Secrets of London
31 Maja 1972 | Kłopoty z eksmisją | Brenna x Anthony - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: 31 Maja 1972 | Kłopoty z eksmisją | Brenna x Anthony (/showthread.php?tid=2348)



31 Maja 1972 | Kłopoty z eksmisją | Brenna x Anthony - Anthony Ian Borgin - 30.11.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III

Westchnął wyraźnie zniecierpliwiony, spoglądając z rezygnacją na szamoczącego się Czarodzieja w kolorowej szacie — chyba błękitnej, obszytej w jednorożce lub inne magiczne odmiany koni, na których Anthony się nie znał. Borgin uznał, że zwariował, tak po prostu, bo ludzie różnie reagowali, gdy osoby z jego departamentu w Ministerstwie przychodziły pod drzwi, mając w dłoni stosowny pergamin. Był też sam sobie winien, bo gdyby pilnował podatków oraz opłat, odprowadzał uczciwie galeony do państwa, a nie trwonił na hazard czy Merlin jeden wie co, nie musiałby się teraz martwić perspektywą utraty swojego mieszkania oraz kilku znajdujących się w nim kosztowności — nic specjalnego, na tyle, na ile Tosiek zdążył się rozejrzeć, zanim jegomość grożący mu różdżką, wygonił go za drzwi. W normalnych okolicznościach reagowałby inaczej, teraz jednak musiał postępować zgodnie z protokołem i do akcji zostały wezwane jednostki z biura uderzeniowego . Było ciepło, błękitne niebo pozbawione było chmur i otaczający go dookoła, rozgrzany beton oraz cegły sprawiały, że ciągle chciało mu się pić. Wiosna trwała w najlepsze, przeobrażając się już powoli w porę letnią, która zapowiadała się równie słonecznie, co kwartał wiosenny. Dookoła panował zgiełk jak to zwykle na uliczkach znajdujących się zaraz przy ulicy Pokątnej. Wsunął dłoń w kieszeń po tym, jak zerknął na elegancki zegarek, który tkwił mu na nadgarstku — dostał go od dziadka i jakoś się tak przyzwyczaił, że go w ogóle nie zdejmował. Dochodziła dziesiąta trzydzieści. Ubrany był w eleganckie, ale cienkie spodnie oraz koszulę na długi rękaw z dopasowanym odpowiednio krawatem i ładnymi spinkami przy rękawach. Magiczna bawełna doskonale regulowała temperaturę, dzięki czemu nie pocił się, jak wieprz. W ręku miał skórzany, duży notes oraz kilka pergaminów, wezwań do spłaty lub kopii innych dokumentów, które potrzebne były do konfiskaty i eksmisji. Cóż, w tym przypadku dziadek skończy najpewniej na przesłuchaniu za czynną napaść na pracowników Ministerstwa.
Gdy rozległ się pstryk, odwrócił głowę i omiótł spojrzeniem przybyłe osoby, skupiając się głównie na jednej — tej, którą miał w sumie nadzieję zobaczyć. Każdy pretekst do współpracy z Brenną był dobry. Uśmiechnął się więc, mając już znacznie lepszy humor i ukłonił w jej kierunku elegancko. - Panno Longbottom, wybacz to nagłe wezwanie, ale nasz dłużnik chyba zwariował i chciał podpalić mojego kolegę z wydziału. - ruchem głowy wskazał na stojącego nieopodal czarodzieja, nieco mniej eleganckiego niż on sam i odrobinę starszego, który skupiony był na podpalonym fragmencie marynarki i spodni. - Niestety, nie mogliśmy nic robić, protokół. Głupota, ale i tak miło Cię widzieć. Tu masz papiery. - wyciągnął w jej stronę odszukany w trakcie mówienia świstek razem z biurem, bo wszystko wymagało oficjalnych podpisów. Nie wątpił, że brunetka raz-dwa poradzi sobie z oponentem, który mógłby być jej wujem lub może nieco młodszą wersją dziadka. Antek wszedł po schodach i puknął drzwi. - Panie Gregory, niech Pan otworzy i zachowa rozsądek. Mam tu ze sobą grupę uderzeniową, chce Pan sobie robić więc problemów, niż Pan ma? - brzmiał dość miło i łagodnie, starał się podejść do sprawy dyplomatycznie, aby go jeszcze bardziej nie zdenerwować. Dało się jednak usłyszeć, jak coś wewnątrz ląduje rzucone w okolice drzwi i rozbija się na kawałki, na co młody Borgin westchnął i wzruszył ramionami, odwracając twarz w kierunku dziewczyny. Byłoby dużo prościej, gdyby w pewnych sprawach nie trzeba było być tak oficjalnymi, ale cóż, nie chciał żadnych problemów lub plam na działaniu w swojej karierze, wierząc i licząc na awans w przyszłości. Obydwoje byli po prostu dobrzy w swoim fachu, ba, starali się być jak najlepsi.


RE: 31 Maja 1972 | Kłopoty z eksmisją | Brenna x Anthony - Brenna Longbottom - 30.11.2023

To był paskudny dzień, miesiąc, cholerny rok. Zajmowanie się eksmisjami było zasadniczo ostatnim, na co Brenna tego dnia miała ochotę, zważywszy na wszystkie problemy z widmami, mokradłami, wampirami, i przede wszystkim: po beltanowe. Ale akurat była pod ręką – pomiędzy wyprawą na Horyzontalną, a wyprawą planową do Little Hangleton – kiedy Rhynda wspomniała o problemach, a kiedy dorzuciła coś o próbie podpalenia, Brenna złapała tylko marynarkę jedną ręką, a drugą młodego Sadwicka i teleportowali się na miejsce. Na całe szczęście – sytuacja nie była jednak aż tak dramatyczna, jak się przez chwilę obawiała, bo na miejscu nie było żadnych płomieni, trupów, umierających i tak dalej.
Był za to Anthony Borgin.
– Cześć – przywitała się tylko, jak zawsze z Borginami neutralnie, nawet jeżeli widok jednego z nich nieodmiennie doprowadzał ją do szewskiej pasji i pragnienia dokonania mordu, a widok drugiego zawsze napawał pewnym trudnym do określenia smutkiem. Związanym z tym, że pamiętała go jako chłopca i może nie wiedziała, a przeczuwała raczej, że gdyby świat czarodziejów nie był ostatnio tak paskudnym miejscem, mógłby pójść jednak w inną stronę niż ta, ku której zdawał się zmierzać. I możliwe, że to z tego powodu było jej dość trudno żywić wobec niego mordercze intencje. Nawet mimo całej sprawy nokturnowej, gdzie tropy wiodły ostatecznie, przynajmniej wedle słów Atreusa, ku braciom Borgin, którzy coś sobie uroili z niewiadomych powodów… (Wszak o jego liście nie miała pojęcia.)
– Hm… – mruknęła, przyjmując papiery i szybko je przerzucając. Wiedziała, że sprawy z dłużnikami były różne i gdyby ten był biednym człowiekiem, który na przykład nie płacił podatków, bo leczył pieska i utrzymywał biedną, chorą matkę, istniała całkiem spora szansa, że Brenna po prostu z kamienną miną wyciągnęłaby własną sakiewkę. Miewała za miękkie serce. Ale wyglądało na to, że to nie był ten przypadek, westchnęła więc tylko i wręczyła mu z powrotem dokumenty. – Dobra, lecimy na górę, mam na tę akcję jakieś trzydzieści… nie, cholera, już dwadzieścia siedem minut, więc powstrzymajmy go przed podpalaniem ludzi na prawo i lewo, i zwijajmy się do innych spraw – oświadczyła po prostu, kierując się za Anthonym na górę.
Czy liczyła, że pójdzie bez problemowo? Ani trochę. Kiedy więc na słowa Borgina nie było absolutnie żadnej sensownej reakcji, zerknęła na Sadwicka.
– Sadwick, tarcza, bardzo proszę. Panie Borgin, proszę się odsunąć, nie będę się potem tłumaczyć, dlaczego na mojej zmianie spalono komornika – poprosiła uprzejmie, lekko popychając jego ramię, by przypadkiem nie stał na linii potencjalnych zaklęć. – Panie Gregory! Detektyw Brygady Brenna Longbottom! Wchodzimy do mieszkania! Proszę nie pogarszać swojej sytuacji – zapowiedziała, rzecz jasna pro forma, by przepisom stało się za dość i tak dalej. Wiedziała przecież, że tak prosto nie pójdzie, i dlatego kazała Sadwickowi stawiać tę nieszczęsną tarczę…
Sama użyła czaru znacznie prostszego.
Mianowicie prostej alohomory.
Po co miała wywalać tutaj drzwi, skoro lokal miał zostać zajęty?
Zamek trzasnął, a ona pchnęła drzwi, z uniesioną różdżką, gotowa rzucać protego. Nie mogła dać podpalić sobie ubrania, ludzie od zaopatrzenia i tak krzywo na nią patrzyli, bo ledwo dwa dni temu prosiła o trzeci mundur w tym miesiącu.


RE: 31 Maja 1972 | Kłopoty z eksmisją | Brenna x Anthony - Anthony Ian Borgin - 30.11.2023

Nie wątpił w to, że była zajęta. Nikt w całym pieprzonym Ministerstwie nie był tak zawalony, jak Brenna Longbottom, która brała na siebie absolutnie wszystko, co było możliwe do wzięcia, łącznie z patrolami po Nokturnie. Tak, tak Antek wiedział, bo w miejscu ich pracy to ściany miały uszy, a sekretarki rozpowiadały absolutnie wszystko. I nie był tym zachwycony, ale niewiele w sumie mógł zrobić. Cóż, przynajmniej jej nie groziła eksmisja i kary podatkowe, bo ktoś pilnował ich spraw z ukrycia, pomimo swojej beznadziejnej sytuacji w kontaktach z nią. Czy nie było tak, że Brenna była jego brudnym sekretem?
I ta pełna entuzjazm reakcja, na którą brwi mu nieco drgnęły, chociaż właściwie nie powinien być zaskoczony jej służbowym tonem i przelotnym spojrzeniem. Stłumił westchnienie, ale palce instynktownie przemknęły po kieszeni, szukając paczki z papierosami.
Nie miał pojęcia, że relacja dziewczyny ze Staśkiem była tak wypełniona złymi intencjami, mordem i negatywną energią-szczerze mówiąc, myślał, że brat się z nim droczy, a ona po prostu nie miała okazji starszego bliżej poznać. Uznałby tak to za sukces jej reakcje na jego widok i fakt, że miała ochoty na dzień dobry potraktować go zaklęciem unieszkodliwiającym. Z drugiej strony jednak nie chciałby być kojarzony ze smutkiem i jakimś przybyciem, zwłaszcza, że dzielnie od lat wysyłał kwiaty, ba, nawet wyznał miłość. I naprawdę nie rozumiał, dlaczego tak łatwo się śmiała i rozmawiała z innymi, a z nim to już nie. Uśmiechnął się jednak w charakterystyczny dla siebie sposób, papierosów nie mógł znaleźć, a szkoda.
- A co jest za dwadzieścia siedem minut? - zapytał szczerze zainteresowany, lustrując jej twarz wzrokiem, bo takiej odpowiedzi się nie spodziewał. A w związku z tym, że Longbottom, cóż, była po prostu sobą, mogła równie dobrze mieć umówioną walkę z centaurem na skraju jeziora w Hogwarcie. Kiwnięciem głowy podziękował za dokumenty, układając je w kajecie i oznaczając parafką, skoro musieli pilnować wszystkich tych oficjalnych pierdół. - Jeśli mogę, oczywiście.
Odsunął się nieco, robiąc jej oraz jej towarzyszowi miejsce. No i nawet gdyby był biednym dziadkiem leczącym pieska, nie mogłaby za niego zapłacić, bo z darowizną tego typu wiązało się mnóstwo papierkowo -podatkowej roboty.
- Żeby tylko Ciebie nie spalił, Sadwick jest dobry w tarcze? - mruknął pod nosem, przyglądając się wspomnianemu z przekąsem i niedowierzaniem. Oparł się jednak o dolną część balustrady i po prostu czekał, dając jej pracować.
Ah, te uprzedzenia i prośby, które musieli kierować do czarodziejów, gdyby tylko działały, chociaż w czterdziestu procentach, świat byłby prostszy, a Aurorzy i Brygadziści mieli później mniej roboty na przesłuchaniach, które marnowały zasoby. Bo co ten dziadek mógł zrobić, poza podpaleniem stroju komornika Rodricka? Teleportować się i zostawić dom do przejęcia?Mało eleganckie.

Pan Gregory zareagował wściekłym krzykiem i machaniem rękami w stronę dziewczyny oraz jej towarzysza, a wzorzysty wazon poleciał w jej kierunku, rozbijając się o tarczę i dołączając chyba do talerza — tak można było wnioskować po kawałkach leżących na drewnianej podłodze ciemnego, wąskiego holu. Miał wściekłe, ale i smutne spojrzenie, człowieka uzależnionego i przegranego. Zamachał różdżką. - Nie dostaniecie mojego domu!! Po moim trupie! To się wychowałem, to dom mojego ojca! - wykrzyczał, grożąc pięścią i kolejne zaklęcie podpalające powędrowało w stronę członków brygady.


RE: 31 Maja 1972 | Kłopoty z eksmisją | Brenna x Anthony - Brenna Longbottom - 30.11.2023

Eksmisja zdecydowanie nie groziła Brennie. Jej skrytka bankowa tonęła w złocie, złoto było także w domu i nawet – na wszelki wypadek, od roku 70 i dojścia do władzy Voldemorta – pewien depozyt spoczywał w Szwajcarskim banku. Dysponowała w tej chwili w dodatku poza pokojem w Warowni domem w środku Kniei, pełnym widm, który świeżo zakupiła. I całkiem niedługo miała kupować i lokal „mugolskimi” drogami, chroniąc tę wiedze przed światem czarodziejów…
– Hm? A. Cmentarz w Little Hangleton. Potem raport, a potem jeszcze przesłuchanie. Nie mogę opóźnić dziś grafiku, bo po pracy umówiłam się z przyjaciółką.
Tak, Brenna robiła dużo nadgodzin, ale nie mogła zamieszkać w pracy, bo jej rodzina i przyjaciele też potrzebowali odrobiny czasu… nie wspominając już o tym, że czasu potrzebował też Zakon.
Nie uściślała gdzie i z kim. Nie ujawniłaby takich informacji komuś, kto być może nosił na ręku Mroczny Znak. Odpowiedziała – bo ani nie chciała, by widać było jej ostrożność do Borginów jak na dłoni, ani nie miała powodów do zachowywania się po prostu paskudnie w normalnej rozmowie – ale pewna paranoja na tym tle tkwiła w niej zawsze.
Nie mogła z nim żartować aż tak swobodnie, jak robiła to w szkole i tuż po niej, i jak mogła robić z jego współpracownikami, własnymi przyjaciółmi i przypadkowymi przechodniami, właśnie z tego powodu. Borginowie byli rodziną tkwiącą w cieniach, a on miał być ich dziedzicem. I chociaż bardzo nie chciała, by sytuacja właśnie tak wyglądała, nie mogła udawać nawet sama przed sobą, że on na pewno nie ma z tym wszystkim, co działo się w Anglii, niczego wspólnego.
– Jestem pewna, że świetnie sobie poradzi, a jeżeli nawet nie, to ja jestem bardzo dobra w unikaniu – oświadczyła, posłała młodszemu Brygadziście pokrzepiający uśmiech, a potem… przystąpili do eksmisji pana Gregoryego.
*

Do pewnego stopnia współczuła temu człowiekowi.
Był przegrańcem i w życiu nie miało czekać go już nic dobrego. I Brennę to po prostu trochę bolało. Ale przecież sam dokonał wyborów i musiał ponieść ich konsekwencje – a teraz nie ograniczał się do rzucania talerzami i wazonami, lecz sięgał po mordercze zaklęcia. Miała więc czekać go nie tylko eksmisja, a także, niestety, aresztowanie.
Czar rozpraszający, niestety, nie wyszedł - i to dość paskudnie. Brenna, która też nie zdążyła rozproszyć płomieni, syknęła, kiedy strumień ognia przebił się przez tarczę Sadwicka, i wykonała po prostu unik, tak że płomień walnął we framugę, uszkadzając cenne mieszkanie, po drodze osmalając jej mundur. Pan Gregory może i nie chciał go im oddać. I widać był gotów choćby je podpalić.
Miała szczęście do ludzi, którzy usiłowali ją spopielić.
Kolejny talerz przeleciał nad jej głową, a następny uderzył w ramię, kiedy machnęła różdżką, wytrącając mu jego własną różdżkę z ręki. Rzuciła się po prostu w stronę Gregory'ego, chwytając go za rękę, zanim sięgnął po kolejny element zastawy - tym razem całkiem spory i pewnie ciężki dzbanek.
- Jest pan aresztowany za... - zaczęła, wydobywając kajdanki i wyrzucając z siebie tradycyjną formułkę. Zerknęła przy okazji ku Michaelowi, który w tej chwili nerwowym gestem potrząsał ręką. Oho... znała te objawy, bo spotkało ją dokładnie coś takiego ledwo miesiąc temu.


RE: 31 Maja 1972 | Kłopoty z eksmisją | Brenna x Anthony - Anthony Ian Borgin - 01.12.2023

Pochwaliłby ją za takie przygotowania. On również dbał o finanse ich rodu, bo był osobą z odpowiednim wykształceniem do tego. Część tkwiła w skrytce w Gringottcie, część w domowym sejfie, ale pewne kwoty były również ulokowane w banku w Stanach oraz we Francji. Nie wszystkie posiadłości, które były własnością rodziny Borigin, były na ich nazwisko. Wiedział, że z takimi rzeczami należy działać z głową, zwłaszcza mając na głowie dobro rodzeństwa. Jego oczko w głowie, młodsza siostra, była poza tym wszystkim, co działo się dookoła, rozpieszczona i jasna, błyszcząca. Nie mógł, nie chciał pozwolić, aby cokolwiek jej groziło, zarówno w kwestii zdrowotno-życiowej, jak i zaplecza materialnego. Nie było już ojca, więc Tony razem ze Stanleyem dbali o jej posag.
- Jak zwykle, jesteś bardzo zajęta, co? Odpoczywaj czasem. Ewentualnie, daj się zaprosić na kawę! - rzucił pogodnie w jej kierunku, a w spojrzeniu chłopaka przemknęła jakaś łagodność oraz troska kierowana w stronę brunetki. Spotkanie z przyjaciółką na tle wszystkich ekscesów życia Brenny brzmiało naprawdę normalnie, miło i ciepło. - Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawiły. - dodał jeszcze całkiem szczerze, przesuwając palcami po trzymanych pergaminach, do których wrócił wzrokiem. Zgarnął je za pomocą spinacza tak, aby żaden nie uciekł i wpiął pióro w odpowiednie miejsce w notesie, aby i ono nie wypadło. Lubił swoje pióra. Czemu właściwie cmentarz? Wydarzyło się tam coś ostatnio? Nie dopytał, nie było to na miejscu. Czekał, aż wykona swoje zdanie, chociaż łapał się na tym, że podnosił głowę i zerkał w stronę wnętrza domu, do którego chwile wcześniej weszła. Miło, że nie niszcząc drzwi, ludzie zwracają na nich uwagę na licytacjach.
Antek niewiele jeszcze miał wspólnego z poplecznikami i Voldemortem. Brenna nie mogła wiedzieć o tym, jak późno go w ogóle o tym poinformowano i jak długo trzymano na dystans, bo nie był odpowiedni. Nie chciał nigdy być dziedzicem, po prostu musiał. I nie mam nawet pomysłu, tym bardziej siły, aby przeciwstawiać się dziadkowi. Nie wróżył sobie jednak długiego życia i długiej kariery, dlatego tak starał się w pracy, aby jak najszybciej piąć w górę po szczeblach kariery. Bo co mu zostało? Nawet jeśli byłaby przeciwko niemu w jakimś starciu, nie byłby w stanie i tak Brenny skrzywdzić. Jej obraz z bukietem warzyw i ta czekoladowa żaba w schowku, gdzie chciała go bronić przed jakąś nachalną dziewuchą, wciąż był w nim żywy, nawet jeśli minęło tak wiele lat od tamtego dnia.
Czy on był takim samym Antkiem? Czy ona była taka sama? Pewnie nie.
- Ciężko dyskutować z tym, jak duże masz szczęście, prawda. Proszę się nie przejmować, niech Pan da z siebie wszystko i ją chroni tą tarczą. - odparł, przenosząc wzrok na jej młodszego kolegę. Nie mógł pozwolić, aby towarzyszyła mu zła energia, bo przecież Pan Gregory już trafił płomykiem w jedno ubranie.

Był przerażony, uzależniony i pewnie na głodzie — narkotyków lub alkoholu. Antek na przestrzeni lat nauczył się, że to tacy ludzie właśnie robili największe problemy przy sprawach dotyczących konfiskacji ich majątku. Zresztą, czy każdemu nie pękłoby serce? Słysząc krzyki i rzucane zaklęcie, spojrzał jeszcze, jednak nie ruszył się z miejsca, chociaż miał ochotę. Nie miał uprawnień, nie mógł. Odnotowaliby jego ingerencję w raporcie, a on tu nie był od rzucania zaklęć i obezwładniania dłużników. No i Longbottom była w swojej pracy świetna. Błysk uderzającego framugę płomyka sprawił, że prychnął i wywrócił oczami. No, świetny brygadzista ze świetnym rozpraszaniem, nie ma co. Nie było słychać jednak jęków poparzonych, więc był dobrej myśli.
- Wynoście się! Proszę się wynosić z mojego domu, bo was przeklnę i zabiję! - odgrażał, ulegając panice i przerażeniu. Nie miał zupełnie kontroli, kolejne talerze poleciały, a gdy wyrwała mu różdżkę z dłoni, cofnął się pół kroku i rozejrzał w popłochu, szukając broni. Nie udało mu się jednak dosięgnąć przyborów do kominka, bo Brenna już była przy nim, uniemożliwiając mu ruch. - To mój dom, nie rozumie Pani?- jęknął ze łzami w oczach, szarpiąc się.
- Zapewniam, że Panna Longbottom rozumie, Panie Gregory, ale jednocześnie jest to dom, który Pan sam stracił. - wyjaśnił Anthony, wchodząc do środka i rozglądając się dookoła.. Ruchem dłoni nakazał współpracownikowi brać się do pracy, a asystent brygadzistki złożył kilka podpisu na dokumentach. - Zostawiam go w waszych rękach. Dziękuje za pomoc. Ah i baw się dobrze z przyjaciółką, przyda Ci się na odstresowanie. - mówiąc, podszedł do brunetki i ukłonił się z uśmiechem, a potem wyjął schowane wcześniej pióro i zabrał się do pracy. Oszacowanie wartości majątku drugiego człowieka było cholernie czasochłonne, każdą rzecz trzeba było opisać osobno i często tworzyło to potężne akta. Cóż, musieli zrobić tak, aby wystarczyło na spłatę zadłużenia. - Panie Gregory, niech Pan spakuje swoje rzeczy — te najpotrzebniejsze, jak już Pan załatwi sprawę w Departamencie Aurorów, a wtedy podpisze Pan odpowiednie pisma.
Dodał jeszcze, pozwalając sobie na wyuczony i smutny uśmiech, który komornicy mieć musieli. On mu też nie współczuł, sam sobie ten los zgotował. Anthony zerknął raz jeszcze na Brennę, a potem ruszył do drugiego pokoju.


RE: 31 Maja 1972 | Kłopoty z eksmisją | Brenna x Anthony - Brenna Longbottom - 01.12.2023

Brenna była pod pewnymi względami narwana, nadmiernie energiczna i przez to ktoś, kto blisko z nią nie współpracował, nie podejrzewałby jej pewnie o coś takiego jak zapobiegliwość. W istocie jednak lubiła spodziewać się wszystkiego - i na wszystko się przygotować, a jej paranoja tylko narastała. Depozyt gotówki w mugolskim schowku, trochę złota w Szwajcarskim banku, plany zakupu kamienicy mugolskimi środkami - choćby po to, by Kanclerz Skarbu nie mógł w dowolnej chwili prześledzić całego jej majątku. I to mimo tego, że Kanclerza Skarbu całkiem lubiła i miała wielką nadzieję, że ten nie współpracuje ze śmierciożercami. Głupio wysłać własnego brata na kolację ze sługą Voldemorta.
- Nie bardziej niż inni, maj jest po prostu dość pracowity. I dziś przecież na taką idę - stwierdziła lekkim tonem, chociaż kawa była w istocie dwoma - w - jednym, bo miała odebrać od Nory zapasy dla Zakonu. Ciężko było stwierdzić, czy absolutnie nie zrozumiała aluzji, czy po prostu ją zbyła, bo u Brenny obie wersje były równie prawdopodobne. Owszem, widywało się ją w towarzystwie mężczyzn, ale to zawsze byli wyłącznie koledzy i przyjaciele, istniała więc bardzo duża szansa, że faktycznie takich zaproszeń po prostu nie dostrzega.
Ale równie dobrze mogła go zbywać, bo był... cóż, Borginem.

Jej było trochę szkoda Gregory’ego. Ale też coś takiego nie miało jej powstrzymać, a poza tym, chociaż próbowała pomagać każdemu, kto o tę pomoc poprosił – już dawno nauczyła się, że dla niektórych jest za późno. Dla niego było. Jeżeli nie w chwili, w której przehulał pieniądze na używki, to na pewno w momencie, w którym zaczął ciskać na prawo i lewo morderczymi zaklęciami. Mamrotała formułkę aresztowania, z której z pewnością nie rozumiał ani słowa, kiedy krzyczał, wyzywał i szarpał się w jej uścisku. Gdy zacisnęła na jego nadgarstkach kajdanki, rozpłakał się w dodatku, i to było jeszcze gorsze.
– Michael, weź jego różdżkę i leć po Apolla, trzeba tego pana przetransportować od aresztu – westchnęła, spoglądając na Brygadzistę. Nie miała pretensji, że jego tarcza nie zadziałała, bo nie tak dawno temu czar rozpraszający w bardzo podobny sposób nie zadziałał i w jej wykonaniu. Magia, niestety, bywała kapryśna, a wściekłość i nienawiść Gregory’ego nie ułatwiały sprawy. – Przepraszamy za zniszczenia, wystaw mi rachunek. Jeśli pan Gregory będzie musiał zostać w areszcie, prześlę informację odnośnie spisania listy jego rzeczy i opróżnienia z nich mieszkania – rzuciła jeszcze do Anthony’ego, odnośnie nadpalonej framugi, a potem popchnęła nieszczęsnego dłużnika ku wyjściu. Dureń. Gdyby wyszedł dobrowolnie i zabrał swoje rzeczy, miałby nawet szansę na jakiś lokal zastępczy, wprawdzie zrujnowany, ale zawsze. A teraz? Po ataku na komorników, miotaniu zaklęciami ogniowymi, stawianiu oporu po aresztowaniu?
– Dzięki – skwitowała jeszcze jego życzenia dobrej zabawy, nim ruszyła wraz z Sadwickiem i panem Gregorym do wyjścia. Co zabawne, mogła nawet uwierzyć do pewnego stopnia w jego szczerość: w końcu nawet jeżeli było jasne, że nie ma w nosie całą tę ideologię czystej krwi, to już słów „należy do Zakonu” nie wypisano na jej czole. Anthony mógł zwyczajnie nie być świadomy, że powinna być jednym z głównych obiektów niechęci dla tych najbardziej konserwatywnych rodów czystej krwi. Może nawet bardziej niż mugolaki. – No już, zaiwaniaj do Ministerstwa, Michael, potem czeka cię jeszcze pisanie raportu, bo ja mam rendez vous z trupami w Little Hangleton…

Koniec sesji