nawet Dumbledore, tak potężny czarodziej, że zdawał się już czymś więcej niż człowiekiem, nie mógł tego zrobić - a przynajmniej nie z łatwością.
Nad ich światem zawisło jednak teraz zbyt wiele chmur, które przyniósł ze sobą Voldemort. Całe szczęście, że w Zakonie było już kilka osób - i będzie więcej - może razem zdołają je przepłoszyć.
- Czekoladowe żaby powinny być normą, a nie czymś, co się specjalnie docenia - stwierdziła żartobliwie, ale sięgnęła po żabę, by wrzucić ją do plecaka. Skoro życzył sobie jej na specjalną okazję, to na tę poczeka jakiejś absolutnie niesamowitej, z edycji limitowanej, najlepiej taką pięć razy większą niż normalna albo wypełnioną bitą śmietaną. - Uważam, że powinniśmy być czekoladożercami, bo wtedy wszyscy chcieliby do nas dołączyć. Ale możemy być też na przykład Armią Dropsa, chociaż to niezbyt poważnie brzmi... - stwierdziła z pewnym namysłem. - Dumbledore ma po prostu jedyny tytuł, którego zawsze chciał. "Pan dyrektor".
A Brenna nawet teraz odruchowo nazywała go dyrektorem zamiast Albusem. Niektóre rzeczy trudno było po prostu zmienić.
- Poza tym w przeciwieństwie do niektórych, nie ma manii wielkości - dodała z odrobiną goryczy, tym razem już nie w żartach. Bo czy to wszystko nie trwało właśnie z powodu manii wielkości Voldemorta? Czy nie siedzieli tu przez niego. - Chyba happy evil after - sprostowała jeszcze. Nie, na razie nie wpadła na to, że Cain mówi poważnie, ale... no pod tym względem byli do siebie podobni. Niekiedy ludzie sądzili, że mówią poważnie, gdy żartowali, a czasem z kolei wymyślali tak absurdalne rzeczy, że wszyscy brali prawdziwy plan za żart.
Zsunęła się z parapetu. Może po prostu w odruchu, który często nią wiódł, a może dlatego, że wcześniej wyciągnął do niej ręce albo że brzmiał jakoś smutno, nawet jeśli mówił, że się cieszy, sama pochyliła się ku niemu, by go uścisnąć, krótko i mocno.
- Idę o zakład, że trzydzieści lat temu ktoś tak samo rozmawiał o Grindewaldzie. A on padł. Voldemort też padnie - powiedziała, puszczając go. - Chcesz przejrzeć ze mną szafki w pracowni alchemików? - spytała, chwytając z powrotem swój notatnik, by ruszyć na inne piętro Strażnicy.

Koniec sesji