Secrets of London
[październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła (/showthread.php?tid=2199)

Strony: 1 2


[październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Brenna Longbottom - 04.11.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III

- Cześć, Leon. Masz jakiś pomysł, jak zamknąć światło w dyni?
Październik tego roku charakteryzował się dość zmienną pogodą, a tego popołudnia, tuż przed Halloween, jesień śniła chyba o lecie, bo niebo było błękitne, nie wiał wiatr i uczniowie wylegający gromadnie na dziedziniec oraz błonia nie potrzebowali nawet płaszczy. Brenna też wyległa nad jezioro, gdzie rozłożyła się na trawie z...
...kilkoma dyniami oraz nożem.
Czekała na znajomych, którzy akurat mieli jeszcze zajęcia, ale nie oznaczało to, że nie mogła zacząć sama. Klęczała więc teraz pośród traw, z wprawą nieco niepokojącą operując ostrzem, wyrzucając "wnętrzności" dyni do naszykowanej miski, a wokół niej poniewierały się strzępy twardej skórki. Rzecz jasna mogłaby to wszystko zrobić za pomocą różdżki, ale gdzie w tym wszystkim byłaby cała zabawa? Nie była najlepszą rzemieślniczką, więc szło powoli. Umiała jednak radzić sobie z ostrzami, więc na razie nie pocięła siebie, a dynie, co już klasyfikowało się w kategorii sukcesu.
Przygotowania do Halloween szły pełną parą.
Kiedy dojrzała Leona, uniosła rękę - tę, w której trzymała nóż, bo w drugiej miała wielką dynię - i pomachała do niego, by zwrócić na siebie uwagę. Był rok starszy, może przerabiali już jakieś zaklęcia, których na piątym roku jeszcze nie mieli?
- Chcę je postawić na parapetach naszego dormitorium. I dać jedną do dormitorium Mav, i do dormitorium Nory i Dani, i do dormitorium Tori i Cyny... chociaż one to chyba nie mają parapetów, ale może zostawią go na środku Pokoju Wspólnego i kogoś tak nastraszą... i do dormitorium chłopców... - zapowiedziała od razu, a te wyliczenia wyjaśniały, dlaczego wokół Brenny znajdowało się aż piętnaście dyń różnych rozmiarów, kształtów i kolorów. Jedna z nich została już wydrążona i szczerzyła zęby w upiornym uśmiechu.
- Ale efekt nie będzie pełny, jeśli to nie będzie latarnia. Lumos nie zadziała, myślałam o świeczce, ale wtedy musiałabym wyciąć też górę, żeby wylatywał dym – dodała, obracając wycinaną dynię w stronę Bletchleya, by mu ją zademonstrować. – Jak ci się podoba?


RE: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Leon Bletchley - 05.11.2023

Cześć, Brenna. Tak się składa, że mam. — Po tym jak został przywołany przez Brennę, postanowił do niej nieśpiesznie podejść. Powitał siedzącą w otoczeniu dyń Brennę z wesołym uśmiechem. Nawet niewielki wysiłek fizyczny przy jego chorobie nie był wskazany, na domiar on wywoływał u niego problemy z oddychaniem. Powolne spacery przy zachowaniu przez niego wymaganej ostrożności działały na niego korzystnie - była to namiastka normalnego życia, którego przecież nie chciał spędzić w zamknięty w murach, w czterech ścianach domu.

Dlatego tego październikowego dnia, podobnie jak większość uczniów Hogwartu, opuścił mury zamku. Powoli przysiadając obok jednej z dyń mógł przez chwilę odpocząć, choć to nie sprawi, że przestanie odczuwać zmęczenie i czuć osłabienie. W przeciwieństwie do wszystkich przebywających nad jeziorem, nie rozstawał się z płaszczem przewieszonym przez lewe ramię. Potrafiło mu się zrobić zimno w ciągu paru chwil i dlatego wolał mieć pod ręką dodatkowe okrycie wierzchnie. Podawanie komuś ręki na powitanie często było źródłem lekkiego dyskomfortu dla niego i witanej przez niego osoby, bo miał chłodną w dotyku skórę.

Leon uwielbiał Noc Duchów. Na czas Halloween jego dom rodzinny w Dolinie Godryka zostawał odpowiednio udekorowany - pojawiały się wydrążone dynie, zaczarowane nietoperze i podawano między innymi dyniowe paszteciki. Nie różniła się wiele od tej obchodzonej w Hogwarcie - brakowało jedynie duchów, których jego matka nie wywoływała w tym szczególnym czasie. Obserwowanie operującej nożem Brenny podczas rzeźbienia w dyni przywoływało wspomnienia wszystkich poprzednich Nocy Duchów i wywołało u niego szczery uśmiech. Rozważał zaoferowanie pomocy swojej koleżance w wycinaniu kształtów w dyni, w duchu licząc się z odmową z jej strony. Choroba, z którą się zmagał, nie była żadną tajemnicą. Jakakolwiek odmowa nie należała do rzeczy miłych.

Uważam, że to doskonały pomysł. Przez poustawiane przez ciebie dynie ta Noc Duchów będzie jeszcze straszniejsza. — Pochwalił swoją koleżankę za ten pomysł. — Chcesz sama wydrążyć te czternaście dyń? — Zapytał po chwili, z nieukrywanym zainteresowaniem. Wykonanie łącznie piętnastu lampionów bez magii zajmie jej trochę czasu.

Stosowanym w mojej rodzinie sposobem jest zimny, magiczny ogień. Wygląda jak prawdziwy, świeci równie jasno, tyle że nie parzy i nie tworzy dymu. W pełni bezpieczny. Możesz nawet zamknąć je w słoiku. — Przedstawił Brennie sprawdzony sposób na uczynienie z dyni lampionów. Wystarczyło wsunąć koniec różdżki do wnętrza wydrążonej dyni i wytworzyć za pomocą magii takie płomienie. — Nie widziałem bardziej upiornej dyni i gdybym zobaczył taki lampion w środku nocy schodząc do pokoju wspólnego to bym się przestraszył. — Wyraził swoje zdanie odnośnie dyni, uznając ją za idealną pod każdym względem. Brenna wiedziała, co robi.

Chcesz dyniowy pasztecik? Otrzymałem dzisiaj paczkę z domu. — Zaproponował Brennie poczęstunek w postaci dyniowych pasztecików, będących jedną z wielu otrzymanych w paczce pyszności. Paczka zawierała także świece rytualne i kadzidła, zapas ulubionej herbaty liściastej. Nie mogło zabraknąć listu.




RE: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Brenna Longbottom - 05.11.2023

Brenna uwielbiała Halloween (czy też Samhain), ale uwielbiała też Yule, Lithę i właściwie każdą okazję do świętowania czegokolwiek. Przepadała za przygotowywaniem dekoracji, nawet jeżeli nie miała do tego jakiegoś wielkiego talentu – liczyła się w końcu sama zabawa.
– O, świetnie. W takim razie siadaj tutaj grzecznie i zaraz się dziel pomysłem, żebym nie musiała wyciągać tego z ciebie siłą – zarządziła, mierząc chłopaka spojrzeniem. Chociaż wciąż się uśmiechała, wzrok miała czujny, bo z Leonem nigdy nie było wiadomo, czy zaraz nie padnie bez życia. No dobrze, bez sił, bez życia to jeszcze nigdy nie padł, ale Brenna wolała, żeby bez sił też nie padał. Ostatecznie był chłopcem, i mimo tego, że ona – w przeciwieństwie do niego – mogła poszczycić się ponad przeciętną kondycją fizyczną, którą zawdzięczała zamiłowaniu ojca do uczenia córki walki i własnej słabości do łażenia po drzewach, to transportowanie go do skrzydła szpitalnego nie należałoby do zadań prostych.
– Ależ skąd, najlepsza część zabawy to robienie takich rzeczy razem. Czekam aż skończą się zajęcia z wróżbiarstwa dla mojego roku i zielarstwo dla czwartego, dziewczyny mają mi pomóc – oświadczyła. Brenna tak naprawdę w Hogwarcie rzadko bywała sama dłużej niż przez kilka chwil. Nie dlatego, że była jakoś szczególnie rozchwytywana, ale że sama bezczelnie rozchwytywała innych, bez większych oporów dosiadając się do znajomych na błoniach, proponując wspólną naukę, wyciągając przypadkowe osoby do Hogsmeade albo oświadczając znajomym, że może po zajęciach… tak, pomogą jej wydrążać dynie.
– Och, nie musi być straszna. Musi być… ciekawa. I ładna. I oczywiście, pełna pysznego jedzenia, tak? – powiedziała z pewnym namysłem. Nie uważała, że dynie są szczególnie straszne, może dlatego, że wychowywała się w końcu w czarodziejskiej rodzinie. Ale już naprawdę uwielbiała to, jak wyglądały w ciemnościach.
– Jak często trzeba je odnawiać? Myślisz, że wytrzymają jakiś czas? – spytała, bo w końcu magia nie była trwała. A potem odłożyła nóż i bezceremonialnie wepchnęła Bletchleyowi w dłonie tę już wydrążoną dynię. W porządku, chłopak może i szybko się męczył, ale przecież mógł rzucić parę zaklęć, prawda? Poza tym nie zamierzała traktować go jak jakiegoś kaleki. – Dawaj ten zimny ogień, zobaczymy, jak będzie wyglądał w środku. Tylko na głos proszę, chcę inkantację, taki ogień brzmi jak coś, co mi się może bardzo przydać – zażądała, przechylając się, by spojrzeć, jaki ruch różdżką wykona Leon, przy rzucaniu zaklęcia. – Oj, dzięki, ale mam zasadę: nie jem nic dyniowego na tydzień przed Halloween. Żeby mi sok dyniowy i paszteciki nie obrzydły do trzydziestego pierwszego. Bo jutro to mam zamiar się nimi opychać. I to tak bez opamiętania.


RE: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Leon Bletchley - 05.11.2023

Leon, podobnie, jak jego rodzina starała nie omijać wszystkich sabatów. Jako mieszkańcy Doliny Godryka byli istotną częścią powstałej tam społeczności. Starał się w tych wszystkich świętach znaleźć coś dla siebie, czerpiąc samemu radość z przygotowań, z korzystania z większości dostępnych tam atrakcji w postaci powolnego chodzenia od straganu do straganu w towarzystwie przyjaciół albo rodziny, mających na niego oko na wypadek gdyby poczuł się gorzej.

Nie śmiałbym tego ukrywać przed tobą. — Odparł z uśmiechem, postanawiając wypełnić wydane mu polecenie. Ostatecznie usiadł po turecku, rzucając swój płaszcz na trawę. Znał to czujne spojrzenie, przez tyle lat zdążył do niego przywyknąć. Nie odbierał tego jako nic złego. Nie wzbudzało to w nim irytacji albo nawet złości, jakie był w stanie odczuwać kiedy ktoś z zamiarem dopieczenia mu będzie nazywać go kaleką. To ostatnia rzecz, której zawsze potrzebował. Zdawanie sobie sprawy z własnej niepełnosprawności to jedno, bycie nazywanym przez rówieśników w ten sposób to drugie. Po prostu Brenna nie była taką osobą, co bardzo dobrze o niej świadczyło.

Z tym akurat się zgadzam. Zainspirowałaś mnie do zrobienia kilku dekoracji do dormitorium swojego domu. Dotrzymam ci towarzystwa do ich przyjścia. — Podczas rozmawiania z nią wpadł na pomysł porozwieszania wyczarowanych pajęczych nici i umieszczenia zaczarowanych nietoperzy. Zakończył już swoje zajęcia na dzisiaj i pozostawało mu do napisania dwa wypracowania. Wykładane przez jego mamę wróżbiarstwo nie było przedmiotem obowiązkowym. Niektórzy nie uczęszczali na zajęcia z tego przedmiotu nie traktując go poważnie i woląc przeznaczyć ten czas na bardziej produktywne zajęcia. Jak chociażby wydrążanie dyń.

Będąc synem profesor wróżbiarstwa starał się nie poruszać tego tematu ze względów światopoglądowych - dywinacja stanowiła jego dziedzictwo. Sam wierzył, że ich przyszłość została już ukształtowana, że zajrzenie w głąb filiżanki po herbacie i poprawna interpretacja widocznego tam symbolu, rozłożenie przed kimś kart tarota pozwoli na poznanie przyszłości i uzyskanie odpowiedzi na istotne pytania odnośnie swojego życia. Nie brakowało osób myślących inaczej od niego. Nie chodziło o to, aby się z kimś poróżnić, ale o to aby akceptować tego typu różnice.

Taka też powinna być. Za nic nie mógłbym przegapić świątecznej uczty. — Zdaniem Leona coroczne obchody Nocy Duchów w Hogwarcie nie miały sobie równych i każdy znajduje w niej coś dla siebie. W Samhain granica między światami stawała się cienka, o czym w końcu został uświadomiony. Sama w sobie Noc Duchów jako okazja do spędzania czasu z przyjaciółmi i wzięcia udziału w prawdziwej uczcie, zakończonej spektaklem organizowanym przez hogwardzkie duchy była niezwykła.

Hm... powiedziałbym, że rozsądnie będzie raz na tydzień odnowić zaklęcie. W domu takie lampiony paliły się tygodniami, więc powinny. — Zasugerował swojej przyjaciółce kontrolowanie raz w tygodniu czy ogień nie przygasa albo czy całkiem nie wygasł. Jego rodzice byli dorosłymi czarodziejami, absolwentami Hogwartu i z tego względu potrafili rzucać znacznie potężniejsze czary od niego. Praktyczna nauka magii nie była jego mocną stroną i musiał wkładać znacznie więcej pracy od innych uczniów.

Nie spodziewał się tego, że Brenna bezceremonialnie wepchnie mu w dłonie tę dynię. Gdy minęło już pierwsze zaskoczenie, uśmiechnął się rozumiejąc czego Brenna od niego oczekuje. Z spełnieniem jej prośby nie będzie mieć problemu, w końcu to nie wymagało od niego nakładów pracy fizycznej.

Tylko sięgnę po różdżkę. — Wypowiadając te słowa położył dynię przed sobą, odwracając ją upiorną twarzą bokiem tak aby była dobrze widoczna dla niego i Brenny. — Najpierw ruch. — Zaprezentował powoli swojej przyjaciółce cały ruch różdżką, a dopiero potem wypowiedział na głos całą inkantację. Dopiero po tym małym pokazie wykonał obie te czynności w tym samym czasie, wsuwając koniuszek różdżki przez imitującą oczodół dziurę. Wydrążone wnętrze dyni jasno zapłonęło jakby ktoś tam umieścił zapaloną świeczkę. Nie obawiając się poparzenia, odwrócił dynię w stronę Brenny.

Co o tym myślisz? — Zapytał chcąc poznać jej opinię w sprawie zastosowania tego zaklęcia do rozświetlenia wnętrza dyni. Mogło to być tym, czego dokładnie potrzebowała albo finalny efekt nie spełni oczekiwań Gryfonki.

Bardzo słuszna zasada. Od następnego roku może sam ją wprowadzę. Ja mam zamiar opychać się nimi i pozostałymi pysznościami dopóki nie opadnę z sił. — Zdecydowanie powinien rozważyć wprowadzenie podobnej zasady. Zażartował w ten sposób, wiedząc że zwykle dopisywał mu apetyt i nie był to żaden wysiłek fizyczny. Po tak obfitej uczcie będzie w stanie dotrzeć tylko do pokoju wspólnego i zająć jeden z foteli.




RE: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Brenna Longbottom - 06.11.2023

Brenna nie była całkowicie lekceważąca wobec wróżbiarstwa. A już na pewno nie wobec jasnowidzenia. Nie chwaliła się tym na prawo i lewo – i zasadniczo na tym etapie jej życia wiedzieli o tym rodzice, wuj i starszy brat – ale sama była widmowidzem, a jej kuzynka dostrzegała aury. I chociaż w to, że ktoś widzi przeszłość albo teraźniejszość łatwiej było uwierzyć niż w zobaczenie przyszłości… to tego nie wykluczała.
Chociaż nie. Nie wierzyła, że przyszłość wykuto w kamieniu. W to chyba nigdy nie miała uwierzyć.
– Tygodniami? Może czymś je wzmocnili? – zastanowiła się na głos, po czym sięgnęła po dynię, do której środka Leon wsypał iskrzące się, zimne ogniki. – Ale mnie doba spokojnie wystarczy – oświadczyła i uśmiechnęła się z satysfakcją, bo efekt był mniej więcej taki, jakiego oczekiwała. No, może wolałaby, żeby zamiast błękitnawe były bardziej pomarańczowe, pod kolor dyni, ale z tym mogła poeksperymentować później. Transmutacja i kształtowanie dawały całkiem duże możliwości.
Odstawiła ostrożnie dynię i sięgnęła po własną różdżkę, aby powtórzyć zaklęcie, rzucone przez Bletchleya. Wycelowała w tę drugą dynię – tę, nad którą przed chwilą „pracowała”. Jeszcze nie dokończyła jednego oka, ale dynia szczerzyła się już w uśmiechu i spoglądała na świat jednym okiem, a jej miąższ został przeniesiony do miski. Za pierwszym razem nic z tego nie wyszło, za drugim z różdżki posypały się tylko iskry, ale przy trzeciej próbie Brennie udało się rzucić zaklęcie poprawnie.
– Jest świetnie – oceniła z zadowoleniem. – A jak chcesz udekorować wasze dormitorium, to idealnie. Trzymaj, wycinaj, możesz różdżką, będzie łatwiej, możesz ją sobie wziąć, ja jak coś załatwię sobie więcej, ale mam tutaj i tak sporo zapasowych… – oświadczyła, wybierając jedną z mniejszych dyni, by chwilę później wcisnąć ją w ręce Bletchleya. Dobra, noża nie dałaby mu do ręki, niekoniecznie z powodu choroby, ale po prostu Brenna, odkąd gdy mając jakieś dwanaście lat odkryła, że nie każdy dostawał od taty drewniany miecz na urodziny, i niektórzy mogą sobie zrobić krzywdę za pomocą ostrza, zrobiła się nieco ostrożna z ofiarowywaniem innym takich rzeczy. Za dobrze pamiętała, jakie to przyniosło rezultaty, kiedy chciała pokazać sztylet kuzynce. W każdym razie, rzucając zaklęcia cięcia nie powinien się zmęczyć, a nie był małym chłopcem, który nie może utkać jednego czaru, prawda?
– Ja nie – oświadczyła jeszcze zdecydowanie na jego słowa odnośnie tego, że zamierza opychać się aż opadnie z sił. Znów sięgnęła po nóż i pochyliła się nad dynią, aby w skupieniu zabrać się za wycinanie brakującego oka. – Bo nie ma mowy, żebym opadła z sił od pysznego jedzenia, a jestem pewna, że będzie pyszne jedzenie. Nie mogę doczekać się pieczeni. Pieczeń w Hogwarcie jest najlepsza na świecie. Zastanawiałam się, czy się za coś nie przebrać na ucztę, za jakiegoś potwora albo coś takiego, ale w sumie to moja ciocia zawsze mówi, jak widzi mnie rozczochraną, że mogłabym grać u Selwynów potwora bez charakteryzacji, więc chyba po prostu się nie uczeszę – plotła, trochę od rzeczy, jak to dość często się jej zdarzało, jednocześnie manewrując nożem nad dynią.


RE: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Leon Bletchley - 10.11.2023

Tak. To całkiem możliwe, moi rodzice są znacznie lepszymi czarodziejami ode mnie. — Przyznał z dozą zakłopotania, wywołanego przez to, że opanowanie praktycznej magii nie przychodziło mu z łatwością i wymagało od niego włożenia w to znacznie więcej wysiłku. Poza tym to było oczywiste, że dorośli czarodzieje będą znacznie lepsi w posługiwaniu się magią od ucznia Hogwartu. Nie można było być dobrym we wszystkim. Nie oznaczał to, że nie chciał tego zmienić i być dobry w większości dziedzin magii. — Dobę z pewnością wytrzyma. — Zapewnił ją, również się uśmiechając. Jemu podobał się ten efekt niebieskich płomieni we wnętrzu dyni, gdyż przywodził na myśl uwięzionego tam ducha. Nie był to jednak standardowy kolor płomieni w halloweenowym lampionie i zdecydowanie należałoby coś z tym zrobić, tak aby płomienie zamknięte we wnętrzu wydrążonej dyni nie były upiornie błękitne.

Obserwował Brennę kiedy ostrożnie odstawiała dynię, jak również podczas pierwszych prób rzucania tego zaklęcia. Nie był zaskoczony tym, że za pierwszym razem nic z tego nie wyszło i za drugim, kiedy zdołała wykrzesać z różdżki zaledwie iskry. Za trzecim razem, gdy rzuciła poprawnie zaklęcie, zaklaskał krótko w dłonie. Również cieszyło go to, że zaprezentowane przez niego zaklęcie spełniło oczekiwania jego przyjaciółki. Na tym akurat mu zależało.

Cieszę się, że mogłem Ci pomóc. — Przyznał z nie mniejszym zadowoleniem. Była to drobnostka, jednak on lubił pomagać ludziom ilekroć miał ku temu okazję i nie przekraczało to jego możliwości. — Już się za to biorę. Dzięki za dynię, z chęcią ją wezmę. Postawię ją na stole w pokoju wspólnym albo na parapecie sypialni. — Odparł z uśmiechem, biorąc w dłonie wciśniętą mu mniejszą dynię. Posługując się różdżką zaczął wycinać w niej prawe oko. Wrzucał miąższ do miski. Zdecydowanie to było prostsze, niż operowanie nożem. Liczył się efekt, a ten jak na razie uważał za całkiem zadowalający.

Jak chcesz się pobawić podczas Nocy Duchów to z przyjaciółkami możecie na przykład zagrać w wyławianie jabłek z wody bez użycia rąk. Podobno kto nie uszkodzi owocu będzie mieć szczęście przez do następnej Nocy Duchów albo spróbować zjeść na czas zawieszone na sznurku pączki. Butelki po soku dyniowym doskonale sprawdzają się jako kręgle, które możecie zbijać jedną z dyń. — Zasugerowane przez niego zabawy mogły wydawać się głupie, ale on akurat lubił robić tego typu rzeczy. Było sporo przy tym zabawy i będzie musiał iść do kuchni po jabłka i pączki dla śmiałków chcących spróbować swoich sił w tych jakże poważnych konkurencjach. Znał też kilka prostych zabaw mogących imitować wróżby.

Nabrałem teraz apetytu na tę pieczeń. Moim zdaniem powinnaś się przebrać. Nieuczesana mogłabyś być na przykład morską wiedźmą, wplotłabyś we włosy wysuszone skrzeloziele, jakieś wodorosty i zdobyła odpowiedni kostium. Ja mógłbym się przebrać za wampira, nie byłoby to skomplikowane przebranie w moim przypadku. — Tym sposobem pieczeń trafi na jego talerz podczas nadchodzącej uczty. Noc Duchów była raz w roku i zdecydowanie można było zaszaleć i pojawić się na uczcie w przebraniu zamiast w szkolnym mundurku. Podobała mu się koncepcja Brenny jako morskiej wiedźmy. Gdyby miał się przebrać za wampira to nie wymagałby przesadnej charakteryzacji. Znacznie więcej roboty byłoby z transmutowaniem szat aby pasowały do koncepcji stroju. Rozmawiając z nią zaczął wycinać różdżką drugie oko. Został jeszcze wyszczerzony uśmiech.




RE: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Brenna Longbottom - 11.11.2023

- Prawdopodobnie dlatego oni są "w pełni wykwalifikowanymi czarodziejami", a my tylko uczniami, którzy wciąż muszą odrabiać tonę prac domowych - skwitowała Brenna. Z dużą dozą prawdopodobieństwa nie była tak utalentowana jak jej ojciec, mistrz pojedynków i matka, w szkole niewątpliwa gwiazda każdych zajęć z transmutacji. Na swoim obecnym etapie życia Brenna jednak niezbyt się tym przejmowała, całkiem zadowolona z szeregu zadowalających, jednego PO i tego upragnionego W z obrony przed ciemnymi mocami. Frustracja własnymi porażkami i brakami miała pojawić się u niej dopiero za kilka lat.
- Niebieskie światła będą pasowały do Krukolandu. Wasz pokój wspólny nie został udekorowany? W naszym skrzaty zostawiły trochę świec. Co chyba było złym posunięciem, bo chłopcy zrobili sobie zabawę z lewitowania ich po całym pokoju i w końcu musiałam ich ochrzanić, jak omal nie podpalili włosów Emilli Yorkins. Widziałam, że wasz opiekun już dekoruje wielką salę. Ciekawe, czy w tym roku wymyślą coś nowego czy będzie tak jak w zeszłym? Podobno duchy mają dać koncert, ale nie jestem pewna, jak miałyby to zrobić, no bo... chyba nie istnieją duchowe instrumenty? W sensie, przecież nie dotkną takiego bębna. Albo skrzypiec - paplała Brenna beztrosko, po czym obejrzała wydrążoną przez siebie dynię krytycznie, odstawiała ją na bok i sięgnęła po kolejną. Zaczęła od odcięcia góry, przez którą chciała usunąć miąższ, a potem z powrotem ten ucięty fragment położyć na szczycie.
- Brzmi jak coś, na co może dadzą mi się namówić tylko Gryfoni - roześmiała się Brenna. Nie widziała ani Cynthii, ani Victorii, ani Castiela czy Idy, dających się wplatać w wyławianie jabłek z wody. - Ale konkurs z pączkami jest bezsensu, każdy przecież wie, że bym go wygrała - oświadczyła z pewnością siebie. Jeśli szło o jedzenie... gdyby Brenna nie była tak aktywna, prawdopodobnie już osiągnęłaby kształt kuli, biorąc pod uwagę, jak chętnie jadła, i to często niezdrowe rzeczy.
- Jasne, ale skąd miałabym wziąć skrzeloziele? Sugerujesz prefektowi włamanie do pracowni eliksirów? Nieładnie - powiedziała i pogroziła mu żartobliwie... nie, nie palcem. Nożem, bo miała zajęta rękę. Z boku mogło to wyglądać, jakby działała poważnie, ale minę miała przy tym iście komiczną, a nóż zaraz znowu zagłębił się w dyni. - Poza tym bardziej pasowałaby do mnie wiedźma leśna, tak myślę. Ciocia Eva nawet już mówiła, że jak nic skończę jako stara, samotna baba w Kniei, więc przygotowywałabym się na nieuchronną przyszłość.
Głos Brenny brzmiał bardzo pogodnie, najwyraźniej więc albo nie wierzyła w te ponure przepowiednie, albo była za młoda, aby przejąć się tym, że coś takiego ją miałoby kiedyś spotkać.[/b]


RE: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Leon Bletchley - 16.11.2023

Oni też kiedyś byli uczniami, którzy musieli odrabiać tonę prac domowych. Chciałbym okazać się tak wprawnym czarodziejem jak oni.— Leon doskonale wiedział, że nikt nie rodził się w pełni wykwalifikowanym czarodziejem, tylko się nim staje w trakcie kształcenia się w szkole magii i czarodziejstwa. Już teraz zdawał sobie sprawę ze wszystkich swoich braków, wkładając ogrom pracy w ich wyrównanie i nie pozostawiało złudzeń, że będzie przeciętnym czarodziejem. Również niedane będzie mu osiągnąć sukcesu w sporcie ani nie zostanie szkolnym prefektem naczelnym, co ma związek z jego chorobą. Pod tym względem byłby najmniej skutecznym prefektem. Nie znaczy, że nie byłoby wspaniale pełnić tak odpowiedzialną funkcję podczas nauki w Hogwarcie.

Te latarnie będą wspaniale wyglądać w naszym pokoju wspólnym. Wiesz, w nocy jedynymi źródłami światła jest kominek i upstrzony gwiazdami sufit. Na razie nie. Jeszcze jest trochę czasu na właściwe udekorowanie go. Skrzaty chciały dobrze, problem w tym że twoi koledzy wpadli na głupi pomysł. Na szczęście zapobiegłaś tragedii. Jest w swoim żywiole. Ostatnio nawet Szara Dama pomagała znaleźć naszemu opiekunowi domu część zaginionych dekoracji. Podobno ma być coś nowego, więc i koncert jest wielce prawdopodobny. Nie wiem nic o istnieniu duchowych instrumentów, ale... słyszałem od Toby'ego Burrowa, że z jednej komnat w lochach dobiega potworny jazgot jakby ktoś przeciągał smyczkiem po ostrzu piły. — Towarzystwo Brenny sprawiło, że sam rozgadał się podczas operowania różdżką, którą wycinał kształty w dyni. Poproszenie skrzatów o pomoc w udekorowanie pokoju wspólnego Krukonów stanowiło doskonały pomysł. Pokręcił z wyraźną dezaprobatą na pomysł lewitowania świec po całym pokoju wspólnym. Opiekun Ravenclawu zawsze z taką werwą angażował się do dekorowania wielkiej sali. Tego był stuprocentowo pewien, że nie istniały żadne duchowe instrumenty muzyczne, jednak nie mógł zignorować tego, co usłyszał od swojego kolegi. Wypadałoby się temu przyjrzeć i upewnić się, że ten jazgot to nie orkiestra złożona z duchów podczas próby.

Gryfonów nie musiałabyś długo namawiać. — Rozbawiony Leon przyznał rację swojej przyjaciółce. Wychodził jednak z założenia, że mogłaby tylko zyskać gdyby zapytałaby swoich przyjaciół z innych domów. — Chciałbym zobaczyć twoje zwycięstwo w takim konkursie. — Wcale a wcale nie namawiał Gryfonki do zorganizowania tego konkursu i udowodnienia mu tego. Dopingowałby ją albo liczył pochłaniane przez nią pączki.

Pomyślałem właśnie o pracowni eliksirów. Nawet mógłbym zostać twoim partnerem w zbrodni i stać na czatach. Ustalilibyśmy jakieś hasło na wypadek nagłego pojawienia się nauczyciela eliksirów albo woźnego. Na przykład "uciekły mi czekoladowe żaby". — Będąc wciąż rozbawionym wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, nie traktując tych gróźb poważnie. Dobrze ją znał. Nie dokonałby z nią włamania do pracowni eliksirów, bo do tego trzeba było trochę wprawy. Nagły napad kaszlu albo duszności mogłyby zaprzepaścić ten cały plan, gdyby się na to zdecydowali. Za to doskonale nadawałby się do bycia czujką. Jeśli nie byłoby możliwości użycia hasła to mógłby udać, że nagle poczuł się gorzej i potrzebuje zostać zaprowadzonym do skrzydła szpitalnego. Wszyscy profesorowie wiedzieli o jego chorobie i nie mogli nie udzielić mu pomocy. — Jakbyś miała przebrać się za leśną wiedźmę to włamywanie się do pracowni eliksirów nie byłoby konieczne. Wystarczyłoby zebrać trochę liści, drobnych gałązek i mchu. Twoja ciocia tak tylko gada. Jest sposób na to, aby przekonać się, czy jednak ma rację... ale musiałabyś napić się ze mną herbaty. — Zastanowił się nad tym na głos. Wystarczyłoby aby Brenna przeszła się po błoniach. Nieśmiało zaproponował swojej przyjaciółce wróżenie z herbacianych fusów. Jej przyszłość nie musiała prezentować się w taki sposób, jak przewidywała jej ciocia.




RE: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Brenna Longbottom - 16.11.2023

- No pewnie, moi też nie. Ale sobie wyobrażam, że pewnie nie byli najlepsi zawsze we wszystkim? W sumie to i teraz nie są. Chyba. To znaczy, mój ojciec jest w pojedynkach niezrównany, a jak mama rzuca zaklęcia, to wydaje się, że nie może popełnić błędu, przynajmniej jeżeli chodzi o transmutację, żebyś ty widział, jak kiedyś zamieniła wszystkie krzesła w stado pelikanów i... czekaj, bo trochę się zapętliłam, chodzi mi o to, że masz swoje mocne strony, nie?
Dla niej zawsze najważniejsze były czary przydatne do pojedynków. Dopiero po tym, jak Erik został ugryziony przez wilkołaka, naprawdę przyłożyła się do transmutacji, do której talent miała niejako we krwi. Ale i jedno, i drugie wynikało z tego, że była córką swego ojca i matki, która bardzo wiele wzięła po obojgu swoich rodziców. Nie radziła sobie kompletnie z numerologią, nie cierpiała historii magii, nigdy nie miała nauczyć się dobrze wpływać na cudze umysły, myliła z sobą rośliny, a eliksiry znosiła tylko dlatego, że wymagano ich od kandydatów na BUMowców. Leon ostatecznie przecież interesował się wyraźnie raczej tym, co jego matka: wróżbami, duchami, Limbo.
- Zastanawiam się, czy to kwestia tego, że uchodzimy za takich rozrywkowych, za mało eleganckich, czy może za szalonych i niemyślących? - zastanowiła się, kiedy oświadczył, że akurat Gryfonów namówiłaby bez trudu. Ale właściwie to była prawda, bo z Krukonami albo Ślizgonami pewnie nawet Brenna by nie próbowała. - Proponujesz włamania prefektowi? Nieładnie, panie Bletchley, udzielam ci oficjalnego upomnienia - roześmiała się, spoglądając na chłopaka znad dyni. Brenna łamała szkolny regulamin dość entuzjastycznie, w zakresie wycieczek do Zakazanego Lasu, włóczęgi po korytarzach i okazyjnych bójek - ale jednak nie kradła. I na większości przewin nie dała się przyłapać, bo wtedy nigdy nie dostałaby odznaki.
Podejrzewała zresztą, że opiekuna domu wybrała prefektów jej rocznika drogą losowania i dlatego padło na nią. Ewentualnie chodziło o to, że i tak miała skłonność do zajmowania się młodszymi uczniami.
- Przemyślę to – obiecała, oczywiście odnośnie przebierania się za leśne wiedźmy, nie włamywania się do pracowni eliksirów. Może dałaby się na to namówić, gdy była w trzeciej klasie, ale teraz odrobinę zmądrzała. („Odrobinę” było jednak tutaj słowem kluczowym.) – Proponujesz mi wróżenie? – spytała. Ktoś inny może zaproszenie na herbatę zrozumiałby inaczej, ale myśli Brenny biegały określonymi torami, więc dość łatwo odgadła intencje Leona. – Jeśli chcesz, to w porządku – powiedziała, wzruszając lekko ramionami. Tak naprawdę nie była ani trochę ciekawa tego, jaki symbol zobaczy w fusach, i nie bez powodu nigdy nie zapisała się na lekcje wróżbiarstwa. Ale też zważywszy na to, że był to przedmiot, który wyraźnie interesował Bletchleya, to miała wrażenie, że odmową mogłaby sprawić mu przykrość. Jakby lekceważyła jego umiejętności.


RE: [październik 1960, Hogwart] Uwięzione światła - Leon Bletchley - 24.11.2023

Mój ojciec za to nie radził sobie z transmutacją, natomiast w przypadku mojej matki można mówić o antytalencie do eliksirów. On jest dziennikarzem Proroka Codziennego, o mojej mamie wiesz skoro tutaj uczy. Aby zostać nauczycielem, trzeba być wybitnym czarodziejem. Przynajmniej tak myślę. Mam. Ty też masz mocne strony. Jeszcze nie spotkałem kogoś, kto nie miałby jakieś mocnej strony. — Leon niejednokrotnie pytał swoich rodziców o ich czasy szkolne. O ile Hogwart na przestrzeni pokolenia się nie zmienił, tak dla jego rodziców stał się miejscem, w którym doświadczyli wielu historii. Tak postrzegał nauczycieli, jako właśnie wybitnych czarodziejów. Bycie nauczycielem wróżbiarstwa, przez niektórych nietraktowane poważnie, mogło nie korespondować z bycie tak wybitną jednostką. Wymagało opanowania wszystkich technik wróżbiarskich, aby móc nauczać ich innych. Jego matka oprócz umiejętności, posiadał dar jasnowidzenia.

Postrzegam was za rozrywkowych. — Odpowiedział przyjaciółce bez chwili wahania. Podobno Gryfoni organizowali najlepsze zabawy w swoim pokoju wspólnym. Z pewnością warto było tak szaleć. — Tak jakoś wyszło, pani prefekt. Czuję się oficjalnie upomniany. — Posłał jej niewinny uśmiech, po czym roześmiał się wesoło.

Jak się zdecydujesz, to wyślij mi liścik. Jak mam się przebrać za wampira, to muszę też zdobyć parę rekwizytów. — Poprosił ją o taką informację. Do wykonania takiego przebrania dużo nie potrzebował, jednak ostateczny rezultat musiał mu się spodobać i wolał mieć trochę czasu na ewentualne poprawki.

Tak. Wypilibyśmy po filiżance pysznej herbaty a potem rzuciłbym okiem na fusy na dnie twojej filiżanki. — Nie widział sensu w owijaniu swoich intencji w bawełnę. — To ty musisz chcieć. W końcu to tobie wróżyłbym. — Sprostował. Nie zamierzał na to nalegać. Nie miał najmniejszych problemów z odmową. Nie każdy był entuzjastą wróżbiarstwa. Dobrze wiedział, że Brenna nie chodziła na ten przedmiot.