[6 kwietnia 1972] Szczera rozmowa? | Robert & Chester - Robert Mulciber - 18.11.2023
adnotacja moderatoraRozliczono - Chester Rookwood - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Sesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera.
6 kwietnia 1972
mieszkanie Roberta, późny wieczór
Kolejny wieczór upływający na tym samym. Na długich godzinach rozmów. Na planowaniu kolejnych ruchów. Na omawianiu zadań, które powierzył im On. Miesiące mijały jeden za drugim, a wraz z nimi rozwijała się organizacja, której byli oddani. Stopniowo rozszerzały się jej wpływy. Możliwości. Wszystko to za sprawą ciężkiej pracy każdego jednego trybika, tworzącego całą tę, wprawioną w ruch maszynę.
Przyglądając się temu wszystkiemu, Robert czuł cholerną dumę wynikającą z tego, że do całego procesu zdołał dołożyć więcej niż jedną cegiełkę. Miał swój udział w rewolucji, która miała wszystko zmienić. Wprowadzić nowy, lepszy porządek. Nowy Ład.
- Myślę, że w następnym tygodniu, może trochę później, będziemy mogli zacząć stawiać w tym kierunku pierwsze kroki. Badałem w ostatnim czasie, oczywiście wstępnie, zainteresowanie w zakresie wsparcia takiej inicjatywy, dzięki czemu mogę dzisiaj powiedzieć, że powinniśmy być w stanie zaangażować w to przedstawicieli kilku bardziej znaczących rodzin. Także i tutaj wszystko przebiega w odpowiedni sposób. - zakończył, podsumowując swoje ostatnie działania. Był to końcowy etap spotkania, z których każde miało swój ustalony porządek. Wszystko miało tutaj swoje miejsce i czas. Zapewne wynikało to z potrzeby odczuwanej przez Roberta, który najlepiej czuł się w sytuacji, kiedy nad wszystkim miał kontrolę. Plan zaś, zwłaszcza drobiazgowy, taką kontrolę pozwalał utrzymać.
Zakończywszy dłuższą przemowę, kolejny raz uniósł ku górze szklankę z alkoholem. Whisky towarzyszyła im praktycznie zawsze, o ile mogli sobie w danej sytuacji pozwolić na jej obecność. Podobnie zresztą jak popielniczka, z której korzystał przede wszystkim Chester. Robert bowiem preferował cygara, wypalane najchętniej w samotności.
Upijając łyka, uważnie obserwował Chestera, chcąc wyłapać cokolwiek, co powiedziałoby mu, co ten o wszystkim myślał. Zawsze liczył się z opinią tego człowieka. Niezbyt często zdarzało się jednak, aby na daną sprawę spoglądali w skrajnie różny sposób. Wiele rzeczy postrzegali podobnie.
Wysłuchawszy jego odpowiedzi, powinien był się pożegnać. Tak jak zwykle. Bez zbędnego przeciągania spotkania. Z reguły starali się zachować określony charakter tych spotkać. Podobnie zresztą łączącej ich relacji. Gdyby sytuacja była inna, inne były okoliczności, mogliby zostać bliskimi przyjaciółmi. Podstawy mieli do tego dość solidne. Szara rzeczywistość nie pozwalała jednak na taki obrót wydarzeń.
Pomimo tego Robert niewiele miał osób, które mógłby uznać za sobie bliższe.
Może właśnie dlatego dalsza część wieczoru potoczyła się w taki sposób?
Opróżniwszy szklankę z pozostałości jasnobrązowego alkoholu, zamiast podnieść się ze swojego fotela, wyciągnąć dłoń w stronę Chestera, pożegnać się, odchylił do tyłu głowę, na krótki moment zamykając oczy. Następnie wyprostował się, spoglądając prosto w oczy swojego towarzysza. Dało się wyczuć, że coś było na rzeczy; że coś uległo zmianie.
- Muszę to powiedzieć, Chester. - wreszcie odezwał się. Tradycyjnie, pomimo dobranych słów, ciężko było tu wychwycić konkretne emocje. Rookwood mógł jednak próbować. Może nawet coś udało mu się zidentyfikować? Niedowierzanie? - Mam syna. Wyobraź sobie na przeklętego Merlina, że mam syna. I chyba muszę to jakoś rozwiązać.
I kilka problemów, który się z tym faktem wiązały. Czekających na to, aż się nimi zajmie; aż jakoś uporządkuje wszystkie sprawy. Zanim to nastąpi, musiał tylko wszystko przeanalizować, poukładać sobie w głowie, zdobyć pewność co do tego, iż podejmuje się właściwych działań.
RE: [6 kwietnia 1972] Szczera rozmowa? | Robert & Chester - Chester Rookwood - 20.11.2023
Działaniu w służbie Czarnego Pana poświęcał większą część swojego czasu wolnego, jaki pozostawał mu po pracy i życiu rodzinnym. Czarny Pan nie słynął z wyrozumiałości na tyle, aby czekać aż jego wierne psy zdążą wypocząć przed wykonywaniem Jego zadań. Służba Czarnemu Panu stanowiła prawdziwy zaszczyt i podobnie jak Robert odczuwał prawdziwą dumę ze swojego udziału w tworzeniu nowego porządku, satysfakcję płynącą z możliwości swojego udziału w rewolucji. Chciał stać przy boku ich Mistrza, gdy ten zatriumfuje.
— Doskonale, Robercie. Do tego czasu zdążymy wszystko dopiąć na ostatni guzik. Zaangażowanie członków tych prominentnych rodów okaże się dla nich korzystne, więc nie powinno problemu w tej kwestii. — Dodał coś od siebie, skoro Robert podsumował w tak zgrabny sposób wszystkie ich knowania. Chester również lubił mieć wszystko pod kontrolą. Im bardziej drobiazgowy, bardziej dopracowany plan tym mniejsza szansa na to, że jego realizacja zakończy się niepowodzeniem. Oczywiście, zawsze dobrze jest mieć plan B na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Chester doskonale wiedział, że tylko nieliczni wsparliby ich plan bezinteresownie, wyłącznie z powodów ideologicznych. Pozostali będą oczekiwać czegoś w zamian. Jedni i drudzy na tym skorzystają.
Podobnie jak Robert uniósł pękatą szklankę z whisky ku górze, w niemym toaście. W popielniczce spoczywały już dwa niedopałki papierosów, które Chester zdążył wypalić podczas ich dotychczasowych rozmów. Na nich z pewnością nie poprzestanie. Zamiast sięgnąć po kolejnego papierosa, to upił kolejny łyk trunku. Po zakończonej rozmowie zawsze nadchodził ten moment, w którym ich drogi się rozchodziły. W służbie Czarnemu Panu nie było miejsca na przyjaźń. Tak uważał do tej pory, nawet jeśli Roberta znał od wielu lat. Obaj kroczyli niebezpieczną ścieżką, wytyczoną przez ich Mistrza. Nie zmieniało to faktu, że bardzo sobie cenił Roberta.
Opróżnienie szklanki przez Roberta stanowiło dla niego nieformalny sygnał, zwiastujący koniec tego spotkania. Pozostawało mu samemu dopić swój alkohol, pożegnać się i opuścić dom Roberta. Ten moment nie nastąpił, bo choć w szklance nie ostała się choć jedna kropla jasnobrązowego trunku, tak nie nastąpił koniec ich spotkania. W pierwszej kolejności przyszło mu na myśl, że pojawiła się nowa sprawa do omówienia. Nic takiego nie miało miejsca. Przyglądał się bacznie Robertowi, utrzymując z nim ten kontakt wzrokowy. Wyczuł pewną zmianę pomiędzy nimi, jakby przekroczenie pewnej granicy. Muszę to powiedzieć zawisło pomiędzy nimi jak zwiastun nieznanego. Nie potrafił przewidzieć, czego będzie dotyczyła ta rozmowa. Robert zwykł kontrolować swoje emocje, więc trudno było posiłkować ich rozpoznaniem. Niedowierzanie wydawało mu się wielce prawdopodobne.
— Wiem, że masz nieślubnego syna. Przede wszystkim powinieneś go poznać. Nie będę prawić ci frazesów o tym, że powinieneś go uznać i dać mu swoje nazwisko, jak potomkowi z prawego łoża. Powinieneś go poznać dlatego, że może okazać się przydatny jeśli odpowiednio nim pokierować, wskazać właściwą drogę. W Ministerstwie Magii pracuje jako Brygadzista, jednak ma aspiracje do stania się Aurorem. Zapisał się nawet na szkolenie, które przerwał przed przystąpieniem do oficjalnego egzaminu. Uważam, że powinien do tego wrócić. Jego użyteczność wówczas wzrosłaby. — Nie wydawał być się tym zaskoczony. Posiadanie takich informacji czasami mogło okazać się bardzo przydatne, zwłaszcza odpowiednio wykorzystane. Wiedza to potęga.
Starał się zachęcić Roberta do poznania swojego syna przez to, że ten chłopak naprawdę mógł okazać się im bardzo przydatny, zwłaszcza odpowiednio ukierunkowany. Jest młody, a takiego znacznie łatwiej ukształtować. Jeśli Robert odpowiednio do tego podejdzie to zdoła wywierać spore wpływy na Stanleya. To, że jego matka nie żyje, również może pomóc. Pozostawało jeszcze zachęcić tego chłopaka do powrotu na szkolenie aurorskie, skoro sam się do tego on nie garnął.
RE: [6 kwietnia 1972] Szczera rozmowa? | Robert & Chester - Robert Mulciber - 23.11.2023
Nie zawsze radził sobie z odpowiednim kontrolowaniem własnych emocji. Lata temu, kiedy miał jeszcze pod nosem mleko, nie raz i nie dwa zdarzyło mu się usłyszeć od ojca, że w jego przypadku wyglądało to na odwrót - że pozwalał na to, aby wpływały one na podejmowane działania, decyzje. Nie było to czymś, co w oczach Francisa Mulcibera stanowiło powód do dumy. Prędzej oznakę słabości, która nie powinna mieć miejsca. Dlatego też Robert konsekwentnie z tym walczył, stając się z biegiem czasu tym właśnie człowiekiem, który w chwili obecnej siedział przed Chesterem.
Niełatwym do rozczytania.
W gruncie rzeczy nie zaskoczyło go to, iż jego wyznanie nie stanowiło dla Rookwooda żadnej niespodzianki. Był natomiast rozczarowany tym, że tego typu wiedzę, mężczyzna pozostawił dla samego siebie. Grali do tej samej bramki. Działali w imię tej samej idei. Pewnych kwestii nie powinni byli przed sobą ukrywać. Dla większego dobra. Jednocześnie Robert był na tyle rozsądny, aby nie wywoływać z takiego powodu awantury. Nie mogli wszak dopuścić aby pomiędzy ich dwójką doszło do rozłamu. Za takowym bowiem podążają zawsze pewne konsekwencje.
Przez chwilę więc milczał, starając się jakoś sobie wszystko poukładać.
Pozbyć się negatywnych emocji.
- Zdajesz sobie sprawę, że bliska obecność kogoś z kim będą łączyć mnie tego rodzaju powiązania może stanowić problem? - wreszcie zwrócił uwagę na to, co było istotne z jego punktu widzenia. Nie znał Stanleya. Zakładał jednak, że ich relacja mogłaby mieć znaczenie dla organizacji oraz jej działań. Być może nawet odbiłaby się na nich w sposób negatywny. Ciężko bowiem było przewidzieć, w jakim kierunku zdoła się rozwinąć. Owszem. Robert mógł starać się zadbać o jej właściwy rozwój, ale pewności nie mieli w tym przypadku żadnej. Borgin był już bowiem dorosły. Ukształtowany przez swoich bliskich, przez swoje otoczenie. Możliwości Roberta względem niego pozostawały więc... cóż, ograniczone. - Ciężko przewidzieć, jakie mogą być konsekwencje, gdybym zdecydował się nawiązać z nim kontakt. Podobnie w przypadku jego braku. Szuka informacji wśród ludzi, którzy mogą okazać się posiadać w tym temacie jakąś wiedzę. Nie jestem przekonany czy byłaby to gra warta świeczki. - dokończył, przedstawiając nieco szerzej swój punkt widzenie. Nie miałby oczywiście nic przeciwko wykorzystaniu chłopaka, ale ten był narzędziem Robertowi nieznanym. W przypadku takiego ciężko określić ewentualne skutki uboczne. Możliwe konsekwencje. Dużo mniej ryzykownym rozwiązaniem wydawało się więc usunięcie tego pionka z szachownicy.
Tak przynajmniej podpowiadał Robertowi cichy głosik z tyłu głowy. Jedni powiedzieliby, że intuicja. Dla drugich, w tym również samego Mulcibera, był to po prostu głos należący do zdrowego rozsądku, którego nie zdążył jeszcze pozbyć się w zupełności; do samego końca.
- Oczywiście, jeśli masz jakieś plany, w których Borgin miałby odegrać istotną rolę, usunięcie go z planszy może nastąpić później. Aczkolwiek uważam, że to dla nas najlepsza opcja. Najbezpieczniejsza. Najmniej ryzykowna. - dorzucił jeszcze po krótkiej przerwie. Podkreślił tym samym, że tradycyjnie zamierza współpracować. Nie chciał decydować tutaj za nich obydwu. Nie miał zresztą do tego prawa. Musieli dojść w tej kwestii do porozumienia. Wypracować wspólne stanowisko. Sprawa nie dotyczyła przecież wyłącznie Roberta i jego rodziny. Ona była powiązana z organizacją, którą Mulciber i Rookwood współtworzyli.
I o którą byli zobligowani należycie dbać.
RE: [6 kwietnia 1972] Szczera rozmowa? | Robert & Chester - Chester Rookwood - 05.12.2023
Pomimo tego, że utrzymanych przez nich stosunków nie mógł nazwać przyjaźnią, tak Chester mógł powiedzieć, że całkiem dobrze zna siedzącego w tym salonie mężczyznę. Ta znajomość trwała od czasów szkolnych Mulcibera i przez te wszystkie lata ewoluowała do obecnego stanu, czyniąc z nich wspólników oraz wiernych sług Czarnego Pana. Sięgając pamięcią wstecz sam dostrzegał wszystkie różnice między sobą z tamtego okresu, a sobą z teraźniejszości. Doskonale to wiedział, że Roberta było znacznie trudniej przejrzeć, niż przed laty. Już nie czytał z niego niczym z otwartej książki.
Posiadane przez niego informacje stanowiły istotny atut, tak długo jak pozostawały w jego rękach. Wiedza to potęga. Odpowiednio wykorzystane posiadane informacje pozwalały naginać ludzi do swojej woli. Stanowiło to pierwszy z powodów, dla których zachowywał to dla siebie, w nadziei, że nie będzie musiał po nie sięgnąć. Drugim powodem było to, że to nie on powinien go uświadamiać o tym, że ma nieślubnego syna. Działali w szeregach jednej organizacji, w imię tak szlachetnej idei i naprawdę nie powinni nic przed sobą ukrywać. Po Robercie nie spodziewał się niczego innego, jak zdrowego rozsądku. Nastąpienie między nimi rozłamu nie było korzystne dla organizacji, do której przynależeli i dla Czarnego Pana, w którego imieniu działali.
On również trwał w milczeniu i oczekiwaniu na to, aż sam Robert się odezwie do niego, przerywając swoje milczenie. Chester jest ojcem trójki dorosłych już dzieci, także wcielonych w szeregi popleczników Lorda Voldemorta. Doskonale wiedział, z czym wiązała się bliska obecność osób mocno z nimi powiązanych. Stanowiło to zawsze ryzyko, które należało ważyć. Oddanie swoich potomków na służbę Czarnemu Panu niosło ze sobą ryzyko ich utraty. Służenie temu czarnoksiężnikowi było zaszczytem.
— Jestem tego świadomy. — Odparł zgodnie z prawdą. Nie miał podstaw do tego, aby okłamywać swojego towarzysza. Pracujący w tym samym departamencie, co Borgin, miał możliwość względnego obserwowania go podczas wykonywania służbowych obowiązków Brygadzisty i pracować z nim podczas szkolenia aurorskiego. Odpowiednio pokierowany Borgin mógł okazać się naprawdę użyteczny dla organizacji. Jeśli nie jako istotne ogniwo, to jako mięso armatnie z różdżką w dłoni. Chester bez mrugnięcia okiem poświęcił kogoś takiego, jeśli wymagałaby tego sytuacja.
— Słuszne byłoby zastosowanie zasady ograniczonego zaufania. Nawiązanie z nim kontaktu nie sprawi, że od razu wcielisz go w nasze szeregi. Nawiązując z nim kontakt, będziesz mieć możliwość kontrolowania przepływu informacji. Jeśli uznasz, że nie spełnia twoich oczekiwań i okaże się nieprzydatny, mogę pozbawić go życia. Choć to byłby nieco niepotrzebny rozlew czystej krwi. Nawet, jak to twój bękart. — Chester brał pod uwagę stanowisko swojego towarzysza, jednocześnie starał się przedstawić mu swoje. Pozostawiał decyzję Robertowi, będąc świadomym tego, że on podejmie słuszną. Postanowił zaproponować mu całkiem skuteczne rozwiązanie kwestii Stanleya, jeśli Robert uzna, że zachodzi taka potrzeba usunięcia z tego świata jego bękarta. Będący zagorzałym zwolennikiem idei czystokrwiści krwi Chester nie mógł zignorować tego, że w żyłach Stanleya płynie zarówno krew Mulciberów, jak i Borginów. Nie zmieniało tego to, że podczas każdej rewolucji ofiary są po obu stronach.
— Przede wszystkim widzę w nim różdżkę, którą można skierować w stronę mugoli i szlam. Działającą na rozkaz. Jako Brygadzista ma wgląd w ich działania. Gdyby został Aurorem to mógłby zostać naszym szpiegiem w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, w Biurze Aurorów... gdy ja przejdę na emeryturę. — Przedstawił Robertowi swoją wizję wykorzystania Borgina, nad którą trzeba by trochę popracować. Praca Aurora nie była pracą na całe życie i w końcu trzeba było przejść na zasłużoną emeryturę. Rozmawiali aby dojść do jakiegoś porozumienia. Robert nie musiał podejmować decyzji w tym momencie. Sprawach organizacji nie mogli działać pochopnie. Jej dobrostan stanowił priorytet.
RE: [6 kwietnia 1972] Szczera rozmowa? | Robert & Chester - Robert Mulciber - 09.12.2023
Robert widział to w podobny sposób. Wiedza to potęga. Każda zdobyta informacja, mogła okazać się tą bezcenną. Zachowana dla samego siebie, przy odrobinie szczęścia mogła pozwolić na to, aby znaleźć się o krok, może dwa przed przeciwnikiem. Problem był jednak taki, że Chester dla Roberta tym przeciwnikiem nie był. Prędzej wsparciem. Podporą. Wspólnikiem. Mieli ze sobą współpracować. Mieli wspólnie działać dla większego dobra; dla nowego jutra.
To zaś wymagało od obydwu, trzymania się pewnych zasad.
Starał się nie dopuścić do tego, aby Chester dostrzegł jego niezadowolenie. Pomiędzy ich dwojgiem nie było miejsca na konflikty. Nie powinno było dojść do rozłamu. Zwłaszcza takiego, który wywołany zostałby przez tego rodzaju problem. Niepowiązany ze sprawami, za które byli odpowiedzialni. W imię wyższych celów, człowiek powinien być zawsze gotów do poświęceń.
Przez moment miał ochotę zakwestionować świadomość, co do której Chester go zapewniał. Rozchylił nawet usta, gotów wyrzucić z siebie odpowiednie słowa. Te jednak nie wybrzmiały. Zamiast tego pokręcił tylko głową. Lekko.
Pozwolił na to, aby Chester powiedział wszystko, co do powiedzenia miał.
- Dobrze wiesz, że przelewanie czystej krwi, również nie jest czymś co popieram. - zareagował na słowa aurora. Mieli na ten temat dość podobne spojrzenie. Za każdym razem, kiedy umierał czarownik o czystej krwi, magiczna społeczność wiele traciła. Zbyt wiele, aby tego rodzaju decyzje podejmować lekką ręką. Tak po prostu. Pomimo tego nadal były one (te decyzje) jednak konieczne. Bo świat nie był idealny i co za tym idzie - nie istniały też idealne rozwiązania.
Ktoś musiał taplać się po pas w gównie, żeby zmienić coś na lepsze.
Robert świadomie wziął to na swoje barki. Nie zamierzał od tego uciekać.
- Trzymanie się zasady ograniczonego zaufania, byłoby w tym przypadku konieczne. - zauważył. W jego oczach nie było to coś, co mogli zrobić, ale w zasadzie to niekoniecznie potrzebowali. Była ro pierwsza zasada, której należało się trzymać, jeśli faktycznie chcieli zbliżyć się do Stanleya i wykorzystać możliwości jakie te in mógł zapewnić. Kolejna para oczu i uszu w brygadzie lub biurze aurorów, mogła okazać się dla nich naprawdę przydatna. Bezcenna? Oczywiście tylko w przypadku, kiedy wszystko będzie należycie funkcjonować. Na to zaś gwarancji nie mieli. - Jeśli chcemy to rozwiązać w taki sposób, byłoby dobrze, gdybyśmy mieli go stale na oku. Ja ze swojej strony, Ty jako pracownik Ministerstwa. Może pomóc mogliby też Twoi bracia? - zastanawiał się. Wydawało się to całkiem niezłym rozwiązaniem. Z jednej strony Stanley mógłby się zbliżyć do ojca, a z drugiej miałby współpracowników, którym zapewne zaufałby w innych kwestiach. Przy odpowiednim podejściu mieliby go w zasadzie w garści.
Gdyby zaszła taka potrzeba - mogliby go po prostu zgnieść, zaciskając palce.
- Zawsze to szansa na to, że wcześniej wychwycimy ewentualne problemy, będziemy mieć nieco więcej czasu na reakcje. - dodał jeszcze. Dla Chestera powinno być zrozumiałym, co miał na myśli; co starał się przekazać. Robertowi chodziło o zbliżenie się do Stanleya z dwóch różnych stron. Stron pozornie ze sobą niepowiązanych. Ot, przypadkowa sprawa. Zbieg okoliczności.
Bo w końcu przypadki się zdarzają.
RE: [6 kwietnia 1972] Szczera rozmowa? | Robert & Chester - Chester Rookwood - 26.12.2023
W dalszym ciągu przyglądał mu się wnikliwie, starając się dostrzec zmieniającą się mimikę twarzy swojego wspólnika. Nie pozostawało to wszystko bez znaczenia. On również przedkładał idee nad jednostkę. Przynajmniej na chwilę obecną. Jak wiele był w stanie poświęcić w imię wyższych celów? Wszystko? Tak powinna brzmieć odpowiedź na to pytanie. Osiąganie wyższych celów, działanie na rzecz idei było warte podejmowanego ryzyka. Po zakończeniu swojej wypowiedzi czekał na jakąkolwiek reakcję ze strony Mulcibera.
— Przelewanie czystej krwi traktuję jako ostateczność i przykrą konieczność. — Cechujący go radykalizm sprawiał, że nie obawiał się podejmować kontrowersyjnych decyzji i sięgać po drastyczne metody, jeśli były wymagane do osiągnięcia powziętych sobie celów. Czystokrwiści czarodzieje powinni być wystarczająco rozsądni aby wyrazić swoje poparcie dla Czarnego Pana albo pozostać neutralnymi. Podejmowane przez nich próby stawiania oporu będą prowadziły do stosowania drastycznego rozwiązania, którego chcieli uniknąć - rozlewu czystej krwi.
— Zatem pozostajemy jednomyślni. — Stwierdził jedynie na słowa swojego wspólnika. Zbliżenie się do syna Roberta nie będzie dla niego stanowić problemu, zważywszy że podejmowanym przez niego działaniom towarzyszyłby jasno określony cel. Do jego obowiązków należałoby również zadbanie o to, aby kolejny trybik działał jak należy. — Z tym powinienem sobie poradzić. Mogę zaangażować w to Michaela, też jest Aurorem. — Zdaniem Chestera nie było to nic, co wykraczało poza jego możliwości. Rozsądnie byłoby podzielić się obowiązkami z młodszym bratem, który działałby według wydanych mu instrukcji i przekazywałby mu zdobyte podczas obserwowania Borgina informacje. Te z kolei docierałaby do samego Roberta, mającego wpływ na losy swojego syna. Decyzji o ewentualnym usunięciu Stanleya nie powinien podejmować samodzielnie.
— Będę informował cię na bieżąco w sprawie Borgina... wstępnie proponuję raz na tydzień albo dwa, a w razie jakiś problemów to częściej. — Zbliżenie się do Stanleya pod pozorem wspierania go w karierze i dążeniach do stania się Aurorem nie będzie stanowiło dla niego najmniejszego problemu. Będzie wyglądać to naturalnie i nie powinno to budzić podejrzeń u samego Borgina, a o to im chodziło. Zadba o to aby nie wyszło na jaw, że to wszystko ma drugie dno.
RE: [6 kwietnia 1972] Szczera rozmowa? | Robert & Chester - Robert Mulciber - 27.12.2023
Byli z Chesterem jednomyślni. Przynajmniej w tej konkretnej chwili, na ten moment. Robert rozumiał, że Stanley mógł być dla nich użytecznym narzędziem. Pozbywanie się takiego narzędzia ze swojego arsenału, byłoby skrajną głupotą. Nie chciał popełnić takiego błędu. Wolał w tym miejscu podjąć ryzyko. Dysponowali wszak środkami, które mogły pomóc im rozwiązać ewentualne problemy - o ile tylko takie problemy faktycznie by się pojawiły. Nie byli w stanie tego przewidzieć.
- Zaangażowanie Michaela może okazać się pomocne, nie powinno nam zaszkodzić. - na coś takiego liczył, kiedy chwilę wcześniej zasugerował, aby Rookwood wykorzystał swoje możliwości. Zaangażował w pewne sprawy swoich bliskich. Podczas gdy Mulciberowie nie posiadali w Ministerstwie Magii większych wpływów, bliscy Chestera od lat pozostawali blisko związani z tym miejscem.
Mogli zdziałać na tym polu dużo więcej.
- Dwa tygodnie brzmią dobrze. Myślę, że nie ma potrzeby popadać w nadmierną paranoje. - zdecydował. Była to dość odważna decyzja, zwłaszcza w przypadku kogoś takiego jak Mulciber. Przecież jeszcze kilka chwil temu chciał się Stanleya pozbyć. Usunąć wiążące się z jego osobą zagrożenie jeszcze zanim się tym zagrożeniem faktycznie okazało. Bo przecież nie byli w stanie przewidzieć, w jaki sposób ułożyłyby się sprawy. Żaden z nich nie posiadał trzeciego oka, daru jasnowidzenia czy czegoś podobnego.
- To byłoby już chyba na tyle? - zawahał się. Czy aby na pewno załatwili podczas tego spotkania wszystkie sprawy, którymi powinni byli się zająć? Nie chciał pominąć czegoś istotnego. Zerknął do notesu w sztywnej oprawie, zapisywał w nim różne, zarówno mniej jak i bardziej istotne informacje. Pomagało mu to wszystko odpowiednio zaplanować. Zapamiętać każdą sprawę. Szybko zapoznał się z kilkoma punktami, które wynotował na ostatniej zapisanej stronie. - Za nieco ponad dwa tygodnie mamy spotkanie w sprawie klubu The Demiguise, 23 kwietnia musimy odwiedzić Księgi i Zwoje w Hogsmeade. - przypomniał, tak na wszelki wypadek, żeby Rookwoodowi to nie umknęło. Projekt był zbyt istotny, nie powinni pozwolić sobie na większe zaniedbanie w tym temacie. Przeznaczyli na to zbyt dużo czasu, sił, środków. Byli zbyt blisko sukcesu, żeby teraz odpuścić.
Po tych słowach zamknął notes, który umieścił w jednej z szuflad swojego biurka. Zamknął ją, podniósł się ze swojego miejsca. Spotkanie dobiegło końca. Mulciberowi nic więcej nie przychodziło na myśl. Wydawać się mogło, że zajęli się wszystkim, czym zająć się powinni. Tym samym mogli się wreszcie pożegnać, wrócić do własnych spraw. Niekoniecznie wiążących się z działalnością na rzecz Czarnego Pana.
Zgarnął obydwie szklanki, odstawił na szafkę. Opróżnił popielniczkę. Nie tracił czasu na wyciąganie ręki w stronę Chestera. Nie rzucił w jego stronę żadnego do widzenia, do zobaczenia. Nie padło z jego ust nawet najzwyklejsze trzymaj się. Ale czy było to czymś nadzwyczajnym? Niekoniecznie. Taki był Robert Mulciber, a Chester - po wielu latach znajomości - najpewniej zdążył już do tego przywyknąć.
RE: [6 kwietnia 1972] Szczera rozmowa? | Robert & Chester - Chester Rookwood - 27.12.2023
— Porozmawiam z nim o tym po powrocie do domu albo w dniu jutrzejszym. — Zapewnił Roberta. Porozmawiam z nim stanowiło całkiem ładny eufemizm na wydanie swojemu bratu stosownego polecenia. Chester nie miał żadnych oporów przed wydawaniem swojemu rodzeństwu poleceń związku działaniem na rzecz organizacji. Z posiadanych wpływów w Ministerstwie Magii zamierzał korzystać w sytuacji tego wymagającej. Teraz zachodziła taka potrzeba aby się nimi posłużyć.
— W takim razie spodziewaj się ode mnie sowy co dwa tygodnie. Nie będziemy obserwować naszego wroga, tylko twojego syna. — Poinformował swojego wspólnika. Postanowił również przyznać mu rację odnośnie popadania w nadmierną paranoję, która mu jako Aurorowi nie była obca. Przykładał ogromną wagę do dbania o swoje bezpieczeństwo, tak samo jak starał się chronić swoją rodzinę przed wieloma zagrożeniami.
— Nie wydaje mi się aby było coś więcej do omówienia w tym momencie. — Odpowiedział po chwili zastanowienia nad tym. Pozwolił na to aby Mulciber zajrzał do swojego notesu. On również prowadził tego rodzaju zapiski dotyczące swojego życia prywatnego. Za najbezpieczniejsze miejsce do przechowywania informacji powiązanych z Śmierciożercami uważał jak dotąd własną głowę.
— O omówionej godzinie będę czekać pod Gospodą pod Świńskim łbem. Jeśli mi coś nagle wypadnie to powiadomię Cię jak najszybciej. — Zapewnił Roberta. W swoich planach uwzględnił spotkanie w sprawie tego klubu, co dowodziło że traktował to bardzo poważnie. Jedynymi czynnikami, które mogły wpłynąć na jego nagłą absencję, były jego praca i zostanie wezwanym przez Czarnego Pana. Nic innego nie odciągnie go od stawienia się na tym spotkaniu.
Nie zamierzał zaprotestować w żaden sposób przeciwko odebraniu mu szklanki i opróżnieniu popielniczki. Podniósł się jedynie ze swojego miejsca i bez słowa skierował swoje kroki w stronę przedpokoju, w którym pozostawił okrycie wierzchnie. Po przejęciu peleryny od skrzata domowego Chester teleportował się z charakterystycznym trzaskiem.
Koniec sesji
|