Secrets of London
[10.07.1972] I tylko ja i słońce - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [10.07.1972] I tylko ja i słońce (/showthread.php?tid=2295)

Strony: 1 2


[10.07.1972] I tylko ja i słońce - Victoria Lestrange - 20.11.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Wiele rzeczy w magicznym świecie związane było z astronomią i chociaż Victoria nie znała się na niej jakoś mocno, ledwie tyle, co nauczyła się w szkole, to ostatni czas dobitnie jej udowodnił jakie miało to znaczenie. Pełnie, nowie… a pod koniec maja nawet czarodzieje (tak mówili) zobaczyli to, co cały miesiąc widzieli tylko mugole: słońce i księżyc jednocześnie na nieboskłonie. Były takie dni w ciągu miesiąca, w których niektórym czarodziejom trudno się czarowało i zawodziła ich moc – i wszystko to było związane z wędrówka ciał niebieskich po niebie. Więc czym dla astronomii było całkowite zaćmienie księżyca?

Tego Victoria nie wiedziała. Za to była całkiem pewna co chciałaby tego dnia zrobić i kogo wyciągnąć ze swojej jamy. Przecież nie codziennie można spojrzeć w stronę słońca nie mrużąc przy tym oczu… a co na to wampir, który od kilku lat w ogóle na słońce spojrzeć nie mógł, bo nie mógł na niego wyjść?

Pomimo wszystkiego co się pomiędzy nimi działo, pociągnęła za kilka sznurków w Ministerstwie, tu poprosiła o przysługę, tam zaniosła drogi alkohol – tylko po to by załatwić dwa świstokliki na czas zaćmienia słońca; chodziło o to żeby zadziałały w określonym czasie, bo absolutnie nie chciała żadnej krzywdy dla Sauriela, to miało być dla niego całkowicie bezpieczne, dlatego najpierw skontaktowała się z kimś, kto był w stanie dokładnie jej wyliczyć kiedy zaćmienie będzie miało miejsce i kiedy zacznie się kończyć. Wybrała też odpowiednie miejsce na kompletnym odludziu, przy skraju lasu, w razie czego, gdyby jednak coś poszło nie tak, to żeby można było się skryć w cieniu pomiędzy drzewami. I to była jedna sprawa – wielkie-małe przedsięwzięcie. Była też druga… która chodziła po głowie Victorii od bardzo długiego czasu i prawdę mówiąc planowała, by był to prezent urodzinowy Sauriela, ale splot zdarzeń i jego zachowania, jego… wyciszenia i próby wyjścia na pełne słońce w niekontrolowanych warunkach w jednym celu, sprawił że uznała, że może Rookwoodowi przyda się zajęcie teraz, a nie za kilka miesięcy. Że może jakoś się oderwie, może sprawi mu to chociaż trochę radości. Kupiła mu aparat: taki, który od razu wypluwa zdjęcia i są ruchome, a nie jak te dziwaczne, mugoli… prezent i świstokliki zapakowała do swojej torebki i tak uzbrojona zjawiła się pod rezydencją Rookwoodów; tu miała stoczyć najcięższy bój i najtrudniejsza część całego planu.

Oczywiście, że była niezapowiedziana, bo to wszystko to była niespodzianka. I oczywiście, że spodziewała się, że może być dziwnie… ale odłożyła to wszystko na bok.

I po prostu czekała, aż ktoś jej otworzy. Skrzat, albo ktokolwiek inny. Tak, był środek dnia. I tak, przyszła do Sauriela – co zaraz zresztą oznajmiła komuś, kto jej otworzył, zaraz po kulturalnym "dzień dobry": przyszłam do Sauriela, mogłabym się z nim zobaczyć?




RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Sauriel Rookwood - 21.11.2023

Wróżbiarstwo było często kojarzone z astronomią - a przynajmniej tyle, co o tym słyszał Sauriel. Bo chociaż nie wierzył w te wszystkie banialuki (a jednocześnie był fanem tego typu gazet) to był to temat dość ciekawy. Czemu ludzie pokładali w tym taką ufność i dlaczego tak bardzo chcieli znać tajniki przyszłości? Czy cokolwiek dobrego mogło przyjść z ujawnienia sekretów, jakie cię czekają? Pytać można, a co człowiek to mogła pojawić się inna odpowiedź. Nie tworzył wywiadu, bo aż tak zaintrygowany sprawą nie był. Szczególnie, że kiedy tylko zaczynali mówić i prawić o wróżbach i jasnowidzeniu to zaczynała go łapać irytacja, gdy słyszał te fanatyczne głosy opowiadające się za tą sztuką. Zgoda - niech sobie będzie, ale niech też będzie z daleka od niego i nie wkurwia go. A przynajmniej nie w wydaniu głupich tekstów, że "powinien sam się przekonać". Taka to właśnie była jego zażyłość z tą sztuką. Zaś astronomia była tak samo ciekawa jak świat roślin czy zwierząt - fajnie, fajnie, chętnie posłucha, ale jednak to nie jego para kaloszy. Wolał szurać nosem po kodeksach karnych. W ostatnim czasie mógłby sięgnąć do gwiazd i przekonać się, czy da się złapać choćby jedną z nich.

Sauriel spał - i nie było w tym niczego dziwnego. Dziwniejsze było jednak to, że w środku dnia postanowiła odwiedzić go Victoria Rookwood Lestrange po zerwanych zaręczynach. Dwa miesiące - magiczny upływ czasu, który się chyba układał w klątwę. No bo raz to przypadek, dwa to podejrzane, a trzy to już wychodziła reguła. Kobieta została przyjęta przez skrzata i poproszona, żeby poczekała. Naczekać się chwilę musiała - ponieważ zanim skrzat dobudził Sauriela, zanim ten się ubrał, zanim wylazł z tej swojej pieczary w kapturze, chowajac dłonie w rękawach, żeby nie ślizgać się w promieniach słońca wkradających się do wnętrza domu - to chwilę potrwało. A wolał wyjść do niej, niż przyjmować ją w swoim pokoju. Bo tak, byłoby dziwnie, prawda? Gdzie stała ich relacja wiedział jeden wielki nikt. Jeśli jakiś Bóg zajmował się relacjami "to skomplikowane" to może on został oddelegowany do tego nieprzeciętnego przypadku.

- Ty wiesz, która jest godzina? - Mruknął z niezadowoleniem, ale wcale się nie krzywił. Bo akurat Victorii nie oskarżał o to, że postanowiła mu psuć nastrój nakazując mu egzystować dłużej w dobie, niż to było absolutnie konieczne. A tym bardziej nie oskarżał jej o to, że przyszła z pierdołą w środku dnia dobrze wiedząc, że raczej miał skłonności do przesypiania dni słonecznych. Mimo wszystko ogórki nie wkręciły go aż tak, żeby teraz dniami całymi nic nie robił poza układaniem nowych zwierzątek i tworów. - Czego dusza pragnie? - Spojrzał na nią badawczo, ale nie widział żadnych oznak rujnującego świata, żeby móc już wpadać w panikę i zapewniać, że nie ma chuja we wsi - że jak się coś stało to leci jej pomagać! Nie... nie było w ogóle takich oznak. Co go skonfundowało i sprawiło, że jego marudny głos przeszedł na spokojniejsze tony. - Chcesz jakiejś herbaty czy kawy? - Wskazał jej miejsce w salonie, do którego została zresztą wprowadzona przez skrzata. Zasłonięta została jedna z rolet, żeby w jednym punkcie Sauriel mógł swobodnie zasiąść. Zazwyczaj nie chciał, żeby spuszczano wszystkie zasłony. To psuło... nastrój dnia.




RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Victoria Lestrange - 21.11.2023

Akurat jeśli chodziło o wróżbiarstwo i przepowiednie – te przechodziły obok Victorii bokiem. Była zbyt mocno stąpająca po ziemi, by wierzyć w te dyrdymały, wyssane z palca bzdury… chociaż nawet ona gotowała się wewnętrznie na myśl o Szeptusze, która bez pytania na Beltane obwieściła „swoją wizję”. A niech się nimi udławi – bo Lestrange nie miała zamiaru pozwolić, żeby słowa jakiejś szalonej baby kierowały jej życiem, albo cokolwiek o nim mówiły, tym bardziej, że nie pytała. Dolohov i jego wizja wysłana do niej któregoś razu listem zostały przyjęte z większym… hym… entuzjazmem (czyli nie było w niej wrogości). Nadal uważała, że to nie sztuka „przewidzieć”, że jej życie usłane będzie kłębiącymi się nad jej głową trudnościami; wystarczyło poczytać gazety, dodać dwa do dwóch, wyciągnąć własne wnioski i voilà! Więc była sceptyczna, ale należała do tych osób, które na pierwszym miejscu stawiają logikę, albo przynajmniej starają się pewne rzeczy wytłumaczyć sobie w logiczny sposób – może to było trafniejsze określenie odnoście Victorii.

Spodziewała się, że Sauriel będzie spał, pasowałoby to do jego standardowego trybu dnia, a po tych ponad siedmiu miesiącach zdążyła się przyzwyczaić i nauczyć jak to z nim wygląda. Dlatego była zupełnie niezdziwiona i niezrażona, że skrzat wpuścił ją i kazał poczekać, a potem trwało to… i trwało. Na szczęście Victoria była bardzo zorganizowaną czarownicą i przewidziawszy trudności przyszła z zapasem czasu, bo musieli być gotowi o konkretnej godzinie i minucie, nie później, zrobiła więc w głowie różne symulacje i ostatecznie wyszło jej, że najbezpieczniej byłoby przyjść pół godziny wcześniej. Najwyżej, jeśli pójdzie szybko i gładko, to sobie porozmawiają. Albo sobie pomilczą, obojętnie. Najwyraźniej jednak nie było to potrzebne.

Zaprowadzona do salonu, Victoria usiadła sobie, schludnie wyprostowała sukienkę, by dobrze się układała, poprawiła włosy, równiutko ułożyła torebkę na kolanach, dłonie o paznokciach przejechanych czerwonym lakierem ułożyła równiutko na torebce i czekała. Tylko raz zerknęła kontrolnie na delikatny zegarek na jej lewym nadgarstku (mający odwracać uwagę od blizn o jednocześnie przynajmniej kawałek zasłaniać), by upewnić się ile mają jeszcze czasu, i spokojnie czekała nadal. W końcu cierpliwość została nagrodzona.

– Oczywiście. Jest trzynasta trzydzieści sześć – odparła spokojnie i raz jeszcze zerknęła na swój zegarek. – Siedem. Trzydzieści siedem – poprawiła się i uśmiechnęła się delikatnie. Nie wyglądała jak ktoś, komu życie się wali na głowę, albo że coś się stało, no bo zupełnie nic się nie stało. Teraz jedynie cienka, pozioma kreska na jej prawym policzku była bardziej widoczna, bo miała odgarnięte włosy. I zamierzała tę ranę nosić dumnie, jako swoją ostateczną decyzję na to, by wynieść się z rodzinnego domu. Pewnie kilkanaście dni minie, nim ślad całkowicie zniknie. – Nie nie, nie chcę. Nie ma czasu – odparła i nawet machnęła leciutko ręką. – Jak się czujesz? – zapytała dość bezpośrednio, przypatrując się Saurielowi równie badawczo, co on patrzył na nią. – Przyszłam cię wyciągnąć z domu, żebyś nie przegapił takiej okazji, a z tego co widzę, to byś to przespał – życie by przespał… I odrzucił. A panna Lestrange nie zamierzała do tego dopuścić. – Dzisiaj ma być całkowite zaćmienie słońca. Więc ubieraj się, mamy piętnaście minut – dodała, gwoli wyjaśnienia, choć nie ruszyła się nawet o centymetr.




RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Sauriel Rookwood - 22.11.2023

Mogła być dwunasta, szesnasta, albo jakakolwiek inna godzina. A tym bardziej już w cholerę z tymi minutami. Tak się wampirowi nie robiło, żeby go w środku dnia z łóżka wyciągać. Sauriel ubrał się byle jak i nie bardzo nawet patrzył, co na siebie zakłada. Jego garderoba nadmiernie różnorodna nie była, więc nie było problemów przynajmniej z faux pas kolorystycznym. Czarna koszula, niedopięta, czarne spodnie - i tak sobie tuptał. Jak niemal na co dzień. Przecierał oko, chociaż bardziej z dziwnego przyzwyczajenia, od co najwyżej od bólu napływu światła do tęczówek, a nie dlatego, że naprawdę był zaspany i zbierało mu się na ziewanie. Miał trochę cięższą głowę przez wyrwanie z tego strategicznego rytuału, jakim było ostatnio leżenie na łóżku, zanim w ogóle udało się namówić ciało do kooperacji i podniesienia się. Uniósł jedną brew, patrząc na niespodziewaną osóbkę, która wtargnęła do jego snu i teraz już się skrzywił, kiedy mu obwieściła, która jest godzina. Lekko szarpnęło to za jego nerw tolerancji na działanie osób zewnętrznych na jego rytuały.

- Zirytowany, a jak mam się czuć jak mnie w środku dnia wyrywasz ze snu. - Gładko bardzo stan kontroli i lekkiego zmartwienia przeszedł na irytację, tak i został rozwiany pozór spokoju. Ale lepiej odczuwać irytację niż nie odczuwać niczego, prawda? W jego wypadku... nie, niekoniecznie. Ta irytacja była jak muśnięcie, liźnięcie powierzchni, bo wcale nie docierała głęboko w jego system nerwowy i nie zaczynała poruszać całym jego ciałem. Na szczęście. Zagubił różnicę między minionymi dniami, które w ostatnim czasie rozpływały mu się i zlewały w jedno, a teraz tym bardziej miały zostać zamieszane. Nadal zresztą utrzymywał, że Victoria nie przyszłaby tutaj z niczym i bez żadnego powodu w środku dnia... więc czekał. A kiedy obwieściła, że by przespał TAKĄ OKAZJĘ to trochę zgłupiał i już obie brwi miał w górze, spoglądając na niż dziwną miną. Głowa była pusta, bez żadnych lotnych myśli, bez żarcików, jakie powinien zdecydowanie wykrzesać z siebie na tę okazję.

- Zaćmienie słońca. - Powtórzył za nią bez żadnej refleksji czy wyrazu inteligencji malującej się na facjacie. Bez zrozumienia. Chociaż nie był AŻ TAKIM debilem, żeby nie wiedzieć, czym jest zaćmienie słońca. To była ta pierwsza chwila. W drugiej już zrozumienie się pojawiło, jego oczy trochę się przymrużyły, a ciało bardziej napięło. Przestał wyglądać jak rozlewający się na kanapie czarny kot i usiadł wyprostowany, z podpartymi dłońmi na krańcu sofy. Zaćmienie słońca. Brak słońca. Moment na tym świecie, kiedy promienie były rozproszone i kiedy można było zobaczyć dzień bez chmur, z błękitem nad głową. Chociaż lipiec był i tak zdecydowanie lepszy (dla wampirów) niż czerwiec - bardziej chmurny i deszczowy. Nie potrzebował wiele, żeby się podnieść - to jedno jej zdanie i swoja własna samorealizacja możliwości, jakie przed nim kobieta postawiła, były wystarczającym motywatorem do tego, żeby się naprawdę zebrać. - Zaraz wracam. - Już było po spaniu. Już po jego wyrazie twarzy widać było, że "sen" (ten pozorny) z niego spłynął i żywszym krokiem, szybkim, ruszył z powrotem w kierunku piwnic, gdzie miał swój bezpieczny kąt. Zapiął po drodze koszule, a w pokoju tylko zmienił buty i upewnił się, że w sumie to nie założył spodni tył naprzód, albo coś równie absurdalnego... bo kto by zauważył, że ma, na ten przykład, dwie lewe skarpetki? Zerknął w lustro, przejechał palcami po włosach, takie to było jego ich układanie i ruszył z powrotem w kierunku salonu. Nie było go dosłownie chwilki. Ta chwilka wystarczyła, żeby przestał wyglądać jak Sauriel, który wstał z łóżka i zaczął wyglądać jak Sauriel, który wstał z łóżka, ale już zdążył się ogarnąć. W przeciwieństwie do Victorii, która wyglądała elegancko. Chociaż wcale nie była wystrojona. Nie musiała. Sama jej uroda, którą nosiła jak najlepszą z biżuterii, sprawiała, że wyglądała jak Luna, która wkroczyła między ludzi, żeby obdarzyć ich swoim uśmiechem.

- Prowadź. - Zachęcił ją, wkładając z powrotem na łeb kaptur z długiej, prostej, czarnej szaty.




RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Victoria Lestrange - 23.11.2023

Jeszcze chwilę przyglądała mu się badawczo. Może i było trochę niezręcznie i dziwnie, ale starała się nie poddawać tym emocjom i uczuciom, odłożyć je na bok i nie myśleć o tym, że jeszcze kilka dni temu byli zaręczeni, a teraz już nie są i są dla siebie… Żadne z nich nie wiedziało kim. Rzeczywiście, „to skomplikowane” idealnie opisywało och obecną relację, która pełna była niepewności, a także decyzji podjętych pod wpływem chwili, smutku i niezrozumienia. Lecz nie było w niej już żadnego przymusu. Victoria starała się nie poddawać tej niepewności i niewiedzy i po prostu… próbowała robić to, co i tak by robiła, niezależnie od tego, czy pierścionek nosiła czy jednak nie. I niezależnie od kogo to był pierścionek.

– Nie wiem jak, nie chcę Ci tego narzucać. Możesz się czuć zmęczony, albo zaintrygowany – odparła mu oczywistością na oczywistość, nawet jeśli to nie o to pytała. Interesowało ją… ogólnie jak się czuł. Czy coś lepiej, czy może jednak było gorzej? Czy może bez zmian. Był chyba jednak zbyt zaspany, by odpowiedzieć jakkolwiek sensowniej, więc zadowoliła się tym, a na koniec jeszcze odrobinkę wycięła usta w bladym uśmiechu. Na końcu języka miała „będziesz musiał mi wybaczyć” – bo rozumiało się to samo przez się. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że będzie go trzeba wyciągnąć dzisiaj z łóżka i być może dokładnie dlatego tutaj dzisiaj była. By go nie ominęła jego szansa. Jedna, jedyna i tylko dzisiaj na Merlin wie jak długi czas.

Sauriel myślał – było to ewidentne i widoczne jak na dłoni, kiedy siedział z tym kapturem na głowie i się nie odzywał. Ale jego wzrok stracił ostrość, nie był taki przenikliwy i to był dla niej jasny znak, że w głowie zachodzą procesy myślowe. W tym czasie Lestrange zdołała mu się uważniej przyjrzeć; tej niezapiętej koszuli, nierówno naciągniętym nogawką spodni na nogach… Ale nic nie powiedziała, bo doskonale wiedziała, że został nagle i bez ostrzeżenia wyciągnięty z łóżka. Po chwili jednak się naprężył, wyprostował i zobaczyła ten błysk w czarnych oczach. Zrozumiał. Piękne miał te oczy, chociaż Victoria nigdy nie myślała o nich jak o bezdennej otchłani, w której można było się zgubić i zatracić. Nie czuła się też w żaden sposób pożerana, ani zastraszona jego spojrzeniami, nigdy tak na to nie patrzyła. Nie minęło dużo czasu, a Sauriel się podniósł i stwierdził, że zaraz wróci. Victoria tylko się uśmiechnęła i kiwnęła głową, zamierzając nadal się nie ruszać z miejsca i poczekać tutaj na niego. Poszło gładko. Zdecydowanie szybciej niż sądziła, że pójdzie, bo była przygotowana na wojnę na argumenty albo na kompletny ośli upór. Tego na szczęście nie było i chwilkę później Sauriel był z powrotem.

– Załatwiłam świstoklik – odpowiedziała mu od razu, i było to jasne wyjaśnienie dlaczego się nie podniosła. – Więc mamy jeszcze dziesięć minut – powiedziała i w końcu jej dłonie zsunęły się delikatnie po torebce, którą miała ciągle na kolanach, położyła ją inaczej i zanurkowała, by wyciągnąć monetę, mugolskiego funta, i położyła go na stolik – oto był ich srodek transportu, przez dziesięć minut jeszcze nieaktywny. Nie powiedziała nic o tym, że spodziewała się, że Sauriel będzie bardziej oporny. – Ale skoro mamy jeszcze trochę czasu tooo – nie patrzyła już na Sauriela a ponownie zanurkowała do torebki, teraz już wkładając do niej obie ręce. Magia to był wspaniały cud; torebka nie była jakaś wielka, ale Victoria mogła tam zmieścić naprawdę mnóstwo rzeczy i to wcale nie maleńkich. I dlatego wyciągnęła kwadratowe pudełko przewiązane wstążeczką z kokardą. – Mam coś dla ciebie. Miałeś to dostać na urodziny, ale pomyślałam sobie, że teraz ci się bardziej przyda – odłożyła torebkę na bok i wziąwszy pudełko (rrróżowiutkie, zaś tasiemka była zielona) w dłonie wstała, by podejść do Rookwooda i wręczyć mu ten prezent. Miała nadzieję, że nie będzie się specjalnie opierał, albo że wzięła go wystarczająco mocno z zaskoczenia, że za marudzenie weźmie się dopiero, kiedy prezent już przyjmie. – Proszę.




RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Sauriel Rookwood - 24.11.2023

Nie mógł powiedzieć, że czuł się o wiele lepiej, a jednak - czuł się o wiele lepiej. Bez tego przymusu. Wszystko, co między nimi teraz się działo i mogło zadziać, było prawdziwe, nie prowadzone żadną siłą wyższą. Jedyny mankament leżał w tym, że nie chciał jej za blisko, bo bał się, że coś się jej stanie, a z drugiej strony bił się z myślami, że to niczego nie zmieni. Voldemort i tak już wiedział. Pozostawało grać w jego grę, porzucić piękne myśli o ucieczce i oddać się słodkiej ciemności, która była mu najbliższą kochanką. To, że Victoria nigdy nie miała instynktu samozachowawczego i funkcjonowała niemal jak robot w niektórych wydarzeniach nie było żadną tajemnicą. Ktoś jej po prostu zepsuł całkowicie tą część człowieczeństwa, która miała odpowiadać za prawidłową ocenę zagrożeń. Była za bardzo zajęta staniem w kolejce po inteligencję i inteligencję emocjonalną - bo nie, te dwie rzeczy kompletnie nie musiały być sobie tożsame. Zrozumiałe, po co komu jakiś strach, skoro można w zamian za niego dostać łeb jak sklep. Gdzie ten brak strachu ją zaprowadził? Czy było warto? Była z siebie dumna, zadowolona, zrobiłaby coś inaczej? Nadal chciałaby cierpieć za te milijony, czy jednak wybrała bardziej spokojne życie? Bo on, gdyby mógł cofnąć czas, byłby zdecydowanie o wiele większym chujem i przestał słuchać tych pieprzonych marudzeń wszystkich dookoła. Wcześniej by sięgnął po rozum do głowy i zniknął z rodzinnego domu. Bardzo wiele rzeczy zrobiłby inaczej. Tak sobie gdybać można.

Gdyby Sauriel nie chciał wypełzać z tej jaskini - to by nie wypełznął. Szansa jedna na x lat brzmiała jak kompletnie nic w obliczu mistycznej wieczności, jaka malowała się przed jego oczami. Natomiast nie musiało jej być - bo przede wszystkim Sauriel nie miał żadnych argumentów przeciwko. Wyjść teraz, do zaćmienia, zobaczyć to niepowtarzalne zjawisko, zapisać je w pamięci razem z osobą, która była mu bliska - tak. Tak, tak, tak, czy jeszcze jakieś pytanie ktoś miał? W większości przypadków dupy mu się ruszać nie chciał. Stracił nawet ten dryg prowadzący go do gitary, przestał pociągać jej struny. Stracił do tego serce. Nawet przez myśl mu przeszło, czy tego nie posprzątać, nie odłożyć w kąt, ale zawsze było a mooże jednak póóźniej... To "później" nie nadchodziło nigdy - bo "później" wolał spać i zanurzać się w tej swojej małej śmierci. A co robiła w tym czasie Victoria? Nie zauważył jeszcze śladu na jej policzku, bo nie badał jej twarzy, nie włączał myślenia skierowanego na... na świat. Kiedy prawie je załączył skupiła go bardzo szybko i intensywnie owszem, na świecie, ale tym trochę szerszym niż malutka przestrzeń, w jakiej ludzie zamykali się w swoich rozmowach, w bezpiecznych czterech ścianach.

- Chcesz jakieś pić? Herbata, kawa? Nie wiem, sok z ogórków? - Bo tego ostatniego to mieli, drodzy państwo, pod dostatkiem. Pokazał kciukiem automatycznie na korytarz za sobą, chociaż wcale nie zamierzał tam iść osobiście. Kiedy usłyszał o 10 minutach no to... w zasadzie taki kiepski czas, żeby wypić kubek herbaty - ale na filiżaneczkę akurat. Jego głos był od razu żywszy. - What the... na urodziny? Ale mamy listop... lipiec mamy. - To na "L" i to na "L", potem w obu "i", można się pomylić. Podszedł do Victorii i usiadł obok niej, ze zdziwieniem sięgając po pudełko, żeby je od niej odebrać i obejrzeć z każdej strony. Wziął i nim pomachał (choć pewnie Victoria zaraz ten ruch zatrzymała, bo przecież debil by ten aparat gotów zepsuć zanim pudełko otworzy!). Więc nie dość, że nie było oporu przed wycieczką, to teraz nie było żadnego oporu przed prezentem. A wręcz przeciwnie! Tak jak go pobudziła, tak teraz już w ogóle błyskały jego oczy z ciekawością, kiedy patrzył na to pudełko i dotykał je palcami, jakby co najmniej musiał poznać strukturę tego nienormalnego zjawiska, jakie tkwiło w jego palcach. Nie, no nie żeby nigdy nie dostał prezentu. Ale prezent od Victorii to było coś ważnego. No i co wymyśliła? Co przyniosła? I czemu wcześniej? Dlaczego nie później? Chciał jej robić wykład sam i narzekać. Marudzić, że przecież powinna się czymś zająć, a nie tutaj latać do niego, że... no na pewno znalazłby coś do marudzenia, zawsze znajdował. I, cholibka, ta piękność, która się uśmiechała do niego jak samo słońce do tulipanów, nie dała mu żadnej na to szansy. Rozbroiła go dwoma smart ruchami - szach mat i po rozgrywce. Teraz pozostawało mu tylko... w zasadzie zostawał mu dobry humor. Bo Sauriel się nawet uśmiechnął, kiedy tak spojrzał na Victorię, a potem znowu na prezent. - Co to jest. Czy ja to zepsuje jak będę otwierać? - Nie było to pytanie z gatunku "po co mi to", tylko z ciekawością i zaintrygowaniem. Bał się teraz to otwierać, żeby czegoś nie uszkodzić. Bo najchętniej to by jak dzik rozerwał pudełko. Ale posunął się do grzeczneeeego pociągnięcia za kokardkę... która jak zwykle (takiego miał pecha) się zacięła, więc ostatecznie złapał za dwa krańce wstążki, rozerwał i otworzył opakowanie.

Minka pikachu kiedy jego usteczka układały się we wdzięczne "o" najlepiej odzwierciedlała jego minę. Tylko aż tak pięknego "o" usta Sauriela nie zrobiły.

Wyjął aparat ze środka i zaczął go obracać w dłoniach, aż się poruszył na tej kanapie niecierpliwie - daj dziecku zabawkę, dziecko ci zniknie. Może to to, czego Victoria nie chciała osiągać jednak przychodząc na spotkanie i chcąc, no nie wiem, jakiejś atencji od drugiej strony? Sauriel był jednozadaniowy - jak już się czymś zajmował mocno to zazwyczaj świat nie istniał.

- O kuurwa... - Powiedział z zachwytem, sprawdzając ostrożnie klisze, zapoznając się z samym aparatem, błyskawicznie łapiąc, co gdzie i jak. I zaraz aparat uniósł i strzelił Victorii fotkę. Z zaskoczenia. Złapał z zadowoleniem zdjęcie, które wypadło, spoglądając na nie z... z taką bardzo dziwną miną jak na niego. Z taką adoracją. - Świat nie był na to gotowy. - Zapewnił kobietę, podnosząc na nią spojrzenie i uśmiechnął się tak, że tylko mu rogów brakowało i ogona z serduszkiem na końcu.




RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Victoria Lestrange - 24.11.2023

To już prawie miesiąc, jak nie mieli nad sobą tej więzi – która dla Victorii niewiele znaczyła. W tym sensie, że jej obecność bądź brak niewiele w jej życiu zmieniała, bo choć z początku wiele emocji i uczuć jawiło jej się niezrozumieniem, a już zwłaszcza to nieznośne ciągnięcie mówiące o niebezpieczeństwie, to dość szybko przeszła nad tym do porządku dziennego. Wiele z tego co ją bolało zostawiała po prostu dla siebie, nie chcąc dokładać Saurielowi zmartwień, ale też nie chciała robić kłótni tak naprawdę o nic… A że nie przeszkadzało jej, że ją do niego ciągnie, że chce spędzać z nim czas, to zupełnie odmienna para kaloszy. Bo to naprawdę nic nie zmieniało – chciała tego samego przed samym Beltane, to wszystko działo się stopniowo i nikt nie miał na to wpływu. I to naprawdę się nie zmieniło. Może powinno… Ale w tym momencie bardzo chciała, żeby Sauriel stanął na nogi i wykopał się z tego stanu, który spadł na niego… nie wiadomo jak i kiedy, bo przecież miało być tylko lepiej po tej wizycie u klątwołamacza, a z dnia na dzień stała się masakra. Victoria nadal uważała, że sporo było w tym jej winy – bo miała tendencje do wycofywania się, kiedy przychodziły problemy. Nie po to, by przed nimi uciec, a dlatego, by móc sytuację przeanalizować na spokojnie, w ciszy i spokoju i… To chyba był wtedy błąd. Ale to jebane wspomnienie Elisabeth… Kobieta przerobiła to wszystko już chyba wzdłuż i wszerz, chociaż Sauriel twierdził, że nie czuł się odrzucony. Co by zrobiła Victoria gdyby mogła cofnąć czas? Zapytana nie potrafiłaby dać odpowiedzi na to pytanie – bo nie zaprzątała sobie głowy gdybaniem, nie takim. Nie prowadziło ono do niczego sensownego tak czy siak.

Gdyby Sauriel nie chciał, to istniała duża szansa, że Victoria zamieniłaby się w bardzo upartą i namolną wersję siebie – tej, której wampir nie miał okazji przez te miesiące poznać, bo w większości kobieta była wyjątkowo spokojna, wyciszona wręcz i łagodna. Ale gdzieś na dnie jej oczu czaił się taki błysk, z rzadka pokazujący się na świecie, taki, który wprost mówił „o-o, niebezpieczeństwo”. No bo pomyślmy o tym sensownie – jaka osoba byłaby zdolna żyć tyle lat ze swoją matką nie będąc jednocześnie szarą myszką, której nawet się nie zauważa, albo wręcz którą można popychać? Jaka moralnie nieskazitelna osoba była w stanie zobaczyć Mroczny Znak na przedramieniu kogokolwiek i przyjąć to tak po prostu do wiadomości, w najłagodniejszej wersji nie urywając kontaktu, a wręcz walczącą o to, by taki Śmierciożerca nie wyszedł na słońce, które miało go unicestwić? Odpowiedź była prosta: żadna. Wniosek był więc prosty, w duszy Victorii już dawno wystąpiło pewne zachwianie. I ono się uwidaczniało w chwilach… zagrożenia życia. Głównie zagrożenia życia kogoś, na kim jej zależało, ale też… jeśli spojrzeć uważniej, to ono było tam ciągle.

Uśmiechnęła się, kiedy Sauriel powtórzył swoje pytanie. Więc Victoria zamiast wytknąć mu, że przecież już o to pytał, poprosiła o filiżankę herbaty. I była pewna, że to skrzat jej ją przyniesie, a nie Sauriel pobiegnie ją zrobić. Jakoś wątpiła, by robił coś ze swoimi zdolnościami kulinarnymi, chociaż tak się odgrażał, że jeszcze zobaczy… Sądziła wręcz, że ostatnimi czasy, to on nic nie robi. Tylko leży w łóżku i gapi się w sufit. Stąd w ogóle pomysł na przedwczesny prezent. Nie umknęło jej uwadze, że mężczyzna się ożywił i to tak nagle i znacznie – że się nie spodziewał, to już widziała.

– Wiem. Urodziny masz w październiku, pamiętam. Mówię, że miałeś to dostać na urodziny, ale zdecydowałam się dać ci to teraz. Na urodziny dostaniesz co innego – a miała już nawet pomysł co… tym niemniej miała wrażenie, że dawno niczego od nikogo nie dostał i wręcz poczuła takie dziwne napięcie w żołądku pod tytułem „czy mu się to w ogóle spodoba”…? Ale myślała o tym tyle, przeanalizowała wszystkie za i przeciw i wyszło jej, że to powinno być coś, co przypadnie mu do gustu. Nawet się nie przyczepiła do tej pomyłki z lipcem i listopadem, chociaż została zanotowana.

To nawet dobrze, że Sauriel zdecydował się usiąść obok niej, przyjęła to nawet z pewną ulgą, bo sądziła, że na powrót zacznie trzymać ten nieznośny dystans., I rzeczywiście, kiedy spróbował potrząsać pudełkiem, to delikatnie położyła dłoń na jego wierzchu, dając jednoznacznie do zrozumienia, że to nie jest dobry pomysł. Ogólnie bardzo zabawne musiało być oglądanie interakcji tej dwójki z boku, bo wyglądało to tak, że Victoria wcale nie potrzebowała wiele słów i gestów, żeby obłaskawić niepokornego Rookwooda, wręcz wykonywała tych ruchów zajebiście mało, słów też wcale z jej ust nie padło nadmiernie dużo – wystarczyło, ze były odpowiednio dobrane i powiedziane spokojnie i… Oto Sauriel czekał grzecznie na wyjście z domu, przy okazji z błyszczącymi oczami i z zaciekawieniem, którego nie miał w sobie jeszcze pięć minut temu. A Victoria przyszła tutaj przygotowana mentalnie jak na wojnę – i zmiękła, nawet w którymś momencie odrobinę rozluźniła mięśnie i oparła się o oparcie kanapy, gdy Sauriel badał fakturę różowego pudełka (oczywiście, że kolor był nieprzypadkowy). Na ten szerszy uśmiech odpowiedziała swoim uśmiechem.

– Nie powinno. Chyba, że rozerwiesz to pudełko na strzępy – odpowiedziała mu odrobinę rozbawiona. Tym bardziej dobrze, że to powiedziała, bo widząc jak obszedł się z kokardką… A przecież mógł to zapewne rozwiązać jednym prostym czarem, przecież nie potrzebował do tego różdżki… – No, śmiało – zachęciła go, widząc jak niepewnie się do tego zabiera. I w końcu wieczko zostało zdjęte i Sauriel dostał się do środka.

I chyba go zatkało. A Victoria poczuła satysfakcję. I z miną, którą określiłabym „zamyślonym tryumfem”, napiła się herbaty. Nie przeszkadzało jej nawet to, że to aparat fotograficzny dostawał pełnię atencji, a nie ona – w tym momencie w zupełności wystarczało jej to, że Sauriel nie był już taki zblazowany i flegmatyczny, a całkowicie pobudzony i żywy. Przyglądała mu się po prostu z zamyśleniem, nie zamierzając przeszkadzać w oględzinach prezentu. To zresztą poszło mu nader szybko i nieco z zaskoczenia zrobił Victorii zdjęcie, tej zamyślonej, z filiżanką herbaty w dłoni. Zdjęcie zresztą zaraz zostało przez aparat wyplute i dumna, siedząca na kanapie Victoria, łypnęła spokojnie na Sauriela ze zdjęcia. Nawet w którymś momencie jej fotografia puściła mu z pełnym zadowoleniem oko i napiła się herbaty. A ta prawdziwa Victoria spoglądała na to do góry nogami i aż parsknęła widząc to puszczone oczko.

– Zaręczam cię, że świat w tym momencie mało mnie obchodzi – i jeśli ma spłonąć, bo oto wampir otrzymał aparat – to niech płonie. – A tym bardziej jego gotowość, czy jej brak – dodała spokojnie. – Rozumiem, że ci się podoba – to nawet nie było pytanie, a oczami wyobraźni faktycznie niemal widziała te różki i ogonek.




RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Sauriel Rookwood - 25.11.2023

Czy moralność miała cokolwiek wspólnego z tym, z jaką matką Victoria mieszkała czy to, jak reagowała na Mroczne Znamię na ramieniu? Ten upadek, który był rysowany w duszy? Nie. Mogła mieć na to wpływ, bo testowała człowieka. Mogły być takie sytuacje, w których wytrzymałość człowieka nie miała najmniejszego znaczenia, bo niektóre rzeczy dyktowane były niekoniecznie przez ciebie samego. Ale w tym przypadku - to wcale nie było ani oczywiste. Bardziej oczywiste było to, że żaden auror nie mógł być krystaliczny. Za krystaliczną Sauriel nigdy jej nie miał. Nie wierzył w krystaliczność ludzi, bezinteresowność i całkowicie dobre serce. Każdy zawsze czegoś chciał, bo na tym opierały się relacje. Tak jak Victoria chciała miłości i bliskości, której nie chciał jej dawać. Krystaliczność duszy i jej przejrzystość nie miała tu zresztą żadnego znaczenia w jego oczach. Szkoda tylko było przez myśl, że mogła upadać dalej i niżej przez wykonywany zawód, gdzie emocje bardziej umierały i wszystko stawało się o wiele cięższe do zniesienia. Lecz spokojnie - to tylko do pewnego momentu! Potem było już tylko łatwiej.

Herbata rzeczywiście została przyniesiona przez skrzata, o którą Sauriel go poprosił, kompletnie nie notując tego, że takowa prośba się już pojawiła, że był ten temat. Jakby rzecz została wycięta z jego głowy.

- No dziękuję, dziękuję... to uznam to za spóźniony prezent na dzień dziecka. - Czy coś. Powiedział to żartem, bo w zasadzie to czy potrzeba okazji, żeby dać komuś prezent? Nie, nie potrzeba. Sprawiało to, że potrafiło się zrobić dziwnie, bo teraz miał myśl, że przecież trzeba się odwdzięczyć. Z drugiej strony chyba już kredyt "odwdzięki" został uzupełniony. To na pewno te czekoladki. Tak, to musiały być czekoladki. Ciekawe, co wymyśliła na te urodziny? Niby ciekaw, ale nie wiedział, czy chce pytań, może wtedy już naprawdę zrobiłoby się dziwnie czy głupio, a jego zainteresowanie i tak przypadało aktualnie o wiele mocniej na aparat, jaki trzymał w swoich paluszkach. Największym problemem nie było to, jak się zachować wobec prezentu bez okazji, tylko to, co jej sprezentować na te urodziny! Nie wiedział, nie miał pomysłu. Na szczęście było jeszcze dużo czasu do jej urodzin, więc może coś go uratuje przed nietrafionym oferunkiem. Nie wiem, na przykład jakiś meteoryt czy inna Apokalipsa? Przeecież tyle ją zapowiadali, że w końcu musiała przyjść. Tak?

Sauriel był banalnie prosty w obsłudze i ludzie, którzy mieli trochę oleju w głowie i byli bliżej niego doskonale wiedzieli, jak z nim postępować. On sam nigdy tego nawet nie utrudniał. Bo co tu utrudniać? Było też bardzo proste ograniczenie między tym, na co pozwalał konkretnym jednostkom i co wybaczał w zależności od tego, jakim procentem swojej sympatii daną osobę obsypywał. Victoria i Stanley mieli jej całą tonę. Więc i miał całą tonę (jak na siebie) kredytu cierpliwości i zaufania im do zaoferowania. Victoria jednak tak samo łatwo, jak udawało jej się osiągnąć pozytywny efekt, tak samo łatwo potrafiła zadziałać w stronę przeciwną, więc ta waga nie pozostawała w pełni przechylona na jedną stronę. Wystarczy zobaczyć, że spodziewała się walki, a przypadkiem udało jej się obyć bez żadnej walki. Victorii pozwalał wobec siebie na więcej, bo oferowała mu komfort. Bo była mu bardzo bliska. Koniec końców spora część reakcji ograniczała się do tego, w jakim akurat nastroju będzie chimeryczny Kot.

- Oj tak. Bardzo. - Teraz będzie można sfotografować i upamiętnić każde ogórkowe krzesełko. Na ten przykład. I każdą inną beznadziejno-zajebistą rzecz, bo Sauriel lubił się uganiać za dziwactwami. Dlatego z ogórka powstało najpierw krzesełko, a nie... no nie wiem, śliczny czy słodki motylek. Chociaż akurat się nad tym za bardzo nie zastanawiał, kiedy zaczął wycinać te ogórki. - Wyobraź sobie te wszystkie zjebane zdjęcia, jakie będę mógł bezkarnie rozsyłać pocztą. - Każdy miał swoją ambicję, niektórzy chcieli fotografować ludzi, inni piękne ujęcia natury, a jeszcze inni byli prawdziwymi memowiczami, zanim to jeszcze było modne. - Będę się musiał nauczyć, jak się robi odbitki... - Zawołał skrzata i podał mu zdjęcie Victorii oraz aparat mówiąc, żeby położył je w jego pokoju na stoliku kawowym. - Co ci się stało w policzek?




RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Victoria Lestrange - 25.11.2023

Nigdy nie kryła się z tym, że czegoś względem Sauriela chce. Wcześniej chciała się po prostu z nim dogadać, nawiązać jakiś kontakt, by wiedzieć, czy to w ogóle jest warte jej czasu czy jednak nie. Później nie chciała, by byli sobie wrodzy, skoro i tak mają skończyć jako małżeństwo – to po co sobie przy tym rzucać kłody pod nogi? Nawet nie wiedziała w którym dokładnie punkcie się to wszystko rozwinęło tak, że chciała tej bliskości – i był to fakt, chciała tego. No bo kto by nie chciał? Mogła się w swoim zachowaniu jawić robotem, można ją było wziąć za wypraną z emocji, ale w głębi serca czuła dość sporo. Ale chcieć od kogoś bliskości i miłości to jedno, a oczekiwać tego – to drugie. Bo Victoria była daleka, by czegoś takiego oczekiwać od kogokolwiek. Jak miałaby, skoro nie miała tego nawet w rodzinnym domu? Upadek duszy to była ostateczność. Z początku przecież odczuwało się agresję, radość z zadawanego cierpienia, ale nadal posiadało się emocje. To na samym końcu człowiek (czy to nadal był wtedy człowiek?) nie był już zdolny do kochania kogokolwiek. Widziała to wyraźnie w swojej głowie, w swoich wspomnieniach, tego niefortunnego dnia, kiedy wszystko się posypało jak domek z kart (czy Sauriel pamiętał, że Victoria na jego polecenie musiała taki układać?), a ona nadal nikomu nie powiedziała co właściwie zobaczyła, co tak mocno nałożyło się na jej własne emocje, co zrobiło jej totalną sieczkę z mózgu… Więc może i uwaga Victorii nie była do końca bezinteresowna, ale więcej w niej było pragnienia, by Sauriel czuł się dobrze, niż by ona dostała to, co chciała.

– Może być na dzień dziecka. Ale tak szczerze to jest to całkowicie bez okazji – i nie chodziło o żadne odwdzięczanie się za czekoladki, Victoria w ogóle nie patrzyła na to tymi kategoriami. Cholera, na biednego nie trafiło; po prostu chciała sprawić Rookwoodowi przyjemność, a nadarzyła się okazja ot i… oto była. Z prezentem i świstoklikiem. I absolutnie nie oczekiwała odwdzięczenia się, już zresztą miała co chciała, bo Sauriel się ożywił i się uśmiechał i… i nawet nie marudził (już), że został w środku dnia wyciągnięty przez skrzata z łóżka, bo rozpieszczona panienka czeka na niego w salonie. Tak samo jak nie oczekiwała, że coś dostanie na urodziny – poprzednio nie dostała, bo się do siebie nie odzywali po fatalnym Sylwestrze.

Prawdą było, że Sauriel był banalny w obsłudze, ale trzeba się było tego nauczyć. Victoria dość prędko odkryła, że po prostu należy się uzbroić w cierpliwość i odpowiadać mu spokojnie, to wtedy szybciej przechodził mu gburowaty nastrój. Że nie należy się zrażać, bo warknie tu i tam – z początku potrafiło ją to wnerwić w dwie sekundy, razem z jego żałosnymi odzywkami, ale teraz…. Przede wszystkim teraz to by się do niej w ten sposób nie zwrócił, ale i ona była mądrzejsza. I wybaczała mu znacznie więcej, starając się poradzić sobie z tą jego chimerycznością, a to było coś, co po prostu trzeba było… zaakceptować. I tolerować. I to też dało się ujarzmić, po prostu dając Saurielowi przestrzeń i świadomość, że ma kilka minut dla siebie i nie sprawi to, że druga osoba każe mu spadać, bo się nie potrafi zachować. Problem robił się wtedy, kiedy Victoria nie potrafiła sobie poradzić ze swoimi uczuciami, jak wtedy – i też potrzebowała, by do niej miano cierpliwość. Nie działo się to często, ale ja widać… zdarzało się. Dzisiaj spodziewała się walki, bo Sauriel ostatnio zachowywał się jakby ze wszystkim był na „nie”. Dosłownie ze wszystkim.

– To dobrze. Cieszę się – i uśmiechnęła się najpierw pod nosem, ale kiedy odsunęła od siebie filiżankę, to można było zobaczyć, że to nie jest jeden z tych nieśmiałych uśmiechów. Cieszyła się, że mu się podobało. – Wyobrażam… – odpowiedziała i miała to w wielkim poważaniu, jak bardzo będzie wkurzać ludzi rozsyłanymi zdjęciami. Interesowało ją tylko, żeby sam się dobrze przy tym bawił. I jak widać – szybko przeszedł do tego, co może z tym aparatek robić, jakie to mu daje możliwości. Już myślał o odbitkach. Victoria się uśmiechała cały czas, kiedy o tym mówił i kiedy oddawał aparat i zdjęcie z nią samą skrzatowi. A sama właśnie odkładała na stolik pustą filiżankę, mieli jeszcze dwie minutki, kiedy Sauriel nagle wypalił, ni z tego niż owego, co jej się stało w policzek. Sądziła, że tego nie zauważał, albo że uznał, ze to nic takiego, skoro kilka dni temu też o to nie pytał. Kobieta bezwiednie uniosła dłoń, żeby dotknąć gojącej się rany na twarzy. – To… Nie przewidziałam odprysku talerza – odpowiedziała mu, zresztą zgodnie z prawdą. Tylko, że nie całą – bo to jej matka rzucała tym talerzem i wieloma innymi rzeczami, zaklęciami również.




RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Sauriel Rookwood - 26.11.2023

To pragnienie, które Victoria w sobie nosiła, nie było zdrowe. Czy było dobre, czy pomagało tej relacji? Czy gdyby poszła po rozum do głowy i chciała żyć na równej płaszczyźnie, gdzie "daję" i "zabieram" stanowią sobie równię wykładaną? Że stanowią bardzo spójne części równania, bez których nie ma prawa zaistnieć coś prawdziwego? Do Sauriela to dotarło, choć dopiero, kiedy ta niezdrowa potrzeba chronienia wszystkich wokół z niego opadła. Nie zaniknęła całkowicie - po prostu opadła. Gdy miał klarowniejszy wzrok i zdawał sobie sprawę, że Victoria była jak ćma do płomienia - przylgnęłaby do tego, kto okazałby jej miłość, zainteresowanie, ale akurat w swoim pechu ulokowała emocje właśnie w nim. To nie była dobra lokata. Jego push-pull był dopiero niezdrowy - szczególnie dla niej. Osoby bez stabilności emocjonalnej, chociaż bardzo chciała się na stabilną jawić. Bardzo chciała na taką wychodzić. Rzeczywiście jednak dobrym porównaniem był domek z kart - kiedy już zaczynała coś budować, nagle cię przeraziło, że naprawdę może powstać z tego zamek. Na pewno budujesz go sama? W takim budownictwie nie da się zadziałać solo, chyba że twój partner to bardzo uległa owieczka, bo przecież i takie związki się zdarzały, gdzie dwóm osobom pasowało, że jedna robi za nich wszystko. Jak z rodzicami Victorii, czy w zasadzie z rodzicami Sauriela - to były wręcz ikoniczne przykłady. Choć w przypadku Sauriela zdominowały też inne chore i "chorsze" elementy. To, jak bardzo Victoria chciała dawać sprawiało, że Sauriel chciał ją odpychać. Upomnienie o cenę już raz przyszło w najmniej spodziewanym momencie i żadna prawda objawiona, zesłana przez samego anioła, nie przekonałaby go, że cena nigdy nie nadejdzie. Nie istnieje w tym świecie coś takiego jak "za darmo". Ani w tym materialnym, ani w tym emocjonalnym. A ten emocjonalny w opłatach był o wiele gorszy.

Gdyby nie cierpliwość Victorii nie dogadywaliby się nawet w połowie tak dobrze, jak się dogadują. Wszystko mieszałoby się w kotle, a potem z tego kotła wypełzałyby wszystkie te gniewne kreaturki i ciągnęły ich za włosy, podgryzałyby im kostki. Nie żyłoby im się dobrze. Z drugiej strony Sauriel sam cierpliwy nie był. I rzadko kiedy w ogóle lubił rozmawiać o emocjach, o potrzebach (tych z głębi serca), czy podejmować tematów tych super poważnych, które psuły nastroje i sprawiały, że kolorowa (choć przez chwilę) rzeczywistość znowu była zrównywana do rangi szarej i burej, z której wychodził ze swoim narzekaniem. Nikt nie lubił, kiedy masz lizaka, ale zaraz jednym ruchem ci go zabierają, bo coś tam. Tutaj wstaw jakikolwiek powód. Te powodu potrafiły być mniej albo bardziej upierdliwe, problemy mniejsze albo większe. Ten, który mu przedstawiła Victoria w tamtym parku był akurat naprawdę duży.

Kącik ust Sauriela drgnął i uniósł brwi, kiedy to usłyszał. Rozbawiony.

- Aha? - Nie przewidziała odprysku talerza. ODPRYSKU TALERZA. - Ale pamiętałaś, że babeczek nie robi się rzucając talerzami, ay? - Stać się mogło wszystko - upuścić, rzucić z nerwów, czy cokolwiek takiego. Natomiast Sauriel nie pomyślał, że ten "brak przewidzenia odprysku" mógł być spowodowany tym, że jej matka postanowiła zastawą rzucać. Z nerwów. Niewiedza czasami pozwalała lepiej spać. Innym razem pozwalała lepiej funkcjonować. Z Isabellą Sauriel wolał wiedzieć mniej niż więcej. Bo zawsze miał wrażenie, że tylko jedna mała szpileczka dzieli go od zrobienia czegoś bardzo głupiego w swoim gniewie i frustracji względem tej kobiety, a jedyną tarczą jest to, że Victoria nie czułaby się z tym dobrze. Bo jaką kobietą by nie była - była jej matką. Tak jak nie ważne, jakim ojcem był Eryk - był jego ojcem. I Sauriel się nigdy tego nie wyrzekł, ani nie mówił o nim mniej. To była kolejna z chorób toczących ich żyły, ale teraz Victoria wiedziała, dlaczego odejście od rodziny nie było takie proste, jakim się mogło wydawać. A przynajmniej miała na to minimalny pogląd. To, że ona sama się przeniosła było dla niego prawdziwym błogosławieństwem. - Pięknie wyglądasz. Mimo, że jesteś głupiutka i zapominasz, że talerze się rozbijają. - To ostatnie już rzucił zaczepnie, żartobliwie - nawet go na żarty wzięło, proszę bardzo! Tak, Victoria bardzo, BARDZO poprawiła mu humor. Choć to też był domek z kart. Jeden podmuch i wszystko mogło się skończyć. - Idziemy?