[19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Victoria Lestrange - 23.10.2023
adnotacja moderatoraRozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
„Z wierzchu masz być skałą, ma się żar w niej tlić
Każdy bój zwyciężysz; zawsze tak ma być
Dziś, gdy widzę was, niedobrze mi
Lecz wytężcie wreszcie słuch
Mężczyzn z was wkrótce sam zrobię znów”
♫
19 maja 1972, przed południem
– Cain & Victoria –
Z lekkością rzuciła na biurko kolejną teczkę, którą jeszcze przed chwilą trzymała pod pachą. Moody zawołała ją na moment do siebie, kiedy akurat wracała z dwoma filiżankami kawy – jedną dla siebie, drugą dla Caina – i wcisnęła jej teczkę ze słowami "to robota dla was, zapoznajcie się". Najwyraźniej nie miała dla niej więcej czasu by wyjaśnić sytuację, zresztą zaraz ktoś zapukał do jej gabinetu, nim Victoria zdążyła otworzyć buzię i zapytać o cokolwiek. Wiedz powiedziała tylko "oczywiście, szefowo" i wyszła, witając się z osobą, którą minęła w drzwiach.
Filiżanki z kawą lewitowaly przed Victorią i jedna z nich po wskazaniu kierunku różdżką gładko wylądowała na biurku Bletchleya. A obok niej muffinka. To był już rytuał, nie mogła zrobić inaczej – tak to się rozpoczęło na początku miesiąca i brunetka zamierzała to kontynuować, pokazując swoją dobrą wolę i gotowość na poznanie przydzielonego jej partnera. Czas szybko leciał, ale znowu nie minęło go aż tyle… pracowali razem dwa tygodnie. Rano zdążyła tylko opowiedzieć mu czego była wczoraj świadkiem w Kniei, że słowami, że mieli cholerne szczęście, że na nic takiego nie trafili, kiedy byli tam we dwójkę – tylko na widmo płonącego krzaka. Raport z wczorajszego zdarzenia obowiązkowo spisała i oddała górze i prawdę mówiąc to sądziła, że to dlatego Harper zawołała ją do siebie – a nie po to, żeby wcisnąć jej teczkę z jakimś… czymś.
Ale może to chodziło jednak o te widma?
- Moody przed chwilą mnie złapała – rzuciła krótko, kiedy odsunęła sobie krzesło i zaraz na nie opadła. - Wcisnęła mi to – uniosła na moment teczkę, żeby pomachać nią do Caina. - I kazała się tym zająć. Nam. We dwójkę – dodała, żeby nie było tutaj wątpliwości.
Rozwiązała sznureczek zawiązany na teczce, by ją wyciągnąć i sięgnęła ręką do swojej filiżanki z kawą. Z mlekiem, leciutko posłodzona, taka jaką lubiła najbardziej.
- W sensie nie, że podpisać i zapomnieć tylko, że to robota dla nas – doprecyzowała po chwili, bo dotarło do niej, że można to było zrozumieć dwojako, biorąc pod uwagę co normalnie tutaj robili.
Miała nadzieję, że to jednak chodziło o te widma, bo dotknęło to ją dość prywatnie. Zmartwienie o przyjaciela, strach, że może mu się coś stać… biorąc pod uwagę co przydarzyło się pani Found… rano wydano zakaz zbliżania się do Kniei, stąd myślała, że może poślą tam kogoś, kto już tam był i widział co się dzieje… i kto mieszka w opuszczonej przez Matkę Dolinie Godryka.
RE: [19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Cain Bletchley - 24.10.2023
Cain nie był wybitnie przywiązany do czasu. Nie to, że kazał na siebie czekać godzinami, ale parę minut w tę czy w tamtą nie robiło mu dużej różnicy. Potrafiło się to wahać nawet do połowy godziny. Jeśli jednak chodzi o pracę to dał się raczej poznać z tej strony, że zawsze jest przed czasem. Dzisiaj jednak wyjątkowo się spóźnił. Tak całkiem sporo. Poranek przyniósł mały kryzys dla ludzkości, wielki kryzys dla niego samego, kiedy umysł odmawiał mu posłuszeństwa i musiał się, bardzo ogólnie mówiąc, ogarnąć, zanim w końcu był w stanie pozbierać swoje ciężkie ciało i wyjść z mieszkania. Trafił, można by powiedzieć, idealnie między to jak nie było w biurze Victorii, ale jej obecność została tutaj zaznaczona, a tym, jak po chwili właśnie wkroczyła z kawą i muffinkiem. I owszem - to była tradycja. Cain ją rozpoczął i chętnie kontynuował, a kiedy podłapała to Victoria (a podłapała od razu) to... po prostu zrobiło się o wiele milej. To był taki prosty gest, ale mówił: myślę o tobie, dbam o ciebie, chcę, żeby było ci miło, chcę się z tobą dogadać, porozumieć i znaleźć wspólny język. Przynajmniej dla niego.
- Co my tu mamy..? - Pół zapytał, pół powiedział do siebie samego między łapaniem już tej teczki, a rozpinaniem koszuli pod szyją dopiętej tylko na strategiczny czas przemieszczania się z punkt A zwanego domem do punktu B zwanego ich pokojem w biurze aurorów. - Czeeść, dzięki za dostawę przy okazji. - Podniósł na nią spojrzenie z uśmiechem. Dobrze patrzyło się na to, że Victoria rzeczywiście nabierała kolorów, ewidentnie robiło się jej lepiej. Czy to przez zdrowie, czy przez to, że też się z nim oswajała? Nie wiedział, może tak miała - że najpierw była ostrożna do ludzi, a potem się bardziej otwierała, dlatego się wszystko zmieniało? Wszystko... hm. Nie, nie wszystko, bo kobieta nadal pozostała tą samą, spokojną kobietą z tendencją do beznadziejnych (jego bawiły) żartów, gdzie często trudno odróżnić, co jest faktem, a co nie. Ale Cain miał o tyle lekkie podejście do jej słów, że w większości się śmiał i chyba trafiał. Albo Victoria nie chciała mu wytykać, że ej, mówiłam poważnie - choć jakoś mu się nie wydawało. Była spokojna, ale nie dawała sobie w kaszę dmuchać - takie wrażenie na nim sprawiła. Już przestawała być tylko/aż (w zależności od punktu siedzenia) "sympatyczną Victorią". - Aha, koniec z leserstwem? A już sobie wysiedziałem krzesło. - Ciągle stojąc zaczął przesuwać wzrok po papierach, po czym wyszedł zza biurka i nadszedł ten czas. Czas, w którym Cain wysunął tablicę zza szafki, by od razu wysunąć z teczki zdjęcia i przesunąć je na tablicę. Zdjęcie kamienicy w Londynie, zdjęcie właścicielki przybytku, nazwa ulicy... zaczął przenosić wszystkie informacje, które były tu wypisane. Czy to było potrzebne? Ha... no cóż, Cain mógł powiedzieć, że był wzrokowcem. Bardzo dosłownie.
- Zadowolona? - Zapytał w trakcie pracy. - Że w końcu przyjdzie rozruszać kości? - Bo też ile można siedzieć nad papierami? Chociaż im obu się to przydało. - Zaczyna się bardzo klasycznie. - Zagaił apropo tematu, który rysował się przed nimi. Tego zadania, jakie mieli dzielić. - Lily Taylor, lat 19, znaleziona przez panią Carrow w studni w miejscowości Croydon. Ostatnio widziana tydzień temu, kiedy wieczorem wracała ze szkoły. Czekają na zgodę autopsji zwłok, brygadziści na miejscu potwierdzają ślady czarnej magii. - Odsunął się od tablicy, żeby ją ogarnąć spojrzeniem. Na razie danych wiele nie było. Ale miały się pojawić. Spojrzał na zegarek na ręce. - Idziemy od razu po kogoś, kto przywoła nam ducha, czy robimy to po bożemu? - Wziął sobie łyczek kawy.
RE: [19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Victoria Lestrange - 24.10.2023
To ich odrobinę różniło – to przywiązanie do czasu, bo Victoria była bardzo obowiązkowa i punktualna. Jeśli się gdzieś spóźniła, to znaczyło, że albo świat się kończy, albo coś się stało – i to najpewniej coś złego. Nie wyobrażała sobie się gdzieś spóźnić, zwłaszcza jeśli była gdzieś umówiona. Bo jeśli to było jakieś takie ogólne zaproszenie… to bardzo ewentualnie można było przymknąć oko, ale do pracy? Nigdy się nie spóźniała, nigdy. Ale też nie zauważyła, by spóźniał się Cain. Bywał nawet przed czasem, a dzisiaj… to nie było nawet pół godziny spóźnienia. Opowiedzenie o widmach z wczoraj nie miało więc miejsca, będzie trzeba znaleźć na to jakiś inny moment dnia, tym niemniej Victoria już się zaczęła zastanawiać czy się nie pochorował, albo coś gorszego… byli przecież aurorami, mogły się stać bardzo różne rzeczy… ale poszła dla nich po kawę i muffinki, bo gdyby jednak przyszedł, to nie chciała, żeby słodkości dla niego zabrakło. Bo dokładnie to mówił jej gest: że myśli, dba, i chciała żeby mu było z tego powodu miło, że nie jest po prostu złem koniecznym a kimś, z kim naprawdę chciała być w dobrych stosunkach. Spędzali ze sobą dużo czasu, więc dobrze było mieć obok siebie kogoś, kto nie drażnił na sam widok, i kto za nią nadążał – a Cain zdawał się właśnie to robić i nie wywalać na nią zdziwionych oczu kiedy coś mówiła niekoniecznie na serio. No i był spokojny. Nie obijał się o biurka, nie przestawiał rzeczy z miejsca na miejsce sprawiając, że były nie daj Boże nierówno, nie wylewał sobie kawy na koszulę i spodnie i nie kruszył dookoła jak jadł ciasteczka. I nie mlaskał. Gadał tyle, że nie wychodził na milczka i jednocześnie nie rozpraszał w pracy.
- Cześć, nie ma za co – rzuciła na przywitanie, trochę zaskoczona, że zabierajo jej teczkę, ale bardzo nie oponowała. Ten dzień już chyba dziwniejszy nie będzie, a przynajmniej nie w biurze, bo Moody wystarczająco ją zdziwiła. - Wszystko w porządku? – zapytała zamiast zająć się przydzieloną im sprawą. Cain nie dawał znać, że będzie później, więc to że tak długo mu zeszło… dość logiczne było pomyśleć, że coś się po drodze stało. - Nie wiem co to jest. Moody nie raczyła wyjaśnić, tyle co zawołała mnie do siebie, wcisnęła teczkę i kazała spadać – nie tymi słowami rzecz jasna, ale generalnie ich interakcja była na tyle krótka, że można ją było do tego właśnie streścić.
Cain porozkładał papiery na biurku, a ona po prostu stanęła obok, żeby też na nie spojrzeć. Tak, czuła się zdecydowanie lepiej; nie męczyła się i nie dostawała zadyszki po przejściu 5 schodów i czuła się całkiem dobrze, prócz tego że ciągle była taka zimna w dotyku. Chyba już nikt się nie łudził, że to efekt wychłodzenia i "samo przejdzie".
- Chyba w myślach – że w myślach wysiedział krzesło, bo było całkiem ewidentne, że dopiero co przyszedł i nie zdążył siąść do żadnej roboty. Za to wtedy gdy ona szybko czytała i przeglądała papiery, Cain zaczął… robić tablice. Mapę myśli. Nic na ten temat nie powiedziała, nie skomentowała czy to dobrze, czy źle. Nie rzuciła żadnym kąśliwym komentarzem na to, że to zbędne i tak dalej. Nie przeszkadzała mu w tym co robił, zakładając, że najwyraźniej mu to w czymś pomaga. Sama miała tendencje do rozkładania wszystkich zdjęć i papierów na całym biurku i patrzeć na to z góry, szukając jakiś powiązań. - Trochę nawet tak – ale przede wszystkim wiedziała, że te dni przesiedziałem w biurze były całkowicie konieczne, żeby dojść do siebie, bo jeszcze musieliby niepotrzebnie ją ratować i tylko by się płatała pod nogami. A nikt nie lubił być piątym kołem u wozu. Obejrzyjmy to ciało jak najszybciej i niech go odniosą do koronera… – powiedziała od razu, bo nie było sensu tego przedłużać. Czy iść po kogoś od duchów… miała poczucie że nikogo nie znajdą, skoro w Kniei mieli problem z widmami. - Nie wiem czy spirytyste w ogóle znajdziemy – powiedziała z zastanowieniem. - Będę bardzo zdziwiona jeśli nie zostali oddelegowani do Kniei po wczoraj – mruknęła i sięgnęła po swoją kawę, by znad filiżanki spojrzeć na tablicę wykonaną przez Caina.
RE: [19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Cain Bletchley - 24.10.2023
Proces, w którym myśl była nanoszona na bardzo prosty do rozczytania i rozwikłania czytnik był dla niego w zasadzie przyjemnością. Naprawdę pozwalało mu to odrobinę łatwiej funkcjonować i przywoływać fakty w uporządkowany sposób. Bo tak, może nie był wyjatkowym czyściochem, która miała pierdolca na punkcie tego, żeby wszystko było równo, ale w swoim miejscu pracy miał jednak każdą kupkę papierów czy teczkę uporządkowaną. Tak jak panował tutaj porządek na półkach w dokumentach taki, jak w archiwum. Wszystko ponumerowane, pooprawiane napisami, odpowiednie teczki, segregatory i tak dalej. Rzecz jasna magia tutaj multum ułatwiała, pozwalając przechowywać w pozornie małej szufladzie o wiele więcej, tym nie mniej - to było ważne. Chaos był trudniejszy do radzenia sobie z nim na wielu płaszczyznach. A teraz potrzebował się ruszyć, żeby nie tkwić w tym kującym mózg zastoju przeciągającym mu obrazy przed oczy, na które nie chciał patrzeć. Zatrzymujące procesy, na których chciał się skupić.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. - Tutaj machnął teczką, która miała przybrać zdecydowanie, kiedy się nią już zajmą. - Hm... - W zasadzie to i tak wyjdzie, prawda? Skoro pracują razem - wyjdzie. Czy dzisiaj, czy za dwa tygodnie, a skoro brali się do poważnej pracy to lepiej było powiedzieć osobie, która ma trzymać twoje plecy, gdy szambo wybuchnie. Ale nie odpowiedział od razu - wyglądał, jakby przyglądał się tym informacjom, jakby to one zajmowały mu myśli, a nie pytanie, czy wszystko jest w porządku. - Choruję na Milforda. - Odezwał się tak po kilku chwilach milczenia i odwrócił głowę w kierunku Victorii. Bardzo dużo osób mówiło mu, że to super. Nie, nie było super. Nie dało się zapomnieć niczego. Uczuć, obrazów, dźwięków, myśli, słów. Niczego. Wszystko tkwiło w twojej głowie i wystarczyło jedno poruszenie, jedno drgnięcie, żeby dostać tego prawdziwy wysryw na stół. I to nie tak uporządkowany, jak tablica, którą zrobił. - To ta choroba od pamięci absolutnej, jak to nazywają. - Wzruszył ramionami, nie miał przejętej jakkolwiek mimiki, kiedy o tym mówił, a nawet lekko się uśmiechnął. Bo co tu przeżywać? Trudno, tak było, nie miał na to wpływu. Żaden lekarz też nie. - Czasami mózg mi się wysypuje jak przestarzały kociołek i potrzebuję chwili, żeby dojść do siebie. - Jak ten stary kociołek, co w nim zamiast łycha magicznie kręcić się, to on chwiał się na nogach i upadał, albo w ogóle robiła się w nim przypadkowa dziura i wylewał wszystko na zewnątrz. - Kochana ciocia Moody. - Żadna to dla niego w zasadzie była ciocia, ale czasem na nią tak wołał. Czasem też wołał do niej per "babciu", ale to tylko wtedy jak miała lepszy nastrój, żeby go nie zabiła.
- Przez te ponad dwa tygodnie. - Wskazał dłonią krzesło i biurko w całej okazałości. Owszem, to było potrzebne, Cain też naprawdę potrzebował chwili odpoczynku, a skoro nie było żadnej sprawy wymagającej na gwałt zajęcia się to i dostali swoją działkę "nudy" jakby to większość aurorów nazwała. - Yhym. Okej. - Stwierdził po prostu i obrócił się w stronę Victorii na jej stwierdzenie, że lepiej iść po trupka. Zbił zdrowie w jej filiżankę z kawą, jak niemal w jakimś toaście mającym być nadzieją na rychłe zamknięcie sprawy. Tak to sobie obmyślił. - To za szybką, bezproblemową akcję. - Powiedział na głos z uśmiechem. - Pewnie tak. Ciało - miejsce zbrodni - świadek - rodzina - szkoła? - Zapytał tak orientacyjnie, czy to będzie ich droga działania, oczywiście tutaj należało wszystkie zmienne uwzględnić. - Chcesz się gdzieś rozdzielić? Jedna osoba do szkoły, druga do rodziny, czy może poznamy się wspólnie przy pracy? - Trochę tak zaczepił, trochę zażartował, kąciki warg uniosły się mocniej ku górze. Ale w zasadzie to uważał to za dobry pomysł. Żeby siebie samych sprawdzić, żeby się przekonać, jak pracują. Nauczyć się siebie i zaufać sobie.
RE: [19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Victoria Lestrange - 24.10.2023
Każdy miał swoje metody i potrzeby, i Victoria była ostatnią osobą, która zaczęłaby to krytykować, czy cokolwiek wyśmiewać. Bogowie, w szkole nigdy nie zaśmiała się z żadnego Puchona, nie prowadziła walk z Gryfonami (a wręcz czasami siedziała z nimi przy jednym stole…), to miała to robić teraz? Nie przeszkadzała, po prostu spokojnie czytała najpierw na biurku, a następnie z tablicy, zastanawiając się, na podstawie tych szczątkowych informacji, co się właściwie stało.
– Nie mam – była raczej jedną z tych osób, które mówiły od razu, jeśli coś im się nie podobało, albo gdy miały na myśli coś innego niż to zrozumiano. Nie lubiła niejasnych sytuacji, wolała wiedzieć na czym stoi i w ten sam sposób starała się traktować innych. Rzecz jasna… Różnie to wychodziło, wciąż była tylko człowiekiem, ale przynajmniej do takiego efektu dążyła. Na jakiś czas zapadła cisza i już sądziła, ze Cain nie odpowie – w myślach już uznała, że po prostu nie chce jej powiedzieć cokolwiek się stało i oczywiście miał do tego pewne prawo, nie zamierzała go naciskać. I wtedy się odezwał. Victoria zapatrzyła się na niego w ciszy. – Teraz już rozumiem – powiedziała w końcu i kiwnęła krótko głową. Nie wiedziała czy to super, czy nie super, wszystko miało swoje zady i walety, ja to niektórzy mówili… A skoro coś nazywano chorobą, to zapewne były ku temu podstawy. – Nie ma żadnej możliwości by temu jakkolwiek przeciwdziałać? – zapytała ostatecznie, patrząc na niego ze spokojem. Pytała szczerze z ciekawości, bo nigdy zagadnienie tej choroby ją nie interesowało, chociaż oczywiście o niej słyszała. Ale chorzy na Milforda musieli sobie jakoś radzić…
Kąciki jej ust lekko się uniosły, kiedy wytłumaczył jej żart. Mówi się, że wyjaśniony żart nie jest śmieszny, ale Victoria się z tym nie zgadzała.
– Ach, w tym sensie – w tym sensie wygrzał sobie krzesło, myślała wcześniej, że chodziło mu o to, że już dzisiaj to zrobił… Po prostu się nie zrozumieli w pierwszej chwili, ale to nie było nic takiego. Utrzymała w palcach filiżankę, kiedy nastąpił toast, zaraz zapity smakiem kawy i Victoria zapatrzyła się znowu w tablicę.
– Oby. Ale skoro wciskają ja nam… – to znaczy, że brygadziści sobie nie byli w stanie poradzić. I potrzeba tu mocniejszy kaliber. – To chyba dobra kolejność, ale może zobaczymy czy po drodze się nie zmieni ten plan? – bo mogło się stać tak naprawdę cokolwiek, co wpłynie na ich decyzje. I być może było to oczywiste, ale do tej pory mieli ze sobą do czynienia jedynie tutaj, przy papierach, no i ostatnio, kiedy poprosiła, by poszedł z nią na krótki patrol. Nic więcej. Nie wiedziała więc jak myślał, co myślał… Chociaż biorąc pod uwagę przypadłość, do której się przyznał, no to mogła się spodziewać, że zapamięta absolutnie każdy szczegół. – Proponuję tę sprawę poprowadzić całkowicie razem. Chcę zobaczyć jaki masz styl – powiedziała wprost i miała nadzieję, że jego zdanie było tutaj podobne. Bo papiery papierami… ale jak zachowywali się w terenie?
RE: [19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Cain Bletchley - 25.10.2023
Nie dość, że nie musieli sobie wszystkiego mówić to nawet zdaniem Caina - nie powinni! Praca była pracą - można czasem o czymś pogadać, poplotkować, można zabić sobie czas pogawędką o tym, czy głupio wyglądała ostatnio londyńska drużyna quidditcha na mistrzostwach, albo czy dziwnie wyglądała Naczelna mag Wizengamotu, Samantha Crouch, kiedy potknęła się o swoją szatę na schodach, bo źle ją skroili tym razem. No, przynajmniej na tym etapie znajomości, która była, no właśnie - znajomością i nie opierała się na czymkolwiek głębszym. Nie czułby się komfortowo, gdyby kobieta nagle chciała się spowiadać ze swojego życia, albo gdyby oczekiwała tego od niego. Stanowcze nie. Natomiast były sprawy, o których rzeczywiście lepiej sobie powiedzieć. Jak te choroby i przypadłości, które nimi miotały.
- To zależy co masz na myśli mówiąc o przeciwdziałaniu. W Lecznicy Dusz mogą usunąć niektóre wspomnienia. Na przykład. - To taki najprostszy w zasadzie sposób na to. Pozwolić sobie na usunięcie niektórych elementów, żeby potem powstała po nich pustka. Były eliksiry, były... te metody, które już cieszyłyby się mniejszym poparciem, jak niesławne opium, które chociażby omawiali, żeby umysł odłączyć, odpłynąć i mieć spokój. W każdym razie - metody były... żeby trochę pomóc w skutkach. I to tyle. Nikt nie wynalazł genialnego leku na Milforda. A szkoda. A szkoda... Zauważył ten brak komentarza. Jakiegokolwiek. Bardzo mu to odpowiadało. Nie potrzebował i nie chciał ani użalania się, ani nie chciał słyszeć, że "fajna sprawa, bro". Nie chciał być traktowany jak nienormalny, w szkole celowo odpowiadał na niektóre pytania źle podczas testów, żeby się za bardzo nie wychylać, tak w pracy nie rozgłaszał tego na prawo i lewo i wolał, żeby tak to zostało. - Niewiele osób tutaj o tym wie, Harper i Alastor siłą rzeczy. Reszta niekoniecznie. Wolę żeby było między nami okej w pracy. - Żeby była czysta sytuacja, jeśli tak to można ująć i żeby było właśnie wiadomo, co się z kim dzieje, kiedy przychodziła chwila kryzysu. Tym nie mniej powiedział to, no bo liczył na to, że kobieta uszanuje jego prywatność i to, że nie chciał się dzielić tym z każdym po kolei w biurze. Harper wiedzieć musiała, to było dość istotne. Alastor - no cóż, był mu jedną z najbliższych osób w rodzinie, niewiele miał przed nim tajemnic. Po prostu rodzina Moodych.
- Zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia. - Przytaknął apropo pomysłu, że muszą po prostu zobaczyć, gdzie ich to zabierze. Tak to bywało - tutaj dowiesz się tego, tamtego, owego i nagle twój punkt patrzenia na sprawę wygląda zupełnie inaczej. Tamten świadek, który był kluczowy, okazuje się zupełnie nic nie wart, albo przynajmniej traci na znaczeniu, bo pojawił się inny dowód zbrodni. - Łoh! "Styl"! - Zaakcentował to słowo. - Ale to dumnie brzmi! - Wiedział doskonale, o co jej chodzi, ale i tak się zaśmiał, bo brzmiało naprawdę tak rozdmuchanie, jakby co najmniej mogli sobie tutaj wyznaczać trendy jak w modzie, rysunku albo malarstwie. Pokaż mi, jak ty prezentujesz ten strój i dlaczego wchodzisz w ten sposób na wybieg, a ja ci pokażę mój. - Dobrze, partnerko, świetnie będzie się poznać. - Albo, jak to na początku zaczęli miło będzie się poznać. Wrócił za biurko z powrotem, wziął swoją niewielką torbę przewieszaną przez ramię i złapał za mufinka i w zasadzie poczekał, aż ona się zbierze, gotów do drogi.
- Powie pani kilka słów dla wywiadu? - Odezwał się, kiedy wyszli. - Jakieś emocje towarzyszące śledztwu, niepokoje, strach? Dziewczyna była mugolakiem, czy sądzi Pani, że to ma jakiś związek ze Śmierciożercami? - Przybrał ton iście reporterski, trzymając wyimaginowany notatnik w dłoni, w którym gotów był z reportażu robić notatki.
RE: [19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Victoria Lestrange - 25.10.2023
Byłoby dziwne gdyby po dwóch tygodniach wspólnej pracy zaczęli się sobie zwierzać. Victoria na pewno potrzebowała czasu, żeby się przed drugą osobą otworzyć, nie była żadną otwartą księgą, która kolorowymi i wielkimi napisami zachęcała do zerknięcia. Oklumencja, która ją otaczała, nie na darmo była jej narzędziem, co tym bardziej wręcz krzyczało „zostaw mnie w spokoju”, albo przynajmniej „potrzebuję czasu, by się oswoić”. A jak wiadomo… było się odpowiedzialnym za to, co się oswoiło… Więc bardzo dbała o to, komu pozwalała zbliżyć się tak bardzo i do kogo sama się zbliżała. Dlatego nie oczekiwała żadnych zwierzeń. Ale takie rzeczy jak choroby, przypadłości… Lepiej było wiedzieć. Ona też nie mówiła wszystkim dookoła co się z nią dzieje; że ma w głowie wspomnienia innej osoby. Teraz już wiedziała, że to były wspomnienia… Albo raczej że to nie pochodzi od niej. Powinna mu to chyba też powiedzieć, ale ciągle rozkładała to na czynniki pierwsze.
– Mam na myśli czy jest coś, co ci na to pomaga – odpowiedziała i uśmiechnęła się leciutko. Bo najwyraźniej były momenty, kiedy przeszkadzało mu to w życiu. Rozumiała, że choroba jest ogólnie nieuleczalna, bardziej chodziło jej o przeciwdziałaniu skutkom doraźnie. Bo długoterminowo… Kto wie, może prowadzono na ten temat badania. – W porządku. Nie mam w zwyczaju plotkować, więc spokojnie – jego tajemnice w jej umyśle były bezpieczne, nic nie miało się wylać na zewnątrz. – Dzięki. Że mi powiedziałeś – dodała jeszcze, bo to brzmiało jak pewien spory kredyt zaufania. Zresztą… Podobnym sama go obdarzyła. Już wiedziała, że będzie musiała trochę sama poczytać o tej chorobie, żeby wiedzieć mniej więcej, jeśli coś dziwnego zaczęło się dziać i co to właściwie jest. Nie wiedziała, czy może się stać coś niebezpiecznego jak w jej przypadku.
– Mądre słowa – stwierdziła i na moment się zamyśliła. – A sukces jest wynikiem właściwej decyzji – odpowiedziała w podobnym tonie, ale po prostu różne sytuacje wpływały na punkt widzenia i ułożenie priorytetów, nie było sensu trzymać się z góry określonego planu w takiej sytuacji. Jeśli nic się po drodze dziwnego nie wydarzy – to jak najbardziej, mogą iść od punktu A do punktu Z wedle pomysłu Caina i Viki nie miała z tym żadnego problemu. – Hej, a jak inaczej byś to nazwał? Każdy ma swój i swoje metody – nie obraziła się, skąd, za to w swoim zwyczaju ciągnęła rozmowę pomimo być może jej retorycznego brzmienia.
Uśmiechnęła się nim odwróciła się do swojego biurka i krzesła, przez moment zastanawiając się czy brać marynarkę, która wisiała na oparciu krzesła. Nie było jej ciepło, nic nie dawało, że ją miała, dlatego w biurze ją często ściągała. Ostatecznie jednak porwała ją, by założyć, potrzebne rzeczy (a było ich raczej niewiele) wcisnęła w kieszenie, jeszcze tylko złapała za muffinkę, by zjeść ją po drodze do punktu fiuu.
– Emocje jakie czuć to niepewność ale i determinacja by dorwać tego, kto tak bez szacunku obszedł się ze zwłokami i samą dziewczyną. Być może ma to jakiś związek ze Śmierciożercami, ale nie musi, na tym etapie nie możemy jednak dla dobra śledztwa mówić wiele więcej – odparła gładko i uniosła wyżej brwi. Cain niechcąco mocno trafił w punkt, bo Victoria była na jutro umówiona na wywiad w sprawie Beltane. – Piszesz do gazety? – zapytała, wręcz wyobrażając sobie ten notatnik i pióro.
RE: [19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Cain Bletchley - 26.10.2023
Byłoby to dziwne, ale niektórzy miewali takie pomysły. Wystarczyło poświęcić im odrobinę uwagi i już przylepiali się do ciebie tak, że nie mogłeś ich od siebie oderwać. Muchy-przylepy. I byli ludzie, którym to również pasowało. Tacy, co albo lubili słuchać szczebiotania takich, albo po prostu sami uwielbiali od siebie dać 200% już na samym początku. Nie wyjdzie to nie, mogą się spakować ze swoimi zabawkami z piaskownicy i uciec na wypizdowo górne. Albo dolne - w zależności od preferencji. Uciec w każdym razie. U aurorów było o to ciężej siłą rzeczy. Tajemnice musiały być tutaj odpowiednio bronione i kryte, obowiązywała ich też jakaś etyka zawodowa, może to kwestia lat pracy w gównie, a może jeszcze coś innego. Tak czy siak człowiek im więcej widział i im więcej doświadczał tym bardziej potrafił być oddalony od innych. Żeby stawać naprzeciwko okropieństwom, jakie potrafił zrobić tylko człowiek drugiemu człowiekowi trzeba mieć naprawdę silną psychikę. Ci o delikatnej szybko odpadali, najczęściej już w przedbiegach. I oby to było tylko odpadnięcie na tle zawodowym, a nie zbyt długi język, który wepchnie cię do piachu, bo niewłaściwe osoby usłyszały zbyt wiele na twój temat. Tym nie mniej oni tutaj byli partnerami z pracy a nie osobami z zewnątrz. Czy to, że kobieta była tak blisko Brenny znaczyło, że może nie mieć do czynienia z Czarnym Panem? Cholera wie. W zasadzie to Cain był skłonny podejrzewać większość czystokrwistych o konszachty z Voldemortem. Bo naprawdę nie można było zgadnąć, gdzie teraz byli twoi wrogowie.
- Eliksiry na uspokojenie dają sobie czasem radę, ale nie wezmę takiego przed pójściem do pracy. - Jeszcze jak siedzieli w biurze to pal licho, najwyżej będzie wolniej myślał i działał w slow motion. Natomiast zakładanie, że ciągle będzie się w biurze siedziało było zupełnie dziwne. Tak jak teraz - pojawiała się sprawa i trzeba było na nią iść. Ona nie poczeka sobie do jutra, bo dzisiaj akurat jest gorszy dzień. - Albo właśnie eliksiry na zapomnienie niektórych rzeczy. - Najlepiej jakichś pierdół. Z czasem przychodziła pewna doza akceptacji i zrozumienia dla sytuacji, że to, co stanowi dziurę w pamięci jest błogosławieństwem, a nie czymś, co przeszkadza. - Całe szczęście. Plotkowanie to taki brzydki nawyk. - Ale jaki zabawny! O prawie wszystkich plotkach Cain mówił ze śmiechem i żartem. Prawie wszystkich - bo czasami przechodziły słuchy o naprawdę przykrych wydarzeniach. Ale tych nawet za bardzo nie powtarzał. Ogólnie wolał nie poruszać tematów ciężkich, które były przytłaczające, tylko raczej trzymać się na poziomie porównywalnym do "lekkoducha". - Wytrzymałaś już ze mną ponad dwa tygodnie, to był wręcz mój obowiązek. - Rozumiał, czemu niektórych wkurwiał do punktu, że mieli go dość, tka jak rozumiał, że niekoniecznie każdy byłby w stanie znaleźć wspólny język z Victorią, zniechęcony jej... jakby to określić. Ciągle nie potrafił tego ująć w słowa. Niedostępnością? Nie, to nie to, bo ona wcale nie chciała być niedostępna, od pierwszego dnia nawiązywała relacje. Trudne się wylosowało.
- Albo dużej dozy szczęścia. - Ze strony filozoficznej jeszcze się poznać nie dała, ale to również były mądre słowa - i bardzo trafne. - Jak bardzo ufasz ludziom podczas śledztwa? - Zadał pytanie apropo tego, że każdy ma swój styl, swoje metody - tak, to prawda. Dlatego może i się zaśmiał, ale dobrze to ujęła. Sam chciał zobaczyć, jak lubi działać Victoria i czy woli prowadzić, czy może raczej być wycofana jeśli chodzi o zbieranie dowodów prosto od ludzi, nie w szukaniu ich w terenie.
- Nie, akurat nie piszę, ale mógłbym. - Popukał palcem w skroń. - Tak naprawdę to uważam to za bardziej niewdzięczną robotę niż Brygadziści. - Bo to była niewdzięczna praca, w której chciałeś pomagać ludziom, ale ludzie niekoniecznie byli chętni, żeby tak szybko pomóc tobie.
RE: [19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Victoria Lestrange - 26.10.2023
To była prawda, byli ludzie, którzy potrafili się zupełnie obcym, nowo poznanym przed pięcioma minutami osobom zwierzać z całego swojego życia. Co jedli, co robili, z kim sypiali… Dla Victorii to były ostrzegawcze znaki, które krzyczały z daleka „wariat, uciekać!!”, bo sama ceniła sobie swoją prywatność (duuh) i nie wyobrażała sobie, by mówić takie, ale i tez mniej intymne rzeczy komuś, z kim naprawdę dobrze się nie znała. Zdecydowanie potrzebowała czasu by rozwinąć skrzydła i otworzyć się na drugą osobę, a ci, co tak wręcz zalewali innych swoim życiem… Powinni znaleźć kogoś, kogo to bawiło, bo to nie była ona. I Cain chyba też nie, a przynajmniej zupełnie nie sprawiał takiego wrażenia. Nie był przy tym zamknięty i nie wywiesił sobie na czole kartki z treścią „nie mów do mnie, nie interesujesz mnie i daj mi spokój”, więc to już był jakiś tam start… Natomiast Victoria sama miała już pewne podejrzenia, biorąc pod uwagę, jak mało aurorów i brygadzistów wysłano do obstawienia sabatu – że w Ministerstwie nie dzieje się zbyt dobrze i… że niekoniecznie wiadomo komu ufać. Bezpieczniej byłoby więc założyć, że nikomu, więc wysokie mury oklumencji były tutaj jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że była jedną z Zimnych, tych którzy stanęli przeciwko Voldemortowi… To już samo w sobie mogło wysyłać pewne sygnały różnym ludziom.
– Tak… rozumiem – powiedziała w zastanowieniu, kiedy mówił o eliksirach uspokajających. Kiedy sięgała pamięcią w niedaleką przeszłość, to sama pracowała jakiś czas nad takim bardzo konkretnym eliksirem zapomnienia… – Jakiś czas temu ktoś poprosił mnie o takie eliksiry. Takie, żeby wymazywać ostatnią godzinę, albo trzy z pamięci – i musiała się trochę nagimnastykować żeby osiągnąć zamierzony efekt. – O takie coś chodzi? – zapytała, patrząc na Caina. Nie oceniała tego, ani jego, bo nie miała w zwyczaju robić takich rzeczy. Zwykle daną sytuację rozpracowywała i starała się zrozumieć na logikę, na chłodno… Może to przez to ludzie mieli ją za taką chłodną. Teraz to była zimna nawet dosłownie.
– Prawda? – zapytała, choć oczywiste chyba było, że to pytanie retoryczne. – Mam nadzieję, że ty też zostawisz sobie moją przypadłość dla siebie – nie powiedziała tego wtedy, bo wydało jej się to oczywiste, ale skoro teraz wyszła taka prośba od niego… – A jeśli już opowiedziałeś połowie biura to spotkamy się pojutrze na uklepanej ziemi – tak, to był żart. Powiedziany z kamienną twarzą. – Czyli co, idziemy na rekord? Ile muszę przebić? – czy może dwa tygodnie to było już nadto i zdążyła się wysunąć na prowadzenie? – Swoją drogą… Dwa dni temu znowu miałam… Epizod – nie wiedziała jak to lepiej nazwać, więc chyba takie słowo byłoby odpowiednie. – Ale tym razem już nie chciałam nigdzie iść – za to mieszały jej się osoby.
– Albo dużej dozy pecha dla tych drugich – odparowała bez zawahania. Szczęście… Nie była pewna, czy w nie wierzyła. Może jej romantyczna strona duszy trochę tak. Ta druga, ta racjonalna, uważała, że to splot wydarzeń, decyzji dobrych i złych, a także kalkulacji. – A to akurat zależy. Pytasz o ludzi trzecich, czy tych z którymi prowadzę sprawę? – bo odpowiedzi mogły się drastycznie różnić. Natomiast na pewno lubiła badać otoczenie, wyciągać wnioski na podstawie własnych obserwacji i wiedzy, jaką posiadała.
– Mmm… zależy od intencji, tak bym powiedziała. Są tacy dziennikarze, pisarzyny – szumowiny – którzy tylko czekają, żeby obsmarować w gazecie i przekręcić słowa, albo wyrwać je z kontekstu.
RE: [19.05.1972, Biuro Aurorów] Brać się do roboty - Cain Bletchley - 27.10.2023
Sposoby na zapominanie... Tak jak ta tona dokumentów, którą przeglądali w ostatnich dwóch tygodniach. To nie było potrzebne do zapamiętania. Robiło się człowiekowi lepiej, kiedy cały szmat tych dokumentów można było wyrzucić z pamięci, te ciągi cyfrowo-literowe. Co innego takie papiery, które mogły się im teraz przysłużyć. Bardzo wygodnym więc było udać się do Lecznicy Dusz i po prostu zapomnieć tego, czego nie potrzebowałeś. Albo łyknąć eliksir, która kasował te trzy godziny wstecz. Kiwnął głową.
- Mhm. O takie chodzi. - Gdyby wynaleźli eliksir, który mógłby kasować tylko to, co chcesz wykasować - to dopiero byłoby wygodne! Mówisz sobie: a chcę zapomnieć o dzisiejszym spacerze, pracy, ale zostawiam to, co się działo w pamięci. Następne mrugnięcie - pyk! Nie ma niepotrzebnego balastu. Problem z chętnym usuwaniem rzeczy z głowy pojawiał się inny. Taki, który sprawiał, że stawało się to wręcz bardziej kuszące od narkotyków. Chciało się więcej. Chciało się uwolnić bardziej, rozluźnić, zapomnieć tego, co złe, albo o tym, co było dobre kiedyś... na przykład o miłości, złamanym sercu i tęsknocie. Lecznica Dusz mogła to z ciebie wyciągnąć. Tylko kim potem byś się stał? Czy nadal tą samą osobą, czy może byłbyś już upośledzony do pewnego stopnia? Grzebanie w ludzkiej głowie było trudne. Ale nikt jeszcze nie wynalazł leku na wyjęcie uczuć z serca.
Do ludzi przemawiało bardziej to - emocje. Język emocji. Ich obrazowanie, nie chłodna logika. Czy jednak Victoria wykazywała się takim logicznym chłodem? Wydawała się właśnie raczej osobą emocjonalną, tylko nie potrafiła tego wyrazić. To jest - dla niej to była oklumencja, z perspektywy Caina, który z oklumentami miał do czynienia, wyglądało jak wstyd przed wyrażeniem siebie, albo strach, może niepewność czy się zostanie zaakceptowanym. W każdym razie nie miał jej za osobę kierującą się logiką. Logicznie myślącą, analizującą - tak, ale nie za taką, dla której ta logika była wyznacznikiem podążania. Z tym, że niewiele ogólnie mógł o niej powiedzieć, bo może taka była, ale wobec niego, chcąc się zakolegować, pokazywała się właśnie z tej bardziej sympatycznej strony.
- Zdziwiłabyś się, jak dobry jestem w przechowywaniu tajemnic. - Puścił jej oczko z uśmiechem, nie czując że to brak zaufania z jej strony, że w ogóle o tym wspomina. Owszem, nie musiała, odnotował to, że zrobiła to dopiero teraz, nie wcześniej, ale to dobrze, że to zrobiła. To pozwalało mieć tą czystą sytuacje. Słowa się rzekły, teraz już nie można było nawet zgrywać głupa z "ale nie mówiłaś, że mam nic nie mówić!". Nie to, że zamierzał. Bo nie zamierzał. Chociaż też na ten przykład - nie wiedział, że to jest wielka tajemnica, więc nawet jakby nie chciał to mógłby komuś powiedzieć po prostu wspominając w zwykłej rozmowie. Takie sytuacje klarowały pewne rzeczy.
Aaach, męski bokser - popularne sformułowanie dla mężczyzny, który uderzył kobietę. Albo ładne określenie na bycie chujem? Jakoś tak. Przeszło mu to przez myśl, kiedy wspomniała o ustawce za garażami, na co uśmiechnął się z rozbawieniem i uniósł brwi na drobny moment.
- Miesiąc. - Po miesiącu już jego partner się poddał, bo i też trochę ostrzej go miesiąc zweryfikował. I może Cain był trochę mniej przyjemny, bo tak po prawdzie również nie bardzo uważał, żeby "byli sobie pisani". - Nie jesteś chociaż w tym sama? Bo to było najważniejsze - jeśli masz przy sobie kogoś, kto ci pomoże, kto cię potrzyma to cała reszta się naturalnie układała.
- Pytam o ludzi, którzy są uwikłani w śledztwo i przedstawiają się jako ofiary, świadkowie albo... podejrzani. - Jak wiele można wziąć "na słowo"? Cain mógł bardzo szybko zazwyczaj powiedzieć, czy ktoś kłamie czy też nie, ale to były ostateczności, żeby to orzekać od pstryknięcia palcem. Gdyby tak wypalał od razu to jego tajna broń nie byłaby taka tajna. Bronie zaś miały to do siebie, że łatwo się zwracały przeciwko tobie. Wystarczyła nieodpowiednia dłoń zaraz obok ciebie.
- Pani przodem. - Poczekał, aż przejdzie do kominka - i zamierzał przenieść się tuż za nią.
Koniec sesji
|