![]() |
|
[noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie (/showthread.php?tid=2121) Strony:
1
2
|
[noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Brenna Longbottom - 21.10.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Było oczywiste, że żadne z nich nie będzie spać tej nocy dużo, a jeżeli tak, to na pewno nie będą spać wszyscy jednocześnie. Nie, kiedy nie byli pewni, czy nagle nie zobaczą łuny pożaru nad pobliskim lasem albo czy drzwi domku nie wylecą z hukiem, trafione przez zaklęcie. Nad New Forest zapadła już ciemność, kiedy Brenna usiadła u boku Victorii na ganku. Do uszu dolatywał jednostajny szum fal, a wiatr niósł ze sobą chłód, wilgoć oraz zapach morza. Zdawało się tu spokojnie: tak spokojnie, że trudno byłoby uwierzyć, że może dojść do jakiegokolwiek ataku. A jednak Brenna zaciskała palce na różdżce. Była też w pełni ubrana, chociaż marynarki się pozbyła i pożyczyła ciemną, bo jej własna była nazbyt jasna, aby nadawała się do czuwania w mroku, gdy nie chciały być zauważone w ciemnościach. Z tego samego powodu nie zostawiła w salonie zapalonego światła i teraz nie użyła lumos. Gdyby to zrobiła, stałyby się widoczne z daleka, a ich oczy nawykły do blasku i nie dostrzegłyby zagrożenia, czającego się wśród cieni. Czasem światło nie dawało wizji, a oślepiało. Za pomocą różdżki przelewitowała dwa kubki z kawą, jeden ustawiając obok Victorii, a drugi obok siebie. Milczała przez chwilę, wpatrując się gdzieś przed siebie. Może tak powinny spędzić ten czas: w ciszy. To byłoby najrozsądniejsze, wszak powinny czuwać. A jednocześnie miała wrażenie, że między nimi jest już zbyt wiele ciszy – nawet jeżeli mogłoby się to zdawać paradoksem, bo przecież Brenna zawsze mówiła dużo. Niewidzialne cienie, które zaczęły się w nie wkradać pod koniec roku 1970, stawały się coraz bardziej namacalne i mnożyły się w nieskończoność. Wyrastając z różnych spraw. W dodatku Brenna sama nie była pewna, skąd niektóre z nich się biorą. Po prostu... przeczuwała ich istnienie. – Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać, po prostu powiedz – przemówiła w końcu, zniżając głos. Trochę odruchowo, bo w nocnej ciszy, zakłócanej tylko szumem drzew i fal, jakoś niewłaściwe zdawało się mówienie głośno. Trochę, bo w końcu spodziewały się potencjalnego ataku. A trochę, bo po prostu nie chciała, żeby dało się je usłyszeć w domku, z którego właśnie wyszła za Victorią. Zarówno dlatego, że nie chciała, by Lestrange siedziała tutaj sama, jak i z kolei nie chciała zostać sama z Atreusem. Przebywanie przy nim było po prostu… trudne. Zazwyczaj nieszczęśliwe zauroczenia w popularnych chłopcach przepracowywało się mniej więcej na etapie piętnastych urodzin, ale Brenna była pod tym względem wybitnie opóźniona. – Zauważyłam, że nie masz już pierścionka – dokończyła. Za pierwszym razem założyła, ze Victoria nie chce nosić go w pracy, bo biżuteria tam bywała niebezpieczna, ale… chyba jednak nie chodziło o to. Nie była pewna, czy powinna pytać, bo może Victoria nie chciała o tym rozmawiać. Ale być może chciała, a póki ktoś nie spytał, nie była pewna, czy ktoś zechce posłuchać. RE: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Victoria Lestrange - 22.10.2023 Nie będą dużo spać, ale Laurent był tak miły i przygotował im pościel i miejsca do spania – i była mu za to bardzo wdzięczna. Victoria przeszła się po mieszkaniu, gdy już Laurent się stąd ewakuował, chcąc sprawdzić czy wszystko jest na swoim miejscu, ale ostateczne wróciła do salonu. A niedługo później wraz z Brenną wyszły na ganek. Trudno było jej powiedzieć czy noc jest z tych chłodniejszych czy cieplejszych, ale byli nad morzem, pewnie zawiewało chłodniejsze powietrze znad wody. Victoria nie musiała się mocniej opatulić niczym, bo i tak nie czuła ciepła. A przez trzy miesiące już się zdążyła przyzwyczaić, że jest jej ciągle zimno. Już zapomniała jak to jest czuć ciepły dotyk na skórze… Siedziały przez jakiś czas w ciszy, a wszystkie te niewypowiedziane pomiędzy nimi słowa gdzieś tam krążyły. Victoria położyła różdżkę na udach, by w razie czego mieć do niej szybki dostęp, ale teraz… cieszyła się spokojem na swój sposób. Noc miała to do siebie, że przywoływała bardzo wiele dziwnych myśli do głowy. Niekoniecznie takich, które w niej siedziały wraz z nastaniem poranka. A ostatni miesiąc nie był dla Victorii łaskawy. Poprzedni zresztą też nie. W ogóle od czasu maja nie było w jej życiu zbyt radośnie. – Hmm? – mruknęła, kiedy Brenna odezwała się z pierwszym zdaniem. Victoria ponad to się nie poruszyła, nadal siedziała niemalże nieruchomo na ławce, na której obok niej stała sobie filiżanka z kawą póki co nietknięta. Ale Brenna nie dała wiele czasu na rozwinięcie się dziwnych myśli i dość szybko przeszła do sedna pierwszej wypowiedzi. Dopiero teraz Victoria się poruszyła, przesunęła rękoma po udach, jakby chciała spojrzeć na dłoń, na której nie było żadnego pierścionka. Ale w tych ciemnościach niczego nie było widać. Za to wiedziała, że go tam nie ma, nie mogło być, bo go ściągnęła, kiedy dowiedziała się, że zaręczyny jednak zostały zerwane. Schowała go, nie będąc pewna co z nim zrobić. Czy wrzucić do rzeki, czy odesłać Saurielowi. – Tak, cóż… Tak – powiedziała w końcu, nie rozwijając myśli. Złapała za filiżankę i wzięła ją w obie dłonie, by napić się choć trochę. Ciepło może jej się od tego nie zrobiło, ale nie taki był przecież cel. – Zaręczyny zostały zerwane jakoś na początku lipca – wyrzuciła z siebie w końcu i wbiła wzrok w ciemność jaka rysowała się przed nimi. – To nie był mój pomysł. Tylko jego – dodała jeszcze, bo doskonale pamiętała rozmowę jaką przeprowadziła miesiąc wcześniej z Brenną w środku Zakazanego Lasu. RE: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Brenna Longbottom - 22.10.2023 Brenna wiedziała, że to nie będzie łatwy temat. Musiała wiedzieć. A jednak go poruszyła. Bo chciała. Tyle że teraz prawie żałowała, że to zrobiła, bo jak zwykle w takich chwilach - czuła, że nie znajduje właściwych słów, które w bzdurnych sprawach same cisnęły się jej na usta. Że tak bardzo się do tego nie nadaje, do prób pocieszania i udzielania innym wsparcia inaczej niż przez podrzucenie paru ciasteczek. Bo Victoria nie powiedziała wiele, ale kryło się za tym przecież mnóstwo znaczeń. Zwłaszcza, kiedy Brenna miała w pamięci tamtą rozmowę w Zakazanym Lesie - gdy pomyślała, że Lestrange może pierwszy raz w życiu naprawdę wybrała sama, bo może i początkowo zaręczyny narzucili jej rodzice, to nie chciała jej zakończyć. A zakończyć się je najwyraźniej dało, skoro mógł zrobić to Sauriel. Nie była pewna, czy się cieszyć, bo przecież nie ufała Rookwoodom za grosz, a Sauriel był wampirem, na litość boską, czy raczej martwić się o przyjaciółkę. Oba te uczucia teraz walczyły w jej duszy o pierwszeństwo, mieszając się ze sobą w różnych proporcjach. - Sauriel w takim wypadku potwierdza moją teorię - powiedziała powoli, zwracając spojrzenie na Victorię. Miała ochotę wyciągnąć ku niej rękę, ale jak zwykle nie wahała się nad takimi gestami, tak teraz nie była go całkowicie pewna. - Wszyscy Rookwoodowie to nieuleczalni kretyni - dokończyła, wciąż spoglądając na Lestrange. Oczy nawykły jej do mroku już na tyle, że może nie widziała dokładnie jej miny, ale siedziały na tyle blisko siebie, by mogła coś tam dostrzec. No, może Charlie był trochę rozsądniejszy, ale on tak jakby właśnie zmienił nazwisko i został honorowym Longbottomem... Zaraz, to nie świadczyło jednak o rozsądku, to był tylko inny rodzaj szaleństwa. - Naprawdę szkoda, że nie da się zdecydować, że nagle lubi się inną płeć, wiesz? Albo że nie jestem mężczyzną. Wtedy mogłybyśmy stąd razem uciec gdzieś daleko i pewnie obie byłybyśmy dużo szczęśliwe - zażartowała, chociaż był to żart podszyty prawdziwą myślą, że wszystko ostatnio stało się takie trudne. I chyba i dla niej, dla Victorii, na każdym możliwym polu. I bogini z obu postanowiła sobie w paru sprawach zakpić, a mężczyźni byli jedną z nich. Chociaż akurat to, że ktoś nie chciał właściwie Victorii... to było trudne do zrozumienia. Bo Brenna była Brenną, ale Victorii? Nieuleczalny kretyn, zdecydowanie. - Chcesz pogadać o tym, co się stało? - spytała po prostu, bo pytanie "co się stało" nie zdawało się jej odpowiednie. Mogłoby rozdrapać ranę, jeszcze pewnie świeżą, skoro do wszystkiego doszło stosunkowo niedawno. RE: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Victoria Lestrange - 22.10.2023 Nie, oczywiście, że to nie był łatwy temat. Gdyby był, to Victoria „chwaliłaby” się, że nie nosi już pierścionka, wszyscy co mieli wiedzieć już by wiedzieli, a tymczasem… Milczała. Bo nie znajdowała na to wszystko słów. Co miała mówić? „Hej dostałam kosza od wampira?” – matko jak to absurdalnie brzmiało… Więc nie tyle nie mówiła wiele, co nie mówiła nic. Wpadła tutaj do New Forest gdy wszystko ją przygniotło, ale wtedy jeszcze ten pierścionek miała, a teraz… Odniosła wrażenie, że i tak nikt nie zwracał na to uwagi. Jednak się myliła – Brenna zauważyła jego brak. Powoli uniosła ramiona, by zaraz je opuścić, nie wiedząc co odpowiedzieć na słowa przyjaciółki, o tym, że wszyscy Rookwoodowie to nieuleczalni kretyni. Może coś w tym było… Westchnęła cicho i spuściła nieco wzrok, mimo tego, że czuła na sobie spojrzenie Longbottom. Jej mina była… nie uśmiechała się rzecz jasna. Ale nie wyglądało też, by była bliska płaczu. Sama Victoria czuła się po prostu jakby stała gdzieś obok tego w jakiś sposób, być może treningi oklumencji i wyciszania umysłu były tutaj przydatne na tym etapie – właściwie miesiąc po tym, jak facet złamał jej serce. A niby czemu? Przecież ta relacja kręciła się od początku grudnia, ale dopiero w lutym nabrała rozpędu. To nie było nie wiadomo ile czasu, ale człowiek zdążył się przywiązać, poznać, i… – Och, Brenn – odpowiedziała jej na ten żart, kiedy stwierdziła, że łatwiej byłoby, gdyby nagle uznały, że wolą kobiety i uciekły stąd gdzieś razem – i żyły długo i szczęśliwie. – Szkoda. Może gdyby któraś z nas była facetem, to nasi rodzice już dawno by nas spiknęli i byłby święty spokój – spróbowała się uśmiechnąć odpowiadając na ten żart, bo wiedziała, że to nie na poważnie. No nie dało się zmienić płci, ani tego, że obie wolały mężczyzn. Victoria wahała się przez chwilę. – Wszystko zaczęło się… psuć… po tym jak zerwaliśmy tę… to coś u klątwołamacza – powiedziała krótko. A więc niedługo po rozmowie, jaką ze sobą odbyły w lesie. – Wiesz, dotychczas Sauriel raczej starał się trzymać dystans, a po tym jak już to złamaliśmy, to nagle mu się odmieniło i… i zachowywał się jakby mu zależało. Zapytałam go co się dzieje, bo no… myślałam, że może coś się pomieszało po tym łamaniu klątwy. Od słowa do słowa wyszło, że zaczął się tak zachowywać, żeby było miło, bo myślał, że ja chcę i… powiedziałam mu, że nie chcę niczego udawać. A on, że nie chce się ze mną żenić, że nic z tego nie będzie, że co najwyżej to on jest mną zauroczony, nic więcej… takie tam – bardzo skrótowo powiedziała Brennie co miało miejsce, ale potem było jeszcze gorzej, tylko… Nie mogła jej przecież powiedzieć, że pokazał jej Mroczny Znak i że go zmuszono do bycia Śmierciożercą. To nadal było… No złamało jej to serce. Wszystko dookoła. – Później spotkaliśmy się znowu, gadał coś o tym, że muszę pozwolić mu odejść. Wtedy zaczął już mówić o tym, żeby zerwać te zaręczyny. Że będę nieszczęśliwa. Dziwnie się zachowywał – nie mogła też powiedzieć, że zaproponował jej, że zabije jej matkę… Na co się zresztą nie zgodziła. – No a kilka dni później próbował się spalić na słońcu – dodała, jak gdyby nigdy nic, ale to ją absolutnie rozwaliło. – Wyciągnęli mnie z łóżka w połowie nocy, szukałam go z jego ojcem chyba wszędzie. I zdążyliśmy w ostatniej chwili… No a półtorej tygodnia później było już po zaręczynach. Tyle – dokończyła kulawo. Właśnie w kilkunastu zdaniach streściła Brennie swoje „życie sercowe”, które w zasadzie nie istniało. Tak jakby nie mogła spotkać normalnego faceta, któremu by się spodobała, on spodobałby się jej… Nie. Ona nigdy nie była niczyim wyborem i boleśnie zdawała sobie z tego sprawę. – A ty? Czemu nie jesteś szczęśliwa? – zapytała po chwili, bo nie umknęły jej słowa Brenny. RE: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Brenna Longbottom - 22.10.2023 – O tak, to byłabym piękna wizja. Chodziłybyśmy na spacery do lasu, i może nawet czasem nic by nas w nich nie napadło, ja znosiłabym ci kwiaty, a ty byś pilnowała, żebym się głupio nie zabiła – powiedziała Brenna. O tak, był to żart, bo niestety żadna z nich nie była facetem, ale o ileż byłoby wtedy prościej, prawda? Prawdopodobnie doskonale by do siebie pasowały, nawet jeśli było w nich sporo przeciwieństw. - Bardzo żałuję, że mój brat jest za wielkim głąbem, żeby się dla ciebie nadawał – zażartowała. Erik przynajmniej był porządny i o Victorię by dbał. Ale Brenna zaczynała mieć pewne podejrzenia, że jednak jej brat nigdy nie poślubi żadnej kobiety i… może tak będzie lepiej. A na pewno lepiej niż gdyby miał poślubić Victorię. Gdy Lestrange zaczęła mówić, Brenna ostatecznie zrobiła jednak to, co przywykła robić wobec ludzi od małego – wyciągnęła po prostu do niej rękę i położyła jej na ramieniu. Chłód ciała bił nawet przez materiał aurorskiej koszuli, ale to przecież nie miało znaczenia. Jeżeli wahała się nad tym gestem, to nie z powodu zimna, a raczej tego, że sytuacja z Rookwoodem była kolejnym cieniem między nimi, i… po prostu nie była pewna, czy powinna sobie na to pozwalać. Ale oczywiście, że nie wytrzymała, bo jej przyjaciółka była smutna. Nie dało się tego przegapić. – Bogowie – wymruczała Brenna, kiedy historia się zakończyła. Jej ciemne oczy szerzej otworzyły się w ciemnościach, bo to brzmiało jak kompletne szaleństwo (a przecież nie dostała na całe szczęście tego najważniejszego elementu historii: tego, w którym Sauriel przyznał się do bycia masowym mordercą, zasadniczo). Sądziła, że ten mężczyzna złamie serce Victorii, owszem. Ale zakładała, że zrobi to, bo bała się ciągotek Rookwoodów do mrocznej strony, bo był wampirem, bo u jego boku w towarzystwie zawsze miała być trochę wykluczona, bo nie da jej dzieci, normalnego domu, a nie… nie bo… …da jej kosza? Będzie próbował się spalić? – Czy Sauriel ostatnio nie upadł jakoś mocno na głowę? Bo jeżeli tak, mogę iść go w nią walnąć, może otrzeźwieje od drugiego razu? – powiedziała. Próbował popełnić samobójstwo. Nawet teraz jakaś część Brenny, ta należąca do Lewej Ręki Dumbledore’a myślała: szkoda, że mu się nie udało. A ta druga, ta, znająca Victorię od dwudziestu lat z hakiem, podpowiadała, że: kurwa mać, czemu on w ogóle próbował to zrobić, żeby Tori już zawsze miała wyrzuty sumienia, zawsze żyła w jego cieniu? – Zerwał te zaręczyny, bo uznał, że on będzie w nich nieszczęśliwy, czy bo ty będziesz nieszczęśliwa? – spytała cicho. Już absolutnie niepewna, co o tym myśleć. Bo przecież… bo przecież też uważała, że Victoria nie będzie z nim szczęśliwa. Ale teraz też nie była. – To nie tak, że nie jestem – stwierdziła, uśmiechając się do Victorii, a była tak blisko, że dało się ten uśmiech dostrzec nawet w mroku. Nie, nie mogła powiedzieć, że jest nieszczęśliwa. Miała w końcu wiele rzeczy, wiele osób, dających jej szczęście. – Po prostu żyjemy w cholernie paskudnym czasie i wszystko jest cholernie skomplikowane. Ale cóż… że zacytuję klasyka, którego rozpoznałby twój były narzeczony idiota, nie wybieramy czasów, w jakich żyjemy. Możemy tylko wybrać, co zrobimy z tym czasem, jaki nam dano. RE: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Victoria Lestrange - 22.10.2023 Uśmiechnęła się, słysząc roztaczaną przez Brennę wizję. Kwiaty. Kochała kwiaty, ale Sauriel nigdy jej ich nie przynosił… To znaczy przynosił, ale to były bukiety robione przez jego matkę, a swój, własnoręczny, przyniósł raz. Był byle jaki, bo nie był z kwiatów ciętych, a zerwał je sam i w tej prostocie ujął Victorię za serce… ale to było dawno. Normalnie kwiatów jej nie znosił, tylko słodycze. – Haha, chyba nigdy mi i twojemu bratu nie było razem po drodze – odpowiedziała bez cienia żalu. Cynthia też w którymś momencie chciała, by jej brat bliźniak zszedł się z Victorią i równie mocno się to nie udało. Ale to nic, było jak było. Oczywiście, że była smutna. Odrzucenie nigdy nie było proste, tym bardziej, kiedy spędzasz z kimś sporo czasu i kiedy przez półtorej miesiąca ciągnie cię do kogoś… nawet jeśli było to podbite jakąś starą magią. Ale po tym, co przydarzyło się w Limbo Victoria… po prostu przestała się bronić przed tym i wzbraniać; zrozumiała, że ma tylko jedno życie, a Sauriel, choć jest wampirem… nadal był też człowiekiem, który czuje. To, że można wampira na powrót zamienić w człowieka przyszło później – i powodowało w głowie Victorii kolejny mętlik i konflikt. Wiedzy o tym co jest koronnym składnikiem kamienia filozofów nie przekazała nikomu. Absolutnie nikomu. I to była kolejna tajemnica jaką w sobie skrywała, a która ją gniotła. Cała kolia z kamieni… – ciągle miała tę wizję przed oczami. Teraz już przynajmniej wiedziała co to jest i co się właściwie dzieje, ale wycieczka po wspomnieniach Elizabeth Crouch-Parkinson nie była prostą przygodą, a jazdą bez trzymanki kolejką górską. Prosto w dół. – Może i upadł. Ale na nim rany goją się same, nawet jeśli go bolą. Nie potrzebuje uzdrowiciela – chociaż Victoria uważała, że ten jednak by mu się przydał, bo nie życzyła mu cierpienia jakiego doznawał. Bo to, że się zagoi, nie znaczyło, że nie czuje przecież bólu. – Wiesz co mi powiedział? Że jestem jego inspiracją do życia. A kilka dni później próbował się zabić – to też bolało. Nie umiałaby chyba wskazać co w tym wszystkim zabolało najbardziej, a konkurencja była naprawdę mocna. – Bo ja będę – odpowiedziała Brennie i westchnęła cicho. – Idę na rekord, wiesz? Pierwsze narzeczeństwo wytrzymało dwa miesiące zanim Rosier zginął – ale za tym nie rozpaczała, bo naprawdę go nie znosiła. Co nie znaczyło, że życzyła mu źle. Życzyła mu dobrze, tylko z dala od niej. – To wytrzymało bardzo podobnie. Magiczna bariera dwóch miesięcy – i narzeczony też mógł skończyć martwy… znaczy bardziej martwy niż był obecnie. To też nie nastrajało jej pozytywnie i kobieta spojrzała znowu na swoje dłonie. Dotyk Brenny był miły, bo choć odrobine nie czuła się tak samotna jak była. – Nie wiem co ze mną jest nie tak – powiedziała w końcu, bo łatwo było odkryć, że pewność siebie Victorii poleciała na łeb na szyję. – Tak, ale… Sama powiedziałaś mi, że szkoda, że obie nie możemy nagle stwierdzić, ze lubimy inną płeć. Wszystko w porządku, Brenn? – nie dawała za wygarną, ale to nie tak, że chciała Brennę naciskać. Z drugiej strony nigdy nie widziała jej przy mężczyźnie w takim sensie – czyli innym niż kumpelskim. – Przeczytałam te książki – przyznała po chwili. – To bardzo mądre słowa – nawet jeśli napisane przez mugola. RE: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Brenna Longbottom - 22.10.2023 Tak. Nieuleczalny idiota. Chyba jednak byłoby lepiej gdyby spłonął na tym słońcu. Gdyby to nie był Sauriel Rookwood, może powiedziałaby, że uznał, że tak będzie lepiej – że tak będzie lepiej dla Victorii. Ale nie była pewna, czy chciała go bronić. Nie tylko z powodu nazwiska i wampiryzmu, ale przede wszystkim ze względu na Victorię, bo czy faktycznie nie prościej, żeby przebolała stratę i związała się z kimś normalnym? – Z tobą? Na kostur Merlina, Victorio, to chyba co z nimi jest nie tak. Może gdybyś mogła wybrać chociaż raz sama, wyszłoby lepiej – prychnęła Brenna, na tyle zirytowana samą sugestią, że to z nią coś jest nie tak, że już nie dbała o to, czy mówi cicho, że przez moment nawet wyleciała jej tkwiąca z tyłu głowy myśl, że mogą tutaj wpaść śmierciożercy. Jej dłoń przesunęła się na plecy Victorii, druga, wciąż z palcami owiniętymi wokół różdżki, też sięgnęła, żeby po prostu Lestrange do siebie przygarnąć. Bogowie, czy ona naprawdę tak myślała? Że to z nią coś jest nie tak, kiedy ewidentnie wszystko było nie tak z Saurielem? I może zerwał z nią nawet dlatego, że to sobie uświadomił? Czy tego człowieka… wampira… dało się jeszcze „naprawić?” Brenna nigdy nie myślała o ludziach w takich kategoriach, jako o jednostkach wymagających zmiany, ale cholera jasna, tutaj chyba miała do czynienia z pierwszym przypadkiem, któremu by się to jej zdaniem przydało. – Powiedz chociaż słowo, a pójdę skopać Saurielowi tyłek, i nic mnie nie obchodzi, że może podgryźć mi gardło i jest nieśmiertelny. W sumie to nie będzie moja pierwsza bójka z wampirem… Ani druga, ani trzecia nawet. I choć mogło brzmieć to żartobliwie... to po tym, jak rzucił się na Watchera i jak wyglądał tamtej nocy w sypialni u Victorii: była pewna, że owszem, pogryźć gardło byłby jej gotów. Zesztywniała na moment przy kolejnym pytaniu, a potem z jej ust uleciało westchnienie. Jak mogłoby być w porządku? Nawet nie tylko z powodu tej przeklętej więzi, ale jeszcze bardziej z powodu po stokroć bardziej przeklętego statku. – Nie – przyznała, trochę niechętnie, bo nie lubiła mówić, że cokolwiek jest nie tak, i jeśli kłamała wprost, to najczęściej właśnie w odpowiedzi na pytanie, czy wszystko jest w porządku. Ale nie chciała oszukiwać Victorii tej nocy, kiedy ta najwyraźniej miała ostatnio o wiele, wiele za dużo na sobie i pewnie domyśliłaby się kłamstwa. Beltane. Bycie Zimną. I Sauriela „Jestem Kretynem” Rookwooda. – Ale to nie jest nic, z czym nie mogłabym sobie poradzić i to ostatnia rzecz, jaką powinnam się teraz przejmować. Takie rzeczy mijają. Mam większe problemy. Jak potencjalne skutki tego wywiadu – dodała zaraz, odsuwając się wreszcie od Victorii, bo przypomniała sobie wreszcie, że tak jakby powinny skupić się na czuwaniu. - Taaak, Gandalf w ogóle był bardzo mądrym czarodziejem. Trochę przypomina mi Albusa. Albus też na pewno załatwiłby barloga. RE: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Victoria Lestrange - 22.10.2023 Biorąc pod uwagę wszystko, co Sauriel jej powiedział, kobieta w głębi serca wiedziała, że robił to dla niej. Nie chciał jej oszukiwać i mydlić oczu, a przede wszystkim… Skoro zmusili go do podążania za Voldemortem, być może bał się, że jej zrobią to samo? Nie miała okazji go o to zapytać. Nie powiedziała mu wtedy wielu rzeczy, które być może powinna, ale była tak rozemocjonowana, że nawet nie przyszły jej do głowy. A gdy już było po próbie, to Sauriel… Niełatwo było się z nim porozumieć. Prawie się nie uśmiechał, nie żartował, był jak człowiek w głębokiej depresji, którego przerosło bardzo wiele rzeczy. Victorię po prostu bolało to odrzucenie, to, że wyciągnęła do niego pomocną dłoń, a on jej nie chciał. To, że nawet nie chciał spróbować, tylko od razu zakładał, że nic z tego nie będzie. Ale i tak… Pomiędzy nimi padło wiele słów, które nigdy nie powinny. I… martwiła się o niego. Martwiła się o jego duszę, choć po tym co widziała we własnej głowie we wspomnieniach babci, była pewna, że jeszcze nie upadł całkowicie. Jeszcze nie był… człowiekiem. – To był ostatni raz kiedy ktokolwiek decydował za mnie – powiedziała Brennie cicho. Już zdecydowała, że następnym razem się postawi, a była uparta. Bardzo uparta, chociaż może nie było to widoczne na pierwszy rzut oka. – Planuję się też wynieść z domu. Jakoś od pół roku mam w Londynie nieużywane mieszkanie, na początek tam, ale może kupię dom – już o tym myślała, oglądała różne miejsca, ale chciała tę decyzję przemyśleć. Sporo rzeczy już w Londynie miała, ale chociaż ostatnio już jej się zdarzało tam nocować, to jeszcze nie oznajmiła rodzicom, że się wynosi. Chciała póki co… złapać jakąś równowagę. Ale kto wie, może stanie się coś, co sprawi, że zrobi to nagle, nie dbając o ewentualną awanturę w domu. – A co to da… – wzruszyła ramionami, dając się Brennie objąć. Nawet sama położyła rękę na jej plecach, kiedy już ułożyła głowę na jej ramieniu. – Ciągle nie wiem co zrobić z pierścionkiem. Czy mu go oddać. Ale to nie on go nawet wybierał – przyznała cicho, bo nie miała pojęcia co z tym zrobić. Poprzedni po prostu zostawiła na cmentarzu przy grobie Rosiera, a ten…? Wyślizgnęła się w końcu z uścisku Brenny, jednak kiedy powiedziała, że nie wszystko jest w porządku, to delikatnie złapała ją za rękę, by pogładzić ją po dłoni swoją lodowato zimną. – Z wszystkim można sobie poradzić – powiedziała cicho. – Tylko potrzeba na to czasu. Czasami bardzo dużo. Na pewno nie chcesz o tym porozmawiać? – na początku czerwca powiedziała Saurielowi coś podobnego: że ma większe problemy niż jakaś tam więź, która może i ją drażni, ale kiedy był obok, to przynajmniej czuła się tak… spokojnie i na miejscu. Ale jemu to przeszkadzało. A gdy to zerwali, to najmniejszy z problemów nagle urósł do rangi największego i teraz to, że jest Zimną było najmniejszym problemem. Serio. – Autora wywiadu powinni wywalić na zbity pysk za narażanie osoby, której słowa przekręcił – i szczerze była gotowa do tego doprowadzić, bo gość naprawdę pogrywał sobie koncertowo. – Pewnie tak… Dawno go nie widziałam, Albusa w sensie. Utrzymuję kontakt tylko z Horacym – miała rzecz jasna na myśli Horacego Slughorna, mistrza eliksirów. Był opiekunem Ślizgonów i zdecydowanie jej ulubionym profesorem, który dał jej sporo wskazówek i zaszczepił w niej miłość do eliksirów. Klub Ślimaka to był tylko dodatek. RE: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Brenna Longbottom - 22.10.2023 Po deklaracji Victorii Brenna przypatrywała się jej przez chwilę. Bez uśmiechu, z pewną powagą, za to bardzo, bardzo uważnie. – Tori, czekałam aż to powiesz od najmniej dekady – wyznała w końcu, czując jak nagle część ciężaru, jaki czuła w piersi od tak dawna, po prostu stamtąd spada. Mała, ale istotna cząstka. Nigdy nie sugerowała Victorii buntowania się przeciwko rodzicom, ale do cholery, tak bardzo, bardzo chciała, aby ta to zrobiła. Nie ze względu nawet na ich poglądy, te przecież zaczęły spowijać wszystko cieniem dopiero od dwóch lat. Ze względu na samą Lestrange. – Gdybyś potrzebowała jakiejkolwiek pomocy, od porządkowania mieszkania, po stanięcie przed twoją matką z różdżką i szpadą… masz mój miecz – powiedziała, tym razem ani trochę nie żartobliwie, chociaż dobór słów żartobliwy mógł się wydawać. Gdy Victoria sięgnęła ku niej, Brenna obróciła dłoń, by na moment zacisnąć ciepłe palce na zimnej ręce Lestrange. Przed chwilą była zaniepokojona i smutna, a teraz… teraz nie umiała sama powiedzieć, do dokładnie czuje: ale było w tym chyba trochę nadziei i trochę ulgi, nawet jeżeli mieszały się ze zmartwieniem. O Victorię, o Laurenta, o całą resztę. Nawet o tego drania, Rookwooda. Bo to był ten chaos w głowie Brenny. Była skłonna podejrzewać go o wszystko, co najgorsze. Wściekać się, że ranił Tori. A jednocześnie, gdy na niego patrzyła, widziała w nim Charliego Rookwooda. Byli do siebie tak cholernie podobni i różniło ich przede wszystkim jedno. Sauriel parę lat temu nie wiedział, że gdyby przybiegł do niej, otworzyłaby drzwi. Czy teraz było już na to za późno? – Taki jest mój plan. Poradzić sobie ze wszystkim – przyznała, bo jakie miała wyjście? Nie wolno jej było pozwolić sobie na choćby pięć minut załamania. Ba, nawet nie na minutę, bo jeszcze potem za tą jedną poszłaby druga i trzecia. – Nie ma o czym, Tori. I przypadkiem się mną nie przejmuj – rzuciła tylko. Bo naprawdę nie było o czym, poza tym sama się we wszystko wpakowała, sama była głupia jak but i to lewy, i zwyczajnie było jej wstyd. – Slughorna od wieków nie widziałam. Ale nigdy nie byłam jego ulubienicą. Nie była wystarczająca dobra na Klub Ślimaka, ale i chyba nie miałaby na niego czasu. A o Albusie... wolała za wiele nie mówić. Już sam fakt, że z rozpędu nazwała go po imieniu nie powinien mieć miejsca. Puściła wreszcie dłoń Tori i sięgnęła po kawę, by upić łyk. – Wracamy do środka? Zanim Bulstrode uzna, że zamordowali nas śmierciożercy. RE: [noc z 20.07.72 na 21.07.72, New Forest] Hej, ucieknijmy we dwie - Victoria Lestrange - 23.10.2023 – Każdy ma swoją granicę – odpowiedziała cicho na słowa Brenny. Być może jej granica przyszła bardzo późno, ale lepiej późno niż wcale. Czasami potrzeba było doświadczyć wiele złych rzeczy, żeby znaleźć w sobie siłę do wyrwania się z czegoś, co szkodziło. A ta siła przychodziła z różnych źródeł – Victoria walczyła o to od maja, ale wcale nie po to, by wyrwać się z duszącego ją narzeczeństwa, a trochę… dzięki niemu. Martwiła się o Sauriela i chciała go wyrwać z tego przeklętego domu, a do tego potrzeba było trochę niezależności. Tą chciała zdobyć sławą. Zaś teraz robiła to dla siebie. Bo nie zniosłaby trzeciego poznawania jakiegoś mężczyzny, którego wcale by nie chciała. Jeśli miała się z kimś zaręczyć, to tym razem jedynie na swoich warunkach. Ktokolwiek miałby to być – i niezależnie od tego, czy to będzie się jej rodzicom podobać czy nie. Miała serdecznie dość robienia wszystkiego dla rodziny, kiedy oni nie dawali w zamian tego samego – bo swoimi decyzjami ją zwyczajnie ranili. Była ciekawa, czy kiedykolwiek jej matka to dostrzeże. – Dzięki. Czekam na odpowiedni moment – przyznała po chwili, ale była już zdecydowana. – Boję się tylko o Olivię – tyle dobrego, że większość czasu spędzała teraz w Hogwarcie, ale oberwie wróciła przecież do domu na swoje pierwsze wakacje… I też dlatego Victoria się trochę wahała, bo bała się, że matka uderzy wtedy w najmłodszą córkę. Powoli wypuściła powietrze przez usta. Ona też się martwiła o Sauriela. Cholernie. Bo wiedziała, co ma na głowie, wiedziała co ma na ręce, wiedziała co to oznacza… Co robi, czy tego chce, czy nie. I jak to na niego wpływa. – Dobrze – odpowiedziała Longbottom i aż kiwnęła lekko głową. To dobrze, że pomimo przeciwności się nie podłamywała i parła naprzód, natomiast… W Victorii chyba płonęła większa determinacja niż zwykle. – Przypadkiem nie masz monopolu na martwienie się o znajomych – wytknęła Brennie i tylko leciutko uniosła jeden kącik ust ku górze. – Na początku czerwca też myślałam, że moje problemy sercowe są moim najmniejszym problemem. Dwa tygodnie później z najmniejszego problemu urosły do największego – powiedziała gorzko. – Nie ignoruj tego, bo chyba dobrze strzelam, że to o to chodzi? – zapytała i spojrzała w niebo. Gwiazdy migały sobie leniwie, zupełnie spokojne. – Nie uzna. Nie byłybyśmy tak cicho. |