![]() |
|
[23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent (/showthread.php?tid=2273) |
[23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 18.11.2023 Dzień, w którym miała powrócić Aydaya zbliżał się bardzo szybko. Przy tym, co działo się w posiadłości Prewettów Laurent nie chciał mieć z nią styczności. Wolał się z nią rozminąć i nie mieć nawet czasu na "dzień dobry" czy "do widzenia". W zasadzie to chciał wynieść się już wczoraj - nie miał jednak siły. Był wycieńczony - i to skrajnie. Dlatego przyszło mu zebrać się dopiero dzisiejszego wieczoru. To nie Aydaya była jednak powodem, dla którego chciał uciekać jak najszybciej z tego miejsca. Bo to nie ona tworzyła ciszę tego domu. Milczenie Edwarda go zabijało. Płakał wieczorami w tych zimnych ścianach tak bardzo łaknąc tego, żeby nie był na niego zły. Żeby to wszystko się po prostu ułożyło, żeby chciał go wysłuchać, żeby mogli porozmawiać normalnie, żeby... było jak kiedyś? A jak było kiedyś? Mniej wyboiście, bo wystarczyło głaskać ojca z włosem? Bo było się skłonnym do większej potulności, a może bardziej go unikało? Bo... kiedyś było łatwiej, bo nie rozsypywał się na miliony kawałków, jak robił to teraz. Chciał pomocy człowieka, który nawet nie chciał mu pomóc. Ile można wylać łez w poszukiwaniu takiej pomocy? Łaknął tego, a przecież wiedział, jakie to było nienormalne, jaki on był nienormalny w tej nieporadności i słabości, jaką okazywał. Już wystarczy. Dość. To nie było coś prostego, ale nie będzie dłużej żebrał o miłość, która się z nim mijała. Chciał tak myśleć, ale wiedział, że to wcale nie będzie takie proste. Miał tą miłość wypaloną na skórze. I było przykro, było słabo, głowa i serce tańczyły w swoim smutku i żałobie walca. To była ponura sceneria po wszystkim, czego doświadczyliśmy wspólnie. W tych zlotach i upadkach. W tym krótkim, uszczypliwym liście i biletach na piękny spektakl. Chciał, żeby ten człowiek był z niego dumny. Chciał, żeby o doceniał. Chciał błyszczeć, lśnić w jego oczach. Tymczasem szedł przez wielki hol w kierunku drzwi wyjściowych, ciągnąc za sobą walizkę, starając się nie utykać na zdrowiejącą nogę, która została dwa dni temu rozdrapana przez szpony inferiusa. Bo o tym też nie mógł porozmawiać z ojcem, który nie miał dla niego czasu. Nie chciał mieć dla niego czasu. Starał się nie utykać, ale i tak widać było, że oszczędza przenoszenie na nią ciężaru ciała. Nigdy nie był odporny na ból. A ilość tego bólu nagromadzonego w ostatnim czasie go przytłaczała. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 18.11.2023 Moja majestatyczna świętobliwość miała dziś całkiem przyjemny dzień, poświęcony na latanie na abraksanie Radoslavie, a też na spotkaniu z małą przyjaciółką imieniem Elaine, która uraczyła mnie smakowitą lemoniadą. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończyło, więc w końcu musiałem powrócić do codziennych spraw, tak też siedziałem za swoim jakże cennym biurkiem i pracowałem, kiedy napatoczył się skrzat, nieco przerażony, że musi mi przerywać, ale odezwał się nim ponagliłem, bo to była faktycznie informacja nie znosząca upływu czasu, w sensie istotna. Zerwałem się czym prędzej z fotela, żeby przemknąć czym prędzej do holu. Nie podobało mi się, że Laurent wymykał się po cichemu, nie zapowiedziawszy swojej wyprowadzki, która swoją drogą była nad wyraz nie na miejscu w obliczu sytuacji, jaka miała miejsce w jego życiu. Przystanąłem na szczycie schodów i spojrzałem w dół na targającego walizkę chłopca. Tak, chłopca... Inaczej nie można było określić nędznie wyglądającą, biednie niezwykle, postać Laurenta. Odchrząknąłem zanim się odezwałem. Chciałem by podniósł na mnie spojrzenie, żeby dostrzec emocje malujące się na jego twarzy. Zaskoczenie? Znużenie? Determinacja...? - Gdzie się wybierasz, Laurencie? Czyżby złapali mordercę? - zapytałem rzeczowo, neutralnie, jak gdybym rozmawiał o sprawach biznesowych, a nie rodzinnych. Trzymałem się poręczy obiema rękami. Musiałem wyglądać na kogoś, kto w jednej chwili miał połamać jej pedantycznie ulakierowane drewno. Ale jednak nie. Nie tym razem. Zostawiłem ją w spokoju i ruszyłem na dół po schodach. Tak znajomych mi schodach, że zanadto nie musiałem patrzeć pod nogi, poświęcając więcej uwagi mojemu chłopcu. - Czemu kulejesz? Co się stało...? I czemu nic z tym nie robisz? - dodałem, a tym razem można było wyłapać nutę troski w głosie. Choć ojcowskie serce rwało się do Lorka, żeby wziąć go w ramiona i mu wybić z głowy jakieś potencjalne wyprowadzki z domu, to jednak duma i rozum mówiły coś wręcz przeciwnego. - Zgrzebek, zabierz walizkę Laurenta z powrotem do pokoju - rozkazałem skrzatowi. Nic nie czytałem, a tym bardziej nie słyszałem, o schwytaniu mordercy, a w ostatnim czasie głównie tym zajmowali się moi ludzie, więc powątpiewałem, że tym spowodowana była jego wyprowadzka. Stanąłem obok syna, tak o krok, i czekałem. Na raport...? RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 19.11.2023 Drgnął, kiedy cichy hol przecinany tylko jego krokami i terkotaniem kółeczek o piękną, wypolerowaną posadzkę, w której można się było przeglądać niczym w lustrze, został rozdarty jakże wymownym dźwiękiem. Chrząknięciem. Zatrzymał się po dostawieniu nogi do nogi i obejrzał w kierunku półpiętra, gdzie stał Pan i Władca Keswick. Po jakże miłym i sympatycznym dniu, bo dlaczego jego dzień miałby być nieudany? Dlaczego miałby być przecięty jakimiś bolączkami czy zmartwieniami? Surowe spojrzenie, jakże spokojne, nie wyciągało duszy z własnych podstaw, żeby zachęcić drugą stronę do tego samego. Nie mógł znaleźć żadnej wartości w jego oczach z tych, które chciał tam dostrzegać. Romantyzował je. Te oczy. Śnił o nich - o duchu przy duchu, nagich prawdach bez tajemnic. O byciu sobą samym i możliwości przeżycia tej egzystencji po swojemu, ale nie samemu. Nie. Był naiwny i sądził, że w tym wielkim świecie ludzi bez dusz on się odnajdzie. Jego odnalezienie się miało swój początek w szarych, niemal stalowych oczach swojego ojca. Stal - pasowała do niego. Powinien nosić miecz przy boku, szablę szlachecką. Byłaby tak samo zimna jak jego spojrzenie. W morskich oczach nie było ani zaskoczenia, ani znużenia, ani determinacji. Było zmęczenie i żal. Czy to pytanie o to, gdzie się wybiera, wymagało w ogóle odpowiedzi? Było retoryczne. Było pytaniem, które mówiło, że dostał (wspaniałomyślnie!) szansę na zreflektowanie się i grzeczne przeproszenie, przyznanie się do głupotki, bo przecież nie było dokąd i do kogo uciekać. Nie miał racji. Laurent naprawdę wierzył, że miał przyjaciół, którzy by go przyjęli, gdyby tego bardzo potrzebował. Inna sprawa, że miał charakter, który nie do końca pozwalał na korzystanie z takich sytuacji, jeśli naprawdę sprawa nie była nagląca. Jeśli gdzieś miał lądować - wybrałby dom tej znienawidzonej przez Edwarda Florence. Czuł się tam dobrze, bezpiecznie. Natomiast nie chciał u nich przesiadywać całymi dniami, tygodniami. Chciał przecież żyć po swojemu. Nie być niczyim głównym zmartwieniem. A morderca? Nie, nie złapali go - kolejne retoryczne pytanie. Więc całkowicie retorycznie Laurent obrócił się znowu do tego mężczyzny plecami. Choć nie, nie obrócił - bo w pierwszym miejscu nie stał nawet do niego przodem. - Inferius mnie zranił. - Odpowiedział z zachowaniem dystansu w głosie, z nieco ściśniętym gardłem. Był zły. Miał naprawdę żal do Edwarda. - Została opatrzona. Nic mi nie jest. - Wiedziałbyś o tym, gdybyś tylko chciał ze mną rozmawiać. - Zostaw moją walizkę. - Rzucił ostrzegawczo, ostro, w kierunku skrzata, spoglądając na niego kontrolnie, żeby czasem się nie zbliżał. Aż mocniej zacisnął na niej dłoń. Obrócił się w kierunku Edwarda, stawiając ją przy sobie i nie puszczając. - Czy czegoś potrzebujesz, ojcze? Bo jeśli nie - przepraszam, ale jestem zajęty i nie chcę, żeby coś mnie rozpraszało. Jeśli mogę dać ci radę to polecam zająć się Pandorą. - Sparafrazował jego lakoniczną (i jedyną) wiadomość, jaką od niego dostał mimo tego, że codziennie próbował z nim porozmawiać. Dłoń mu drżała na tej walizce. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 19.11.2023 Bycie rodzicem było niewdzięczne oraz ciężkie. Nie dość, że wciąż martwiłem się o przyszłość - i teraz również teraźniejszość - moich dzieci, to jeszcze musiałem stawiać czoło ich niezadowoleniu. Fochom. Dumie. Wychodziłem do nich z sercem na ręku, a otrzymywałem pretensje, i już miałem tego serdecznie dosyć. Myślałem, że Laurent zdążył przez ten czas, od naszej ostatniej rozmowy, przemyśleć sobie to i owo, ale najwyraźniej nie. Boczył się, zamiast być mi wdzięcznym. Oburzające! Ale nieistotne, bo co też moje biedne uszy słyszały? Inferius? - Gdzie zranił cię Inferius? - zapytałem zaskoczony, bo jak zwykle nic nie wiedziałem. Nikt mnie o niczym nie informował, a potem kończyłem jak kończyłem. I teraz dziwicie się narody, że czasami wybuchałem? Jak mogłem nie, skoro jako głowa rodziny Prewett pierwszy powinienem wiedzieć o wszystkim. Nawet z dokładnością do sekundy, o której Laurent zrobił zdrową kupę, a nie... A, Inferius mnie zranił. Było minęło, co nie? - Powinieneś odpoczywać, skoro jesteś ranny... Laurent, co ty najlepszego wyprawiasz? Nie unoś się dumą, tylko zostań w zamku i nigdzie się nie wyprowadzaj. Oddaj tę walizkę skrzatowi - zacząłem poważnie, ale jednak nie mogłem się powstrzymać i wróciłem do trybu pobłażliwego ojca. Jednak emocje bywały zgubne, czego zapewne miałem potem żałować, ale nie mogłem pozwolić na to aby mój syn wieczorami włóczył się po Wielkiej Brytanii, spał Bóg jeden wie gdzie i jeszcze w dodatku przy tym kulał. A oddanie walizki skrzatowi wcale nie było rozkazem, tylko prośbą. Właśnie, zabrakło jeszcze jednego słowa, którego nieczęsto używałem. - Proszę - dodałem by nie miał wątpliwości. Niestety, tak to bywało, że czasami trzeba było się ukorzyć i być po prostu mądrzejszym. Nie wyobrażałem sobie by teraz Laurent poszedł gdzieś sobie stąd. Aż poczułem niepokój na tę myśl, więc zamierzałem zrobić wszystko byleby został na terenie posiadłości. Kto wie? Może nawet pozwoliłbym mu jeść jakieś kruche, niezdrowe paskudztwo na moim tronie. - I wcale Pandora nie jest jedyna i najważniejsza... Laurencie, kocham was po równo. Nie każ mi wybierać jednego z was, bo tak się nie da - odparłem równie emocjonalnie, równie delikatnie, równie z prośbą. Święto w Keswick. Położyłem nawet dłoń na dłoni Laurenta by w diabli zostawił tę walizkę i nigdzie nie szedł. Kto wie? Może nawet udało mi ją przejąć i wepchnąć w drobne rączki skrzata? RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 19.11.2023 Frustrowało go to. Po co te pytania? Po co ta dziwna maskarada, skoro zaraz skończymy na tym samym co zawsze ostatnimi czasy? Spoglądanie na Edwarda sprawiało mu ból. Sama jego obecność sprawiała teraz, że był spięty, a serce od razu zaczynało mu bardziej niespokojnie bić. Nastawiał się na bitwę - kolejną - z myślą o tym, że tym razem nie chce już niczego przegrywać. Bo to było popierdolone, żeby był takim dzieciakiem, takim... takim zupełnie nikim, bo starszy Prewett nie da mu nawet dojść do głosu, kiedy będzie chciał usłyszeć tylko jedną, konkretną rzecz. Nie chciał polec w tej batalii, a nie wiedział, czy będzie w stanie nawet wytrzymać pierwszego rozdania kart, a co dopiero mówić o dalszej części tego pokera. Bo to już przecież zrobiła się wojna, czyż nie? Tak bardzo, tak strasznie chciał go przeprosić. A teraz już chciał od niego tylko jednego. Daj mi spokój. I pozwól żyć. - W nogę. - Odparł poirytowanym głosem, a przez to, że nerwy już w niego uderzały na współkę ze stresem nie miał klarownego poglądu na tą... rozmowę. Bo to miała być rozmowa, nie wojna. Nie bitwa. Nie potyczka. Ale chyba partia pokera bardziej, co tato? Co myślisz, co jeszcze powiesz? Gdzie leżała twoja granica między miłością a dumą? Tym, do czego zostałeś wręcz stworzony, bo w końcu twój własny ojciec ukształtował cię na swoje podobieństwo. Dziedzic majątku. Kreator dalszego losu tego małego królestwa w całej Anglii. I takim sposobem Laurent nie od razu załapał, że nie chodzi o miejsce na ciele - tylko miejsce w tym rozległym świecie. Ale zaraz się zreflektował i ten zły blask w jego lazurowych oczach zbladł odrobinkę. - Słyszałem zew morza. Gdybyś chciał ze mną rozmawiać, to byś wiedział. Zranił mnie na starym wraku, bo popłynąłem za wezwaniem. - Nie, napięcie mimo wszystko nie zniknęła z jego głosu. Bo gdyby tylko chciał, gdyby tylko on NIE STRZELAŁ FOCHÓW... gdyby się tak nie obrażał... i co? Teraz to nagle Laurent miał wyjść na tego, który ma "humorki"? O nie. Nie pozwoli mu na to. - Dumą? Jaką dumą? - Prychnął niemal śmiechem, spoglądając na ojcowską twarz z niedowierzaniem. - Myślisz, że przy tobie mam jakąkolwiek jeszcze dumę? Po tym, jak pełzałem na podłodze jak robak i gdyby nie Florence to bym się udusił? - Sam nie wierzył w to, co słyszał, ale w sumie... to co niby innego mógłby powiedzieć Edward? Chociaż to i tak brzmiało miło. Bo bardziej się spodziewał nakazów albo kolejnych gróźb. Lecz nie - nadal nie brzmiało to dla niego jak prośba. Nadal dźwięczało w jego uszach jak rozkaz... dopóki nie pojawiło się magiczne słowo, które wytrąciło go z rytmu. Smakowały zaskoczeniem. Miękkie, proste słowo, które otworzyło szerzej duże oczy selkie. To jakiś podstęp? Nie chciał tracić czujności. Ostatnim razem ją stracił sądząc, że naprawdę porozmawiają jak za dawnych lat, lecz nie. Wszystko się zmieniło. Głównie... po prostu on się zmienił. - Nigdy nie kazałem ci wybierać. Sam wybierałeś, ojcze. Nawet jeśli tego nie zauważałeś. - Zawsze kiedy pojawiał się temt Pandory to nagle wszystkie jego sprawy bledły i znikały. Nie miały znaczenia. Czy winił za to ojca? Nie. W zasadzie to nie. Chciał jak najlepiej dla siostry i nigdy w życiu nie stanąłby między nimi ani nie kazał komukolwiek wybierać. Wręcz wycofałby się i jeszcze rozwinął przed nimi dywan. Dłoń przestał mu drżeć pod dotykiem ciepłej, ojcowskiej dłoni. - Za dwa dni i tak wraca Aydaya. Nie chcę tu zostawać, kiedy się pojawi. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 24.11.2023 Myśli na momencie mi przyspieszyły, a rozsądek nie chciał wierzyć, a jednak wierzył, bo jakże bym mógł nie wierzyć w słowa Laurenta. Coś tam słyszałem o tym statku, za bardzo się nie wczytywałem, ale coś tam poniekąd do mnie dotarło, ale nie wiedziałem, że mój własny syn brał udział w tym procederze. Zrobiłem błąd, wczytując się w to pobieżnie. Jak mogłem nie czuć, że Lorek był w niebezpieczeństwie? Zaniepokoiłem się i to bardzo. Myślałem, że nocowanie w zamku jakoś ocali go przed mordercą, ale czyhało na niego tak wiele innych niebezpieczeństw, że nie zdawałem sobie z tego sprawy. - Zejdź, proszę, z tonu, Laurent... Ja tu poważnie mówię. I wcale byś się nie udusił. Nie pozwoliłbym na to. Florence przesadza - odparłem, zamierzając bronić swojego stanowiska w tej sytuacji. Ta dziewucha była niepoprawna, nienormalna, istny diabeł w niewinnym wydaniu, który wytaczał mi wojnę, groził odebraniem dzieci. I jej się to udawało. Przeklinałem ją w swoich myślach, tę nędzną szumowinę. Niby nie wtrącała się w życie innych, a jednak do mojego wparowała z buciorami i wszystko mieszała. - Nie wspominajmy tej dziewuchy. Dla mojej córki chrzestnej jest już za późno - podsumowałem tę sytuację, jej opinię. Najchętniej urwałbym jej łeb, ukręcił własnoręcznie. - Nie zgodzę się z twoimi oskarżeniami... Jeśli zechcesz, możemy to przedyskutować, ale nie w tym miejscu. Nie obchodzi mnie, że Aydaya wraca. Porozmawiam z nią by cię nie nagabywała... i dała ci wypocząć. Nie musicie na siebie wpadać. Ten zamek jest wystarczająco duży by tego dokonać - zauważyłem, po czym wskazałem na walizkę wolną dłonią. Drugą wciąż ujmowałem dłoń Laurenta. - Pozwolisz, że skrzat zabierze twój bagaż? Bądź rozsądny, synu. Tu będziesz bezpieczniejszy... Nie oddam twojego losu w ręce mordercy, ani mi się to śni - odparłem uparcie, ale miękko, żeby dotarło w końcu do Laurenta, że nie było tylko Pandorki, ale zawsze była Pandorka i Lorek. O nich dwoje zawsze się martwiłem i na ich dwoje zawołanie byłem, więc nie rozumiałem, skąd to przeświadczenie, że Pandorka ważniejsza. Czy ja coś robiłem źle, czy jak? Zdecydowanie łatwiej było, kiedy mieli po kilka lat. Cieszyli się z drobnych prezentów czy chociażby chwili poświęconej im uwagi, a teraz? Miałem sam błagać o ich miłość? RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 24.11.2023 - Pozwalałeś na to. - Nie potrafił tego zrozumieć... nie. Rozumiał to. Bo niestety rozumiał Edwarda. Jego dumę, jego żelazny charakter. Miał w sobie miękkość i miłość do niego, ale one były obecne tylko wtedy, kiedy mężczyzna miał wszystko pod swoją kontrolą. Zupełnie nie przyjmował do świadomości, że mógł się mylić, że mógł coś robić źle. Czy naprawdę mieli jednak rozmawiać o tym tu i teraz? W atrium? Był w drodze do stajni, żeby wrócić do domu ze swoimi pakunkami, żeby tam odpocząć. Czy by odpocząć potrafił? Niekoniecznie. Sen stawał się jakimś bardzo odległym omamem, jakąś niedoścignioną ideą w jego głowie. Wszystko powoli go straszyło, wszystko stawało się wrogiem, każdy cień wzrastał. Paranoja? Nie. Może. Chyba. Nie wiem? Dni były po prostu długie i ciężkie, chociaż, dzięki bogom, nie brakowało w nich słodyczy i chwil dobrych, które rozjaśniałyby ten świat. Nie zamierzał komentować tego, na co było za późno dla Florence, prędzej mógłby powiedzieć, że to dla niego było za późno - dla Edwarda. Aczkolwiek nie potrafiłby. Pozbyć się swoich pragnień i pomyśleć, że naprawdę już nie wierzy w ojca, albo że go nie potrzebuje. Och, rany... chciał nie potrzebować. Chciał nie potrzebować nikogo, być silny na tyle, żeby sobie radzić, ale przy tym wcale nikogo nie odpychać. Po prostu mieć siłę do walki ze wszystkim, co przed nim stanie. Edward miał rację, że nerwy go pożerały i miał niesympatyczny, waleczny ton. Tymczasem Edward wjeżdżał z bardzo niska. Tylko co z tego, skoro było w nim ciągle przekonanie o swojej racji i nieomylności? Rozumiał więc Edwarda, ale nie potrafił zaakceptować tego, że można kogoś tak potraktować, kogoś bliskiego. Ta, jak zrobił to on. Nie mieściło mu się to w głowie i miał jakiś syndrom wyparcia, kiedy nie chciał ciągle (i nie mógł) uwierzyć w to, co się tam stało. - Możemy porozmawiać. Mogę zostać do jutra. I tylko do jutra. - Chociaż nie widział sensu w rozmawianiu. O czym rozmawiać. Po co w ogóle rozmawiać. Żeby wszystko skończyło się tak, jak ostatnim razem? - Nie oddajesz mnie w ręce żadnego mordercy. Nie będę sam, będę miał ochronę. Zresztą i tak zamierzam się przeprowadzić. Musisz mi pozwolić żyć moim życiem. Rozumiesz? - Puścił walizkę. Bo jeśli jutro Edward nie pozwoli mu się spakować to po prostu nie wróci po swoje rzeczy. Na biednego nie trafiło, poradzi sobie bez kilku ulubionych rzeczy. Najwyżej poprosi o przeszycie ich na nowo. Jego ton nie brzmiał jednak tak twardo, jakby chciał, żeby brzmiał. Tak zdecydowanie, jak sobie to wyobrażał, że będzie. To jednosłowne pytanie wypowiedział prawie że prosząco. W zasadzie Edward nie musiał nawet tego zrozumieć, byle tylko zaakceptował. - Nie czuję się tu dobrze. To miejsce źle na mnie działa. - Przygniatało go i przytłaczało. Miało w sobie za dużo złych wspomnień. - Przykro mi wyciągać ci łuski z oczu, ale tak, udusiłbym się. Dlatego poprosiłem Florence o pomoc. Ponieważ nie mogłem oddychać. Ale dla ciebie ważniejsze było postawienie na swoim. - Dotyk Edwarda nagle był przy tym niekomfortowy. Spróbował się trochę od niego odsunąć. - Jak mogłeś mnie po tym wszystkim unikać... - Głos mu się lekko załamał przy ostatnich słowach, ale postarał się zaraz spiąć z powrotem w pion. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 03.12.2023 Okazywało się, że w tych negocjacjach z synem wcale nie byłem taki zły. Powiedział, że pozostanie do jutra, więc nieco odetchnąłem, aczkolwiek musiałem rozmowę skierować w taką stronę by z tego jednego dnia zrobiły się najlepiej miesiące. Cierpiałem na brak dzieci w swoim otoczeniu. Ciągle zasłaniały się pracą, a teraz jeszcze niechęcią do mojej osoby. Powiedziałbym, że nie wiedziałem, skąd się to brało, ale niestety tego powód był mi doskonale znany i nazywał się Florence Bulstrode. Awrrr. - Rozważ tę przeprowadzkę, synu. Niezależnie od tego, co sądzić może Aydaya, jesteś tu jak najbardziej mile widziany i każdy z personelu jest do twojej dyspozycji. Czego ci potrzeba, to po prostu powiedz, a się tym zajmę, bylebyś się dobrze czuł w domu - odparłem przekonany o tym, że zamek w Keswick mógł być dla Laurenta domem, miejscem, które mógłby określić bez zawahania mianem domu. Dla mnie zamek w Keswick od zawsze był i na zawsze będzie domem i tak miało być też w stosunku do mojej małżonki oraz moich dzieci. Innych, cóż, opcji nie brałem pod uwagę. Byłyby wyssane z palca. - Nie udusiłbyś się, Laurencie. Myślisz, że sam nie miewałem ataków paniki, słabości najwyższej? Czasami trzeba upaść aby potem wstać i wspiąć się na wyżyny - stwierdziłem, ciesząc się, że odstawił walizkę. Oddałem ją skrzatowi i, nie bacząc na to, że raczej syn mój stronił od mojego dotyku, objąłem go swoimi ramionami, przytuliłem do siebie, głaszcząc po tych mlecznobiałych włosach, a nawet pozwalając sobie na czuły pocałunek w jego czoło. - Pewnego dnia odkryjesz w sobie siłę, Laurencie. Tę siłę, którą i ja odkryłem, a wtedy będziesz panem świata - zapewniłem go, kołysząc go w tym przekonaniu, bo tak właśnie miało być, a mój panicz Prewett powinien żyć w przeświadczeniu, że ten świat już do niego należał. Niestety, nie można było mieć wszystkiego, więc musiałem się pocieszyć faktem, że wszystko było dopiero przed nim, że dopiero odkryje w sobie tę moc, poczucie władzy i plusy posiadania pieniędzy. Kto wie? Może nawet będę mógł oddać pod jego kontrolę którąś z gałęzi moich ciemnych interesów, wiedząc, że nie zwinie się w strachu niczym harmonijka. Choć już był silny, mimo że tego nie czuł, że o tym nie wiedział. Wyszedł cało ze statku, a to było niemałe osiągnięcie. - Jestem z ciebie dumny, synu - szepnąłem mu nad uchem. Kto wie? Może właśnie to powinien usłyszeć od ojca by nabrać wiatru w skrzydła. - Do statku pokusiły cię siły nieczyste, ale dałeś radę. Wyszedłeś z tego w niemalże pełnym zdrowiu - dodałem, żeby moje słowa miały pokrycie, były przyklepane faktami. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 05.12.2023 Łatwo było winy i żale zrzucić na karby drugiej osoby. Szczególnie takiej, która zdobywała uśmiechy ludzi, na których nam zależy. Och, jak łatwo było wpaść w pułapkę sideł własnej wielkości! Tam, na samej górze, na tym tronie z ciężkich metali, nic nie wydawało się być zagrożeniem. Wszystko było małe, a sprawy, gdy rosły, wystarczyło je miażdżyć pod własnym butem. Nie, nic nie jest wystarczająco istotne, gdy nosisz koronę. Laurent jednak zgadzał się z Florence - prawdziwy władca wcale jej nie potrzebował. Skończyła się era rycerzy i królów. Nadal mieli królową w ramach rządów mugolskich, ale to był zaledwie tytuł, naleciałość dawnych lat. Młode pokolenie, które teraz wyrastało, zdawało się mieć inny pomysł i pogląd na życie od ich rodzicieli. To dobrze. Wymagało jedynie walki i odpowiedniej zacietrzewiałości, żeby przetrwać wszystkie kłody rzucane pod nogi. - Zawsze się czuję przez ciebie mile widziany. Ale ten dom nie jest mój. To spadek krwi twojej i Aydayi. Mojej siostry. Zawsze nim będzie. - Nie ważne, jak bardzo słodkie słowa mogły przepłynąć nazbieranych wrażeń już nie dało się zetrzeć. Nigdy nie mów nigdy... więc może tak, może się dało. Wymagało to pracy i siły, której Laurent nie miał i nie chciał nawet się za to zabierać. Bo nawet jeśli Edward teraz tak mówi, to zaraz znowu się pokłócą. Albo wróci Aydaya i zrobi się jeszcze bardziej nieprzyjemnie. Spojrzał na skrzata, który zajął się jego walizką i powoli, oszczędzając prawą nogę, chciał już skierować się do przodu. Żeby gdzieś iść, gdzieś usiąść, zastanawiając się ciągle, czy ciągle obowiązuje go to, jak ma się zwracać do Edwarda. Tak robił. Czy powinien przekraczać granice? Czy tamte słowa, jak i wiele innych, kierowane były gniewem? Nie było sensu chyba ciągnąć tematu tego, co by się stało, GDYBY. Każdy miał w tym własną wersję wydarzeń, każdy był mądrzejszy. Albo raczej - Edward był, bo nie potrafiłby pomyśleć, przyjąć do świadomości, że coś złego naprawdę mogłoby się stać. Nie spodziewał się tego, że teraz te ojcowskie ramiona zacisną się wokół niego przynosząc ze sobą to samo poczucie bezpieczeństwa. Nie był już małym dzieckiem, chłopcem, który powinien szukać w nich schronienia, a jednak nieustannie tego potrzebował. Potrzebował ojca. Chciał wierzyć w te słowa. Chciał wspiąć się wyżej, chciał mieć tę siłę, do której zawsze lgnął i którą podziwiał. Ale chyba nie bardzo mogło być mu to dane. Coś za coś. Płacisz empatią za siłę zdobytą. Nie możesz mieć obu rzeczy na raz, bo tam, gdzie siedział Edward, nie było możliwości (ani pieniędzy) pozwolić sobie na żałowanie każdej napotkanej duszy. Przymknął oczy od tego pocałunku czując, jak już całkowicie się rozluźnia. A nie powinno tak być. Nie powinien znowu tak łatwo poddawać się starszemu Prewettowi. Wszystko to nie miało znaczenia w obliczu słów, jakie padły na końcu. Laurent otworzył szerzej oczy. Zdanie tak krótkie i tak przeczące temu wszystkiemu co wydarzyło się między nimi parę dni temu. Naprawdę? Jesteś dumny? Głos zatonął w jego gardle jak kamień w mętnym jeziorze. - Dziękuję. - Tak, tego potrzebował. Tego cały czas chciał. Tylko to wszystko potem topiło się i ginęło w obliczu wszystkich zagadnień, jakie przepływały między nimi. - Nie okłamuj mnie teraz, że miałeś kiedyś miękki charakter. - Uśmiechnął się nawet delikatnie, chociaż trochę niepewnie. To miał być żartobliwy komentarz, ale z odbiorem takowych różnie bywało u Edwarda. Nie potrafił sobie wyobrazić Edwarda ze swoim charakterem. - Chcesz posłuchać o nawiedzonym statku? RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 11.12.2023 - To spadek krwi Prewettów, a ty masz w sobie krew Prewettów - zauważyłem od razu. - Ba!, nawet moja małżonka nie ma krwi Prewettów, ale jest moją małżonką, więc to też czyni ją panią i władczynią na tych włościach, ale... Nie jest Prewettem. Tylko Prewett w pełni zrozumie Prewetta, więc nie zrażaj się tym, że się z nią nie dogadujesz. Ona zawsze bardzo tęskni za słoneczną Turcją, stąd w niej ta zrzędliwość, a też przypominasz wyglądem swoją matkę, więc... Można ją poniekąd zrozumieć - zauważyłem z przękasem. Lata temu narozrabiałem, a potem ponownie rozrabiałem i nawet dziś potrafiłem rozrabiać, więc twarz Laurenta, jego natura mogły przypominać jej o moich grzeszkach, tylko że też Laurent nie był moją kochanką. Był również moim synem, więc godne życie w tym zamku należało mu się jak najbardziej, więc zamierzałem porozmawiać o tym z Aydayą by mu nieco odpuściła może. Wciąż zamierzałem mu szlifować charakter, ale nie musiała tego robić przy okazji moja małżonka. Miała wiele innych zajęć, więc... coś się pomyśli, kiedy tylko znajdę na to czas, bo jednak termin gonił terminy i te sprawy. Odetchnąłem głęboko, ciesząc się, że Laurent poczuł się lepiej. Było to po nim widać. Bywał niczym otwarta księga. - No co ty! Nie miałem miękkiego charakteru... Wręcz przeciwnie, byłem niezłym skurwielem w czasach swojej młodości - stwierdziłem rozbawiony do Laurenta, targając go jeszcze po tych włosach. Czasami bywał z niego taki mały, uroczy elegancik. Miał to po ojcu, ale też po matce proste włosy. Brakowało mi tu ojcowskiej burzy na głowie, grubych, silnych pukli. - Miałem na myśli problemy, z którymi się borykałem. Można być silnym, wręcz stalowym, ale energia i cierpliwość kiedyś się kończą - stwierdziłem z niemałą nostalgią. - Ale chodźmy... Gdzie właściwie miałbyś ochotę przysiąść...? - zapytałem, pozwalając mu tym razem wybrać miejsce. Tym oto sposobem dawałem mu kontrolę nad sytuacją. Pozorną, bo jednak wybrałem, że to on wybierze miejsce. - Chętnie posłucham o tym statku - przyznałem. Wszelkie sprawy już pewnie Zgrzebek dzielnie odkładał na później albo wzywał Winstona. Nieistotne. Musiałem ugadać Laurenta, żeby nie wyjeżdżał. Nie wyobrażałem sobie tego, żeby w najbliższym czasie opuścił Keswick. Tak się nie godziło. |