Secrets of London
[listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka (/showthread.php?tid=2319)



[listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka - Brenna Longbottom - 26.11.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz tajemnic IV

Listopad tego roku zdawał się bardziej ponury niż każdy inny, jaki minął przed nim, a w oczach Brenny malował się czernią i szarością. I to mimo tego, że spadające z drzew liście jak zwykle były brązowe i szkarłatne, i że po kilku dniach deszczu oraz chłodu, słońce wyjrzało wreszcie zza chmur, a niebo było błękitne, jedynie tu i ówdzie usiane białymi smugami.
Minęło pięć dni, odkąd Voldemort ogłosił początek swojej wojny – pięć dni, odkąd Ida Moody wpadła do domu Brenny wraz z powiewiem jesiennego wiatru, pięć dni, odkąd pierwszy raz Brenna zajrzała do Strażnicy w Kniei. I mogłoby się wydawać, że nic się nie zmieniło ani w jej życiu, ani w świecie czarodziejów, może poza lekkim zamieszaniem, jakie zapanowało w Ministerstwie Magii, zwłaszcza w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
A jednak było jakoś inaczej.
Brenna stała przy jednej ze ścieżek, wiodących od centrum wioski do lasu. Przy domu, zamieszkiwanym przez rodzinę czarodziejów - a przynajmniej zamieszkiwanym przez taką od niedawna. Wiatr bawił się jej płaszczem, brązowymi włosami, szarpał gałęzie drzewa, rosnącego w ogródku, próbując zerwać z nich ostatnie, zbrązowiałe liście. Obróciła w dłoniach gazetę, numer Proroka Codziennego, i odruchowo wetknęła go za pazuchę, kiedy usłyszała czyjeś kroki, doskonale słyszalne, bo ścieżkę pokrywały zeschnięte liście, trzeszczące pod stopami. Ale gdy uniosła w tamtą stronę, nie zobaczyła żadnego mugola, którego mogłoby zadziwić ruchome obrazki na głównej stronie dziennika.
– Cześć, Leon – przywitała się, znów zwracając głowę z powrotem ku tabliczce, wywieszonej na bramie domu. Wskazała na nią palcem: znajdował się na niej napis SPRZEDAM oraz numer telefonu. – Chciałam zobaczyć, jak po ostatnich rewelacjach się mają Parkerowie, ale wygląda na to, że postanowili się wyprowadzić.
Pan Parker był czarodziejem mugolskiego pochodzenia, pani Parker mugolką, i mieli dwójkę małych dzieci: siedmioletnią czarodziejkę oraz, prawdopodobnie, dziesięcioletniego charłaka, bo chociaż do jego jedenastych urodzin nie pozostało wiele czasu, wydawał się nie okazywać żadnych oznak magii.
Najwyraźniej wizja „usuwania niegodnych” ich przeraziła. Bo sami byli niegodni w gruncie rzeczy pod każdym względem, jeśli szło o przekonania Voldemorta. Szlama, czarodziej poślubiający mugolkę, córka mugolaka i mugolki, charłak. Brenna nie była pewna, czy to dobrze, czy źle, że potraktowali potencjalne zagrożenie poważnie.


RE: [listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka - Leon Bletchley - 03.12.2023

Leon nadejście listopada postrzegał jako czas, kiedy należało wyciągnąć z szafy ciepłe swetry i płaszcze. Jesień jako pora roku mu się podobała. Spadające liście z drzew miały swój urok, tak jak przejawiał go jesienny deszcz. Mające pięć dni temu ogłoszenie przez Lorda Voldemorta swojej deklaracji wojny poważnie nim wstrząsnęło. Posiadał w swojej rodzinie Aurora, którego również dotknęło powstałe przez ten manifest zamieszanie. Utrzymywał kontakt ze swoimi znajomymi mugolskiego pochodzenia i to w nich uderzało najbardziej, zaburzając ich poczucie bezpieczeństwa.

Cześć, Brenna — Przywitał się z nią, jak tylko został przez nią zauważony. Nie zamierzał ukrywać swojej obecności, a nawet jakby chciał to szelest liści zdradzał każdy jego krok. Jego wzrok również padł na wskazywaną przez czarownicę wiszącej na bramie domu tabliczce z informacją o sprzedaży domu.

O ich wyprowadzce dowiedziałem się od ojca. Chciał napisać artykuł do Proroka Codziennego zawierający wypowiedzi czarodziejów i czarownic mugolskiego pochodzenia odnośnie tego manifestu, bez podawania ich tożsamości do publicznej wiadomości i większość z nich nie chciała się zgodzić na udział w takim wywiadzie. Dobrze ich rozumiem. Parkerowie nie będą jedyni. Carterowie także to rozważają. — Niemieszkający już w Dolinie Godryka Leon zdradził powód swojej wizyty. Odwiedzał tam rodzinę. Podzielał stanowisko swojego ojca odnośnie tego manifestu Lorda Voldemorta, sprzeciwie wobec poglądów tego czarnoksiężnika. Wczuwał się w drugą stronę, czarodziejów mugolskiego pochodzenia. Gdyby odważyli się zabrać głos, a ich tożsamość została ujawniona to mogły dotknąć ich poważne konsekwencje. Życie stanowiło najwyższą wartość.




RE: [listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka - Brenna Longbottom - 04.12.2023

– Nie, nie będą. Zwłaszcza, że właśnie zamordowano takie małżeństwo – powiedziała Brenna ponurym tonem, wyciągając z powrotem gazetę, by zademonstrować Leonowi jeden z nagłówków. Dwie osoby, mugolka i czarodziej mugolskiego pochodzenia, zginęli w nocy z przedwczoraj na wczoraj…
Jeśli te pięć dni temu ktoś miał jeszcze wątpliwości, co do tego, czy Voldemort i jego zwolennicy zamierzają działać na poważnie, to wczoraj te złudzenia musiały się rozwiać. Wraz z Mrocznym Znakiem, który rankiem zamajaczył nad jednym z domów. I Brenna naprawdę nie mogła obwiniać Parkerów o to, że zdecydowali się uciekać. Pani Parker nie mogłaby nawet się bronić, a jak jej mąż, rzemieślnik, miałby ochronić ją i ich dzieci, gdyby przed drzwiami teleportowali się śmierciożercy?
A jednak, napawało ją to gniewem, który palił wnętrzności od środka. Musieli uciekać z własnych domów, ba, z kraju, aby być bezpiecznym. Zwalczyła odruch nakazujący zacisnąć palce w pięść i zmiąć gazetę, bo nie chciała pokazać po sobie gniewu.
– Carterowie, mówisz? W takim razie może wpadnę do nich, mam jeszcze pół godziny, zanim polecę do pracy – stwierdziła, rzucając ostatnie spojrzenie na ogródek. Wciąż stały w nim donice pani Parker, zwykle o tej porze roku przenoszone przez nich do składziku na tyłach domu. Najwyraźniej nie zdołali zabrać ich ze sobą, kiedy pakowali się w pośpiechu.
Może Carterowie będą potrzebowali jakiejś pomocy z wyprowadzką. Albo, jeżeli zdecydują się zostać, pewności, że jest ktoś, do kogo mogą się zwrócić. Tylko tyle mogła zrobić. Tylko tyle: bo czuła się straszliwie bezradna wobec nadciągającej ciemności, i to mimo całego zamieszania w Ministerstwie, w którym przecież w swoim Departamencie brała udział (i nawet teraz, de facto dyżur zaczynała dopiero za trzy godziny, ale większość pracowników od tego 18 listopada przesiadywała w pracy dłużej…). Mimo rozmowy w ciemnej kuchni, gdy deszcz padał za oknami, o działaniu w cieniach, w ukryciu.
– Może to lepiej. Twój ojciec mógłby mieć problemy z powodu takiego artykułu. Ale cenię jego odwagę – dodała miękko, chociaż zastanawiała się: czy był człowiekiem odważnym czy jeszcze nieświadomym, jak poważna była sytuacja? Od tego manifestu zastanawiało ją, od kogo zaczną. Od mugolaków? Od „zdrajców krwi”? O siebie bała się średnio – każdy wiedział, że Brenna Longbottom ma przyjaciół „szlamy”, ale też gdy ktoś nie znał jej dobrze, często miał ją po prostu za idiotkę. Biegającą z pączkami i wygadującą głupoty, nie wydającą się żadnym zagrożeniem. Ale już jej brat był „na afiszach”. Godryk słynął ze swoich poglądów i był założycielem Srebrnych Różdżek, więc jasne, że będzie postrzegany jako nie tylko zdrajca, ale ktoś niebezpieczny. Wuj „zepsuł” linię krwi. Thomas był mugolakiem. Moody był znany jako auror nieprzejednany w walce z czarnoksiężnikami i jego na pewno nikt nie miał za pajaca. I tak dalej, i tak dalej…
Po kogo przyjdą najpierw?
I czy zdołają tę osobę ochronić?


RE: [listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka - Leon Bletchley - 29.12.2023

Czytałem ten artykuł w czasie przerwy w biurze. To... bestialstwo. — Odparł nie mniej posępnym tonem, w którym pobrzmiewała złość i odczuwana przez niego bezsilność. W przeciwieństwie do Brenny, ukrywanie emocji przychodziło mu z trudem w takich sytuacjach. Brakowało mu odpowiednich słów względem czynów, jakich dopuszczali się zwolennicy Lorda Voldemorta. Nie popierał tych wszystkich postulatów tego czarodzieja, które stały się przedmiotem burzliwych rozmów w jego domu rodzinnym i wśród jego znajomych. Jego rodzice nie zamierzali popierać tych fanatyków. Byli gotowi chwycić za swoje różdżki i wystąpić przeciwko nim. W rozmowach, jakie odbywał ze swoimi znajomymi, panowały podobne nastroje. Sam chętnie zrobił coś więcej, niż tylko potępiać te brutalne akty przemocy wobec mugoli i czarodziejów mugolskiego pochodzenia. Nie był jednak w stanie bezpośrednio opowiedzieć się przeciwko zwolennikom Lorda Voldemorta.

Leon już dawno podjął decyzję o zaprenumerowaniu Proroka Codziennego. Najnowszy numer zawsze czekał na niego na parapecie wraz z dostarczającą go sową. Opłatę w wysokości jednego knuta wrzucał do przywiązanego do jej nóżki woreczka. Była to dla niego znacznie bardziej dogodna forma pozyskiwania dostępu do prasy. Chciał być na bieżąco ze wszystkim, co się dzieje zarówno w świecie czarodziejów, jak i mugoli. Niezależnie od tego, jak bardzo niepokojące albo przerażające doniesienia zaczną pojawiać się w czarodziejskiej prasie, nie było nic gorszego od niewiedzy oraz niemożności zastosowania samoobrony w obliczu zagrożenia. Jedynym rozwiązaniem byłaby ucieczka.

Tak. To może być ostatnia okazja do spotkania się z nimi. — Odparł na słowa swojej przyjaciółki. Leon miał nieodparte wrażenie, że Dolina Godryka nie będzie już taka sama. Ostatnie wydarzenia w jego oczach odzierały to miejsce z cechującej je sielskiej aury. Z dnia na dzień zdawali się tracić sąsiadów, nie mając gwarancji, że czy i kiedy zobaczy się ich ponownie, czy któregoś dnia nie przeczytają o tym, że zostali bestialsko zamordowani.

On o tym wie. Gdyby faktycznie napisał taki artykuł to znalazłby się wraz z moją matką na celowniku zwolenników tego czarnoksiężnika. Ojciec uważa, że ważne jest aby postępować słusznie nawet pomimo ryzyka. Nie chciałbym aby w odwecie zabili moich rodziców, więc pomimo tego, że zgadzam się ze swoim ojcem, mam nadzieję, że ostatecznie nie napisze tego artykułu. — Jako, że Leon miał ze swoimi rodzicami bardzo dobry kontakt to mógł z nimi porozmawiać o wszystkim. Dotyczyło to również zmieniającej się sytuacji w kraju. Ojciec jako dziennikarz nie bał się poruszać trudnych tematów, choć teraz to niosło za sobą znacznie większe ryzyko niż oburzenie bohatera artykułu napisanego przez tego czarodzieja. Sam nie mieszkał ze swoimi rodzicami, aczkolwiek pewna rozpoznawalność jaką cieszył się w pewnych kręgach Ministerstwa Magii mogłaby się zwrócić się przeciwko niemu. Wolał tego uniknąć.




RE: [listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka - Brenna Longbottom - 08.01.2024

- Nie. Bestie mordują zwykle dlatego, że taka jest ich natura. Oni, bo mają taką ochotę - mruknęła Brenna. Dla korzyści, dla chęci zabijania, z wiary, że to słuszne, obojętne. Zwierzęta zabijały ze strachu, dla jedzenia, obrony terytorium, czy czasem dlatego, że po prostu mogły, owszem, ale one nie były w stanie pojąć koncepcji dobra i zła.
Były od śmierciożerców lepsze.
Wśród jej znajomych dominowały... różne nastroje. Znała osoby, które najchętniej poszłyby walczyć z Voldemortem, takie, które po prostu się bały i takie, które po cichu zapewne by go popierały. Brenna nie próbowała ukrywać, że nie stoi po stronie śmierciożerców, tak jak nigdy nie ukrywała, że nie ocenia ludzi po statusie krwi. Ale jednocześnie poza gronem najbliższych wyrażała się z pewną ostrożnością. Nie dlatego, że bała się znaleźć na pierwszych miejscach na liście śmierciożerców - choć na logikę pewnie raczej bardziej interesować ich będą "szlamy" albo osoby, które faktycznie uznają za groźne, nie jakaś tam marna Brygadzistka - a dlatego, że byli tacy, którzy naprawdę chwytali za różdżki. I nie chciałaby nierozważnie rzuconym słowem zasugerować ani ludziom w Ministerstwie, ani komuś, kto po cichu sprzyjał Voldemortowi, że tkwiło w tym coś więcej.
- Chciałam raczej ich spytać, czy czegoś nie potrzebują - westchnęła. Nie była na tyle blisko z Carterami, aby koniecznie musiała ich pożegnać, ale po prostu... nie chciała, by uważali, że każdy czystej krwi nimi pogardza. Poza tym tak duża zmiana z dnia na dzień zawsze była trudna i może będą potrzebowali pomocy choćby podczas pakowania czy szukania kupca na opuszczony dom.
Leon miał wrażenie, że Dolina Godryka nie będzie już taka sama. Brennie zdawało się, że raczej cała Anglia nigdy już nie będzie taka sama. Bardzo chciałaby wierzyć w zapewnienia Ministerstwa, że Voldemort wkrótce zostanie ujęty, że nie ma powodów do paniki, i że warto dbać o podstawowe środki ostrożności, bo one mogą zagwarantować bezpieczeństwo... ale jakoś nie wierzyła. Może dlatego, że Dumbledore zdawał się sądzić, że to nie takie proste, a może bo miała skłonności do spodziewania się najgorszego - nawet jeżeli nie pokazywała tego jakoś bardzo często.
- To dobrze, że są tacy ludzie jak twój ojciec - westchnęła, z odrobiną rezygnacji, bo z jednej strony szczerze się z tego cieszyła, wszak nie mogli wszyscy siedzieć cicho. Z drugiej, jakie szanse pan Bletchley miał, jeżeli śmierciożercy zechcieliby stanąć na jego progu? - Mam chociaż nadzieję, że twój ojciec zadbał o zabezpieczenia domu? Potrafi się teleportować?
Niestety, nie dało się wykluczyć, że pewnego dnia na jego progu staną smutni panowie w ciemnych szatach i białych maskach.
Nie dało się ochronić wszystkich.
Brenna niby to wiedziała, a jednak nie umiała tego zaakceptować.


@Leon Bletchley


RE: [listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka - Leon Bletchley - 23.01.2024

Jakby się nad tym zastanowić to Brenna w tej kwestii miała sporo racji. Leonowi trudno było znaleźć znacznie bardziej odpowiednie słowa na czyny tych fanatyków. Dla dobrych ludzi, takich jak oni, zawsze tego rodzaju akty będą budzić skrajne i negatywne emocje. Zasługiwały one na potępienie, podobnie jak wszyscy czarodzieje dopuszczający się ich powinni trafić do Azkabanu. To nie budziło najmniejszych wątpliwości. Tak jednak byłoby w idealnym świecie. Rzeczywistość pokazywała, że większość z nich pozostając na wolności czuła się wręcz bezkarna.

Nazwanie ich potworami w ludzkiej skórze wydawałoby się bardziej odpowiednie. — Skonstatował. Leon potrafił zrozumieć podejmowanie pewnych działań dla osiągnięcia materialnych korzyści albo poprawy swojej sytuacji - niektóre z nich, nawet jeśli nie były zgodne z prawem, to nie oznaczały odbierania niewinnym ludziom życia. W takich przypadkach to nic nie było czarno-białe. Nie wszyscy znajdowali się w tak dogodnej sytuacji, jak oni - nie wszyscy mieli kochających bliskich, przyjaciół, nie wszyscy mieli możliwość uczęszczania do szkoły magii albo nie wszyscy mają jakąkolwiek uczciwą pracę. Wszystko sprowadzało się do tego, że jako ludzie popełniali błędy.

Jeśli o to chodzi to sądzę, że poczuliby się pewniej gdyby ktoś mógł zadbać o ich bezpieczeństwo. — Spekulował. Gdyby sam urodził się czarodziejem mugolskiego pochodzenia to obecność Brenny sprawiła, że poczułby się pewniej i bezpieczniej. Nawet jak sam jest czarodziejem półkrwi to przez swoje braki w zakresie magii obronnej to również czułby się bardziej bezpieczny w obecności Brenny, niż będąc w pojedynkę. — Możemy do nich podejść i zapytać. — Odkąd sam wyprowadził się do magicznego Londynu to nie miał już tyle okazji do spotykania zaprzyjaźnionych mieszkańców Doliny Godryka - te nadarzały się ilekroć odwiedzał rodziców albo podczas zaplanowanych z góry spotkań.

Jestem tego samego zdania. — Dla Leona postać ojca pozostawała wzorem do naśladowania. Pod wieloma względami przyjął jego poglądy i starał się postępować podobnie do niego. — Z tego co do mnie pisał... dopilnował tego. Tak, na całe szczęście. Chcę również wierzyć w to, że mieszkanie pod jednym dachem z jasnowidzącą uchroni moich rodziców przed niebezpieczeństwem. — W kwestiach bezpieczeństwa ojciec nie rzucałby słów na wiatr, a przynajmniej chciał w to wierzyć. Pozostawał lepszym czarodziejem od niego. Pokładał zbyt dużą ufność w darze, który posiadała jego matka a który mu przekazała wraz krwią. Jednocześnie rozumiał, że w niektórych sytuacjach przyszłości nie można było zmienić, że nie powinno się spróbować wpłynąć na jej bieg. Jednak wiedział, że gdyby doświadczył wizji śmierci swoich bliskich to musiałby zareagować.

A jak ty sobie radzisz? A twoja rodzina? — Zapytał po chwili. Sama Brenna, jak i pracujący w Departamencie Przestrzegania Prawa bliscy czarownicy mogą znaleźć się w centrum tych wszystkich przerażających wydarzeń i wszystko wskazywało, że tak właśnie będzie jeśli ci fanatycy będą stawać się coraz bardziej zuchwali w swoich działaniach. Chciałby jakoś pomóc na miarę swoich możliwości.


@Brenna Longbottom


RE: [listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka - Brenna Longbottom - 06.02.2024

- Gdyby to było takie proste - mruknęła, a z ust wyrwało się jej westchnienie. Czy chciałaby zadbać o ich bezpieczeństwo? Oczywiście. Ale przecież nie mogła u nich zamieszkać i być tam dwadzieścia cztery godziny na dobę.
I nawet gdyby to zrobiła, wcale nie było powiedziane, że zdołałaby ich ochronić. Była tylko przeciętną czarodziejką, nikim więcej, nikim mniej. Owszem, wyszkoloną właśnie do walki i pewnie mającą większe szanse w walce ze śmierciożercami niż ta para, ale to, czy dałaby radę, zależałoby od liczby przeciwników i na kogo by trafili.
Nie znaczyło to jednak, że nie miała zamiaru z nimi porozmawiać i nie zastanowić się, w jaki sposób im pomóc. Brenna obawiała się jednak, że ta możliwa pomoc okaże się... żałośnie mała.
- Jasne, możemy do nich podejść, mam jeszcze chwilę - powiedziała po prostu, rzucając ostatnie spojrzenie na opustoszały dom. Nie było co tutaj stać. Parkerowie nie wrócą - i może dobrze. Chociaż Brennie nie podobało się, że ludzie musieli uciekać, by ratować życie, czasem ucieczka stawała się jedyną możliwością. Przynajmniej nie znajdą ich za kilka dni martwych...
- Ja? Wszystko w porządku. Po prostu w Departamencie trochę więcej zamieszania - powiedziała, posyłając mu uśmiech. - Ostatecznie jestem czystej krwi.
To nie tak, że nie ufała Leonowi, ale nie chciała go w to wciągać. Na tym etapie, gdy chyba nikt poza Dumbledorem może nie rozumiał w pełni sytuacji. nie zdawało się to konieczne. Nie miała zamiaru przyznawać, że jest w cokolwiek zaangażowana. Ani że owszem, boi się o rodzinę. Zwłaszcza o kuzynki, bo one były półkrwi, "skaza na honorze rodów czystokrwistych". Chociaż po zastanowieniu - jej brat przecież też rzucał się w oczy.
O siebie się nie bała. Nie dlatego, że zakładała, że jest bezpieczna - nikt nie był, czysta krew i fakt, że zdawała się nieszkodliwym pajacem wcale nie chronił przed tym, że ktoś postanowi dać nauczkę komuś, kto nie pluje na mugoli - ale po prostu o nich myślała bardziej.
Odwróciła się i ruszyła powoli ścieżką, kierując się z powrotem ku Dolinie Godryka, zostawiając za sobą dom Parkerów.
Dłonie wsunęła do kieszeni płaszcza, zarówno po to, by ochronić je przed chłodem, jak by prawa mogła w dowolnej chwili zacisnąć się na różdżce. Zwyczaj, który powoli kształtował się u Brenny w ostatnich dniach. W ich domu zawsze trzymało się różdżkę w zasięgu ręki, ale teraz nawet to zdawało się jej za mało...

Postać opuszcza sesję



RE: [listopad 1970] Zgromadziła się ciemność wszelaka - Leon Bletchley - 11.02.2024

Leon doskonale wiedział, że Aurorzy i Brygadziści nie są w stanie zadbać o wszystkich czarodziejów mugolskiego pochodzenia, ochronić mugoli oraz przychylnym im czarodziejom przed brutalnymi atakami ze strony śmierciożerców. Departament Przestrzegania miał ograniczone moce przerobowe i nie dawali rady być wszędzie. To jednak było coś, co mógł powiedzieć o większości czarodziejów zatrudnionych we wszystkich ważniejszych departamentach Ministerstwa Magii. Towarzyszyła mu realna obawa, że któregoś dnia przeczyta o śmierci dobrze znanej mu osoby, czarodzieja albo czarownicy o znanym mu nazwisku albo członka jego rodziny. Tego rodzaju wieści nie chciał otrzymywać żaden człowiek i on w tej kwestii nie był wyjątkiem.

Akurat to powinno tyle zająć. — Odparł z cichym westchnięciem, samemu obrzucając po raz ostatni ten dom posępnym spojrzeniem. Parkerowie już odeszli, Carterowie to rozważają... Leon zastanawiał się nad tym, kto pójdzie w ich ślady. Porzucenie swojego domu to niewielka cena za szansę na ocalenie swoich żyć.

O to właśnie pytam. Ujęłaś to nad wyraz łagodnie. — Starał się odwzajemnić ten uśmiech. Nie wyszło mu to tak dobrze, jakby chciał i dlatego uśmiechnął się krzywo. Okoliczności, w których spotkali, nie sprzyjały zachowywaniu pogody ducha. Nawet jeśli tak było to Leon starał się doceniać to, że jako żywi mieli taką możliwość. Pomimo wszystkich tragedii życie musiało toczyć się dalej. — Jesteś, jednak wykonujesz zawód podwyższonego ryzyka. Tak jak większość twojej rodziny. — Nawet, jeśli Brenna jest czarownicą czystej krwi to nie zmieniało to faktu, że przez to, że wykonywała zawód obarczony ryzykiem poważnego uszczerbku na zdrowiu albo nawet śmierci. Nie chciał aby to ją spotkało. Wykonując obowiązki Brygadzistki mogła znaleźć się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Nie życzył tego samego wszystkim członkom jej rodziny, którzy zdecydowali się na karierę w Departamencie Przestrzegania Prawa. Leon należał do grona tych osób, które potrafiły martwić się bardziej o innych, niż o siebie. Zdawał sobie sprawę ze wszystkich swoich ograniczeń, zwłaszcza tych, które nakładała na niego choroba genetyczna. To głównie ona sprawiała, że nie był w stanie każdemu pomóc, choćby bardzo tego chciał.

Samemu odwracając się na pięcie, pozostawił za plecami opuszczony przez swoich mieszkańców dom i ruszył ścieżką prowadzącą ku Dolinie Godryka. Poza podejściem do domu Carterów i powrotem do domu, w którym zamieszkiwali jego rodzice, zamierzał pospacerować przez jakiś czas po okolicy. Mieszkając na stałe w magicznym Londynie nie miał już tylu okazji do przechadzania się po tej miejscowości i do spotykania się z zaprzyjaźnionymi ze swoją rodziną czarodziejów, jak i mugoli.


Koniec sesji