[8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Richard Mulciber - 03.12.2023
adnotacja moderatora Rozliczono - Richard Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Sesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera.
8-9 czerwca 1972r.
Niemagiczny Londyn, Posiadłość Mulciberów
Ostatni miesiąc upłynął bardzo dynamicznie i nerwowo. Richard nigdy by nie przypuszczał, że w jednym czasie, narobi się tyle problemów. Już samo otrzymanie pilnego listu na początku maja, budziło obawy. Francja? Tam go jeszcze nie było. Treść była bardzo krótka. Hasło i lokalizacja. Wystarczyło dla Richarda, aby wiedzieć, że brat potrzebował go do czegoś. A kiedy zjawił się tam, na miejscu dowiedział się wszystkiego. Że w jego głowie narodziło się jedno konkretne pytanie: ”Po cholerę ponownie się żenił?”. Już pół roku temu nie widział w tym sensu, lecz tutaj chodziło o majątek kobiety. Nie da się ukryć, że z upływem lat ich gałąź rodziny upadała finansowo. Przykro było na to patrzeć zza morza, kiedy Richardowi się układało dobrze. Choć nie żył w luksusie, to na biedę też nie miał co narzekać. Widocznie prowadzenie sklepu i handlu, nie przyniosło takich zadowalających rezultatów, o jakich marzył ich martwy ojciec. To była decyzja Roberta. Przecież zawsze miał wszystko pod kontrolą.
A jednak coś poszło nie tak.
O ile pierwsza szwagierka nie sprawiała zanadto problemów, tak druga była sprytniejsza. Że aż musieli jej po Francji szukać. Jakby tego było mało, braciszek nagrabił sobie u Toma. Informacje napływające z Londynu, nie wróżyły niczego dobrego, ktokolwiek pisał do Roberta. Richard nie ukrywał swojej wściekłości, z czego w ich rozmowie wywiązała się awantura, gdyż ta sytuacja dotyczyła również i jego. Również tutaj, Richardowi cisnęły się słowa ”Coś Ty odwalił?”. Nie o wszystkim młodszemu Mulciberowi było wiadomo. A tym bardziej, co planowali Śmierciożercy na Beltame. Że Robert, miał tam być. Ta sytuacja doprowadziła do ich pierwszej w życiu kłótni, w której w ruch poszły nawet czyny. Doprowadzającej do kilku długich cichych dni między sobą. Przez to ich pobyt we Francji przedłużał się, aż do dnia, w którym doszli do porozumienia. Robert obiecał rozwiązać ten problem sensownie. Może i też z pomocą Richarda, który także znał się z Tomem lata temu. Dochodząc do wspólnego porozumienia, mogli wrócić do Londynu.
Do posiadłości w Londynie, wrócili ósmego czerwca. Nie sami, a z żoną brata. Trwało to dłużej niż planował sam Robert, gotów przekroczyć granice co najmniej dwa tygodnie wcześniej. Nie zaważając na wiążące się z tym ryzyko. Richard starał się powstrzymywać go przed kolejną głupotą. Zaufał ostatecznie bratu, że dotrzyma słowa danego mu w ostatniej rozmowie. Rozumiał sytuację, dając nawet własne propozycje rozwiązania problemu, aby iść za niego, albo nawet z nim. Robert jednak postąpił po swojemu. Następnego dnia, nie było go w posiadłości.
Wstając rano, po ogarnięciu się, Richard zrobił podstawowy obchód w posiadłości i coś mu nie pasowało. Było za cicho? Zajrzał do sypialni brata, ale nie zastał go tam. W jadalni również. Skierował się do biblioteki, gdzie zawsze starszy bliźniak przesiadywał nad zagłębianiem wiedzy na temat pieczętowania i run przez całe prawie pół roku, ale również i tutaj go nie zastał. Robiąc spacer po całym pomieszczeniu, zerknął także na pozostawione przez niego notatki. Zmarszczył brwi, czując pewne obawy najgorszego. Richard sprawdzał kluczowe pomieszczenia, gdzie najczęściej zastawał brata. Ostatnim mógłby być gabinet. Udał się tam, lecz i tutaj nie było śladu po jego bracie. Podszedł do znienawidzonego mebla jakim było stare i dość wiekowe biurko ojca, zauważając kawałek kartki z napisem:
”Przepraszam. R.M.”
Tyle wystarczało, aby wiedzieć, gdzie jest Robert.
- Ty kłamco…
Richard w przypływie złości, zgniótł papier w swojej dłoni. Zamknął oczy, w myślach wyliczając wszystkie przekleństwa, jakie znał w obu językach. Napływ silnie negatywnych emocji spowodował najwyraźniej jednorazowe uaktywnienie się w jego dłoni magii, spalając zgniatający mocno kawałek pergaminu. Robert niczym pies posłuszny, zwiał kulić się przed Tomem, aby odebrać swoją karę. Na dodatek, zostawiając bratu swój problem w piwnicy. Ile czasu go nie będzie? Trudno ocenić. W takiej sytuacji Richard czuł się w tej chwili nieco uwięziony w posiadłości na dłużej. Oparł się dłońmi o blat biurka i pochylił głowę. Rozniósłby coś na kawałki. Najlepiej to biurko. ”Niech on tylko wróci a mu poprawię sierpowego.”
Powstrzymał się jednak od tego czynu ze zniszczeniem mebla i w poczuciu narastającej wściekłości, musiał zapalić papierosa. Wyjął paczkę z kieszeni wraz z zapalniczką. Odpalił jednego, rzucając przedmioty na biurko. Zaciągnął się i wypuścił dym. Usiadł na tym nieszczęsnym zardzewiałym dla niego fotelu, podpierając wolną rękę łokciem i podłokietnik, dłonią pocierając czoło. Drugą rękę z papierosem w dłoni, oparł o drugi podłokietnik. Musiał się uspokoić.
Zostając samemu w posiadłości, wznowił i wzmocnił zabezpieczenia kamienicy. Nie mógł nic zrobić, jak tylko czekać. Stracił nawet apetyt, nie mając pojęcia czy Robert wróci. Nie tylko wściekłość go opanowała ale i lęk. Gdyby tylko wiedział, gdzie mają oni to swoje miejsce sekty, udałby się tam. A tak, musiał tkwić tutaj, czekając na niewiadomy przebieg wydarzeń. Dodatkowo pod nieobecność brata, musiał zająć się szwagierką. Utrzymywanie jej pod wpływem uroków, nie było dla niego żadnym problemem.
Kiedy zapadło późne popołudnie, wziął miskę z przygotowanym posiłkiem przez skrzaty i zszedł z nim do piwnicy, kierując się do konkretnego pokoju. Różdżką otworzył drzwi pomieszczenia i zamknął za sobą, po wejściu do środka. Kobieta, siedziała w kącie. Warunki miała w miarę zapewnione. Jakiś materac do spania, z kocem do przykrycia. O jej higienę także trzeba było zadbać. Gdzieś tam w drugim kącie stało wiadro. Richard westchnął, widząc jak się najwyraźniej kobieta go boi. Poznała? Pewnie myślała, że jej wspaniały mąż znów wrócił. Lecz tym razem przed sobą miała szwagra. Bardziej niebezpiecznego bliźniaka. Podszedł do niej i kucnął, aby sprawdzić jej stan psychiczny. Dla pewności, użył uroku, aby ją otumanić. W następnej kolejności zostało ją nakarmić. Choć sam nie miał apetytu, ją zmuszał do jedzenia.
- Jedz. I módl się, aby Twój mąż wrócił. Bo nie ręczę za to, że przeżyjesz. Mnie do niczego nie jesteś potrzebna.
Wątpił, aby kontaktowała i wiedziała o co mu chodzi, ale ostrzegł ją. Że teraz jej życie jest w jego rękach. I jeżeli Robert nie wróci, albo okaże się martwy. Kobieta podzieli jego los. Gdyby nie kombinowała po ślubie, nie spotkałaby ją taka kara jak i Roberta. Kobiety są cholernie problematyczne.
Gdy skończył ją karmić, wyszedł zostawiając ją samą, zamykając porządnie drzwi zaklęciami. Wrócił do kuchni i wrzucił naczynie do zlewu, a sam udał się do biblioteki. Musiał czymś zająć myśli. Spojrzał na leżące na stoliku zebrane i spisane przez Roberta materiały. Rzucił mu je wczoraj do przeczytania, aby nie nudził się przebywając tutaj. Richard uświadomił sobie, że Robert od dawna to planował. Specjalnie z nim grał, a on tego nie dostrzegał. Ile czasu będzie czekał w niewiedzy, jaką karę otrzyma i czy z niej wyjdzie żywy? Jak bardzo Tom będzie względem niego wyrozumiały? To wszystko zostało źle rozegrane. Na dodatek Richard nie mógł wrócić do Norwegii w tej chwili. W czasie przebywania we Francji, wysyłał do Ministerstwa w Norwegii, prośbę o miesięczny urlop w trybie pilnym, związanym z problemami rodzinnymi. Zdawał sobie sprawę z tego, że będzie to robiło komplikacje z jego pracą tam. Ale nie miał wyjścia. W najgorszym przypadku spełni się najgorszy scenariusz nieżyjącego ich ojca - będzie musiał rzucić pracę aurora.
Żeby jakoś zbić czas reszty upływającego dnia, przy szklance dobrego alkoholu i wypaleniu półtora paczki papierosów, wysłał kolejny list do Ministerstwa z przedłużeniem urlopu, wymyślając bardzo przekonujące kłamstwo usprawiedliwiające swoją nieobecność w biurze aurorów, a następnie zabrał się za czytanie całej lektury przygotowanej przez brata. Może nie zaśnie przy tym na fotelu.
10 czerwca 1972r.
Niemagiczny Londyn, Posiadłość Mulciberów
Kolejnego dnia, rytuał się powtarzał. Tym razem on sam zmusił się do zjedzenia czegokolwiek. Wewnętrznie nie był spokojny. Nie spał całej nocy. Łeb go bolał. Możliwe, że za dużo wypił. Albo na nerwy działała mu Henrietta. Musiał za brata ją karmić, poić i ogarniać higienę. Utrzymywać ją pod urokami, zamkniętą w piwnicy. Musiał utrzymać ją przy życiu. Choć najchętniej skręciłby jej kark.
Tak jak ostatniego dnia, tak i dzisiaj usiadł do zagłębiania dalszych treści sporządzonych przez Roberta. Jednakże im dalej w to się zagłębiał, tym bardziej zagrzewał mu się mózg. Musiał to odłożyć i zająć się czymś innym. Odszukał w gabinecie dokumenty związane z działalnością prowadzenia sklepu, znajdującego się w Poziemnych Ścieżkach. Od razu po zobaczeniu wyliczeń, towaru, sprzedaży, zysku i strat, zmarszczył brwi będąc jednocześnie zdziwionym tego jak jest prowadzone. Nie miał tutaj wszystkich dokumentów, a na Nocturn się teraz nie uda.
- Jasna cholera…
Z tego co widział, nie było szerokiej reklamy aby pozyskać klientów. Gdyby nie nawiązał kontaktów z producentami świec i kadzideł w Norwegii, ten sklep już dawno mógłby ogłosić upadłość. A oni jako rodzina bankructwo. To było jedyne z niewielu co ratowało jego utrzymanie. Przez tyle lat, Richard nie interesował się wewnętrzną stroną rodzinnego biznesu. Zamknął teczki dynamicznie i oparł się plecami o fotel, przeczesując włosy do tyłu. Splótł dłonie za głową, gapiąc się w sufit. ”Jak Robert może siedzieć całymi dniami w czterech ścianach? Zwariować można…” - pomyślał, westchnąwszy, zamykając oczy na moment.
W pewnym momencie otworzyły się powoli drzwi do gabinetu.
- Panie…
Richard od razu spojrzał w ich kierunku. Szkoda, że to skrzat.
- Czego?
Warknął do niego, jakby zły był na wszystko dookoła. Nawet mebel przed sobą, który spaliłby z miejsca.
- Przyniosłem kawę…
Odpowiedział wystraszony skrzat, nie ukrywając w sobie strachu przed zdenerwowanym od dnia wczorajszego Richardem.
- Zostaw i zmykaj.
Mulciber zszedł trochę z tonu, pozwalając skrzatowi wejść, zostawić to, o co go wcześniej prosił i szybko ewakuował się. Richard sięgnął po paczkę papierosów, ale jak na złość, opakowanie było puste. ”Jeszcze tego brakowało...” – powiedział sobie w myślach, żeby papierosy zaczęły mu się kończyć. Najwyżej wyśle skrzata, aby mu kupił. Teleportował się do swojej sypialni, znajdując jeszcze jakaś pełną paczkę i wrócił do gabinetu, aby zapalić. Stanąć przed oknem w bezpiecznej odległości i obserwując otoczenie, wypalając powoli papierosa. Wrócił po jakiejś chwili do dalszego zagłębiania lektury pieczętowania, w oczekiwaniu na jakiekolwiek wieści od Roberta, lub o nim samym.
RE: [8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Robert Mulciber - 21.12.2023
Wrócił. Niemal kompletnie pozbawiony sił, ale za to w jednym kawałku. Cały i zdrowy, choć przy tym cholernie zmęczony. Przy pomocy świstoklika, przeniósł się prosto do salonu ich rodzinnej kamienicy. Podróż, sama w sobie nieprzyjemna, nie była czymś szczególnym w zestawieniu z tym, co spotkało go w Kromlechu. Te konkretne spotkanie z Nim, Czarnym Panem, pamiętał będzie długo. Od początku zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie miło i przyjemnie. Był świadomy, że Tom nie wyciągnie w jego kierunku talerzyka z ciastkami, nie zaproponuje też ciepłej herbaty.
Zarazem nie spodziewał się jednak tego, co miało miejsce.
Możliwe też, że nie do końca jeszcze zdołał to wszystko sobie przyswoić.
Zawiodłeś.
Wciąż na nowo odtwarzał w głowie słowa Mistrza. Wiedział, że tak było. Był tego świadomy już w tym momencie, kiedy kilka tygodni temu opuszczał Londyn; kiedy zamiast na Polanie Ognisk, znalazł się na francuskiej ziemi.
Nie miał jednak wyboru.
Gdyby dał jej więcej czasu, konsekwencje mogłyby dotknąć większej liczby osób, które pozostawały zaangażowane w krwawą rewoltę; w budowę nowego, lepszego jutra. On sam był skłonny zanurzyć się po sam pas w gównie, jeśli dzięki temu wszystko miało nadal rozwijać się we właściwym kierunku. Ostatecznie przecież…
…każda rewolucja prędzej czy później zaczyna pożerać własne dzieci.
Nieco chwiejnym krokiem, zbliżył się do kredensu, następnie - pozbywając się po drodze dość charakterystycznej, obszernej szaty z kapturem - ruszył w stronę korytarza, skierował się do znajdującego się na samym jego końcu pomieszczenia. Nawet teraz, ledwie żywy, wybierał gabinet. Nie myślał o własnej sypialni, łóżku, może wygodnym fotelu.
Jedynie o gabinecie, do którego inni nie mieli wstępu. Był to jego azyl. Było to miejsce, w którym zawsze mógł się ukryć. Na spokojnie uporządkować swoje sprawy. Tego zaś teraz potrzebował. I może jeszcze szklanki whisky.
Tak dla odstresowania.
Będąc w gabinecie sam, podszedł do znajdującego się na jednej ze ścian obrazu. Dzieło matki, prowadzące do niewielkiej skrytki. Piękny pejzaż, za którym od lat ukrywał swoje liczne sekrety. Również przed własnym bratem, który o pewnych rzeczach wiedzieć nie musiał. A nawet nie powinien. Kiedy upewnił się, że wszystko było jak należy, wycofał się. Podszedł do szafki, na której stały dwie szklanki oraz niewysoka karafka ze złocistym płynem.
- Zamierzasz do mnie dołączyć czy strzelić mi w pysk? - zareagował, słysząc lekkie skrzypienie drzwi wejściowych. Z góry pozwolił sobie założyć, że musiał to być Richard. Jedynie on nie robił sobie zbyt wiele z zasad panujących w rodzinnej posiadłości. Jedynie jemu uchodziło to bezkarnie.
Przynajmniej w ostatnich latach.
Odkąd Francis Mulciber wąchał kwiatki od spodu, obydwa jego synowie mogli przestać poruszać się na palcach. Na tyle bezgłośnie, na ile tylko byli w stanie.
Nie czekając na odpowiedź brata, napełnił też drugą szklankę. Będzie chciał, poczęstuje się. Na siłę wciskać mu niczego nie zamierzał. Do niczego go namawiać. Z jedną szklanką w ręku, ruszył w kierunku swojego wiekowego biurka oraz stojącego za nim fotela. Wygodnych, choć pewnie nie tak jak fotel w salonie czy tamtejsza kanapa. Rozsiadł się wygodnie. Odchylił głowę do tyłu. Spojrzenie utkwił w białym suficie.
Czy mógł się już wyłączyć, czy raczej powinien się liczyć z tym, że ktoś mu zaraz zacznie suszyć głowę, nie pozwalając wcześniej nabrać choćby odrobiny sił?
O ile nabranie sił mogło mieć miejsce w sytuacji, kiedy wlewasz w siebie alkohol...
RE: [8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Richard Mulciber - 21.12.2023
Nawet jeżeli Richard miał swobodę poruszania się po posiadłości, znał granice, gdzie wyznaczał Robert. Jednakże pod jego nieobecność, przejmował stery. Tak i w tym przypadku, na jego głowę spadł problem znajdujący się w piwnicy. Musiał pilnować kamienicy, nie wiedząc czy coś się nie odwali. Z gabinetu korzystał, ale rzadko. Gdy go opuszczał, zostawiał w stanie nienaruszonym. Nawet po przeczytaniu ważnych, czy nawet zaległych listów. Analizując materiał, jaki mu pod nos podrzucił parę dni temu Robert, odnośnie pieczętowania. Tego, ile on sam powinien wiedzieć, aby się tutaj nie nudzić.
Godziny upływały, nic się nie działo. Trwała cisza i monotonia dnia. Niby na dobre, ale też na złe. Niewiedza co dzieje się z bratem, była bardziej irytująca niż cisza panująca w kamienicy. Wciąż myślami do tego wracał, kiedy wyjmował cenną dla siebie papierośnicę, uzupełnioną o papierosy. Tym razem chyba wypalał paczkę. Że jednego ze skrzatów wysłał po zakup. Cygar nie zamierzał ruszać. Nie mógł ryzykować pojawianiem się w mieście, skoro nie wiedział, co się dzieje z jego bliźniakiem.
Zapewne zmierzał wieczór. Może było później. Richard wychodził właśnie z piwnicy do kuchni. Odwiedził na ten dzień ostatni raz Henriettę. Zadbał o jej umysł, aby urok nadal działał. Ogarnął ją i nakarmił. Udał się do części kuchennej, aby znów wrzucić naczynia do zlewu. Westchnął podpierając się o blat kuchenny, spojrzawszy przed okno. Odruchowo pomasował się po karku, jakby coś poczuł, ukłucie, swędzenie, czy większy niepokój. Stres? Nerwy? Często tak masował, jak był przepracowany. Ale dzisiaj, było jakoś inaczej. Nie minęła chyba dłuższa chwila, a zdawało mu się, że usłyszał hałas w salonie. Wyjął różdżkę i wyszedł z kuchni, zachowując czujność i ostrożność. Nie był pewny, czy to Robert. Ale kiedy zobaczył pozostawioną charakterystyczną szatę, nie miał wątpliwości. ”Czy ja zawsze muszę po nim sprzątać…?” - zapytał sam siebie w myślach.
Zgarnął odzienie i skoro w salonie go nie dostrzegł, mógł być tylko w jednym miejscu. Gabinet. Tam też się udał. Po drodze rzucił zaklęciami zabezpieczającymi na całą kamienicę, aby wzmocnić ich działanie. Więcej gości tutaj nie chciał.
Bez pukania. Otworzył drzwi i wszedł do środka, słysząc na powitanie słowa brata. Drzwi zamknął pchnięciem, aby trzasnęły. Co z tego, że są wiekowe. Mają jeszcze stabilne zawiasy. Różdżkę wciąż miał w dłoni. Ruszył do biurka w drodze udzielając odpowiedzi bratu.
- Chętnie bym Ci strzelił w pysk. Ale widzę…
Tutaj się zatrzymał w połowie drogi, zwalniając nieco tempa, kiedy jego brat zmierzał w kierunku biurka. Widział że jest osłabiony, ale nie tylko. Dostrzegł coś, co zapewne nie zostało ukryte. Nie mroczny znak na przedramieniu. Coś miał na karku? Zmarszczył brwi, kiedy Robert siadał na fotelu.
- … że jesteś osłabiony.
Dokończył z wyraźną powagą. Pozbieraną szatę z korytarza, rzucił na jeden z foteli.
- Dlaczego mnie okłamałeś?
Zapytał, chcąc zrozumieć jego chorą decyzję. Niby czuł ulgę że brat wrócił cały, to jednak chciał wiedzieć, co się stało.
- Co tam się stało? Nie było Cię dwa dni.
Kolejne pytania. Wręcz żądające wyjaśnień. Schował różdżkę. Podszedł do szafki aby zgarnąć napełnioną dla niego szklankę. Chyba też tego potrzebował. Nie strzeli mu na razie w pysk, to chociaż dołączy do picia.
RE: [8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Robert Mulciber - 26.12.2023
Znał brata na tyle dobrze, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że ten nie odpuści. Zwłaszcza po tym, jak złamał dane mu słowo. Okłamał Richarda, postępując zupełnie inaczej niż to wcześniej między sobą uzgodnili. Z tego też względu nie próbował teraz unikać spotkania, ani rozmowy. Ukrywać swojego powrotu do rodzinnego domu. Zajmując miejsce za biurkiem, w swoim fotelu, czekał na jakąś reakcje z jego strony.
Odpowiedź na zadane pytanie.
- A co innego miałem zrobić? Zabrać Ciebie na spotkanie? Może przy okazji byśmy zanieśli mu placek wiśniowy i butelkę dobrego alkoholu? - mimo zmęczenia, był w stanie mówić składnie. Przedstawić swój punkt widzenia. Spojrzenie wbite w sufit, przeniósł na brata. Westchnął. Wyciągnął rękę w kierunku szklanki z alkoholem. Pozwolił sobie na to, żeby wyjątkowo, wlać w siebie na jeden raz znaczną część jej zawartości.
Czy kiedykolwiek wcześniej zdarzyło mu się tak pić?
- Dobrze wiesz, że tego typu sprawy człowiek powinien załatwić sam. Bez narażania innych, wciągania ich w swoje bagno. Nie mogę wiecznie wyręczać się Tobą. - dodał, obserwując jak brat rzuca szatę na jeden z foteli, a następnie sięga po przygotowaną z myślą o nim szklankę z alkoholem.
Zmęczony, nie starał się kontrolować tak, jak to miał w zwyczaju. Pilnować, aby nie powiedzieć zbyt wiele, zbyt wiele nie pokazać. Nie miał na to sił. Nie miał nawet ku temu chęci. Ostatecznie przebywał właśnie w towarzystwie jedynego człowieka, któremu ufał. Może nie bezgranicznie, ale w dużym stopniu.
- Nie do końca wiem. - przymknął oczy, starając się odtworzyć wszystko, co miało miejsce. Pamiętał jak opuszczał rodzinną kamienice. Pamiętał jak zostawił dla brata notatkę. Znalazł się w okolicy cmentarza, pokonał trasę do kromlechu. Później... później wszystko się rozmywało. Z kimś się spotkał. Odpłynął? Nie miał pojęcia na jak długo stracił świadomość, ani co konkretnie się z nim działo.
Czy teraz miał siły na to, aby próbować to odtworzyć? Poukładać sobie to wszystko we własnej głowie?
- Spodziewałem się chyba... nie wiem... - ciężko było się wysłowić, znaleźć odpowiednie słowa, które byłyby w stanie to zobrazować. Próbując jakoś to ogarnąć upił kolejny łyk alkoholu. Czuł, że ten stosunkowo szybko zaczyna na niego wpływać. - Na pewno nie był zadowolony, tego możesz być pewien. I cieszyć się, że w ogóle to przeżyłem. Wielu... wielu innych na moim miejscu nie miało tego szczęścia. - doskonale wiedział, co spotykało członków organizacji, którzy dopuścili się niesubordynacji. Zostali zdrajcami. Sam również wymierzał im kary. Pozbawiał życia. Niekoniecznie własnoręcznie, ale czy miało to w tym przypadku jakiekolwiek znaczenie?
Nie zmieniało tego kim był.
Ani też tego, że nie miał z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.
- Moja pozycja... sprawy się naprawdę skomplikowały. - co miał mu powiedzieć? Jak wiele powinien mu zdradzić? Byli braćmi, ale nawet pomiędzy braćmi istniały tajemnice. Niektóre rzeczy powinien zachować dla siebie. Powierzenie ich innym, mogło ściągnąć na nich problemy. Prawdziwe niebezpieczeństwo. - Nie jest dobrze, ale naprawie to.
W jaki sposób to naprawi? Co zamierzał zrobić? Tego nie powiedział. Jeszcze nie. Zamiast tego pociągnął kolejny łyk i następny. W zasadzie, to po tych słowach opróżnił całą szklankę. Do samego dna. Różdżką przywołał do siebie karafkę z alkoholem. Nie miał sił się ruszać. Nie chciał nawet próbować podnosić z fotela. Znajdując się na biurku, alkohol był na wyciągnięcie ręki. Wygoda jakiej w tym momencie potrzebował.
- Nalejesz? Potrzebuje więcej.
RE: [8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Richard Mulciber - 26.12.2023
Oczywiście, że nie odpuściłby. Pokazał to już we Francji, kiedy dowiedział, co mogło czekać jego brata, gdyby wrócił jak posłuszny pies do Toma, za nie stawienie się tam, gdzie go oczekiwano. Doskonale też zdawał sobie sprawę z tego, że Robert sam powinien ponieść konsekwencje za swoje czyny. Gdyby tylko mówił o wszystkim. Nie trzymał zbyt wiele problemów i tajemnic przed bliźniakiem, może znaleźliby wspólnie rozwiązania problemów. Podzielili zadaniami. Wszystko w ostatnim czasie działo się zbyt szybko. Zbyt wiele rzeczy umykało Robertowi, jakby tracił nad niektórymi sprawami kontrolę.
Czy wbicie do Toma z plackiem wiśniowym i skandynawskim alkoholem, byłoby dobrym pomysłem? Zapewne nie. Lecz gdyby sytuacja była naprawdę fatalna, nawet Richard byłby gotów porozmawiać z Tomem. O rodzinę podobno się walczy na różne sposoby. Czy jakoś tak to szło. Warto zadać sobie też pytanie, czy Robert nie postąpiłby podobnie, gdyby sytuacja była odwrotna? Pozwoliłby Richardowi oddać się w ręce kogoś, kto miałby mu wymierzyć karę, nawet śmierci?
- Robert. Istniało też ryzyko, że mogłeś nie wrócić w ogóle.
Upomniał go, gdyż i o tym też zapewne rozmawiali. Takie ryzyko istniało. Gdyby się spełniło, wszystko inne zostało by na głowie Richarda. Również problem w piwnicy. Takiego scenariusza nie chciał dopuszczać. Chciał też wiedzieć, co tam zaszło. Richard zdawał sobie sprawę z tego, że to była sytuacja, jaką tylko Robert mógł załatwić. Na to mu nie odpowiedział. Ta była im znana.
Szata wylądowała na fotelu. Richard wziął szklankę i sam upił łyk, choć zarejestrował jak bardzo w tym momencie Robert pragnął alkoholu. Dość szybko opróżniał swoją szklankę. Jednak na ostatnie pytanie nie potrafił odpowiedzieć. Nie pamiętał? Albo nie chciał powiedzieć? Myślenie mogło sprawiać mu problem? Widać to było po nim. Zadziwiające, że jeszcze miał siły z nim rozmawiać.
Słuchając, Richard może i poczuł wewnętrzną ulgę, ale jednocześnie był wkurzony nadal. To że Tom go oszczędził, mogła mieć wpływ ich wieloletnia znajomość i oddanie. To był cholerny cud, że pozwolił mu żyć. Jednakże nie mogło to być za darmo. Młodszy Mulciber mimo westchnięcia, czuł że to ma drugie dno.
- Jasna cholera...
Nie wytrzymał. Musiał wyrzucić z siebie przekleństwo, aż odstawił swoją szklankę z hukiem na blat biurka. Szkło musiało być naprawdę grube, że nie roztrzaskało się. Lecz trochę napoju mogło chlusnąć na mebel.
- Ty to naprawisz? Jak?!
Wydarł się. Nawet jeżeli wiedział, że to w tej chwili nic nie zmieni. Richard oparł prawą dłoń o swój prawy bok a palcami lewej dłoni potarł sobie nasadę nosa, zamykając oczy na moment. Musiał sam ochłonąć. Ciśnięcie po osłabionym bracie nic teraz nie pomoże. Rozwiązania nie znajdą. Jak bardzo chujowa jest sytuacja i skomplikowana, też teraz się nie dowie. Ale musiał wiedzieć, jak bardzo jest źle, gdyż to może także mieć z nim samym związek. Choćby to, czy tożsamość Roberta nadal jest anonimowa i Richard nie będzie zbierał za niego całego opierdolu, czy bałaganu.
Otworzył oczy i zabrał dłoń ze swojej twarzy, kiedy usłyszał przestawienie się karafki z alkoholem. Sytuacja wyglądała fatalnie, skoro mowa była o pozycji Roberta w tej śmieciożercowej organizacji.
- Pokaż kark.
Rzekł poważnie i stanowczo, zmieniając chwilowo temat, ale także schodząc na opanowany ton. Zbliżył się do fotela, stając od jego bocznej strony, na którym siedział Robert. Naczynie z alkoholem na razie odstawił dalej od zasięgu jego ręki. Później mu naleje.
Żeby mieć dobry wgląd na kark brata, młodszy stanął za fotelem. Jeżeli Robert miał siły trochę odchylić głowę, byłoby wspaniale. Jeżeli nie, Richard sam to zrobi, wykorzystując chamsko jego osłabienie. Dotknąłby jego głowy i sam odchylił tak, aby dobrze widzieć tył jego karku. Chcąc upewnić się, czy coś widział, czy mu się przywidziało.
RE: [8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Robert Mulciber - 28.12.2023
W jaki sposób by postąpił, gdyby znalazł się na miejscu Richarda? W jaki sposób zareagowałby, gdyby to brat oddał się w ręce szaleńca? Zaryzykował – świadomie – swoim własnym życiem? Robert o tym nie myślał. Odpychał to możliwie najdalej od siebie. Tak było prościej. Tak było łatwiej. Nie musiał spoglądać na pewne sprawy z innej perspektywy.
Nie musiał mierzyć się z wyciągniętymi wnioskami – zupełnie innymi od oczekiwanych.
- Takie ryzyko istnieje każdego dnia. – odpowiedział, pozwalając sobie na kolejną dawkę szczerości. Połączonego z odrobiną cynizmu? Bo przecież doskonale wiedział, że jego oddanie człowiekowi znanemu jako Czarny Pan, mogło kosztować go wiele.
Może nawet – wszystko?
Decyzje o wkroczeniu na tę ścieżkę podjął świadomie. Samodzielnie. Nikt go do tego nie przymuszał. Nikt go nie okłamywał w stosunku do tego, jak to wszystko będzie funkcjonować. Wyglądać. Nie miał w tym przypadku żadnych złudzeń. Jedynie nadzieje, że uda im się osiągnąć wyznaczone cele. Wierzył, że potrzebne były zmiany. Chciał być jednym z tych, którzy do tych zmian przyłożą rękę; będą mieli na nie wpływ.
Dlatego też nie zamierzał wycofywać się.
Poddawać.
Chciał walczyć. Podjąć się próby odbudowania swojej pozycji w szeregach. Odzyskać to, co utracił. Działając w odpowiedni sposób powinien być w stanie wrócić na szczyt łańcucha. Zająć właściwe sobie miejsce. Udowodnić, że wbrew temu, co Tom uważał – mógł być jednym z najbardziej użytecznych narzędzi.
Kiedy nieco alkoholu rozlało się na blat biurka, sięgnął po chusteczkę. W szufladzie posiadał ich pewien zapas, na wszelki wypadek. Starannie wytarł.
- Nie zamierzam pozwolić na to, żeby zepchnięto mnie poza margines. Cokolwiek będę musiał zrobić, dokonam tego. – nie przejął się podniesionym głosem, nie przedstawił też bratu żadnego planu. Takiego na ten moment nie posiadał. Minęło zbyt mało czasu, aby cokolwiek przygotować. Robert był jedynie przekonany, że będzie walczył. Będzie działał. W jakiś sposób zdoła odzyskać to, co zostało mu odebrane.
Nie zamierzał tak po prostu zaakceptować tego, w jakim miejscu się nagle znalazł.
Nie uważał je za odpowiednie dla człowieka, który tak wiele poświęcił w imię idei.
Dla siebie samego.
Nie od razu zarejestrował o czym mówił jego brat. Co Richard chciał zobaczyć. Pewne niezrozumienie dało się wychwycić w jego spojrzeniu. Trwało to krótką chwilę. Zaraz bowiem bliźniak ruszył w stronę fotela. Stanął tuż za nim, ograniczając znacząco pole manewru. Miał się bronić? Próbować to ukryć? Niby w jaki sposób?
Prawa dłoń zaczęła poszukiwań różdżki. Automatycznie. Nawet nie pomyślał, po prostu to zrobił. Palce zacisnęły się na kawałku drewna. Wierny berberys, rdzeń z włókna smoczego serca. Przez wiele lat mógł na niej polegać. Stanowiła wręcz przedłużenie jego ręki.
Czy chciał skierować różdżkę w kierunku najbliższej sobie osoby?
Najważniejszej?
- Nałożył na mnie jakąś… - wreszcie podjął decyzje. Wypuścił różdżkę, zdecydował się na to, aby pewne rzeczy wyjaśnić. – ...klątwę. Nie jestem do końca pewien jak to działa, w jaki sposób. Czym jest. – faktycznie tak było. Nie kłamał, nie koloryzował. W końcu jaki miało to mieć w tej sytuacji sens? Czy mogło mu w czymkolwiek pomóc? Cokolwiek ułatwić?
Odchylił głowę, pozwalając na to, żeby Richard zobaczył charakterystyczny odcisk dłoni, który od teraz był jakby wypalony na jego skórze.
RE: [8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Richard Mulciber - 28.12.2023
Nie myślał. A powinien. Jeżeli w jakimś stopniu zależało Robertowi na życiu brata. Powinien brać pod uwagę wszystkie okoliczności. Nawet najgorsze. Richard z tym mierzy się każdego dnia, wiedząc, że może brata więcej nie zobaczyć. Każda sowa czy inne ptaszysko, przynoszące listy z Londynu, bywały czasami obawą o przeczytanie wiadomości, jakiej nie chciałby zobaczyć. Nawet teraz, jeżeli o tym wspomniał. A Robert mu potwierdził. ”Ryzyko istnieje każdego dnia.”
Czy gdyby Richardowi coś groziło, ruszyłby mu z pomocą?
Poświęciłby życie brata w imię idei głoszonej przez Czarnego Pana?
To jak bardzo Robert wychwalał działania i siłę Toma, Richard widział od dawna. I nawet nie bronił bratu podążać tą ścieżką. To był jego wybór. On sam mógł również dołączyć do Śmierciożerców. Nadawał się. Ale odpuścił sobie tego cyrku. Odległość była też tego przyczyną, że nie mógłby czynnie działać w jednym kraju. Teraz miał też przykład tego, co się tam odpiernicza. Jak wiele błędów popełniał jego brat.
Robert tracił kontrolę nad wieloma sprawami.
Richard nie przejął się tym, jak rozlał nieco alkoholu na blat biurka, podnosząc głos, nie ukrywając irytacji zaistniałą sytuacją. Od sprzątania mają skrzaty. A skoro brat miał siły jeszcze wycierać, nie reagował na jego czyny. Robert już tak miał.
Planu nie miał żadnego. Na pytanie odpowiedział zapewnieniem, że zrobi wszystko, co będzie musiał, aby odzyskać utracone. Tutaj Richard odpuścił dyskusję. Nie znaczy to, że odpuścił dosłownie. Do tego tematu wrócą, choć może następnego dnia. Gdy Robert dojdzie do siebie.
Richard skupił się teraz na czymś, co już wcześniej zwróciło mu uwagę. Coś, co znajdowało się na karku jego brata. Skoro on to widział, inni też mogą zobaczyć. Rzucił bratu krótkie hasło, aby pokazał mu swój kark. Zarejestrował jednak w jego spojrzeniu niezrozumienie. Być może nie wiedział, że coś tam ma? Że to coś jest widoczne? Zauważył u brata coś na zasadzie lęku, obawy, próby reakcji. Nawet ten mocniejszy chwyt na rękojeści różdżki. Richard jest bardzo spostrzegawczy. Wychwycił te charakterystyczne ruchy i spojrzenia, jakby Robert znów chciał przed nim coś ukryć. Albo nawet bronić.
- Odpuść sobie. Nie przywalę Ci.
Uprzedził go, aby się uspokoił. Tym samym też dał znać, że zauważył jego ruchy. Nawet jeżeli Robert chciałby się bronić, utwierdziłby tylko brata w przekonaniu, że coś chce ukrywać. Może i Richard brzmiał stanowczo, to jednak nie miał zamiaru bić osłabionego Roberta. Stanął za fotelem i przyjrzał temu, co zobaczył na karku. Wtedy starszy Mulciber wyjaśnił, że to jakiś rodzaj klątwy. ”Więc to dlatego coś poczułem.” - rozważał w myślach. To dziwne uczucie na karku, zanim Robert wrócił do domu.
- Na pewno rzuca się w oczy. Jeżeli tego nie zakryjemy zaklęciami, będziesz musiał coś innego wymyślić. Bo skoro ja widzę, inni też zobaczą.
Poklepał go po barku dla pocieszenia. Zrobił krok w stronę biurka i sięgnął po karafkę, nalewając bratu alkohol do szklanki. Skoro wcześniej o to prosił.
- Czułeś coś, jak Ci ją nakładał?
Zapytał. Jakby to było dla niego ważne, albo chciał coś potwierdzić. Istnieją klątwy, których działania się nie odczuwa od razu, nie zadają bólu. Są zadawane słownie i objawiają się inaczej. Rujnują życie ofiar stopniowo. Są i takie, jaką ma Robert, które nakłada się boleśnie, aby posiadacz był świadom jej istnienia na sobie. Być może były też takie, nakładane ale nie od razu zadające ból?
Po nalaniu bratu do szklanki alkoholu, odstawił karafkę, ale nie odchodził. Stał z boku, przy biurku i jego fotela na którym siedział, z góry obserwując Roberta. Jedną rękę opierając na oparciu fotela.
RE: [8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Robert Mulciber - 29.12.2023
Richard przez wiele lat mieszkał poza granicami kraju. Znajdywał się w bezpiecznej odległości od tego, co działo się tutaj. W Wielkiej Brytanii. Robert nie musiał się o niego martwić. Przejmować się tym, że brata zdołają dosięgnąć konsekwencje jego działań. Nadal natomiast mógł korzystać z jego wsparcia. Prosić o pomoc, jeśli sytuacja tego wymagała. Ten stan rzeczy mu jak najbardziej odpowiadał. Póki wszystko wyglądało w ten sposób, mógł spać spokojnie. Nie musiał zastanawiać się w jaki sposób postąpi, jeśli sprawy wymkną się spod kontroli; jeśli zmuszony zostanie do wyboru.
Ostatnie tygodnie doprowadziły na tym polu do dość istotnych zmian. Pokazały, że nie wszystko funkcjonowało w taki sposób, jak tego oczekiwał. Wziął zbyt wiele zadań na swoje barki? Zabrnął za daleko? Faktycznie tracił kontrole? Sam nie był pewien jak należało na to wszystko spoglądać; jak to odbierać. Chociaż miał we Francji dość czasu na przemyślenia, wniosków wciąż nie wyciągnął. Daleki był od tego, aby pewne rzeczy uporządkować.
Czas jednak uciekał, a pewne decyzje i działania należało podjąć.
Poddał się, ale zarazem nie rozluźnił. Wciąż spięty, pozwolił bratu na dokonanie pewnej inspekcji. Zapoznanie się z tym, co znalazło się na jego karku. Odcisk dłoni był wyraźny, odnalezienie go nie stanowiło na ten moment żadnego problemu. Piętno miało najpewniej znajdywać się na widoku. Odcisk miał być możliwy do identyfikacji dla tych, którzy wiedzieli.
Na jego podstawie byliby w stanie określić jego przynależność oraz status.
- Wiem. Będę musiał się tym zająć, ale to nie dzisiaj. – na myśli miał nie tylko samą widoczność odcisku, ale i przeprowadzenie pewnych badań nad klątwą. Wiedział, co wydarzyło się w kromlechu, nie miał natomiast pojęcia, z czym będzie musiał mierzyć się teraz. Tutaj. Wiedział jedynie, że koniecznym będzie zachowanie ostrożności.
Do przodu będzie posuwał się malutkimi kroczkami, bez pośpiechu.
Życie było mu jeszcze miłe.
Odsunął dłoń brata, nie potrzebował tego rodzaju pocieszenia. Bliskości. Wsparcia. Litości? Również w takiej sytuacji chciał trzymać dystans, choć nie tak duży, jak to miało miejsce w przypadku innych ludzi. Po tych wszystkich latach, Robert nadal nie zdołał pozbyć się z głowy tego, co im obydwu wpajał Francis. Czy to nastąpi kiedykolwiek?
- Myślałem, że mnie tam udusi. – powiedział, wzdrygając się nieznacznie na samo wspomnienie tego, co wydarzyło się w teatrze. Nie było czymś przyjemnym. Powtórka z rozrywki, to w tym przypadku ostatnie na co miał ochotę.
Kolejnego razu mógłby nie przeżyć i zdawał sobie z tego faktu sprawę.
Sięgnął po napełnioną ponownie szklankę, znów na jeden raz wlał w siebie sporą ilość procentów. Tak z połowę zawartości.
- Byłem przez cały czas świadomy, tego co się działo. Ta dłoń… ona… - przymknął na moment oczy. – …ona zaciskała się na moim gardle. Dusiła mnie, pozbawiała sił.
RE: [8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Richard Mulciber - 29.12.2023
Bezpieczna odległość gwarantowała bezpieczeństwo nie tylko samego Richarda, ale i jego rodziny, którą założył w innym kraju. Nie musieli brać udziału w większości wydarzeń. Byli obserwatorami na odległość. Wymieniając się informacjami poprzez listy z własnymi rodzinami. Mimo iż Richard sam był bezpieczny, nie zmieniało to faktu, że o brata się nieco obawiał. Szczególnie ta obawa pojawiła się w momencie jawnych działań Toma Riddley’a w latach ’70-tych.
Po ostatnich wydarzeniach, nawet Richard zastanawiał się nad całą sytuacją związaną w Anglii. Nad błędami jakie popełniał jego brat. Także miał czas do namysłu. A kiedy doszła jeszcze ta klątwa, wyglądało to wszystko jeszcze gorzej. Robert był spięty. Wciąż się obawiał. Z odsunięcia swojej ręki, Richard mógł zrozumieć przekaz, jako że Robert nie chce żadnego wsparcia. Pocieszenia? Czy obecność brata zaczynała mu przeszkadzać? Czy może to chwilowy odruch zaistniałą sytuacją? Młodszy Mulciber nie odebrał tego jakoś źle. Jako że znał swojego brata, to jego odruchy nie były jakieś zaskakujące. Znów chciał wszystko naprawiać sam. Może warto będzie tym razem obserwować postępy, z tego miejsca? Z tej posiadłości, niż poza morzem.
Klątwa dusząca. Kiedy Robert odpowiedział, co czuł podczas jej nakładania, Richard raz jeszcze rzucił na nią okiem. Nie wyglądała zachęcająco. Zaciskająca się łapa. Miało sens. Nie chciał sobie tego wyobrażać jakie to uczucie. To kara Roberta jako ostrzeżenie, aby więcej nie rozrabiał.
- Klątwa dusząca. Dlatego jesteś taki osłabiony.
Westchnął. Obszedł biurko, aby zgarnąć swoją szklankę z alkoholem. Nie rozlał wszystkiego, to jeszcze może dopić.
- Myślałem, czy nie lepiej będzie, jeżeli zostanę tu na dłużej. Poszukam nowej roboty. Ostatnie wydarzenia, dały mi do zrozumienia, że część spraw wymyka Ci się spod kontroli. Teraz doszła ta klątwa. Możesz potrzebować mnie na miejscu.
Zasugerował. Czy Robert się na to zgodzi, będzie leżało w jego decyzji. Richard gotów w tym momencie był na poświęcenie swojej kariery na rzecz rodziny. Aby być wsparciem dla brata, choćby do czasu aż wszystko się unormuje, wróci na swoje tory i klątwy się pozbędzie.
Dopił alkohol do końca, pozwalając, aby płyn rozgrzał mu przełyk i odstawił pustą szklankę.
- Jedno jeszcze pytanie. O ile jesteś wstanie mi odpowiedzieć. Bo ja nie jestem naukowcem.
Spojrzał na Roberta uważnie. O ile stan w jakim się znajdował, pozwoli mu jeszcze myśleć trzeźwo.
- Czy bliźniaki łączy jakaś więź, dzielenia … bólu? Zagrożenie tego drugiego?
Może mu się wtedy wydawało. Może to zbieg okoliczności. Ale chciał to jakoś wyjaśnić. Próbował odpowiednio obrać w słowa, żeby brzmiało zrozumiale a nie dziwacznie. W końcu Robert z większą częścią rodziny badał sprawy mózgowe i może też inne.
RE: [8-10.06.1972r.] Posiadłość Mulciberów - Robert Mulciber - 31.12.2023
O ile sięganie po pomoc brata nie było czymś czego zwykł się wystrzegać, tak okazywania sobie wsparcia, zrozumienia - do tego Robert nie zdążył przywyknąć. Przez lata przyzwyczaił się do pewnej samotności. Do samodzielnego mierzenia się z wieloma sprawami. Logicznym przecież było, że nie będzie zwracał się do Richarda z byle pierdołą. Każdy z nich miał swoje własne życie. Dzielące ich kilometry sprawiły, że pod pewnymi względami te życia zawsze były sobie odległe. Niezależnie od tego ile sił wkładali w to, żeby podtrzymywać relacje. Pozostawać ze sobą w stałym kontakcie.
Pewnych przeszkód nie dawało się łatwo pokonać.
Usunąć.
Tym razem również planował zająć się pewnymi sprawami na własną rękę. Nie mógł w zbyt dużym stopniu polegać na bracie. Jego obecność, wsparcie którego udzielił mu we Francji, były wystarczające. Dalej Robert mógł to wszystko pociągnąć już sam. Na spokojnie wszystko poukładać. Bez zbędnego pośpiechu.
- Tak. - potwierdził. Dokładnie to powiedział. Dokładnie to go spotkało. Richard nazwał to, co właśnie opisał. Czy chciał na ten temat mówić coś więcej? Najchętniej wyrzuciłby to ze swojej głowy. Zapomniał. Tylko czy da się o czymś takim zapomnieć, kiedy na Twoim karku znajduje się wyraźnie widoczny odcisk?
Kolejny łyk. Jeszcze jeden i następny. Szklanka znów była pusta. W głowie zaczynało szumieć. Coraz mocniej, coraz bardziej. Nie dość, że nigdy nie pił dużych ilość, do tego w tak krótkim czasie, to teraz był również osłabiony.
- Nie przesadzaj. Nie potrzebuje opiekunki. - zareagował, słysząc o tym, że Richard rozważa pozostanie w Londynie. Był w końcu dorosłym facetem. Miał ponad 40 lat. Wbrew temu, co bliźniak mógł uważać, potrafił o siebie zadbać. Nieprzypadkowo przecież tak daleko zaszedł w szeregach śmierciożerców.
Nieprzypadkowo też spadł w hierarchii niemalże na samo dni.
Tym razem po karafkę chciał sięgnąć sam. Samodzielnie nalać alkoholu. Jeszcze trochę. Jeszcze odrobinę. Wyjął kryształowy korek, który następnie wyleciał mu z dłoni. Spadł na podłogę, potoczył się gdzieś po dywanie. Pod biurko? Krzesło? Nie zwrócił na ten szczegół uwagi. Umknął mu. Napełniając szklankę, miał problem z tym, żeby do niej trafić. Alkohol rozlał się na biurku. Tego już zignorować nie potrafił. Odstawił karafkę lekko trzęsącymi się dłońmi. Znów sięgnął po znajdujące się w szufladzie chusteczki. Na czarną godzinę. Nigdy nie wiesz kiedy mogą się przydać.
Próbując uporządkować cały ten bałagan, nieco chaotycznie, zrzucił ze stołu szklankę. Ta wylądowała na dywanie. Potłukła się. Ciemnobrązowy płyn zaczął z wolna wsiąkać w stosunkowo jasny dywan.
- Cholera! - zareagował uzasadnioną irytacją. W całym tym zajściu nie zarejestrował słów Richarda. Nie dotarło do niego o co brat zapytał. Nie był w stanie się na tym skupić.
Nieporadnie zaczął podnosić się z krzesła. Niezgrabnie. Czemu wszystko tak się bujało na boki? Rozmazywało? Musiał aż przytrzymać się biurka. Spróbować złapać pion. Doprowadzić się do ładu. Tylko czy jeszcze był w stanie to zrobić?
- Nic mi niejest. - nawet nie spoglądając na Richarda, wypluł z siebie te słowa. Jakby wyczuwając, że ten niekoniecznie się z tym zgadza. Inaczej to widzi.
Tylko który z nich miał teraz racje?
|