Secrets of London
[2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert (/showthread.php?tid=2293)

Strony: 1 2


[2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 20.11.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Robert Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

2.01.1971
Sklep rodziny Mulciber

Był już wieczór. Większość osób na całym świecie odsypiało Nowy Rok. Część wróciła do pracy, lecz zabawa z dni poprzednich, poprzedzona świętami, rozleniwiła ich na tyle, by być nieostrożnym. Lekkomyślnym. Ich mózgi były spowite mgłą, która opadnie dopiero jutro lub nawet za kilka dni. To zabawne jak bardzo powszechny był alkohol i inne używki, a jak bardzo przytępiał on zmysły. Rodolphus nie pił, gdy nie musiał. Pił tyle, ile trzeba by nie wyjść na odludka i nie zostać odtrąconym przez społeczeństwo, pławiącym się w drogiej whisky i czerwonych winach. Nigdy jednak nie pił więcej niż pół, maksymalnie jedno. Wychodził z założenia, że umysł musi pozostać ostry jak brzytwa, a alkohol temu nie sprzyjał. Widział skutki oddziaływania alkoholu na mózgi najznamienitszych jednostek - wnioski były na tyle powalające, że coraz częściej skłaniał się ku temu, by całkowicie z tej trucizny zrezygnować. Lapiej by wszyscy wyszli na tym, gdyby spożywali małe dawki popularnych trucizn, by się na nie uodpornić, niż alkohol.

Gdy wszedł do sklepu Mulciberów, w jego nozdrza uderzył znajomy zapach. Uśmiechnął się lekko, nie spodziewając się tak znajomych zapachów w tak obcym miejscu. Jego spojrzenie potoczyło się po wnętrzu, jakby był klientem, który przyszedł po kadzidła dla swojej ukochanej. Chociaż może i tak też po części faktycznie było?


RE: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 21.11.2023

Znajdujący się w Podziemnych Ścieżkach Nokturnu, należący do rodziny Mulciber sklep z kadzidłami i świecami nieszczególnie różnił się od innych, tutejszych lokali. Nieco zaniedbany, dla niektórych zapewne wręcz obskurny z zewnątrz, w środku zawierał to, co w innych częściach magicznego Londynu zdobyć było znacznie ciężej.

W tym przypadku chodziło o wszelkiego rodzaju świece oraz kadzidła.

Robert, który na tego typu akcesoriach znał się równie dobrze, co na magicznych zwierzętach zamieszkujących Afrykę, albo tak bardzo przecież uroczych misiach polarnych, nieszczególnie przykładał się do tego, aby rodzinny biznes funkcjonował na odpowiednim poziomie. Miał wiele innych zajęć. Wiele innych obowiązków, z których starał się wywiązać możliwie najlepiej. Tym samym więc, na zajmowanie się handlem brakowało czasu.

Swój udział ograniczył do absolutnego minimum.

Być może to właśnie z tego powodu niewiele zabrakło, aby niezapowiedziana wizyta przyprawiła o zawał serca zajmującego się sklepem pracownika.

W swoim eleganckim, jasnobrązowym płaszczu, gładko ogolony, ostrzyżony, Robert nie wyglądał jak ktoś przyzwyczajony do paskudnych, śmierdzących alejek Nokturnu. Postronny obserwator mógłby nawet uznać, że Mulciber zbłądził. Przypadkiem zawędrował w zupełnie obce sobie strony, narażając się zapewne na całkiem spore niebezpieczeństwo. Tyle tylko, że pozory w tym przypadku myliły. Nieliczni mogli się domyślać tego jak bardzo.

- Czekam w gabinecie na gościa, zabezpiecz i zamknij sklep, kiedy się pojawi. - nie padło z jego strony żadne proszę, żadne dziękuje. Poleceniu nie towarzyszyły ponadto żadne dodatkowe informacje, których nie podawał, jeśli widział takowej potrzeby. Nie tracąc większej ilości czasu, pozostawił chłopaka samego. Udał się na tyły sklepu.

Ile czasu minęło nim na miejscu zjawił się zapowiedziany gość? Może dużo. Może niewiele. Pod wskazanym adresem, Rodolphus nie zastał jednak osoby, której mógł się spodziewać. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było Roberta. Znajdywało się natomiast sporo świec, kadzideł. Za ladą stał jasnowłosy, nieco piegowaty na twarzy młodzieniec.

- Za chwilę zamykamy. W czym mogę pomóc? - odezwał się, chcąc się upewnić czy młodzieniec był odpowiednią osobą, zanim zdecyduje się pokierować go do gabinetu, w którym przebywał pracodawca. Nie chciał podpaść komuś, od kogo zależało czy będzie miał co włożyć do garnka. Mulciber zaś bywał niekiedy całkiem problematyczny. Łatwo też przychodziło go rozzłościć. - Mamy kilka nowych świec, akurat seria przygotowana z myślą o niedawnych świętach, w dobrej cenie, jakość też całkiem niezła. - dorzucił, bez większego przekonania. Cena niby promocyjna, ale zainteresowanie było praktycznie takie jak zawsze. Niebezpiecznie bliskie zera. I niby jak miał w takich warunkach zrealizować te nieszczęsne plany sprzedażowe? Zarobić wreszcie na porządny pierścionek dla ukochanej, skoro nawet w kasie nie było dość pieniędzy, aby tych kilka monet móc do siebie przytulić z zamiarem wiecznego nieoddania.




RE: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 22.11.2023

- Jestem umówiony - rzucił tylko, zerkając na pracownika sklepu. Nie powiedział nic więcej, bo nie widział w tym większego sensu. Nie musiał się tłumaczyć byle komu. Przesunął wzrokiem po jednej ze świec i zmarszczył brwi. Potem jednak, wiedziony kaprysem, zerknął na pracownika i uniósł brew. Chciał o coś zapytać, ale zrezygnował. Nie czytał mu w myślach, a że mężczyzna nie wydawał się być specjalnie zainteresowany sprzedażą, nie podejmował tematu. Ruszył za nim na tyły sklepu, a potem do gabinetu Roberta.

Nie wiedział, że łatwo było go rozzłościć - ale też po prawdzie nigdy by tego świadomie nie zrobił. On starał się być ponad tak przyziemnymi emocjami, chociaż nie zawsze mu się to udawało. Zawsze jednak starał się trzymać nerwy na wodzy, a upust energii dawał wyłącznie podczas... Pewnych sytuacji. Nigdy też celowo nie drażnił osób, z którymi współpracował. Nie czuł do Roberta sympatii, wyłącznie szacunek i podziw. Rozsądek nakazywał mu też zachowywać ostrożność w kontaktach z nim, ale jednak nie zmieniało to faktu, że Robert był Rodolphusowi niezbędny do realizacji własnych celów.
- Dobry wieczór, Robercie - przywitał się, łącząc dłonie za plecami. Poczekał aż drzwi do gabinetu się zamkną, a pracownik odejdzie na tyle, by nie podsłuchiwał. Czekał więc, bo nie miał zamiaru zdradzać swoich sekretów nie będąc pewnym, że mogą tu bez przeszkód rozmawiać.


RE: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 23.11.2023

Chłopak otrzymał od Roberta wyraźne wytyczne, dlatego też, kiedy tylko usłyszał, że Rodolphus jest umówiony, postąpił zgodnie z instrukcjami. Zabezpieczył drzwi wejściowe. Oznaczył sklep jako nieczynny. Następnie zaprowadził gościa do gabinetu, w którym jakiś czas wcześniej pojawił się Mulciber. Otworzył drzwi. Wpuścił Rodolphusa. Sam się wycofał.


Czekając na umówione spotkanie, Robert odpalił cygaro, które towarzyszyło mu podczas przeglądania znajdujących się na biurku dokumentów. Na miejscu zjawił się odpowiednio wcześniej, dzięki czemu mógł zająć się kilkoma sprawami, które czekały na niego od dłuższego czasu. Nie były one dla niego na tyle istotne, aby potraktować je priorytetowo. Zainteresować się nimi wcześniej.

Zdaniem niektórych zapewne powinno było wyglądać to inaczej.

- Pozwól, że dokończę. - rejestrując pojawienie się Lestrange'a, na moment oderwał wzrok od projektu pewnej umowy. Niewiele zostało mu do przeczytania. Następnie zaś musiał jeszcze złożyć podpis, umieścić obok niego aktualną datę.

Zaznaczyć, że akceptuje tę wersje umowy.

Nieszczególnie przejmował się tym, że kazał Rodolphusowi chwilę zaczekać. Nie zaproponował mu, aby usiadł w jednym z dwóch wolnych foteli, choć jednocześnie nie miał nic przeciwko takiemu rozwojowi sytuacji. Nie poczęstował alkoholem. Nie zaproponował cygara. Skupiony był wyłącznie na papierach, którymi zdecydował się zająć. Cała reszta zeszła na dalszy plan.

Chwilowo.

Wreszcie odłożył wszystko na bok. Cygaro powędrowało do popielniczki. Nie zgasił go jednak. Będzie się zapewne tliło jeszcze przez jakiś czas.

- Nie zajęło Ci to wiele czasu. - wreszcie zwrócił się do Lestrange, tym samym dając do zrozumienia, że mogli zacząć swoje spotkanie. Kolejne. Pierwsze z wielu? Był autentycznie zainteresowany badaniami, które młodzik prowadził, dlatego z jego strony nic nie stało na przeszkodzie, aby to kontynuowali. - Jak mają się sprawy? 

Odchylił się na fotelu, ręce założył na wysokości klatki piersiowej.

Czekał na informacje.




RE: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 24.11.2023

Rodolphus kiwnął głową na znak, że poczeka. Był u siebie, mógł robić co chciał, jednak odniósł wrażenie, że Robert przetrzymuje go specjalnie. Splótł więc dłonie z tyłu, za plecami, i lekko się rozluźnił, wzrok wbijając gdzieś poza sylwetkę Mulcibera. Szarą cienką teczkę trzymał obiema rękami. Przyzwyczaił się do tego, że jego oczy nie wyglądały nigdy na ciepłe i pełne zainteresowania, wręcz przeciwnie - na chłodne i oceniające. Dlatego od małego wpatrywał się tylko w tych, których chciał wprawić w dyskomfort. Robert nie był na tej liście.

Zatopił się w myślach, więc gdy Robert się odezwał, Rolph drgnął. Przeniósł na niego spojrzenie i wzruszył lekko ramionami.
- Opracowanie planu naprawczego nie zajmuje dużo czasu, jednak chciałem go z tobą skonsultować, by nie popełnić więcej błędów. Na przeprowadzenie badań, a wcześniej zdobycie materiałów, przyjdzie nam dłużej poczekać. Jednak zanim zacznę w ogóle się przygotowywać, chciałbym wykluczyć ewentualne błędy. Oszczędzi nam to czasu - wyjaśnił, wyciągając zza pleców teczkę. Była naprawdę cienka, musiało tam być zaledwie kilka kartek. - Nie lubię gdy ktoś marnuje mój czas, dlatego staram się nie marnować go innym.
Powiedział, podchodząc do biurka. Podał teczkę Robertowi. W środku były zaledwie trzy kartki, zapisane w całości z jednej strony równym, pochyłym pismem. Przede wszystkim należało podzielić obiekty na: czarodziejów czystej lub półkrwi, szlamy, mugoli, charłaków. Poprzednia metodologia zawierała błędy, które należało wyeliminować. Każda z grup i podgrup nie mogła wiedzieć, że to eksperyment. Nie mogli wiedzieć, tak jak poprzednio, że przeżyją. Musieli być doprowadzeni na skraj wycieńczenia psychicznego i fizycznego. Podkreślił to dwa razy. Dopiero wtedy można było się wedrzeć do ich umysłów, by zbadać myśli i emocje, a także odruchy. Należało badać ich mózgi przez co najmniej kilka miesięcy (podkreślono liczbę 6 i dopisano dwa wykrzykniki), zwracając szczególną uwagę na układ limbiczny oraz inne elementy, w szczególności przysadkę, produkującą hormon tyreotropowy oraz ACTH i sprawdzić kortyzol.


RE: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 26.11.2023

Przetrzymywał go świadomie, ale przy tym nie specjalnie. Nie był to ze strony Mulcibera żaden test, żaden sprawdziam. Jedynie brak szacunku na odpowiednim poziomie. Na ten bowiem Rodolphus musiał sobie dopiero zapracować. Robert nie zwykł obdarzać nim innych ludzi z miejsca, o ile nie stały za tym inne przyczyny.

Jakieś korzyści?

- Rozumiem. - odpowiedział. Sam zapewne poświęciłby temu nieco więcej czasu. Kilkukrotnie całość sprawdził, zanim zdecydowałby się przedstawić komukolwiek. Pierw musiałby czuć pewność odnośnie tego, że zabrał się za wszystko w odpowiedni sposób. Tego typu przemyśleniami nie podzielił się jednak z młodym Lestrange. Zamiast tego przyjął podaną teczkę. - Usiądziesz?

Zanim zajął się teczką, wskazał na jeden z wolnych foteli. Rodolphus nie musiał stać. Zwłaszcza, że całość zapewne zajmie im trochę czasu. Robert na tyle długo w tym wszystkim siedział, pomijając rzecz jasna jego kilkuletnią przerwę, że raczej nie zakładał, iż wszystko pójdzie lotem błyskawicy. Szanse na to, że odeśle Lestrange bez uwag oraz potrzeby omówienia kilku kwestii, były zapewne dość bliskie... cóż, zera.

Nie śpieszył się z tym, aby zapoznać się z zawartością teczki. Niektóre fragmenty planu przeczytał kilkukrotnie. Wracał do nich przy jego kolejnych punktach, oceniając na ile całość była spójna, sensowna. Przy kilku kwestiach musiał zatrzymać się na nieco dłużej. Zastanowić się czy inne podejście nie byłoby bardziej odpowiednie.

Wreszcie odłożył otrzymane papiery na biurko, nie zamykając przy tym samej teczki. Nie zamierzał jeszcze niczego oddawać Rodolphusowi.

- Nie zgadzam się z zaproponowanym podziałem obiektów. - poinformował bez ogródek. Nie owijał w bawełnę. Nie silił się na zbędną delikatność. Wyłożył kawę na ławę, mówiąc w prost o tym, co w jego opinii było błędne. Niepoprawne. - Czarodzieje półkrwi to grupa na tyle szeroka, że w mojej opinii konieczne będzie dokładniejsze zbadanie tych obiektów oraz ich odpowiednia selekcja. Niektórzy posiadają bliskie związki z mugolami, podczas gdy w innym przypadkach będą one dość odległe i tym samym ich wpływ na organizm takiej jednostki może być nikły. Warto się na tym skupić, przeanalizować, co konkretnie odróżnia czarodziejów półkrwi od czystokrwistych w zależności od stopnia pokrewieństwa z mugolami. Jakie zachodzą zmiany? Prawdopodobnie dobrym rozwiązaniem będzie poświęcenie tej kwestii nieco większej ilości czasu. - podzieliwszy się pierwszymi uwagami, przewrócił strony planu naprawczego, odnajdując kolejne istotne ustalenia poczynione przez Rodolphusa. Do tego również miał uwagi. - O ile rozumiem Twoją fascynacje odnośnie porównywania reakcji poszczególnych obiektów na bodźce zewnętrzne, to proponowałbym zacząć od analizy zewnętrznej. Fizycznej. Będziemy wówczas w stanie wykorzystać to podczas kolejnych etapów badań. Prawdopodobnie dobrym posunięciem byłoby skorzystanie z pomocy zaufanego medyka. Kiedy kierowałem komnatą, moje badania miały charakter interdyscyplinarny. Korzystaliśmy ze wsparcia pracowników innych komnat oraz patologów. - zakończył, wspominając to, co miało miejsce dawniej. Przed laty Mulciberowi bardzo zależało na tym, aby poszczególne badania były przeprowadzane przy wsparciu osób, które posiadały odpowiednią wiedzę oraz doświadczenie w danej tematyce. Dzięki temu zdołał zbudować niewielki, ale dobrze funkcjonujący zespół. Czy teraz byłby w stanie zrobić to samo? Na pewno mógłby liczyć na wsparcie Nicholasa Yaxleya, ale czy kogoś więcej? To by wymagało pracy, na którą niekoniecznie miał czas.




RE: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 26.11.2023

Rodolphus usiadł dopiero wtedy, gdy Robert mu to zaproponował. Nie odczuł tego jako testu - ani również jako braku szacunku. Przyjął do wiadomości fakt, że Robert był jaki był. To zachowanie było częścią jego jestestwa i byłby głupcem, gdyby przy szacunku, którym go darzył, kwestionował takie drobnostki, jak maniery. Czy korzystanie z tytoniu, chociażby.

Milczał przez cały czas, gdy Robert wertował kolejne strony planu. A gdy powiedział, że się nie zgadza, żaden mięsień na twarzy Rodolphusa nie drgnął.
- Chodzi ci o stopień pokrewieństwa, który warunkuje oczywiste różnice genetyczne, czy związki relacyjne, wpływające na działanie obszaru odpowiedzialnego za emocje? - jeżeli to drugie, to Rodolphus z kolei by się nie zgodził z tym, jakoby związek z mugolami w tym rozumowaniu miał jakikolwiek wpływ na zachowanie czarodziejów półkrwi. Nie badał ich odruchów, badał fizyczne zmiany w mózgu i na tym zamierzał się skupić, nie pozwalając na zbytnie rozszerzenie badanego obszaru. Wiedział, że należało podejść do sprawy z odpowiednią rozwagą i starannością, ale stracenie z oczu celu było pierwszym krokiem do klęski. Gdy usłyszał dalszą część wyjaśnienia Roberta, kiwnął głową. - Masz rację. To będzie jednak ciężkie do wyodrębnienia. Myślałem nad tym, by utworzyć kolejne podgrupy i je sklasyfikować do pięciu pokoleń wstecz, w różnych konfiguracjach, lecz zarzuciłem ten pomysł. W pewnym momencie kończą się drzewa genealogiczne, czarodzieje półkrwi nie przywiązują aż takiej wagi do przodków i znalezienie dowodów na pochodzenie praprapradziadków osoby półkrwi może być niemożliwe. Zwłaszcza, jeżeli będą oni mugolami, którzy z wiadomych względów nie istnieją w naszych rejestrach. Wtedy nawet linia wychodząca się od czystej krwi będzie bezużyteczna, bo nie będziemy mieli materiału do porównania. Oczywiście mogę tak dobrać obiekty, by zatrzymać się na równym etapie, lecz drążenie tak daleko jest ryzykowne. Nie wiem, czy mugole prowadzą swoje spisy.
Jego rodzina prowadziła. Mugole z oczywistych względów byli pod nimi, nie podejrzewał ich więc o to, by aż taką uwagę przywiązywali do rodziny i kultywowania tradycji. Dopiero teraz na jego twarzy pojawiło się coś, co spokojnie można by określić mianem pogardy, niedocenienia. Nie Roberta a tych, o których mówili. Życie byłoby dużo prostsze, gdyby ktoś ich w końcu zaczął kontrolować.
- Nie zamierzałem opierać się wyłącznie na zewnętrznej reakcji, oczywiście - powiedział, dość niemile zaskoczony, że Robert podejrzewał go o taką niechlujność. Nie dał po sobie tego jednak poznać. Nawet lekko uniósł kącik ust. - Oczywiście obserwacja zewnętrznych czynników jest fascynująca, ale to, co mnie najbardziej interesuje, to fizyczne zmiany, które dzieją się w mózgu podczas badań. To one odpowiadają za zachowanie, nie ma więc możliwości według mnie, by badać jedno bez drugiego.
Gdy Robert wspomniał o zaufanym medyku, Rolph westchnął. Tu go miał - Rodolphus dość zazdrośnie strzegł informacji na temat badań, które prowadził. Robert był jedyną osobą, która o nich wiedziała. Nie zaufał nikomu innemu na tyle, by podzielić się tym sekretem. Nikt poza Robertem nie był wystarczająco godny. Wyjątkiem była Bellatrix, której nie powiedział z osobistych względów i zwykłej troski o jej przyszłość.
- Znalezienie odpowiedniej osoby do współpracy może potrwać pół wieku - zauważył, dając delikatną sugestię, że jeżeli Robert ma kogoś takiego w swoim otoczeniu, to dobrze by było, by podzielił się kontaktem. - Nie ufam ludziom w Ministerstwie na tyle, by w ogóle myśleć przy nich o tym, co robimy. Moja rodzina również odpada, nie wszyscy podzielają nasz entuzjazm.
Tym razem nie mógł się powstrzymać i delikatnie nie skrzywić, gdy pomyślał o starszym kuzynie. Nie wiedział jak starszy Lestrange podchodził do tematu. Podobnie jak on sam - zdawał się być gdzieś pośrodku konfliktu. Tylko że Rodolphus grał spektakl życia, a osoba, którą miał na myśli, mogła nie udawać, a naprawdę być.


RE: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 27.11.2023

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak obszerna była tematyka, którą w swoich badaniach zdecydował się poruszyć Rodolphus. Lata temu stał bowiem przed podobnymi dylematami. Zmusiły go one do tego, aby kilkukrotnie przemyśleć to, na czym konkretnie skupi się praca tworzonego przez niego zespołu. Choć dysponował znacznie większymi zasobami niż Lestrange, nie mógł pozwolić, aby zwiodło go to na manowce. Odciągnęło od tego, co stanowiło meritum.

- Najcenniejsze rzeczy nie przychodzą łatwo, Rodolphusie. - pozwolił sobie na taką, trochę filozoficzną uwagę. W zasadzie nie wnoszącą szczególnie wiele do rozmowy. - Pięć pokoleń to dużo i niekoniecznie będziemy w stanie cofnąć się tak daleko. Zakładając, że kolejne pokolenie pojawia się mniej więcej co 25 lat, musielibyśmy sięgnąć co najmniej do pierwszej połowy XIX wieku. - pozwolił sobie określić z grubsza okres, jaki powinien ich interesować. Opierał się w tym przypadku o swoją ogólną wiedzę, ale też o własne tak uważam. Niekoniecznie było to podparte konkretami. Podparte czymkolwiek. O tym jednak wspominać nie zamierzał. Nie uważał, aby było to konieczne. Przynajmniej do czasu, kiedy to wszystko to jedynie czysto akademickie rozważania. - Myślę, że przed podjęciem w tym aspekcie konkretnej decyzji, należy zbadać możliwości pozyskania niezbędnych informacji. Ministerstwo nie może odciąć Ciebie od dostępu do tak podstawowych danych, aczkolwiek radzę zachować w tej materii ostrożność. - gdyby mógł pomóc, zapewne zrobiłby to bez mrugnięcia okiem. Niestety na chwilę obecną posiadał ograniczone wpływy w Ministerstwie Magii. Były to pojedyncze, mniej znaczące znajomości. Mógł poprosić o wsparcie znajomych, którzy znaczyli coś więcej, ale... byłoby to rozsądne? Czy nie stanowiłoby to zbyt dużego ryzyka? Na pewno też wiązałoby się z koniecznością odpłacenia przysługą za przysługę. Odległy był od decydowania się na takie kroki.

Nie zdążył poznać Rodolphusa na tyle, aby być w stanie dokładniej określić w jaki sposób ten działał. Na ten moment zdążył już jednak zaobserwować kilka szczegółów, które niekoniecznie mu odpowiadały. Lestrange pozostawał nieoszlifowanym diamentem. I co za tym idzie, potrzeba było włożyć wiele pracy, aby doprowadzić go do właściwej formy. Rokował jednak dobrze.

- Powiem to tylko raz. - spojrzenie utkwił w osobie siedzącego przed nim, młodego niewymownego. - Gdybym miał uznać wyniki badań za wiarygodne, chciałbym zobaczyć pracę, w której zajęto się wszystkim. Omówiono zagadnienia podstawowe, przedstawiono metody selekcji obiektów, przeprowadzono charakterystykę zewnętrzną i wewnętrzną każdego z nich, przedstawiono teze, omówiono badania, które zostaną przeprowadzone. - mówił ogólnikowo, z czego Lestrange powinien zdawać sobie sprawę. Był to zaledwie mały wycinek oczekiwań, jakie Robert miał względem innych. Te zawsze okazywały się wysokie. Mulciber wymagał od innych dokładnie tyle samo, ile dawał od siebie. - Powinieneś dokładnie rozplanować badania. Podzielić je na kolejne etapy. Nie próbuj łapać za ogon kilku hipogryfów, bo któryś Ciebie kopnie. - i odlecisz co najmniej na kilka metrów. Skończysz posiniaczony, być może połamany. Niekoniecznie przyjemne przeżycie. Nie żeby Mulciber miał w tej materii jakieś doświadczenia. Zwierząt unikał. Na łonie natury nie przebywał szczególnie chętnie.

- Zamierzasz szukać problemów czy rozwiązań? - zirytował się, kiedy ze strony chłopaka padła informacja mówiąca o tym, jak ciężko było znaleźć człowieka zainteresowanego współpracą. Sam z pewnością nie wyraziłby tego rodzaju obaw jeszcze przed podjęciem się próby pozyskania kogoś do pomocy. - Mogę odświeżyć kilka dawnych kontaktów, ale bez Twojego wyraźnego udziału w tym wszystkim, nie kiwnę palcem. - zaznaczył. Musiał widzieć, że Lestrange'owi zależy; że podchodzi do tego na poważnie. Nie chciał tracić czasu na kogoś, kto zaraz wszystko zarzuci. Uzna za zbyt skomplikowane. Miał na głowie zbyt wiele innych spraw. Wiele innych obowiązków, które nie mogły czekać na później. Takie później mogło go bowiem zbyt dużo kosztować.




RE: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Rodolphus Lestrange - 27.11.2023

Brew mu drgnęła, gdy Robert się zirytował. Na wizerunku Mulcibera pojawiła się dość wyraźna rysa, która zaskoczyła Rodolphusa na tyle, by ten uniósł brew i spojrzał ostro w kierunku starszego od siebie mężczyzny, ogniskując wzrok na jego twarzy, drgających mięśniach i szyi, która kurczyła się i rozkurczała, gdy oddychał nieco szybciej. Kto inny może by tej irytacji nie dostrzegł, ale była ona cholernie wyczuwalna dla Rodolphusa. W tej pracy nie było mowy o emocjonowaniu się, myślał że Robert to wiedział. Czyżby się mylił? Milczał jednak, słuchając tego co ma do powiedzenia. Brew powróciła na swoje miejsce, a młody Lestrange zabębnił paznokciami o podłokietnik fotela.
- Bez problemów nie ma rozwiązań- powiedział zimno. Chłód i rzeczowość były jego bronią, gdy w środku wzbierał gniew. Uprzejmy uśmiech, dyskretne pochylanie się nad obiektem i czułe słówka w połączeniu z ciepłym dotykiem potrafiły zadać więcej ran, niż krzyk czy rzucanie zaklęciami. W przypadku Roberta nie miał zbyt dużego arsenału, lecz opanowanie było chyba najlepszą kartą, którą mógł teraz zagrać. - Uważasz, że wyraźnym udziałem jest chodzenie po ministerstwie i pytanie, czy ktoś chce do nas dołączyć?
Zapytał miękko, łagodząc rysy twarzy. Wiedział, że nie miał przed sobą kobiety, na którą by to działało, lecz subtelne zmiany tonu, lekkie przekrzywienie głowy i to bezdenne spojrzenie, niewyrażające negatywnych (ani pozytywnych) emocji powinno pokazać Robertowi, że mimo tego drobnego zgrzytu nie zamierza go atakować.
- Cenna rada i piękne przysłowie. Czyżbyś mówił z autopsji, Robercie? - zapytał uprzejmie, ponownie bębniąc palcami i podłokietnik. Na chwilę przeniósł wzrok na swoją dłoń. Rodolphus miał jedną, ogromną wadę. Mimo całej naukowej pokory, potrafił być kurewsko wręcz butny i arogancki. - Pytam, bo nie bywam w lasach i górach, gdzie można spotkać te hipogryfy. Wracając jednak do sedna naszej rozmowy - za krótko pracuję w Departamencie, by polegać na kimkolwiek, mimo iż są osoby dobrze rokujące. Po twoim odejściu zapanował chaos, nad którym nie potrafią zapanować. I mimo iż wszystko z pozoru wydaje się działać jak dobrze naoliwiona maszyna... Tak od środka widzi się zgniliznę i fałsz, rdzę która trawi ten mechanizm. Jeżeli to są twoje kontakty, ufam ci. Ale tylko tobie. Swoje kontakty muszę sprawdzić, to zbyt ważna sprawa, by chociażby napomknąć o niej w towarzystwie hipokrytów, którzy teraz pracują w Departamencie.
Dopowiedział, powracając chłodnym spojrzeniem do Roberta. Lestrange w swojej opinii miał dużo więcej do stracenia, niż Mulciber.
- Proponuję zacząć od podstaw. Klasyfikacja na mugolskie pochodzenie i rozrzedzoną, brudną krew do trzech pokoleń. Dane najlepiej będzie zebrać z urzędów lub szpitali mugolskich. W przypadku czarodziejów mamy porządek. Pociągnę za sznurki, sprawdzę sam co się da, dobiorę odpowiednie osoby i prześlę ci sowę. W międzyczasie będę wdzięczny, jeśli uruchomisz dawne kontakty. Jesteś osobą godną zaufania, jedyną jak na razie. Łączy nas wspólny cel i idea, coś większego niż niesnaski czy drobne uszczypliwości, które na pewno pojawią się jak wyboje na naszej drodze, o które łatwo się potknąć. To gra, która zmieni postrzeganie naszego świata i przysłuży się większej sprawie - jasno wyraził swoje stanowisko. Uśmiechnął się kącikiem ust, ale nie wstawał. Byłoby to wysoce niekulturalne w takiej sytuacji.


RE: [2.01.1971] Show me what you got | Rodolphus, Robert - Robert Mulciber - 04.12.2023

Nie pozwalał sobie na to, aby emocje wybrzmiały głośno, aby stały się widocznymi dla innych. Zawsze starał się je kontrolować i w tym konkretnym przypadku nie postąpił inaczej. Irytacja widoczna była więc jedynie przez krótką chwilę. Mgnienie oka. Zaraz wrócił ten Robert, który zdawać mogł się znacznie bliższy wyobrażeniu, jakie do niedawna miał na jego temat Rodolphus.

Tylko czy o raz dostrzeżonych rysach można było zapomnieć?

Skinął głową, słysząc z ust młodego niewymownego kolejny, wyświechtany slogan. Niby można było takimi sobie podetrzeć tyłek, ale nadal - jakieś pojedyncze ziarenka prawdy w sobie posiadały. Robert nigdy ich się nie wystrzegał, ale zarazem starał się nie nadużywać.

- Postaraj się zrobić coś z tym cynizmem, nie zamierzam go na dłuższą metę tolerować. - poinformował. Nauczony był tego, aby zwracać uwagę na to, co niekoniecznie mu odpowiadało. Nie było jego osobie w smak. Wykładał w takich momentach kawę na ławę, nie próbował owijać w bawełnę. - Zakładam, że nie jesteś na tyle głupi lekkomyślny, żeby wywiesić ogłoszenie o poszukiwaniu współpracowników na drzwiach swojego biura. - to natomiast stanowiło poniekąd komplement. Pokazywało w jaki sposób Robert widział dzieciaka, który się przed nim znajdywał. Lestrange miał bardzo duży potencjał, ale diamentem pozostawał nadal nieoszlifowanym.

Tylko czy to Mulciber miał być tym, który odciśnie swój ślad, nadając mu pierwsze, kolejne bądź ostatnie szlify?

- Sprawdź je więc. Czas nas tutaj nie goni. Możesz dokładnie przyjrzeć się każdej osobie zaliczającej się do grona tych dobrze rokujących. - nie zamierzał brać w tym przypadku wszystkiego na swoje barki, choć pewne kontakty oczywiści wykorzystać zamierzał. W zasadzie w głowie zdążył już nawet układać sobie listę składającą się z imion oraz nazwisk noszonych przez ludzi, którzy w jego mniemaniu byli godni zaufania. Tak samo dzisiaj jak i przed tymi wszystkimi laty.

Zanim świat stanął na głowie, a fotel ministra zajęła szlama.

- Tym razem brzmi to nie najgorzej. - skomentował. Nie przeciągał tego wszystkiego, przypominając Rodolphusowi o drobnych szczegółach, które mogły mieć dla badań bardzo duże znaczenie. Jeszcze nie raz i nie dwa będą mogli wszystko omówić. Teraz trzeba było zacząć od absolutnych podstaw. - Zaczną powoli działać w tym kierunku. Myślę, że potrzebuje na to gdzieś koło miesiąca? - zastanawiał się na głos. Było to coś raczej trudne do określenia. Przekonanie ludzi, żeby weszli w coś nie do końca legalnego mogło stanowić pewne wyzwanie. Zwłaszcza, kiedy nie mogłeś odsłonić wszystkich kart. A tego Robert zrobić nie mógł. - Dodatkowo musimy zorganizować bezpieczne miejsce spotkań i zająć się również zebraniem literatury. To może być kosztowne, a do tego należy wszystko odpowiednio zabezpieczyć. - choć Lestrange mógł to widzieć inaczej, obydwaj mieli w tym przypadku wiele do stracenia. Ryzykowali dużo, podejmując się tego rodzaju działań. Nielegalnych. Mogących wysłać ich w skrajnym przypadku prosto w objęcia dementorów. Doprowadzić do szaleństwa.

Z Azkabanu zaś... z Azkabanu nikt dotąd nie zdołał uciec.

Lepiej było nie sprawdzać czy zdołają dokonać tego jako pierwsi czarodzieje w historii.