Utrata poczucia czasu nie była czymś niespotykanym. Zwłaszcza, kiedy miałeś na imię Robert, nosiłeś nazwisko Mulciber i byłeś zajęty czymś dla Ciebie wyjątkowo interesującym. W tym ostatnim przypadku, kilka krótkich minut potrafiło niekiedy przerodzić się w długie godziny, podczas których niczego nie jadłeś, niczego nie piłeś i zapewne nie zauważałeś też tego, co działo się dokoła. Zapominałeś o całym świecie?
Jeden z takich dni miał miejsce 3 kwietnia.
Zajęty sprawami związanymi z pewnym projektem, swojego gabinetu nie opuszczał od godzin wczesnoporannych. Nie dawał też większych znaków życia. Zamieszkujący kamienice członkowie rodziny, dość nieliczni swoją drogą, mogli mieć wręcz wątpliwości dotyczące tego czy Robert aby na pewno przebywał na miejscu. Byłyby to, rzecz jasna, wątpliwości jak najbardziej uzasadnione.
Kiedy w gabinecie zjawił się jeden z dwóch skrzatów domowych, Mulciber kończył właśnie przygotowywanie serii listów skierowanych do osób, które wcześniej zostały wybrane przez niego oraz Chestera - miały one zostać do pewnego stopnia wtajemniczone w powstający z wolna projekt. Otrzymać niezbędne informacje oraz zaproszenie do współpracy przy czymś co mogło wpłynąć na obraz Londynu.
- P-proszę pana? - nauczony, że Robertowi nie powinno się przeszkadzać bez przyczyny, skrzat domowy wyglądał na dość nerwowego w obecności pana domu. Zestresowanego? - M-ma pan gościa. Pan Baxter był z p-panem u-umówiony.
Robert oderwał spojrzenie od pergaminu, na którym starannym, lekko pochyłym pismem zapraszał właśnie do kontaktu niejakiego pana Lestrange. Zmarszczył brwi. Zainteresował się godziną wskazywaną przez zegar. Westchnął, świadomy nagle jak wiele czasu zajęło mu coś, co pierwotnie planował zakończyć najpóźniej koło południa. Nie wszystko niestety dawało się zrealizować zgodnie z pierwotnymi założeniami.
- Przyprowadź. - wydał polecenie, po czym zabrał się za porządkowanie biurka. Własnoręcznie. Bez wykorzystywania do tego magii, bez sięgania po różdżkę. Część rzeczy umieścił w szufladzie, pozostałe starannie ułożył na stosiku tuż przy prawym rogu mebla. Nie znajdywało się wśród nich nic, co mogłoby kogokolwiek faktycznie zainteresować.
Kiedy Ollie dotarł na miejsce, znalazł się wewnątrz pomieszczenia, w którym panował porządek. Niewiele brakowało, aby warunki uznać za sterylne. Robert stał przy odsłoniętym, wychodzącym na mugolski park oknie, w ręku trzymał cygaro. Dopiero co odpalone. Pomagało mu to uporządkować myśli. Przejść z jednego trybu działanie w drugi.
- Pan Baxter? - odezwał się, mijając swój fotel, biurko i wyciągając w kierunku młodego mężczyzny dłoń w geście powitania. - Zapraszam.
Ollie miał do wyboru zasiąść przy biurku lub przy znajdującym się na prawo od wejścia niewielkim stoliku otoczonym trzema fotelami o ciemnobrązowym obiciu. Można było się bez trudu domyślić, że w gabinecie Mulciber musiał spotykać się z wieloma osobami. Czasami z kilkoma jednocześnie. Pomieszczenie było do tego odpowiednio przystosowane, choć dla wprawnego oka - dość wiekowe. Lata świetności mające za sobą najpewniej równie daleko co rodzina Mulciberów.
Kamienica do rodziny Mulciberów należała od wielu lat i przebywając wewnątrz budynku dało się to dostrzec. Poczuć. W oczy rzucały się liczne pamiątki, ale i wiekowe meble, które dobrze pamiętały czasy kiedy Robert Mulciber był kilkuletnim dzieckiem, biegającym wraz z bratem po korytarzach.
Biegającym rzecz jasna wyłącznie pod nieobecność wyjątkowo surowego ojca.
Obecnie niewiele było tutaj życia. Miało się wrażenie, że nieruchomość była bardziej niczym jakieś muzeum niż miejsce, w którym ktoś funkcjonował. Panował tutaj porządek, panowała niemal absolutna cisza. Można było na tej podstawie pewne rzeczy sobie założyć. Najpewniej nie byłyby one szczególnie dalekie od prawdy.
Ale nie o tym teraz.
- Dokładnie, zaraz przejdziemy do szczegółów. - to mówiąc zajął miejsce po drugiej stronie biurka, w swoim fotelu. Cygaro na moment oparł o popielniczkę, najwyżej zgaśnie, ręce ułożył na blacie. Tak, że dłonie znalazły się po obu bokach jakiegoś dokumentu. - Zdaje sobie sprawę, że w ogłoszeniu nie było wielu informacji. - przeszedł wreszcie do szczegółów. Mówił rzeczowo, zwięźle. - Aczkolwiek znalazło się najważniejsze. Mianowicie tym czego potrzebuje jest pomoc naukowa. To najlepsze, najdokładniejsze określenie. Prowadzę różne badania, eksperymenty, z racji zakresu moich zainteresowań, potrzebuje w tym aspekcie pewnego wsparcia. Przede wszystkim dotyczącego opracowania wskazanej literatury, zebrania informacji, ale też nie wykluczam, że mogę prosić o pomoc w kontekście spisywania danych pozyskanych podczas prowadzonych obserwacji. - mówiąc to wszystko, nie odrywał spojrzenia od potencjalnego współpracownika. Próbował określić jego reakcje na to, co właśnie padło z jego strony. Czy był zainteresowany? Czy mogli się tutaj dogadać, porozumieć? - To szeroki zakres obowiązków, dlatego przed podjęciem decyzji, zakładam, będzie chciał się pan zastanowić? Może zadać jakieś pytania?
Chwycił dokument, który leżał na biurku. Nie przesunął go jednak w stronę Olliego, nie podał mu. Jeszcze nie teraz, ale jeśli chłopak się zdecyduje, znajdzie tutaj dodatkowe informacje. Bardziej szczegółowe. Robert miał bowiem wszystko przygotowane już od kilku dobrych dni. Dobrze przemyślane. Jak zwykle.