Secrets of London
[07/1972] Gynocentryzm - Albert & Alexander - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [07/1972] Gynocentryzm - Albert & Alexander (/showthread.php?tid=2380)

Strony: 1 2


[07/1972] Gynocentryzm - Albert & Alexander - Albert Rookwood - 06.12.2023

Restauracja Krzyk Kappy
Albert Rookwood & Alexander Mulciber

Albert nie dalej jak wczoraj otrzymał zagadkowy list napisany drżącą ręką Alexandra, w którym chłopak pytał go o to, kiedy najwcześniej mógłby się z nim zobaczyć. Węsząc sensację, znudzony komornik odpisał szybko i do rzeczy — że mogą spotkać się już jutro, byle wieczorem. Jako miejsce konspiracyjnej schadzki zaproponował jedną z podejrzanych, azjatyckich restauracyjek na pograniczu Nokturnu i Alei Horyzontalnej. Mimo że dochodziła osiemnasta, dogorywający od dobrych kilku lat Krzyk Kappy przyjął go w swoje progi bez piśnięcia nawet o rezerwacji stolika i bez kręcenia nosem na ćmiącego się papierosa w jego dłoni. Wybrał miejsce w głębi, blisko toalet, jakby przewidywał, że w pewnym momencie wesołego rendez-vous któryś z nich zacznie rzygać.

Zdążył już pochłonąć kilka zagadkowych chicken rolls i dopić pierwszą kawę z burbonem, nim dostrzegł Alexandra wchodzącego do w połowie pustego lokalu. Zacmokał na niego z końca pomieszczenia, jakby przywoływał psa. Oczywiście, był to tylko żart. Zwykły żarcik. Krotochwilka. Poczekał cierpliwie, aż młody Niewymowny odnajdzie drogę do przystani udekorowanej starterami i podsunął mu pod nos wyblakłe menu.
- Będziesz coś jadł, he? Czy zamierzasz pić na pusty żołądek? - zapytał z uśmiechem, odpalając beztrosko kolejnego faga. - Bo ja dalej nie wiem, co się stało.


RE: [07/1972] Gynocentryzm - Eryk & Alexander - Alexander Mulciber - 06.12.2023

28.07.1972 r.

Nawet nie pamiętał, kiedy zapoznał Alberta Rookwooda, fakt faktem, że ich rodziny od zawsze pozostawały w bliskiej komitywie; a czy to łypnęli na siebie porozumiewawczo ponad stołem, kiedy stary Duncan Mulciber grzmiał przy uroczystym obiedzie jak by to wziął i pozabijał wszystkie gobliny, gdyby to on był Ministrem Magii, tak mu te pokurcze w poważnych interesach przeszkadzają, a mogłyby zasiedlać obozy pracy przymusowej!, czy to połączyła ich ciekawa konwersacja o wszystkim i o niczym przy wspólnie wypalonym papierosie, którym Alex podzielił się z Rookwoodem jeszcze gówniarzem będąc, kiedy ten również wyszedł do altany, zaspokoić głód nałogu - nieistotne.
Ważne, że przez te wszystkie lata, szacunek jaki żywił Mulciber wobec tego człowieka - który wedle jego wizji zajadać się miał w następny wtorek dodatkową porcją gorącycy skrzydełek kurczaka z chilli, bo dostawca jedzenia szczęśliwie się pomyli wydając zamówienie - pozostawał w jego niestabilnym życiu kojącym constans, tak jak bluszczowe objęcia Loretty, niezachwiana lojalność Murtagha i nieprzytomny uśmiech Diany.

List do Alberta był krótki, bo ręce ostatnio mu drżały mu po całym miesiącu spędzonym w alkoholowym ciągu w cygańskiej komunie, gdzie nieskutecznie próbował zapić się na śmierć. Donald, jego brat - pardon, jego na wpół martwy brat, który był już warzywem (dzięki bogu, na stoliku Rookwooda nie dostrzegł żadnych) - leżał w lecznicy dusz, i czekał na śmierć. Dianę ścigała prasa, przekonana o tym, że to właśnie ona ponosi winę za tę zbrodnię, bo dalej używała platynowej karty męża na zakupach... A Axel? Nie wiedział, kurwa, co robić z brzmieniem odpowiedzialności za przyszłość rodu Mulciber.

Rookwood zawsze był gotów służyć mu radą, i chętnie z tego przywileju korzystał. W pewnym sensie, Axel szanował go bardziej niż własnego ojca (niech mu ziemia lekką będzie) i resztę starszych krewnych - zawsze imponowała mu prezencja Alberta, błysk bezwzględności w oczach, i to, że miało się wrażenie, że pod powierzchnią jego skóry nieustannie buzuje agresja; Alexander lubił ludzi interesujących, a do takich niewątpliwie zaliczał się Rookwood, i nie miało znaczenia, czy rzygał w sąsiednim kiblu, czy wkładał jakiejś nieletniej prostytutce banknot do majtek - w jego towarzystwie po prostu czuł się swobodnie.

- Będę pił. - Kiedy trafił do stolika, wymienił z Albertem krótki uścisk dłoni, zanim opadł na krzesło z rezygnacją. Przyjaciel - czy tak go mógł nazwać? chyba tak - wydawał się jeszcze chudszy niż zazwyczaj, a oczy miał zapadnięte jeszcze bardziej niż Axel. Uśmiechnął się pod nosem. Obaj wyglądali tragicznie. - Jakiś szaman powiedział mi kiedyś, że trzeba regularnie umartwiać przewód pokarmowy wódą, żeby w pełni otworzyć swoje trzecie oko - rzucił ciekawostką, bo wiele zdążył Rookwoodowi opowiedzieć o swoich naukowych podróżach po świecie (i narkotykowych tripach, i morderczych eskapadach), ale tego chyba nigdy.

Rzucił na stół kartę z alkoholami. - Mimo to nie przewidziałem, że kobieta, którą kocham, to zwykła kurwa. - Och, być może raz czy dwa wymsknęło mu się coś takiego, więc nie może być od razu tak, że nie przewidział. W końcu za bardzo lubił rzucać jej tą inwektywą w twarz... On po prostu świadomie ignorował jej grzeszki, które nie wadziły mu aż tak, dopóki jej nie poślubił - nieoficjalnie, w obrządku cygańskich magów, a jednak, to było dla niego prawdziwsze niż jakieś przysięgi.


RE: [07/1972] Gynocentryzm - Eryk & Alexander - Albert Rookwood - 07.12.2023

Nie mógł się nie uśmiechnąć, kiedy chłopak podał mu rękę. Uścisnął ją mocno i twardo nią potrząsnął, bo dalej pamiętał ojcowską naukę, że prawdziwy mężczyzna "martwej ryby" nie podaje. Rzadko miewał okazje na tak beztroskie spotkania ze świeżymi, młodymi mężczyznami, ale sprawiały mu one przyjemność na tyle wielką, że od samej obecności kolegi czuł się zdrowszy, bardziej swój i to niezależnie od tego, jak bardzo wyniszczony piciem i ćpaniem wydawał się Axel. Albert nie przejmował się takimi błahostkami.
Nie wiem, czy którykolwiek z nas chciałby teraz otwierać swoje trzecie oko – powiedział żartobliwie, choć jego słowa w gruncie rzeczy były gorzkie jak wódka. Ah, wódka. – Ale strzelimy sobie po szociku. Nie!, po trzech. Dziwka i tak nikomu nie powie, jak rozpłaczesz się między jej udami.
Takoż stwierdziwszy, ruchem ręki przywołał kelnera, który wcale nie palił się do przybycia, ale ostatecznie przyjął jego zamówienie. Byłby może go zestrofował, byłby może przywołał go do porządku mocniejszym gestem, ale jego uwagę za bardzo przyciągnęły kolejne słowa Alexandra.

Wybuchnął głośnym śmiechem, w którym poza swawolą słychać było też mokre, chorobliwe rzężenie.
Loretta...? – wykrztusił. – Nie wiedziałeś, że Loretta Lestrange jest zwykłą kurwą?
Zdruzgotany wyznaniem młodego chłopaka, zaciągnął się znowu dymem.
Bym powiedział, że ci nie wierzę, ale ci wierzę, bo kiedyś robiłem to samo, co ty. Kiedyś, jak jeszcze miałem nadzieję. I, oczywiście, zawiodłem się, tak samo jak ty. – Uśmiechnął się do kelnera, który w międzyczasie postawił na środku stołu sześć szotów wysokoprocentowego wina ryżowego. Duszkiem opróżnił jeden z kieliszków. – Widzisz, bolesna prawda jest taka, że w tych czasach nie ma już dobrych kobiet. Nie próbuj ich gloryfikować, nie stawiaj ich na piedestale, nie poświęcaj się im. Nie są tego warte.


RE: [07/1972] Gynocentryzm - Eryk & Alexander - Alexander Mulciber - 07.12.2023

- Za te otwarte uda kobiet i zamknięte trzecie oko to nawet toast wzniosę - mruknął z rozbawieniem, starając się przybrać na tyle nieprzenikniony wyraz na zblazowanej twarzy, by nie ogłaszać na tym poligonie pożądania, jakim była jego morda, że owszem, poszedł szukać pocieszenia u Loretty, kiedy myślał, że zabił Donalda, i chyba był wtedy całkiem bliski płaczu - i to nie między jej udami, a po prostu dlatego, że jak myślał o utracie wolności na rzecz dożywocia w Azkabanie, to czuł, że traci zmysły - nie pamiętał, tak szczerze: za bardzo wtedy dysocjował. Not his proudest moment.

Przejechał ręką po twarzy, jakby próbował zetrzeć z niej zmęczenie, i zagonić rozbiegane myśli z powrotem do okowów swojej czaszki, ale ten gest nie był bynajmniej wyrazem frustracji - na ustach zaigrał mu słaby uśmiech, kiedy Rookwood wybuchł gromkim śmiechem na jego rewelacje. Touché, musiał przyznać, kiedy mężczyzna z niego zakpił, ale czuł, że właśnie to potrzebował usłyszeć. Lubił szczerość.

- Może i wiedziałem. Ale była moją kurwą - odpowiedział mu gładko, kompletnie szczerze zresztą. To wszystko było takie pokrętne... Był jednak absolutnie poważny, kiedy otworzył znów usta. - Słuchaj, byłeś kiedyś religijny? Kiedykolwiek siedziałeś na sabacie w skupieniu, i czułeś coś? Bo ja nigdy nie wierzyłem w żadną siłę wyższą, po co, kiedy wiem, że kelner za cztery minuty przewróci się, idąc do stolika w rogu, za dwa dni paczka papierosów wpadnie ci do fontanny w ministerstwie, a za cztery, będę musiał znowu wyciągać Dianę z aresztu? Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o tym, że nie ma w życiu nic... świętego? - wyrzucił z siebie tę tyradę skonfliktowanych uczuć półgłosem, nachylając się nad stołem, tak by żadne słowo nie dotarło do niepowołanych uszu. Nikt nie musiał wiedzieć, że konwersację, o której wspominał, odbyli czyszcząc różdżki z krwi jakichś mugolaków zabitych na rozkaz Czarnego Pana.
- Ale z nią, to było święte. - zakończył twardo. - Cholera, dalej jest. Ja się nie zawiodłem, Albercik - ja zgłupiałem.

Oparł się z powrotem o krzesło, i uniósł lekko dłoń, jakby chciał przeprosić za grad gniewnych słów, który padł z jego ust, teraz wykrzywionych lekko jakby w obrzydzeniu wobec własnego braku opanowania. Miłość do Loretty była niekiedy równoznaczna z nienawiścią. Wychylił kieliszek wina jednym haustem, i wsłuchał się w dalsze słowa Rookwooda. Dźgnął palcem powietrze, w trakcie jego wywodu, jakby chciał podkreślić swoją niemą zgodę na słowa "nie są tego warte"... Chociaż, Alexander nie ograniczyłby się w tym stwierdzeniu do kobiet. Większość ludzi była dla niego gówno warta.

- Nie musi być dobrą kobietą, wystarczy, że jest moją żoną - odpowiedział znacząco. - Dlatego tak zesrałem się o ten pojedynek. Co za farsa. - Akurat rozbrzmiał dramatyczny łoskot tłukących się talerzy w tle. Biedny ten kelner.


RE: [07/1972] Gynocentryzm - Eryk & Alexander - Albert Rookwood - 07.12.2023

Podejrzliwie spojrzał na zmieniający się wyraz twarzy Axela tuż przed tym, jak chłopak wyjechał na plac boju z co najmniej niedelikatną tyradą. Gdy ją wygłaszał, Albert patrzył mu spokojnie w oczy i słuchał uważnie, samemu podpierając głowę na opartej o blat ręce. Młody miał w sobie naprawdę dużo wielkich emocji, ale czy faktycznie były słuszne? Czy rzeczywiście były warte użerania się z nimi? Zresztą – może od samego pierdolenia zrobi mu się lżej na sercu, więc niech sobie popierdoli.

Gdy młody zreflektował się i opadł na krzesło, uśmiechnął się do niego lekko. Szczerze rozbawiło go to, jak szybko się pohamował i jak szybko sam się upomniał za poniekąd niestosowne zachowanie. Albertowi brakowało sztywności i pedanterii jego starszego brata, więc nie uznał bardziej dynamicznej wypowiedzi za przejaw braku szacunku, raczej za rozrywkową szczerość, ale jakże mu pochlebiły te nieme, nadgorliwe przeprosiny.
Facet głupieje od zapachu pizdy, historia stara jak świat – mruknął, znów wkładając papierosa do ust. – Nie wiem, czy patologię można nazwać świętością, ale zanotuję, żeby w poniedziałek nosić ze sobą wyłącznie najtańsze fajki. Dzięki.

Osuszył kolejny kieliszek i chwilę milczał, popijając alkohol chłodną wodą. Rozglądał się przy tym po sali ze złośliwym błyskiem w oku — czekał cierpliwie, aż nieuprzejmemu kelnerowi podwinie się noga. Nie chciał tego przegapić, chciał być świadkiem wszelkich niedogodności, które go spotkają. Zaśmiał się bezczelnie, kiedy ciało nareszcie uderzyło o podłogę. Alexander nie zawodził.
Jaki pojedynek? – zapytał sucho, przenosząc wzrok na zapadniętą twarz chłopaka. – Na chuja Merlina, czy ty...? Kogoś dla niej?


RE: [07/1972] Gynocentryzm - Eryk & Alexander - Alexander Mulciber - 07.12.2023

Takie wybuchy nie leżały w naturze Mulcibera. Nie dlatego, żeby kiedykolwiek dbał o to, co wypada mówić w towarzystwie, a czego nie - zawsze był arogancki aż do bólu, a jego zblazowana postawa współgrała z wizerunkiem zbuntowanego arystokraty, który znany był z "egzotycznych", intrygujących studiów nad najpradawniejszymi z technik wróżbiarskich - na spotkaniach magicznej socjety był jednak zimny i niedostępny, woląc obnosić się dumnym milczeniem.

- Nie jestem sobą - przyznał, choć słowa z trudem przeszły mu przez zaciśniętą szczękę; marne to było usprawiedliwienie, nie wiedział zresztą, czy bardziej nie kierował go do samego siebie, aniżeli do towarzyszącego mu mężczyzny. Jednocześnie, był przecież zbyt dumny, by wstydzić się momentów słabości, które innym ludziom mogłyby się wydawać skazą na honorze - nie czuł się tak, jakby obowiązywały go normalne zasady. Przeprosił wcale nie dlatego, że wstydził się swej szczerości. Choć posiadał wiele szacunku do Rookwooda, wychowywanie się z piętnaście lat starszym bratem w wielopokoleniowej rodzinie i praktyka pod okiem wiekowych mistrzów wróżbiarstwa sprawiły, że nie miał żadnych oporów przed rozmową z ludźmi w każdym wieku bez zbędnych formalizmów czy sztywności...
Przeprosił go dlatego, że pogardzał ludźmi mówiącymi publicznie o emocjach, bo oni zwyczajnie bali się je przeżywać. A szkoda marnować twórczy potencjał gniewu.

Axel miał problem, i potrzebował rady. Do tej pory zawsze wiedział, kim jest, kim powinien być, i kim się stanie. A od czasu zamachu na życie brata, miał tylko wątpliwości. Czy to dotknęła go stare cygańskie przekleństwo uśpione we krwi matki-bratobójczyni? Czy to sam Donald przeklął go, zanim podniósł różdżkę? Sprawę utrudniały też troska o Dianę i złość na Lorettę.

Kiedy obaj w zamyśleniu milczeli, przerywając ciszę tylko sięgnięciem po papierosy, zaczął zastanawiać się nad naturą relacji między braćmi Rookwood. Wiedział, że Albert był młodszy od Chestera, że był tylko "drugim synem", tak jak i on był młodszy od Donalda. Obaj musieli znaleźć swoją własną ścieżkę w życiu, choć Axel czuł, że u niego musiało to być prostsze, bo dzięki darowi jasnowidzenia od najmłodszych lat widział w sobie kogoś wyjątkowego, kogoś lepszego od reszty ludzi, wyłącznego pana swojego losu, który zasługuje na coś lepszego niż zapyziała scheda szalonych Mulciberów... A jednak, to dziedzictwo nie było mu obojętne, i zastanawiał się, czy tak jak i on, Albert musiał w sobie niekiedy tłumić złość, kiedy patrzył na ojcowski sygnet rodowy na palcu brata. Zastanawiał się, czy wszyscy bracia w pewnym momencie życzą sobie nawzajem śmierci.

Kogoś dla niej...? Alex wybuchł śmiechem - nawet nie wiedział, czy to dlatego, że rozczuliło go, że Rookwood założył z absolutną powagą najgorsze, bo to oznaczało, że naprawdę myślał, że Mulciberem jest jednak coś nie tak... - czy to dlatego, że w sumie... Tak, najchętniej odjebałby każdego gacha Loretty.

- Przecież wiesz, że pogardzam takimi popisami pod publiczkę. Ledwo wróciłem z Yorkshire, byłem napierdolony, myślałem najpierw, że walka o jej pizdę znaczy, że zaprasza mnie na jakąś orgię... Dopiero na miejscu zorientowałem się, o co chodzi - wzruszył lekko ramionami. - Co ty niby porabiałeś przez ostatni miesiąc? Podobno gazety o tym trąbiły non stop.


RE: [07/1972] Gynocentryzm - Eryk & Alexander - Albert Rookwood - 07.12.2023

Z trudem powstrzymał się od śmiechu w nieodpowiednim momencie. Alexander nie jest teraz sobą? Oczywiście, oczywiście. Sobą się jest tylko wtedy, kiedy postępuje się godnie i dostojnie. Jakkolwiek bawiło go podobne podejście, w myślach przyznał, że nie powinien być taki surowy. Każdy mężczyzna musi przejść w życiu przez takie rozczarowanie, każdy mężczyzna musi mieć się czego wstydzić, bo inaczej skończy jako ktoś ze stalowym kijem w dupie, niewyjmowalnym jak jebany Ekskalibur.

Czysto retoryczne pytanie Axela zaskakująco mocno go uderzyło, bo każda nasuwająca mu się odpowiedź na nie ostatecznie okazywała się wyjątkowo nieprzyjemna. Co właściwie robił przez ostatni miesiąc? Zaciągnął się dymem i wbił wzrok we wietnamskie napisy na plakatach, którymi udekorowana była ściana za chłopakiem. Patrzył na nie na tyle intensywnie, jakby faktycznie próbował je czytać.
Ah, chodzi o ten pojedynek między Louvianem i Nottem. Nie wierzyłem, że naprawdę odstawili taką pokazówkę dla publicznego ustalenia stopnia przeorania pizdy Loretty. Myślałem, że to tylko plotki. I że to ty odpierdoliłeś coś we własnym zakresie. Coś znacznie bardziej... ponurego. – Zgasił peta w prowizorycznej popielniczce z naczynka na sos sojowy. – Jeśli mam być szczery, to już zdążyłem się podekscytować.

Bezceremonialnie wypił trzeciego szota i westchnął z jakąś taką melancholią. Dalej kontemplował wszystkie te kłótnie, wszystkie te bzdury, na które zmarnował lipiec. Powinien nareszcie spotkać się z synem, nie widzieli się od czasu jego... próby samobójczej, w której autentyczność dalej tak bardzo chciał wątpić, ale nie był w stanie.
Wiesz co, te szoty zupełnie mi nie siadły. Masz może ze sobą coś bardziej rozrywkowego? – zapytał z szelmowskim uśmiechem, posyłając znaczące spojrzenie w kierunku drzwi do toalety. Okazywało się, że jednak nie wybrał tego stolika ze względu na troskę o czystość podłogi pustawego lokalu.


RE: [07/1972] Gynocentryzm - Eryk & Alexander - Alexander Mulciber - 17.12.2023

Żadne plotki. Była tam cała śmietanka towarzyska Londynu – Axel włożył w to określenie odpowiednią ilość pogardy, tak jak przystało na standardy ich dwuosobowej loży szyderców, nawykłej do oplotkowywania miałkich dramatów czarodziejskiej socjety – Możesz sobie wyobrazić, że chujów było tam wystarczająco, by nie mieszać do tego jeszcze chuja Merlina – powtórzył boomerskie powiedzonko Alberta z lekkim rozbawieniem w głosie.
A ja… Po co miałbym się bić o coś, co jest moje? – spytał tylko, ściągając brwi, jakby szczerze zdziwiły go ponure podejrzenia Alberfa.
Nie przeszkadzały mu jego podszyte pesymizmem, przesycone powątpiewaniem i oschłością przemyślenia na temat natury ludzkiej czy natury samych kobiet, ba, sam im przytakiwał – choć ten w myślach zapewne nazywał go hipokrytą, przez to, jak uganiał się za Lorettą…

Tak, uganiał się za nią, i co z tego? Nie widział powodu do wstydu w tym, że kocha go kobieta pożądana przez wszystkich. Kto by nie chciał mieć serca Loretty na własność?

Nie, słuchaj… Ja po prostu próbuję zrozumieć – wyjaśnił Axel, a choć jego ton był opanowany, w oczach widać było targające nim wzburzenie. Mówił powoli, jakby każde słowo było przemyślane, a zapomniany papieros tlił się w jego dłoni, aż kompletnie dogasł przy filtrze. – O co chodzi Louvainowi? Dyszy nad cnotą mojej żony jak wściekły pies, tak jakby była jego kochanką, a nie siostrą. – Alexander pokręcił głową, wyraźnie zdegustowany wizją, która roztaczała się teraz przed jego oczami; razem z Dianą już długo roili sobie różne wyobrażenia w swoich podatnych na teorie spiskowe ćpuńskich móżdżkach, próbując wytłumaczyć nienaturalną bliskość bliźniąt Lestrange, choć wielka debata siblings or dating w dalszym ciągu pozostała inkonkluzywna.
I dlaczego wyzwał na pojedynek właśnie Notta? Przecież ten nie śmiałby tknąć mojej Loretty; wiem, że nie mogło do niczego dojść między nimi, typ jest równie tępy, co trzonek jego miotły – dodał, kręcąc z niedowierzaniem głową, krótko podsumowując targające nim dylematy, które przypieczętował wychyleniem ostatniego ze stojących przed nimi szotów.

Podparł ciężką głowę dłonią, wsłuchując się w odpowiedź mężczyzny. Zdążył już zapomnieć o niefortunnym kelnerze, a jego myśli znów krążyły wokół pojedynku. Sceptycyzm Rookwooda wobec uczucia, jakim Mulciber był święcie przekonany, że darzy go Loretta, kłuł we wciąż tkliwą ranę na sercu Axela – od kiedy jej lojalność była dla niego wszystkim?, pomyślał, chociaż wiedział, że to przez ich ślub stał się tym łatwowiernym głupcem, który usprawiedliwiał wszystkie jej grzeszki, bo przecież w głębi ducha wciąż wierzył jej przysięgom – jednak zblazowane rozbawienie, z jakim Albert podchodził do całej tej sytuacji, dystans wobec perypetii wszystkich tych ludzi… Mulciber poczuł się odrobinę spokojniejszy. Prawie już nie myślał o tym, co zaszło na afterparty, choć zapewne wrócą do tego tematu w przyszłości. Na razie pozwolił sobie zgnieść w popielniczce resztkę zmarnowanego papierosa, a myślom – błądzić.

Pewnie dlatego, że tyle w nich alkoholu, co w piwie kremowym – skonstatował Mulciber, podnosząc się z miejsca, już zajęty grzebaniem w wewnętrznej kieszeni marynarki, gdzie trzymał…

Pióro wieczne?

Sam zdziwił się na widok przedmiotu podanego odruchowo Albertowi, chwilę po naciśnięciu na klamkę od drzwi męskiej toalety. Czasami jego przeczucia były ledwo uświadomione, niepoparte konkretnymi wizjami, a ledwie migawką, przelotną impresją, która przebiegała ciało niczym nagły prąd.
Rookwood nie pytał o pióro, pytał o substancje wyskokowe, więc dlaczego

List? – zapytał nieufnie, jakby Rookwood kazał mu właśnie napisać kilkustronicowe wypracowanie z eliksirów. Przechylił głowę, spoglądając na niego z tafli łazienkowego lustra. Tak, chyba o list chodziło. – Chcesz teraz pisać list?Nie mów mi, że mam ci teraz pomagać pisać jakiś wiersz do kochanki, pomyślał, rozbawiony. – Papier toaletowy jest tylko w ostatniej kabinie, jak potrzebujesz jeszcze papeterii – rzucił lekko, wyciągając z kieszeni zgrabne puzderko, w którym trzymał kokainę. Niedługo będzie musiał uzupełnić zapasy.


RE: [07/1972] Gynocentryzm - Eryk & Alexander - Albert Rookwood - 18.12.2023

Przewrócił oczami, kiedy Axel zaczął bluzgać na popularów zainteresowanych pojedynkiem. Nie to, żeby się nie z nim nie zgadzał, bo się zgadzał — tyle tych chujów tam się zebrało, że Albertowi nawet nie opłacało się przychodzić... Ale po młodym tak bardzo było widać frustrację, tę jego urażoną dumę, że nie mogło nie rozbawić go to, jak często powtarzał, że pizda Loretty jest jego i tylko jego, jakby musiał w tym upewnić nie tylko Alberta, ale też samego siebie.

Minęła ledwie chwila od zgaszenia jego ostatniego papierosa, ale palce już zaczynały go świerzbić; w dwóch kęsach pożarł ostatnią chicken roll, próbując zająć czymś usta podczas słuchania wściekłych dywagacji kolegi.
O co chodzi Louvianowi? – Uśmiechnął się wpierw z rozbawieniem, później jakby z boleścią. – Możesz mieć rację. Obawiam się, że możesz mieć rację. Gdybym ja miał bliźniaczkę, to też bym ją ruchał. Damska wersja samego siebie... No nie mów, że ty byś nie chciał chociaż raz spróbować?
Nott sam w sobie wydawał mu się na tyle mało interesujący, że w ogóle nie podjął tematu jego osoby. Był zadbany, przystojny, bogaty i absolutnie bezpłciowy — Loretta mogłaby się z nim przespać dla samego mięsa. Aż głupio być o coś takiego zazdrosnym, to jakby pieklić się o to, że chłop chodzi na dziwki.

Podniósł się trochę zbyt nagle i musiał po tym odkaszlnąć. Wyciągnął z kieszeni szaty chusteczkę i przyłożył ją do ust, powoli tocząc się za chłopakiem do toalety. Zamknąwszy drzwi, z zaskoczeniem spojrzał na wyciągnięte w jego kierunku pióro wieczne. Pośpiesznie otarł wargi chusteczką i wcisnął nieoczekiwany prezent za pazuchę.
Ogłoszenie? – Przed oczami stanęła mu wściekła twarz Charlesa. – Najpierw kreska. Pozwól mi mieć trochę radości, kurwa, z życia.

Przejął kokainowe puzderko i odetchnął głęboko. Skierował się do najbliższej umywalki, przetarł jej brzeg rękawem i zaklęciem usypał na nim działkę.
Życz mi, kurwa, powodzenia – wymamrotał, łapiąc zaskakująco wzburzony kontakt wzrokowy z odbiciem Alexa w lustrze. – I pilnuj mnie, żebym nie próbował teraz wracać do żony. To wszystko jej wina.
Wystarczyło kilkanaście sekund, żeby poczuł pierwszy rush. Zassał powietrze, pochylając głowę nad odpływem i zaśmiał się serdecznie. Później usypał kolejną kreskę i pochłonął ją równie szybko. Zapiekło go w nos, pojechało mu po gardle; prawie łzy mu poleciały. To było takie cholernie przyjemne, euforię poczuł wpierw w głowie, później w całym ciele. Nagle widział więcej, nagle myślał szybciej. W końcu miał siłę, żeby żyć. Ba!, w końcu miał chęć, żeby żyć.

Opierając rękę o ścianę, stanął tuż obok Mulcibera. Patrzył mu w oczy, głęboko, głęboko w oczy, jakby postanowił pominąć wszelkie nudne konwenanse i od razu przejść do sondowania jego duszy. Poklepał go po plecach, wkładając w to trochę za dużo siły.
–  Ja pierdolę, może też sobie wciągnij. Przyda ci się. To tak oczyszcza umysł, jak nic innego. Przypomina, co naprawdę jest ważne. –  "Co naprawdę było ważne?"  - skrzywił się nieznacznie, gdy wstyd paskudnie wykręcił mu żołądek. Na szczęście w sztucznej euforii udało mu się prędko porzucić nieprzyjemną myśl. – Wydaje mi się, że wydaje, że mi się, wydaje-wydaje... Czekaj.

Odkręcił wodę i zaczął szybko, nerwowo myć twarz. Wkurwiało go to, że coś na niej miał. Chyba pot. Nie mógł się skupić na tym, co mówił, słowa za szybko zapierdalały. Nim zdążył dokończyć jedno zdanie, jego druga połowa ulatywała już z jego umysłu, zastępowana przez pięć nowych, znacznie bardziej interesujących.
Naprawdę, kurwa, dobry-dobry chłopak z ciebie. Naprawdę, dumny powinieneś z siebie być. Czego ty się tak boisz? Z tą Lorettą? Co ona ci zrobi? Twoja osoba chyba ma więcej wartości, niż bycie jebanym mężem jakieś panienki? Ty się ruchasz na boku, ona się rucha na boku, i co z tego? No, co z tego? – Rozbieganym spojrzeniem wędrował po zapadniętej twarzy Alexa. – Jak chcesz pokazać jej prawdziwą siłę. Prawdziwą męskość. To nie graj z nią w te gierki. To ona ma do ciebie przychodzić, to ona ma przed tobą klękać, błagać, chuja ci ssać, bylebyś tylko poświęcił jej czas. Nie ty jej. Naprawdę, kurwa, chcesz tak jej pokazywać swoją słabość, to, że tak się boisz, że ktoś ci ją zabierze? Jak ktoś zabierze, to ją mu odbierzesz, albo znajdziesz sobie inną. No kurwa, nie ssij swojej panience chuja.


RE: [07/1972] Gynocentryzm - Eryk & Alexander - Alexander Mulciber - 21.01.2024

Słysząc słowa Alberta, Alex, zmęczony po ledwo zakończonej tyradzie złośliwości, mógł tylko jęknąć z obrzydzeniem, ale i z pewną zgrozą - najgorsze obawy zostały uwiarygodnione przez opinię kogoś, kto nie miał mózgu przeżartego ćpaniem i innymi nałogami - do tej pory myślał, że jego paranoiczne wzburzenie i całe to błędne koło natrętnych myśli są efektem długiego nadużywania...
Ciekawe, jak Rookwood zareagowałby na wieść, że nie dalej jak wczoraj, Mulciber pobił się z wspomnianym bratem bliźniakiem (i jego wiernym pomagierem, który wcześniej przesłuchiwał go w sprawie ataku na brata, a jeszcze wcześniej grał z nim w karty??) właśnie w takiej nędznej próbie pokazania - Louvainowi? całemu światu? samemu sobie? - że Loretta jest jego, i tylko jego...

Ucieszył się więc ze zmiany miejsca i tematu rozmowy. Zaczął myć ręce, bo musiał zresztą zająć czymś dłonie: te zaczęły lekko drżeć, domagając się swojej doli narkotyku, zaraz po tym jak mężczyzna oddał przyjacielowi puzderko znajomej trucizny.

- Powodzenia. Mnie serce ciągle napierdala, od kiedy zacząłem mniej używać. - Mulciber skrzywił się na samo wspomnienie paskudnej tachyarytmii, która chwyciła go na krótko przed wyjściem z mieszkania na spotkanie z Rookwoodem.
- Dzisiaj musiałem już zresztą tamować jeden krwotok w pracy, więc jeśli twoja przegroda nosowa jest w porządku, bierz resztę - dodał Alex, lekko zezując przy tym na Alberta; przez cały ten czas, odkąd umył ręce, nachylał się bowiem nad lustrem, absolutnie skupiony na kontemplacji swojego odbicia w zmatowiałej tafli... Wszystko dlatego, że dostrzegł fatalną aberrację w krzywiźnie wielokrotnie łamanego (ostatni raz nie dalej jak wczoraj) nosa oraz powracacające widmo póki co wciąż jeszcze bladych siniaków zdobiących jego ostrą szczękę.

Kurwa, znowu.

Alexowi nie przeszkadzał przytłumiony lekami ból, który towarzyszył mu przy niemal każdym ruchu - Mulciber oberwał w życiu wystarczająco wiele razy, by po prostu przywyknąć, i zamiast jęczeć jak pizda, zaciskał zęby i faszerował się ulubionymi znieczulaczami - ale przecież nie mógł pokazać się publicznie z obitą mordą: był teraz poważnym niewymownym, i nie chciał, by cokolwiek zagroziło jego pozycji w Departamencie Tajemnic.

Zaklęcia maskujące, nad którymi Diana pracowała cały ranek - i jeszcze później, w trakcie przerwy na lunch w Ministerstwie, bo Alex lekko spanikował, że czary zaczynają słabnąć - do tej pory całkiem skutecznie zakrywały obrażenia doznane podczas bójki z Lestrange'm i Bulstrode'm. Kobieta miała doświadczenie w tuszowaniu sińców i tym podobnych - dzięki, Donald - ale trudno było oczekiwać, by magiczna maska wytrzymała tyle godzin bez poprawek.

- Pamiętaj, że to wszystko wina twojej żony... - Lekko rozbawiony, powtórzył automatycznie słowa przyjaciela - ich stałą mantrę, towarzyszącą wspólnemu ćpaniu, i reszcie ekscesów - a kiedy Albert pochylił się nad usypanymi na umywalce kreskami, Alex wrócił do wcześniejszego zajęcia: starał się odwzorować różdżką ruchy, które pokazała mu wcześniej Diana, chcąc naprawić zmarniałą twarz. Teraz zaczął żałować, że w szkole nie przykładał się bardziej do nauki transmutacji, a zamiast pisać eseje na temat zaklęcia kamuflażu, obściskiwał się z Ambrosią w bibliotece... Gdybyś mnie teraz zobaczyła, McKinnon, pomyślał, z niejakim rozbawieniem, ale wtedy podbite oko było odznaką honoru, a teraz?

[rzut na transmutację, żeby nałożyć zaklęcie maskujące siniaki]
[roll=O]

- ...Kurwa, chyba działają te pozytywne afirmacje - rzucił, po trosze sam do siebie, po trosze do Rookwooda.

Ale nie było czasu się zastanawiać nad tym, czy wygląda na tyle cywilizowanie, by jakiś nadgorliwy patrol BUMowców nie zatrzymał ich na Nokturnie, bo Albert wszedł w swój tryb filozofa - jak to czasem bywało, kiedy trochę sobie poużywał - i tak potężnie klepnął Mulcibera w plecy, że pod ostro zmaltretowanym po wczorajszej bijatyce Alexandrem aż nogi się ugięły.

Alex zacisnął tylko zęby, i przez chwilę nie mógł wydusić z siebie żadnego słowa, ale Rookwood też nie wydawał się mieć nic przeciwko tej przerwie w konwersacji; sam nagle zaczął oblewać twarz wodą z jakąś dziwną zaciekłością.
Ach, Mulciber aż za dobrze rozumiał te narkotykowe kompulsje.

- Jestem już napruty - przyznał niechętnie Alex, opierając się butem o umywalkę obok, by zawiązać sznurówkę, tuszując tym brak tchu w piersi.
Bynajmniej, nie kłamał Albertowi - od czasu feralnego afterparty funkcjonował tylko dzięki połączeniu silnych analgetyków ze stymulantami; tyle właśnie zostało z jego wielomiesięcznych starań o stopniowe zerowanie z krwiobiegu tak chętnie wtłaczanych do żył składników zabójczego koktajlu Mołotowa - żałował teraz, że sam nie może poczuć ożywczego prądu kokainowej podniety, ale nie chciał zgonować na brudnej podłodze publicznej toalety, już to przerabiał, i osobiście, uważał, że nie ma bardziej żałosnego widoku niż umierający ćpun zwłaszcza, kiedy nagle zaczyna wołać imię siostry/szwagierki, matki, byłej kochanki czy niewydarzonej żony.
Końska dawka leków przeciwbólowych, mała dorzuta na pobudzenie, alkohol... Tak, zdecydowanie miał dosyć. I tak targały nim sprzeczne uczucia odnośnie powziętego w lutym postanowienia o zachowaniu trzeźwości, zwłaszcza, że lipiec minął mu pod znakiem ciągu alkoholowego.

Ale dopóki nie dotknie heroiny, dalej miał jakąśtam szansę, a przynajmniej tak sobie wmawiał... Czy wciąż pamiętał więc, co jest naprawdę ważne?

Poczuł ulgę, że to właśnie z Albertem podzielił się swoimi wątpliwościami. Nigdy nie ukrywał, że mężczyzna był dla niego autorytetem - że wręcz podświadomie starał się emulować niektóre jego zachowania, kiedy był jeszcze gówniarzem, chciwie chłonącym wszystkie mądrości padające z ust starszego, doświadczonego mentora, który przecież niejedno w życiu widział - łapał się na tym, że szuka uznania w oczach Rookwooda, a nawet kiedy wkroczył w dorosłość, dalej poważał jego zdanie, choćby było nie wiem jak różne.

Nie wyobrażał sobie zresztą rozmawiać o takich intymnych sprawach natury osobistej z kimkolwiek innym.

Jakież byłoby to, kurwa, zawstydzające, przyznać się przed takim choćby Murtaghiem - wiesz, Loretta mnie chyba zdradza, i nagle zaczęło mi to przeszkadzać; może nawet się tym przejmuję - nie żeby jakoś mi zależało, nie po to cały czas wmawiam sobie, że jest moja, i tylko moja - ale wiesz, jak o tym myślę, to mam ochotę wrócić do heroiny i zajebać się pod mostem - a nie miał przecież nikogo bliższego, z kim mógłby porozmawiać na podobnej stopie.

Zresztą, mimo wszystko, między nim a Macmillanem istniała między nimi swego rodzaju braterska rywalizacja i sam Mulciber miał serdecznie dość bycia w oczach przyjaciela tym zjebanym wróżbitą, który nie potrafi przewidzieć kolejnej katastrofy w swoim życiu prywatnym... Poza tym, za Murtaghiem - który wydawał się czasem mieć kompletnie inny wyobrażenie Alexa od tego, co ten rzeczywiście sobą prezentował - nie stał taki bagaż życiowych doświadczeń jak za Albertem. Rookwood sam był żonaty, ba, miał dorosłego syna, rozumiał, jak działa świat i kobiety, jak trzeba się zachowywać i co trzeba robić, by nie stracić głowy...

A Alex potrzebował, by ktoś mu przypomniał, że sam wiedział kiedyś wszystkie te rzeczy, lub przynajmniej był bliski ich zrozumienia; bo teraz, czuł się cholernym wrakiem człowieka, jakim niegdyś był - czy też, jakim mógł się stać - i nie potrafił się z tego otrząsnąć.


Słowa Alberta były lepsze niż ochlapanie twarzy zimną wodą; wystarczy powiedzieć, że Alex patrzył na mężczyznę w stanie absolutnego szoku, zasłuchany w potok słów spływający wartko z ust przyjaciela. Zapewne szczęka by mu opadła z wrażenia, gdyby nie brzydki zwyczaj stresowego szczękościsku.

- Tak, prawdziwa męskość... To ona ma przychodzić - powtórzył w nabożnym skupieniu po Albercie, utkwiwszy w nim spojrzenie czystsze niż kryształ sprzedawany przez jego ulubionego dilera. - Zero słabości - pokiwał głową. - Znajdę sobie inn-... - zatrzymał się, i zmarszczył brwi. Nie, to była groźna myśl. Budziła w nim wspomnienia cygańskich wozów, pomarańczowych sadów na greckim wybrzeżu i blond włosów rozsypanych na poduszce...

Alex przetarł dłonią lekko spocone czoło i na na nowo ufiksował spojrzenie na Albercie.

- Tak. Tak, masz rację, cholera. Pilnuj mnie, żebym nie próbował pierdolić więcej takich głupot, jak wcześniej - parsknął, zażenowany, ale przecież wdzięczny za szczerość... Czy on też będzie powtarzał kiedyś, że to wszystko wina jego żony? Zemdliło go lekko na tę myśl. Przytrzymał się, niby to nonszalancko, ściany pierwszej z brzegu kabiny.