[8 stycznia 1972] Robert & Richard - Robert Mulciber - 19.11.2023
adnotacja moderatoraRozliczono - Robert Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
8 stycznia 1972
Posiadłość Mulciberów w Londynie, Robert & Richard
Godziny mijały jedna za drugą. Niepostrzeżenie zmieniały się w dni, następnie tygodnie, wreszcie miesiące. Okres zaręczyn dobiegał końca. Zbliżał się moment, w którym obydwoje - Robert i Henrietta - złożą swoje podpisy pod dokumentem stwierdzającym zawarcie małżeństwa.
Nadchodził on znacznie szybciej, niż Mulciber się tego spodziewał.
Robert był człowiekiem, którego grafik zazwyczaj okazywał się być wypełniony do pełna. Miał zaplanowany każdy jeden dzień. I tego też planu starał się trzymać wierząc, że takie podejście stanowi klucz do sukcesu. Również ten dzień - dla większości ludzi wyjątkowy - wypełniała długa lista zadań. Nie zamierzał odkładać ich na później, uważając to za zgubny nawyk. Pozwalał sobie na to jedynie w sytuacjach, które rzeczywiście tego wymagały. Tutaj takiej potrzeby nie dostrzegał.
Zamiast we własnym pokoju, przebywał w gabinecie. Siedział za tym samym, dębowym biurkiem, które lata temu stanowiło własność ich ojca. W przeciwieństwie do Richarda, kompletnie nie przeszkadzało mu to, iż pomieszczenie nie zmieniło się w ostatnich latach ani odrobinę. Nie zwracał uwagi na tego rodzaju, z jego perspektywy nieistotne szczegóły. Na ścianach wisiały więc wciąż te same obrazy. W kącie stał ten sam stół i fotele. Jedynie na drewnianym regale stało kilka nowych książek i przedmiotów.
Wbrew temu, czego można było się spodziewać, Robert nie był zajęty żadnymi dokumentami. Te co prawda leżały na biurku, przy jego prawej krawędzi, ale tym razem nie cieszyły się choćby niewielką uwagę ze strony mężczyzny. Ta była bowiem w całości skupiona na pudełku prezentowym, które leżało bezpośrednio przed Robertem. To właśnie z jego zawartością Robert się zapoznawał. Pochłonięty był tym na tyle, że wszystko inne zeszło na dalszy plan.
W innym wypadku zapewne w porę zarejestrowałby pojawienie się kolejnej osoby.
Własnego brata.
Obecności Richarda był oczywiście świadomy. Ostatnich kilka dni jego bliźniak spędził wszak w posiadłości, w której obydwaj się wychowali. Swoją drogą - na jego wyraźne zaproszenie. W chwilach takich jak ta, dobrze było mieć rodzinę u swego boku. Zwłaszcza tę bliską. Budzącą zaufanie. Na nikim innym nie mógł polegać w równie dużym stopniu, co na własnym bracie. Lata temu zdobył co do tego absolutną wręcz pewność.
RE: [8 stycznia 1972] Robert & Richard - Richard Mulciber - 19.11.2023
W rodzinne strony, Richard nie wracał zbyt często. Rzadziej miało to miejsce, kiedy żyli ich rodzice, szczególnie ojciec. Gościł najwyżej raz do roku w okresie świątecznym, jeżeli po drodze nie było innych wymuszających jego obecności okoliczności. Dbał o to, aby jego dzieci miały okazję poznać jego rodzinę i swojej matki. Wyrobić sobie swoją opinię odnoście dziadków, wujostwa, ciotek i kuzynostwa. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, a wiedzieć trzeba do kogo zwrócić się później z problemem, o pomoc czy radę.
W tych wyjątkowych okolicznościach, w których zbliżał się czas na kolejny ślub brata, Richard wrócił na kilka dni do Londynu, aby pomóc w przygotowaniach, ewentualnie omówić kilka ważnych i istotnych rzeczy, które nie mogą być poruszane w listach. Z wzięciem wolnego nie miał problemu, gdyż nadgodzin nagromadził dużo. Dzieciaki miał na tyle duże, że potrafiły już zadbać o siebie.
Tymczasowy powrót do Anglii miał też inne plusy, gdzie mógł załatwić ważne dla siebie sprawy lub dokonać potrzebnych zakupów, czego nie było w Norwegii.
Posiadłość z roku na rok nie zmieniała się, ile razy Richard tutaj wracał. Te same meble, dywany, jakby czas się zatrzymał. Meble starzały się tak samo jak oni. Z gabinetem ojca, nie miał dobrych wspomnień. Nie wchodził tam, jeżeli nie miał potrzeby. Lecz dzisiaj, konieczne było postawić w nim swoje stopy i zostawić ślad zapachu tytoniowego. Richard będąc uczniem Hogwartu, zaczął palić, odnajdując w tytoniu uspokojenie nerwów. Prawdopodobnie zaczęło się od tego, jak podwędził komuś paczkę papierosów w Hogsmeade, chcąc spróbować czegoś nowego. Nałóg w nim pozostał do dzisiaj.
Drzwi do gabinetu otworzyły się. Do środka wszedł Richard, u którego zarost był znacznie widoczny. Być może to jeden z częstych elementów, który ich dwoje bardziej wyróżniał, że osoby z boku, nie powinny ich pomylić. Na sobie miał białą koszulę i czarny sweter, oraz tego samego spodnie i obuwie. Drzwi zamknął za sobą a ręce schował do kieszeni. Rozejrzał się po gabinecie, czując powrót nieprzyjemnych wspomnień z tego pomieszczenia. Skrzywił się na widok znanego mu bardzo dobrze biurka, kiedy podchodził bliżej.
- Nie spaliłeś tych mebli? Dostaję mdłości na ich widok.
Rzucił na dzień dobry bratu, gestem głowy wskazując na dębowe biurko i jeszcze ten fotel, na którym kiedyś zasiadał ich ojciec. Wszystko mogło zostać na swoich miejscach i gnić kolejne lata, ale miejsce do pracy w gabinecie to Robert powinien sobie załatwić nowe.
RE: [8 stycznia 1972] Robert & Richard - Robert Mulciber - 19.11.2023
Przyglądając się biżuterii, myślał wszystkich o możliwościach, które się przed nim otwierały. Dotąd nie czuł potrzeby zagłębiania się w tego rodzaju tematykę. Przedmiot, jaki kilka tygodni temu trafił w jego ręce, otworzył mu jednak oczy. Wskazał nowe sposoby, na które mógł wykorzystać swoje magiczne talenta.
Oczywiście miało to wymagać od niego dużej ilości pracy.
Tej jednak Mulciber nigdy się nie obawiał.
- Przesadzasz. - wreszcie oderwał spojrzenie od pudełka, przenosząc je na swojego bliźniaka. Niby tak podobni, ale wprawne oko byłoby w stanie wychwycić pewne różnice. Dzisiaj większe niż w czasie, kiedy obydwoje mieli po kilkanaście lat i przemierzali szkolne korytarze, mając na sobie charakterystyczne dla Slytherinu barwy. - Skoro jestem w stanie tutaj pracować, kilka minut w gabinecie nie powinno być dla Ciebie problemem.
Wyraźnie dał bratu do zrozumienia, co na ten temat myślał. Nie odczuwał potrzeby zmiany. Dla niego wszystko znajdywało się we właściwym miejscu. Niby również miał z tym gabinetem wiele mniej przyjemnych wspomnień, ale... nie zamierzał pozwolić, aby posiadało to nad nim kontrolę. Jakkolwiek by to nie brzmiało. Zamiast tego, za lepsze rozwiązanie uznał uczynienie swoją własnością wszystkiego, co się znajdywało w tym pomieszczeni.
- Okropnie Tobie z tym zarostem. Mam nadzieje, że pozbędziesz się go przed ceremonią? - skomentował wygląd brata. W przeciwieństwie do Richarda, sam starał się dbać o to, aby policzki były gładko ogolone. Czasem jedynie pojawiał się na nich zarost. Powiedzieć można, iż okazjonalnie. Uważał ponadto, że tak to powinno wyglądać, o czym wspominał stosunkowo często.
Wygłaszanie opinii już lata temu weszło mu w krew. Zwłaszcza tych niekoniecznie pochlebnych. Tyle dobrego, że nie wpłynęło to jakoś szczególnie na jego relacje z bratem. Wciąż potrafili się ze sobą porozumieć. Mogli na siebie wzajemnie liczyć. Stanowili dla siebie podporę. Długie lata, które spędzili we dwóch innych państwach, nie zniszczyły ich relacji. Odległość nie sprawiła, że ta obumarła.
RE: [8 stycznia 1972] Robert & Richard - Richard Mulciber - 19.11.2023
Przesadzał? Richard uniósł brew ku górze, na odpowiedź brata. To, że obaj mieli spaczony umysł co do pozostawiania wszystkiego w idealnym porządku, nie znaczy że przedmioty najbardziej związane z ojcem, powinny nadal istnieć. Nie on jednak tutaj decydował. Posiadłość oficjalnie należała do Roberta. Mógł zrobić z nią co uważał. Mógł dokonać odświeżenia. Jednak nie planował tego zrobić. Przez długie lata wszystko tutaj pozostawało nienaruszone. Zadbane, ale świetność ich kiedyś się skończy. Przywoływało to wspomnienia. Niby dobre, ale w większości bolesne.
- Jestem ciekaw, czy jak Ci ten mebel się rozwali, to będziesz pracował na dywanie, czy poświęcisz parę galeonów, aby zakupić nowe biurko na bazarze.
Rzucił okiem na krzesło.
- Podobnie z krzesłem.
Nie żeby Richard miał z tym jakiś problem. Ale obaj mieli chyba to do siebie, aby się czasami zaczepiać na słowa lub czyny. Umieli sobie odpowiadać.
Richard stanął przed tym nieszczęsnym biurkiem, widząc iż Robert swoją uwagę skupiał na przedmiocie będącym biżuterią. To wtedy musiał uczepić się jego wyglądu, gdy na niego spojrzał. Richard zmarszczył brwi, słysząc nie pierwszy raz uwagę na temat jego zarostu. Gdy musiał zamieniać się z Robertem i stać się nim, często przychodziło mu się golić. Kiedy nie musiał, pozwalał aby zarost rósł sobie do woli, aż dla niego zaczynał być denerwujący. Mimo tego jednego szczegółu w wyglądzie, potrafił dać o siebie. O swój wygląd.
- Skoro już mowa o ceremonii. Może byś tak łaskawie odkleił swoje cztery litery od zardzewiałego fotela starego i ogarnął się? Ogolić, się ogolę, ale tych papierów za Ciebie nie będę podpisywać.
Również zwrócił bratu uwagę, choć bardziej dotyczącą czasu, który nieubłaganie uciekał. Za parę godzin ta ceremonia może się zacząć. A Robert? Siedział w najlepsze gapiąc się zapewne na prezent dla przyszłej żony. Richard także dał jasno do zrozumienia, że w tym akurat przypadku, brata nie będzie zastępować. Drugiej żony nie potrzebuje. Ma syna, ma dziedzica nazwiska. Młodszy bliźniak wpatrywał się w brata porozumiewawczo, że chyba nie musi nic więcej dodawać w słowach.
RE: [8 stycznia 1972] Robert & Richard - Robert Mulciber - 19.11.2023
Po śmierci ojca podjęli decyzje, dotyczącą podziału skromnego majątku, który trafił w ich ręce. Podczas, gdy Richard swojej przyszłości nie widział w Londynie ani Wielkiej Brytanii, dla Roberta pozostanie w stolicy nie stanowiło żadnego problemu. Po prawdzie było mu to nawet na rękę. Przebywając w stolicy, mógł aktywnie wspierać człowieka, który był w stanie stworzyć nowy, lepszy świat. Taki, w którym wartości wyznawane przez starszego z bliźniaków, na nowo znalazłyby się na właściwym miejscu. Z tego też względu nie oponował. Wziął na swoje barki odpowiedzialność za rodzinny biznes. Przejął też funkcje głowy ich niewielkiej rodziny - bocznej gałęzi Mulciberów. Starał się o wszystko zadbać.
- Dbam o to, żeby meble były we względnie dobrej kondycji. - odpowiedział na zaczepkę ze strony brata. Spokojnym, rzeczowym tonem. Tak dla siebie typowym. - Ryzyko tego, że będę zmuszony pracować na podłodze jest więc raczej minimalne. Podejrzewam jednak, że nie uwierzysz, póki sam tego nie sprawdzisz? - zadając pytanie, uniósł ku górze jedną brew. Dobrze wiedział, że z propozycji Richard nie skorzysta. Tyle Roberta, że mógł się w ten sposób przynajmniej lekko odgryźć.
Zdawał sobie sprawę z tego, że do ceremonii pozostało niewiele czasu. Przekonany był jednak, że wciąż ma go wystarczająco dużo, aby o wszystko zadbać oraz stawić się we właściwym miejscu. Wszystko wszak zaplanował z odpowiednim wyprzedzeniem. Wyliczył co do jednej minuty.
- Mamy sporo czasu, spokojnie. - mimo wypowiedzianych słów, zamknął niewielkie pudełko z biżuterią, której się wcześniej dokładnie przyglądał. W następnej kolejności schował je w szufladzie biurka. Pierwszej, górnej. - Przecież wiesz, że zawsze mam wszystko pod kontrolą. - Ciężko było temu zaprzeczyć. Robert stosunkowo wcześnie zaczął planować różne rzeczy, pomagało mu to funkcjonować. Dzięki temu łatwiej było nad wszystkim zapanować. Efekty były więcej niż widoczne. - Poza tym, skoro już zdecydowałeś się mnie upomnieć, to mam do Ciebie mały interes. - w końcu każdy moment był dobry, żeby rozmawiać o interesach. Prawda? - Zastanawiałem się nad tym, w jaki sposób mógłbym uniknąć takich sytuacji, które miały miejsce podczas mojego pierwszego małżeństwa. Wiesz o czym mówię. - tutaj przez chwilę po prostu mu się przyglądał, starając się odczytać reakcje. Znali się na tyle, że z reguły wychodziło mu to całkiem nieźle. - I przyszło mi do głowy pewne rozwiązanie. Trochę skomplikowane, ale... - zawahał się, trwało to jednak ledwie chwilę, zaraz wrócił do wcześniejszego stanu. - myślę o nałożeniu efektu na pewien przedmiot. W tym celu potrzebowałbym zebrać informacje na temat pieczętowania oraz starożytnych run. To jedna z możliwości. - zaznaczył. Rozważał bowiem również inne opcje. Wszystko zależy od tego, co okaże się wyjściem najbardziej opłacalnym. Przed podjęciem decyzji będzie musiał zdobyć nieco informacji. - Przejdźmy jednak do sedna. Przydałoby mi się wsparcie w zakresie materiałów pochodzących z Norwegii i ogólnie ze Skandynawii. Byłbyś może w stanie w tej materii udzielić pomocy? - zapytał, mając nadzieje na twierdzącą odpowiedź. Nie prosił wszak o nic niemożliwego. Jedynie o drobne wsparcie. Sprawa nie była szczególnie pilna, nie trzeba było się śpieszyć. Richard mógł się wszystkim zająć we własnym tempie.
RE: [8 stycznia 1972] Robert & Richard - Richard Mulciber - 19.11.2023
W wielu aspektach rodzinnych, bracia nie mieli problemu z dogadaniem się. Richard, który miał już swoją posiadłość w Norwegii, na którą własnoręcznie zapracował, nie potrzebował pod swoimi skrzydłami dodatkowo posiadłości w Londynie. Ta od razu przypadła jemu bliźniakowi, jak również inne pozostałe interesy. Takie sprawy omówili jeszcze na pogrzebie ojca, aby Richard mógł wrócić do siebie po sfinalizowaniu ich, zostawiając w papierach swój podpis. Tak, w razie gdyby ktoś czepiał się przekazania jakichś własności. Obu im było na rękę. Nie przeszkadzało mu nawet to, że brat przejął główną rolę głowy rodziny z ich gałęzi.
Dbał o meble. Było to widać, że stary fotel jeszcze nie rozjeżdżał się. Może biurko wytrzyma jakąś dekadę, to nie wiadomo jak z będzie z fotelem. To już jednak nie jest problemem Richarda. Na odbitą zaczepkę brata, uniósł kącik ust, jakby sobie chciał to wyobrazić i chyba na tym pozostanie. Pokręcił jedynie głową, że nie będzie sprawdzał. Nie dzisiaj.
W kolejności następnej było zwracanie sobie wzajemnie uwagi. Robert miał wszystko poukładane. Richard to wiedział, aż za dobrze, gdyż miewał podobnie. Może nie planował wszystkiego tak aż dokładnie co do minuty, ale wszędzie gdzie miał być, był zawsze punktualnie.
- Wiem aż za dobrze. Jednak dobieranie odpowiedniego garnituru też trochę Ci zajmuje.
Mówił to z braterskiej troski. Wierzył jednak, że Robert ze wszystkim zdąży, czasem zaś potrzebował kogoś, kto mu coś przypomni, podpowie, doradzi.
- Jaki?
Zapytał ze spokojem, marszcząc lekko brwi. Kiedy Robert tak mówił, to znaczyło, że coś chce. Nie było pomyłki, kiedy wspomniał o swoim poprzednim małżeństwie. Bardzo dobrze Richard pamiętał jak ono wyglądało. Kiedy dostał zaproszenie na ten obecny ślub od brata, nie pojmował, dlaczego znów się żeni. Zrozumiał powód, gdy zostało mu wyjaśnione, kim jest wybranka jego…wolnego krzesła obok.
- Tak, wiem.
Potwierdził, że wie o co Robertowi chodzi. Jego reakcja była bez emocjonalna i raczej doradziłby mu nie żenić się ponownie, skoro taki jest problem z kobietami. Znał jednak powód tego małżeństwa i nie zdziwiło go, że Robert szukał rozwiązania. Czekał na dalsze wyjaśnienia, nad czym tak intensywnie dzisiaj myślał, gapiąc się na biżuterię, jaką schował przed chwilą w szufladzie. Brat jednak w pewnym momencie się chyba zawiesił.
- Ale?
Zadał to krótkie pytanie, chcąc przypomnieć mu, że coś mówił o skomplikowanym rozwiązaniu. I wtedy wszystko było jasne. Robert chciał zakląć przedmiot, który zapewne zechce podarować w prezencie swojej nowej żonie. Tak domyślił się Richard. Miało to sens, ale rzeczywiście wymagało go solidnego przygotowania takiego przedmiotu.
- Chcesz to zrobić na tym przedmiocie?
Gestem głowy wskazał na schowane w szufladzie małe pudełko z przed chwilą oglądaną biżuterią. Choć może Robert miał coś innego na myśli, a ten przedmiot dał mu jakiś pomysł. W końcu jednak przeszedł do sedna sprawy, jak to sam powiedział. Materiały ze Skandynawii. Nie tylko z Norwegii. Naprawdę Robert poważnie podchodził do tego pomysłu.
- Byłbym wstanie. Mam rozumieć, że potrzebujesz materiałów o starożytnych runach i pieczętowaniu ze Skandynawii?
O ile z Norwegii mógłby mu wiele rzeczy załatwić, tak trochę czasu pewnie zejdzie mu w przypadku Szwecji, Danii i Finlandii. Kwestia tego, co konkretnie Robert potrzebował. Materiały na zasadzie ksiąg i zapisków run ze Skandynawskich bibliotek, księgarń? Zaklęć pieczętowania? Potrzebował konkrety, czy dobrze się domyśla. Zapewnienie Robert otrzymał. Na pomoc brata może liczyć. Reakcja nie była jakaś zaskakująca a zwyczajna. Nie pierwszy raz Richard robił coś dla Roberta.
RE: [8 stycznia 1972] Robert & Richard - Robert Mulciber - 20.11.2023
Dobranie odpowiedniego stroju faktycznie potrafiło zająć sporo czasu. Zwłaszcza jeśli wymagała tego okazja. Robert nie był kimś, kto decydował się na pierwszą z brzegu szatę, garnitur, koszulę. Zawsze dbał o to, aby odpowiednio się prezentować. Oczekiwał też tego od innych. Widział w tym okazanie szacunku bądź jego całkowity brak.
- Za dobrze mnie znasz. - skomentował słowa brata. Nie przeczył temu, że sytuacja może wyglądać w ten sposób; że to właśnie wybór stroju okaże się najbardziej czasochłonny. Nadal był zarazem przekonany, że czasu mu nie zabraknie. Coś takiego zwyczajnie nie mogło mieć miejsca.
Nie był do końca pewien, jaki przedmiot zamierzał wykorzystać do swego celu. To wymagało badań. Przetestowania różnych możliwości. Może bardziej naukowego podejścia? Dla Roberta nie stanowiłoby ono większego problemu. Wszak nadal był też naukowcem, nawet jeśli nauka nie zajmowała go tak samo, jak przed laty.
- Jeszcze nie jestem pewien. - przyznał więc się przed bratem. Nie czuł potrzeby, aby cokolwiek ukrywać. Koloryzować. Kłamać. Z Richardem mógł pozostawać szczery, jak z nikim innym. Zwyczajnie mu ufał. - Muszę pierw dokładnie zbadać dostępne opcje. Nie mówię w tym przypadku nie, ale zanim się na coś zdecyduje, chce mieć pewność, że efekt będzie wystarczający.
Typowy Robert. Zawsze dążący do ideału. Perfekcji. Dla niego nie było miejsca na półśrodki. Połowiczny sukces każdorazowo widział jako porażkę. Rzecz miała być zrobiona dobrze, sprawa miała zostać załatwiona bez najmniejszego zarzutu.
- Tak, dokładnie tak. - przytaknął, kiedy Richard upewniał się odnośnie tego, jak prezentował się obszar jego obecnych zainteresowań. Tych, przy których oczekiwał wsparcia. - Sam również będę starał się zdobyć informacje innymi ścieżkami, ale liczę na Twoje wsparcie. - wyraźnie podkreślił, iż pomoc nie była w tym przypadku bez znaczenia. Chciał się tym zająć. Chciał spróbować stworzyć tego rodzaju przedmiot. Mącący w głowie. Może naginający wole posiadacza? Jeszcze nie zdecydował. Miał na to czas. Choć do ceremonii pozostało ledwie kilka godzin, nie było powiedziane, że potrzebował tego na teraz. Na ten konkretny moment. Z niczym się tutaj nie śpieszył. Czasu miał aż nadto. - Ale zostawmy to.
Odchylił się na moment do tyłu, uniósł do góry podbródek, przenosząc spojrzenie na sufit. Pozwolił, aby myśli popłynęły w kierunku zbliżającej się ceremonii. Albo raczej - osoby, która się z nią wiązała. Następnie uwagę przeniósł na zegar.
- Powinniśmy zacząć się szykować. - zauważył, tym razem on sam. Brakowało w tym jednak prawdziwego entuzjazmu. Odkąd Richard pojawił się w gabinecie, faktycznie trochę czasu upłynęło. Nieco więcej niż się spodziewał. Właśnie dlatego zwykł podkreślać, że stanowi on (czas) pojęcie względne. Fizycznie nie da się go zmierzyć, a jednak jego upływ był wyraźnie odczuwalny.
RE: [8 stycznia 1972] Robert & Richard - Richard Mulciber - 21.11.2023
Znał Roberta od urodzenia. Znał jego nawyki i upodobania. W przeciwieństwie do Richarda, najdłużej dobierał sobie ubiór do wyjścia. Richard nie tracił na to czasu i jeżeli miał w co się ubrać, to brał i nakładał na siebie. W pracy Aurora też nie ma czasu na szykowanie się, kiedy coś gdzieś się dzieje.
- Ponad czterdzieści lat bycia Tobą w niektórych sytuacjach, jest tego dowodem.
Odparł ze spokojem ale też z lekkim uśmiechem, nie mając o to wyrzutów. Świetnie się bawił, jak za dawnych lat w Hogwarcie. Były w ich życiu sytuacje, gdzie Richard zajmował miejsce Roberta, będąc nim dosłownie. Musiał znać jego nawyki, upodobania, nauczyć poruszania, oraz zapoznać bardzo dokładnie z sytuacją, gdzie miał zająć jego miejsce, gdy brat musiał być w tym samym czasie gdzie indziej. Był jego tak zwanym "alibi". Nie potrzebowali do tego eliksiru wielosokowego. Jako bliźniacy nie mieli z tym problemu a i obaj dbali odpowiednio o swoją budowę ciała, nie tylko wygląd.
Pomysł z pieczętowaniem przedmiotu był najwyraźniej świeży. Brat nie był do końca pewny, czy chce testować na tej biżuterii, którą miał chwilę temu przed oczami. Znając go, celował w dokładność. Było to zrozumiałe dla Richarda. Nie bez powodu prosił o zdobycie materiałów na temat run i pieczętowania, ogólnie ze Skandynawii. Miejsc, z których one pochodzą. Młodszy Mulciber dobrze zrozumiał prośbę.
- Wiesz że zawsze możesz na mnie liczyć.
Zapewnił go z lekkim uśmiechem wsparcia. Nie było chyba w ich życiu sytuacji, gdzie by odmówił jakiejkolwiek prośby. Mieli sobie ufać, pomagać i razem działać. Dlatego mówili sobie o wszystkim. Razem popierali ideologię Czarnego Pana. Choć to Robert należał do ich organizacji. Richard był cieniem, wychodzącym z ukrycia, kiedy była konieczność. Kiedy trzeba było dokonać zamiany ról.
Wreszcie brat się ogarnął, że czas dość szybko przemija w minutach, który stracili na rozmowie. Choć dość ważnej dla dzisiejszego "Pana Młodego". Richard się zgodził i jako pierwszy opuścił gabinet. Dłużej nie zamierzał tam stać.
Udali się wspólnie na piętro, aby się przygotować. Każdy początkowo do siebie. Richard miał w końcu polecenie ogarnąć swoją brodę. Poszedł w pierwszej kolejności się ogolić. Ułożyć włosy i użyć odpowiedniej wody zapachowej męskiej. Ubrał na siebie na razie białą koszulę i grafitowe spodnie z wizytowym obuwiem. Różdżkę schował w bezpieczne miejsce w ubraniu. Marynarkę zabrał ze sobą i udał do sypialni Roberta, aby sprawdzić, jak daleko zaszedł z dobieraniem kolorystyki i materiału. Teraz mogli wyglądać identycznie, różnicą było jedynie ubranie. Ceremonia miała być kameralna, ale że pełni rolę świadka, też musiał się odpowiednio prezentować. Zapomniał jedynie zabrać muszki, lecz myślał także o krawacie. Wróci po nią później.
- Gotowy, czy jeszcze medytujesz nad ubraniem?
Rzucił Richard w wejściu do środka.
RE: [8 stycznia 1972] Robert & Richard - Robert Mulciber - 22.11.2023
Przez twarz Roberta prześlizgnął się cień uśmiechu. Nic więcej. Niezbyt często do tego dopuszczał. Przy bracie pewne granice zdarzały się jednak zacierać. Również te sztywne. Ich relacja funkcjonowała na innym poziomie od pozostałych. Pewne zasady tu nie obowiązywały.
Bo i obowiązywać nie mogły.
- Czasem mam wrażenie, że przednie się przy tym bawisz. - skomentował. Nie raz to widział. Ten sam błysk w spojrzeniu, który towarzyszył im w czasach, kiedy uczęszczali do Hogwartu. Albo błysk łudząco do niego podobny. Nie ma to w tym przypadku większego znaczenia.
Pomysł zakładający wykorzystanie run oraz pieczętowania rzeczywiście był całkiem świeży. Robert nie zdążył do tej pory zebrać na ten temat większej ilości informacji. Liczył jednak na szybki progres w tej kwestii. Przy wsparciu brata oraz innych osób, na których pomoc mógł liczyć, nie musiał się obawiać, iż realizacja planu okaże się zbyt skomplikowana. Będzie od niego wymagać więcej niż był w stanie dać.
- Zdaje sobie z tego sprawę. - przytaknął. Nie potrzebował z jego strony tego rodzaju zapewnień. W przypadku Richarda znacznie więcej mówiły czyny. Robert chciał prezentować względem bliźniaka podobne nastawienie, choć z pewnych względów nie zawsze było możliwym, aby osobiście udzielił mu konkretnego rodzaju pomocy. Mimo wszystko nie dało się nigdy odczuć, aby brat był mu obojętny. Bo i tak nigdy nie było.
Wreszcie rozeszli się, każdy do swojego pokoju. Potrzebowali przygotować się do ceremonii. Robert skupił się na wybraniu odpowiedniego stroju. Zadbał o fryzurę. Było tak jak zakładał. Nie potrzebował wiele czasu. Był gotowy na dobrych kilka, może nawet kilkanaście minut przed tym nim ponownie nawiedził go brat.
- Wszystko na swoim miejscu. - potwierdził, dając tym samym znać, że mogli ruszać w drogę. Nic ich dłużej nie wstrzymywało. Nie musieli zmieniać swoich planów. Całość zdawała się być dopięta na ostatni guzik. Podobnie jak koszula, na którą Robert się zdecydował. Śnieżnobiała. Klasyczny krój.
Na miejscu wszystko poszło sprawnie, za jednym wyjątkiem, którym okazał się brak porozumienia w sprawie nazwiska. Na szczęście nie zakłóciło to ceremonii, na zakończenie której na stosownym dokumencie pojawiły się podpisy pięciu osób. Pana młodego, panny młodej, ich świadków oraz urzędnika pełniącego zarazem funkcje mistrza ceremonii. Po wszystkim najbliższe małżeństwu osoby zostały zaproszone na uroczysty obiad. W planach nie znajdywało się bowiem żadne przyjęcie.
Koniec sesji
|