[10 sierpnia 1972] Alicja w krainie czarów / Loretta, Alexander i Diana - Loretta Lestrange - 23.10.2023
10 sierpnia 1972
Łąka na obrzeżach Londynu
Diana Mulciber, Alexander Mulciber i Loretta Lestrange
Letnia pora rozpościerała swoje połacie barwą świeżej, zielone trawy, szeleszczącym listowiem drzew tak rozłożystych, jakby były z samej waty cukrowej stworzone, niebem, po których sunęły zbłąkane obłoki i słońcem, które językami miło otulały ciało. Skąpana w jego blasku, ciemnowłosa istota, bardziej jak mara, aniżeli rzeczywiste istnienie – oparłszy się o drzewo, poczuła prędko jego fakturę, odznaczającą się na ubraniu i niewielkimi kroplami późnoletniej żywicy. Babie lato rozgościło się na dobre, swoimi nitkami przemierzając podniebne arkana, a mlecze już dawno przestały razić żółcią barwy, ustępując tej białemu puchowi, którego pyłki przemierzały łąki. Wiatr przecinał delikatnie upalną, skwarną pogodę, igrając z liśćmi potężnego dębu, pod którym zajmowała miejsce ze szkicownikiem ułożonym na skrzyżowanych kolanach. Należy przyznać jednak, że bardziej, aniżeli rysowaniu, oddawała się tej przeklętej, egzaltowanej sympatii do natury.
Uwielbienie do natury kojarzyło jej się jedynie z panien, które rozgłosu unikały, były tak bardzo ponad salonowe ekscesy; nie jestem taka jak wszystkie – doskonale znamy ten podgatunek kobiety, którym Loretta gardziła szczerze i gorliwie. Szczerze, w przeciwieństwie do owych dam...
Utopijna cisza, gdyż czystą utopią należało nazwać scenerię leśną, dosłyszalny był jedynie trel ptaków, szum igrającego z liśćmi wiatr i cykanie owadów. Wtem jej drogę przeciął biały – bielutki dosłownie! – zając. Mimowolnie powiodła zań wzrokiem, a gdy to uczyniła, zwierzę zatrzymało się, kierując ku niej ślepia. Tak jakby chciało, aby za nim podążyła.
Tak jakby przemawiało do niej bez słów.
Podniósłszy się, początkowo powolnym krokiem podeszła do zająca, jednak gdy ten tylko umknął w głąb akwenu leśnego, a ona – nie wiedzieć absolutnie czemu! – ruszyła za nim.
Ten dzień obfitował w absurdy, a jednym z nich, było nagłe zapadnięcie się pod ziemię, dosłownie. Krzyknęła odruchowo, spadając coraz silniej w przepaść, która otworzyła przed nią swoje wrota. I już gdy zaczynała widzieć drobne światło na jego końcu…
Spadła na pierdolonego muchomora.
Do ekstremum należy dodać, że muchomor ten, był gargantuicznych rozmiarów i gdy tylko odbiła się od jego kapelusza, zsunęła się na ziemię, rozglądając się wokół siebie. Całość wyglądała, jakby Salvador Dali zaprzyjaźnił się z posypką cukrową i wyścielił nią każdy swój surrealistyczny obraz.
Zawsze była niewielkich rozmiarów, teraz jednak wydawała się sobie jeszcze mniejsza. Podparłszy się na nóżce muchomora, chowając się w cieniu rozpościeranym przez jego kapelusz, nie mówiła nic, choć na usta cisnęły się słowa jedynie niecenzuralne.
RE: [10 sierpnia 1972] Alicja w krainie czarów / Loretta, Alexander i Diana - Diana Mulciber - 24.10.2023
To nie ziemia pękła pod Lorettą pierwsza, a atlas nieba, którego dziura rozdarła się tuż nad ulubionym obłokiem Diany. Obserwowała upadek kobiety, lot z jej perspektywy powolny i leniwy, tak jakby cząsteczki jej ciała oblepione były przez lepką, ciągnącą się masą kajmakową. Uderzyła w końcu w nieszczęsnego muchomorka, buziuchną o wyścielany maziowatą warstwą kapelusz, wycierając leśną rosę i spływając po niej na dół - policzkiem dotykając nagiej ziemi. Musiało boleć, pomyślała Diana, przegryzając marchewkę. Usmarowana białą farbą, ubrana od stóp do głów na biało niczym przewodniczka, a może i święta dziewica nowej monoteistycznej religii, odkleiła się od krzaku malin, przy którym właśnie ucinała sobie drzemkę. Musiała przystanąć przy jednym z dębów, wspierając się dłonią o chropowatą korę, obserwując w ukryciu nowego przybysza. Wtedy też usłyszała lorettowe pomruki.
Och, nie, nie, nie!
Złapała się za głowę słysząc przekleństwa ciosane przez nią eter – nie!!! Tylko nie one TO!
– Loretto, błagam, nie!, nic nie mów, one... cię usłyszą.
Lestrange zachrypły głos najpierw usłyszała - oczywiście, najpewniej nie była jeszcze pewna czy nie był jedynie pomyłką, drobną usterką ogłuszonego umysłu. Diana Mulciber, w całej swej istocie, wybiegła z mszystego zakątka. Nie spoglądała w oczy światu, spojrzeniem mętnym, pozbawionym celu, błądząc dookoła sylwetki Loretty.
Tak jakby absurd wykuty już na dobre w ramy rzeczywistości Diany, miał nagle wypłynąć, wypełznąć i ruszyć wprost na Lorettę.
Las wtedy zamarł.
Jedynie wiatr potrząsający szeleszczącymi czuprynami drzew wypełniał to miejsce wątłym wrażeniem namacalności, wszystko inne zdawało się milczeć podobnie do nieruchomych kamieni. Aż do momentu, gdy usłyszały to:
– In the shadows deep where darkness thrives,
Where the moonlight hides and terror arrives.
Whispers in the night, a haunting tune,
Underneath the pale, bone-chilling moon.
Śpiew. idylliczny, piękny i anielski, którego wysokie głoski i boska melodia łechtały swą perfekcją od wewnątrz, odbierały dech z piersi i przede wszystkim - mamiły. Diana, nie bacząc na Lorettę, złapała się za uszy i ukucnęła na ziemi oczekując czegoś, co nie nadchodziło przez jeszcze kilka kolejnych chwil po niebiańskich głosach i otumaniającej melodii.
Wnet krzyk, a raczej diaboliczny, ochlapany makabrą skowyt rozsadził las od wewnątrz i obtoczył go ciasną pieczęcią, na co biedna Loretta najpewniej nie była przygotowana.
– Obawiam się, że mamy kłopoty...
RE: [10 sierpnia 1972] Alicja w krainie czarów / Loretta, Alexander i Diana - Alexander Mulciber - 25.03.2024
Szalony Kapelusznik
– Żryj gówno – wywrzeszczał Alex, i zamachnął się trzymanym w dłoniach flamingiem jak kijem do krykieta, wcześniej uważnie wycelowawszy pocisk – którym był jeż zwinięty w ciasną, kolczastą kulkę – tak, by trafić w sam środek wstrętnej mordy Louvaina Lestrange’a, nie wiedzieć czemu, przemienionego w wielką, obślizgłą Gąsienicę.
Nie trafił… Bo jeż pisnął przerażony i uciekł mu spod kija.
Głupie ptaki, pomyślał z irytacją Mulciber, kiedy tradycyjny okrzyk bojowy Królestwa Kier, który tak dumnie przed chwilą wywrzeszczał, powieliła reszta flamingów, zupełnie jakby kpiły z jego umiejętności krykieciarskich. Rzucił na bok trefny kij, i wziął następny, wsłuchując się, jak ptaki zaczynają ze sobą harmonizować.
– Jesteście, kurwa, flamingi, czy papugi? – spytał gniewnie, a ptaki widocznie przeraziły się jego gniewu, bo przestały małpować bluzgi mężczyzny. Zamiast tego, chórem zaintonowały przepiękną pieśń zapierającą wszystkim dech w piersiach. Wszystkim, tylko nie Alexandrowi. On oddychał głęboko, skupiony – poza tym krótkim momentem, kiedy musiał poprawić zsuwający mu się z głowy, wielgachny kapelusz – oblizał suche usta, i spróbował skupić wzrok na kulącym się przed nim ze strachu jeżu...
Zamrugał. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że nie słyszy na jedno ucho. Widział dziwnie nieostro. Pewnie dlatego, że źrenice miał teraz tak szerokie, że tęczówki jego oczu wydawały się niemal czarne. Nie pamiętał, żeby coś brał. Nic nie pamiętał. Może nie chciał pamiętać.
Zamachnął się.
Trafił!!!!!!!!!!!!!!!
Louvain wydał z siebie przeraźliwy skowyt, kiedy jeż uderzył go prosto w nos z całym impetem swojego malutkiego, kolczastego ciałka. Krzyk obślizgłego pędraka wprawił Mulcibera w stan niemalże ekstazy, choć wszystko inne – cała Kraina Snów – ucichło i skuliło się w sobie. Nawet flamingi przestały śpiewać. Ale Alexander uśmiechał się szeroko, wsłuchując się w jęki mężczyzny przemienionego w robala. To dopiero była muzyka! Poszedł w pobliskie krzaki, szukać szczęśliwej piłki, która odbiła się od twarzy Lestrange’a. Obawiał się, że przepadła bezpowrotnie, ale wierzył, że a nuż, zamiast jeża, znajdzie w krzakach kolczatkę, a może nawet jeżozwierza! Musiał wypróbować takie cacka na Louvainie. To znaczy, na Gąsienicy.
– Uszanowanie paniom – powiedział szarmancko, widząc na skraju lasu dwie znajome twarze, ukłonił się, prawie do ziemi, zgarniając przy okazji jeża, który pragnął czmychnąć w leśne ostępy, i jak gdyby nigdy nic, wytwornie pomachał swoją czapką, jak dżentelmen uchylający cylindra damom. – Loretto, kapelusz tego trującego muchomora czerwonego doskonale podkreśla twój rumieniec. – Choć mój kapelusz jest większy, pomyślał dumnie, poprawiając kolorowe koromysło, które nie wiedzieć skąd, pojawiło się wcześniej na jego głowie. – A ty, Diano, jesteś taka biała, że prawie cię pomyliłem z muchomorem sromotnikowym – stwierdził radośnie, wycierając plamkę po malinach z buzi szwagierki kolorową chusteczką dobytą ze swej butonierki. Podał jej flaminga – to znaczy, kij do krykieta – i jeża – to znaczy, piłeczkę. – Trzymaj, maleńka, pierdolniesz sobie jeżem w Louva... Gąsienicę, to od razu nabierzesz kolorków.
Powiódł wzrokiem po kobietach. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jakie były przy nim malutkie. A może to on był wielkoludem? Poprawił kapelusz, bo czuł, że ten przekrzywił mu się na prawe ucho.
– A może napijecie się herbatki z suszu?! – Wyglądał na nienaturalnie pobudzonego, kiedy łypnął na Lorettę i Dianę z cwanym uśmieszkiem.
A potem nastąpił na dziwnego grzyba i wyleciał w powietrze.
–––
Alexander Mulciber obudził się zlany zimnym potem. Obejrzał się na kobietę, śpiącą spokojnie tuż obok. Widok blond włosów rozsypanych na poduszce wystarczył, by ukoić jego niepokój. Pomyśl, że to sen, przemknęło mu przez głowę. Na szczęście, nie pamiętał, co mu się przyśniło. Sięgnął po leżącą na stoliku obok łóżka fiolkę z eliksirem nasennym, który Ambrosia spakowała im na podróż, i wychylił ją jednym haustem. Czuł jak jego ciało na powrót ogarnia przyjemne rozluźnienie.
Pozwolił szeptom Windermere ukołysać się do snu.
Koniec sesji
|