![]() |
|
[01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? (/showthread.php?tid=2395) Strony:
1
2
|
[01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Brenna Longbottom - 09.12.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Piszę, więc jestem Nad Doliną Godryka zapadał zmierzch. Niebo nad sadem, ciągnącym się za domem Longbottomów, zabarwiło się czerwienią i złotem, kiedy Brenna, wciąż w mundurze, aportowała się przed bramą posiadłości i weszła na jej teren, a potem przeszła ścieżką do drzwi, za którymi – o dziwo – nie przywitał jej żaden z psów. Zadziwiające zjawisko dość szybko wyjaśniła skrzatka, wspominając, że dwóch domowników zabrało zwierzaki na spacer. Być może dlatego posiadłość była zadziwiająco cicha – mimo imponujących rozmiarów domu o to bywało dość trudno, biorąc pod uwagę, że mieszkało tutaj wiele osób. Najwyraźniej jednak tego wieczora ktoś wyszedł z psami, ktoś był w pracy, ktoś kogoś odwiedzał… – Malwa, skarbie, zrób mi proszę kolację! – zawołała Brenna do skrzatki, już w biegu na górę. Uszczęśliwiła ją zapewne przy tym niesamowicie, bo biedny skrzat dostawał już nie raz załamania na wyręczanie go w obowiązkach przez domowników. Tego wieczora jednak Brenna – jak właściwie zwykle, a na pewno zwykle od początku maja – miała za sobą o wiele za dużo nadgodzin i za wiele rzeczy do zrobienia przed snem. Zdążyła jednak zrobić tylko jedną z nich, czyli pozbyć się munduru i przebrać w szorty i koszulkę. Bo kiedy pchnęła okiennicę, chcąc otworzyć okno na oścież, na ścieżce wiodącej od bramy do drzwi wejściowych, zobaczyła coś czy raczej kogoś, przez kogo wszystkie plany wywietrzały jej z głowy, a grafik, starannie zaplanowany na najbliższe dwadzieścia cztery godziny, posypał się w proch. – Wujek Morpheus! – zawołała, wychylając się przez parapet prawie do połowy, tak że zaistniało realne zagrożenie, że zaraz wyleci z pierwszego piętra. A chwilę później już cofała się od okna, by pędem przebiec przez cały dom – i chociaż w środku nie dało się teleportować, odległość pomiędzy swoim pokojem, a drzwiami wejściowymi pokonała tak szybko, że ktoś mógłby pomyśleć, że jednak zdołała obejść to ograniczenie. Ale cóż, Brenna zawsze była trochę nazbyt energiczna, tak samo jak nazbyt rozgadana i pod wieloma względami pozostawała wręcz przeciwieństwem swojego zrównoważonego wuja. – Nie spodziewaliśmy się ciebie dzisiaj! – oświadczyła, otwierając przed nim na oścież drzwi. Ciemne włosy, krótsze niż te parę miesięcy temu, bo ścięte po tym, jak je przypalono i dopiero odrastające, były rozczochrane. Na prawym przedramieniu, tuż powyżej nadgarstka, znaczyły się cienkimi liniami nowe blizny. – Nie posłałeś sowy, czy coś ją zżarło po drodze? – zapytała, przesuwając się, by zrobić mu miejsce, ale jednocześnie mierząc go uważnym spojrzeniem: bo ostrożność, obecna w niej od roku 70 i narastająca tylko od maja, kazała natychmiast… upewniać się. Upewniać, że zna tę minę, że zna ten głos, że zna ten chód. Że to domu naprawdę po wielu miesiącach wrócił Morpheus Longbottom, najmłodszy z synów Godryka. RE: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Morpheus Longbottom - 09.12.2023 Derwin umarł. Opóźnione wieści, list który dotarł dwa dni po dacie pogrzebu, nawet głębokie uczucie żalu, nie przygotowały Morpheusa na emocje, jakie pojawiły się w nim, gdy aportował się do swojego rodzinnego domu. Pracował daleko, na małej wysepce Simi, w okolicach Rodos, gdzie grupa angielskich archeologów odkryła siedzibę sekty Apollina, która nosiła ślady praktyki aż do późnego średniowiecza, dawno po ostatniej Delfickiej przepowiedni z 365 roku naszej ery. Miniaturowa świątynia zbudowana na podobiznę tej najsłynniejszej również mieściła w sobie dziewczęta błogosławione darem prekognicji, Pythie i to nie tylko takie znane mugolom, ale również te uznawane za prawdziwe przez społeczeństwo czarodziejów. Derwin umarł, a on myślał, że powrót będzie emocjonalnie podobny do tego dnia, gdy odeszła jego matka. Początkowo zresztą był. Napisał do ojca wyrazy kondolencji, dopiął do końca sprawę wykopalisk, nie pozostawiając żadnych znalezisk przypadkowi. Następnie przepłynął promem na Rodos, nie ufając, że odpowiednio deportuje się w okolice resztek Kolosa. Z Rodos płynął siedemnaście godzin do Aten w mało komfortowej kajucie, wynajętej na prędce, aby jak najszybciej znaleźć się na kontynencie. W Atenach przenocował, po czym rankiem wsiadł w pociąg do Monachium. Tam musiał poczekać jeden dzień i wsiadł do Orient Express, który dowiózł go do Paryża, a stamtąd, do Londynu. Na tak długich odległościach teleportacja była nieskuteczna, a pociąg należał do preferowanych przez Longbottoma środków transportu. Do samolotu wsiąść nigdy nie zamierzał. Jego starszy brat, z którym biegali po tym ogrodzie, udawali pojedynki na patyki, wyobrażając sobie, że są potężnymi czarownikami, tutaj ćwiczyli fechtunek i rzeczywiście studiowali rzucanie czarów. Czuł, jak żółć podchodzi mu do gardła. To nie było to samo uczucie, co z matką. W jej przypadku, tak samo jak dziadków, był to swojego rodzaju porządek świata. W przypadku brata, Morpheus konfrontował się z własną śmiertelnością. Jego pokolenie zaczynało umierać i teraz będą pojawiać się częściej zaproszenia na pogrzeby, niż na śluby. Na ślubie Derwina pełnił rolę drużby. A teraz jego już nie było. Gula utkwiła mu w gardle, gdy tak stał, odziany w żałobny kir garnituru, który wyszedł z mody mugolskiej kilka lat wcześniej. Uniósł głowę na dźwięk swojego imienia, zmrużył oczy, aby odnaleźć jego źródło po oknach domostwa i dostrzegł ruszającą się firankę, pozostałość po osobie, która wezwała jego imię. Ruszył na spotkanie Brennie, którą poznał po głosie, bo nie zdążył zauważyć jej twarzy. — Brenna! — Odstawił kufer na progu i rozstawił ramiona, aby uścisnąć bratanicę. Wygląd dało się łatwo skopiować, wystarczył włos, aby zmienić się kompletnie w kogoś innego, dało się oszukać każde zabezpieczenia. Zgadzał się krok Morpheusa, zgadzał się uścisk, od których nie stronił, ale przede wszystkim zgadzało się to dziwne poczucie wpatrywania się i fakt, że Morpheus mrugał bardzo rzadko. Bardzo. Teraz też ciemne oczy śledziły znajdowanie młodej kobiety, jakby próbował samym wzrokiem dokonać sekcji, rozłożyć ją na części pierwsze i zajrzeć do połączeń układu nerwowego, aby z niego rozczytać przyszłość Brenny. — Nie wysłałem. Wieści o śmieci Derwina dotarły do mnie za późno. Jak trzymają się dziewczynki? RE: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Brenna Longbottom - 09.12.2023 Brenna nie wahała się wobec rzucenia w ramiona wuja: nigdy nie stroniła od kontaktu fizycznego z bliskimi, ba, często inicjowała go jako pierwsza. Była wysoka, nie tylko jak na kobietę, a uścisk miała pewny i silny – od razu zdradzający, że nie była delikatną panienką z dobrego domu, choć za taki niewątpliwie można było uznać ród Longbottomów. Czuła, jak z jednej strony zalewa ją ulga, że wrócił, bo jakoś lepiej się czuła mając wszystkich domowników w komplecie, z drugiej – i ją coś zdławiło w gardle, bo przecież z tego kompletu kogoś ubyło na zawsze, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, że on stracił brata, a teraz przyjdzie jej odpowiedzieć na pytania. Pytania trudne dla nich obojga, ale wymagające odpowiedzi, wymagające wytłumaczeń. Mocniej zacisnęła na moment palce na jego plecach, jakby w nadziei, że da mu to jakieś oparcie, nim wycofała się, choć jej dłoń zacisnęła się niemal natychmiast na jego dłoni. – Tak dobrze, jak to możliwe w takim przypadku. Dadzą radę, ale to nie będzie łatwe – wyznała szczerze. Bała się o Danielle, i bała się o Lucy, i próbowała z całych sił znaleźć równowagę pomiędzy zapewnieniem im wsparcia, a daniem przestrzeni na samotność i żałobę. Co nie było łatwe, bo to nie ona była aurowidzem czy jasnowidzem w tej rodzinie – ona widziała jedynie to, co już się wydarzyło – i bo pochłaniała ją praca oraz sprawa widm z Kniei. Jej przyszłość, jej plany, były chaosem. Nic nowego u Brenny, która zawsze planowała wiele, i jednocześnie zawsze zdawała się być w ruchu, a i miała talent do pakowania się w niebezpieczne sytuacje, chociaż teraz ten chaos narósł, i Morpheus widział fragmenty obrazów, z których ciężko było wyłowić coś jasnego, jakby zbyt wiele rzeczy kłębiło się w planach i przyszłości Brenny, aby łatwo dało się to poukładać. Był tam mroczny, mglisty las, a chwilę potem zupełnie inne miejsce, łąka, po której prowadziła za rękę swoją chrześnicę. Były krwawe znaki, wypisane na ścianie na miejscu jakiejś zbrodni – pewnie tu chodziło o prowadzone przez nią śledztwo. Była różdżka, i obraz Kniei, i człowiek o zakrwawionych dłoniach. I były wreszcie ruiny w Dolinie Godryka, i w nich obraz jakiegoś mężczyzny, który mignął i znikł – raczej nikogo, kogo zwykle widywałoby się pośród multum ludzi, przewijających się przez dom Longbottomów. – Spytałabym, jak było w Grecji i co odkryłeś, ale wiem, że i tak nie możesz odpowiedzieć, tajemnica Niewymownych i tak dalej. I pewnie sam masz masę pytań. Chodź, Malwa właśnie przygotowała kolację i herbatę. Chyba że nie jesteś głodny i wolisz najpierw iść na górę się przebrać i odpocząć? – spytała, ciągnąc go lekko w stronę kuchni. Jeżeli nawet dostrzegła tę uwagę jego spojrzenia, to, że mógł patrzeć nie tylko na nią, ale i na jej przyszłość, nie dała tego po sobie poznać. RE: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Morpheus Longbottom - 10.12.2023 Zwietrzałe papierosy oraz głębokie nuty bazy dębowego mchu i drewna z jego perfum przykleiły się nieco do koszulki Brenny, zupełnie jak nici przeznaczenia oraz powiązań pomiędzy ludźmi. Na chwilę ich aury zetknęły się w porozumieniu. Ona biczowała się, że to jej wina. On zgrzytał zębami, że nie wiedział, nie przewidział, że ciasno spleciona tkanina przyszłości nie wskazała mu odciętej nitki żywota. Już wiele lat wcześniej zaakceptował, że nie może dostrzec wszystkiego oraz że wiedza często jest przekleństwem. Nie odwiedzał Munga jeżeli to nie musiał, wolał nie widzieć pustki w przyszłości osób leżących w łóżkach, bo i tak niczego to nie zmieniało. Chociaż i teraz pełne chaotycznych wizji rozbryzgi przyszłych zdarzeń rozchlapały się w jego umyśle, malując najbliższą przyszłość Brenny krwią i magią, nie powiedział ani słowa. Mieszkał w domu aurorów i chociaż wielu mówiło o nich magiczna policja, on widział bardziej żołnierzy. Zwłaszcza w swoim domu. Brenna nie należała do wiotkich dam, które mogły zwichnąć sobie rękę od machania różdżką zbyt ekspresyjnie, o nie. Dużo bliżej jej było do swojej totemicznej wadery, do kobiety, która maluje usta czerwienią krwi tych, którzy jej urągają i wysyła pocałunki w stronę księżyca. Widział wielu aurorów, wielu którzy zginęli, którzy oszaleli, w każdym z nich tkwił potwór. Jeden go wychował. Po prostu jej miał też czerwoną pelerynę. — Nie piłem porządnej herbaty od miesięcy — stwierdził, jakby przytakując na jej słowa związane z Departamentem. Pozostawił kufer w sieni, zdjął jednak wypastowane na połysk buty i ułożył je, jeden obok drugiego, w ordynku, tuż obok bagażu, noskami do ściany. — Chciałbym tylko wybrać się na cmentarz. Pożegnać go. Co właściwie się stało? Bo z tego co zrozumiałem, zginął na służbie? — Pasują ci — wskazał głową na nowe blizny bratanicy, gdy słoneczne światło kuchni padło na odsłoniętą skórę kobiety. Longbottom wziął głęboki wdech, wchodząc do serca domu, która zawsze wydawała mu się zatrzymana w czasie. Tutaj zawsze zmieniał się w małego chłopca, który dopiero uczy się magii i kopie pod stołem swoich braci, strzela w nich groszkiem z widelca. RE: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Brenna Longbottom - 10.12.2023 Była Brygadzistką. Gliną. Nie aurorem nawet, dla wielu więc osobą, która wystawiała mandaty za źle zaparkowane miotły. Ale od dwóch lat myślała o sobie dokładnie tak, jak on: była żołnierzem, żołnierzem Dumbledore’a. Pchała się w te najpaskudniejsze śledztwa w Ministerstwie, a później wypełniała rozkazy, spisane ręką Albusa Dumbledore’a lub padające z ust Patricka Stewarda. Kiedyś nie chciała chwytać czarnoksiężników. Teraz nie miała czasu robić kursu ich łapania, bo była zbyt zajęta ściganiem takich. Nie musiała posiadać daru wuja, by wiedzieć, spodziewać się, dokąd biegnie jej ścieżka – że jej kraniec ma barwę czerwoną jak krew i zieloną jak światło avady kedavry. Żołnierze nie miewają długiej przewidywalnej długości życia, gdy trwa wojna. Derwin też był żołnierzem. – W takim razie musimy to zmienić – powiedziała Brenna, gdy weszli do pomieszczenia. Choć mieli salon i jadalnię, stół tutaj był długi, dostatecznie wielki, aby mogło pomieścić się przy nim kilka osób, jeżeli akurat kuchnia zwabi ich tu na śniadanie czy inny, szybki posiłek. Skrzatka już się tam krzątała, a na widok Morpheusa ukłoniła się, wyraźnie uradowana, i ledwo moment później podtykała mu już jego ulubioną herbatę, Brenna zaś stawiała przed nim talerz, naszykowanej moment wcześniej dla niej mięsnej potrawki. – To miło, że tak uważasz – stwierdziła, spoglądając odruchowo ku bliznom. Poza domem ukrywała je pilnie, mimo ciepła nosząc długie rękawy: ślady po tym, jak wampirzyca wyrwała ci kawał ciała i skóry to nie obrażenia, jakie łatwo wytłumaczyć. – Używam maści od Nory Figg, z czasem zbledną albo znikną. Opadła na krzesło, naprzeciwko niego. Dostrzegała pochylenie sylwetki, wyraz oczu i mogła się domyślać, że przechodził teraz to, co dotykało ich wszystkich przed miesiącem: gdy uświadamiali sobie, że Derwin nigdy już nie wejdzie przez kuchenne drzwi, nie opowie żadnego ze swoich nieśmiesznych żartów, nie ucałuje córek, nie wybuchnie głośnym śmiechem. I chciałaby z całych sił ulżyć mu jakoś, zabrać tę część cierpienia, ale nie potrafiła – nie było to przecież możliwe. Jedyne, co mogła mu zaoferować, to uścisk ręki i odpowiedzi na pytania. Prawda niczego nie ułatwiała. Odpowiedzi nie przynosiły ulgi. Ale ich brak potrafił doprowadzić do szaleństwa. – Voldemort zaatakował podczas sabatu Beltane – powiedziała cicho. Wypowiadała jego imię bez wahania, bo strach przed imieniem zwiększa strach przed tym, który je nosi, a oni nie potrzebowali już więcej strachu. – Chciał wedrzeć się do Limbo… i udało się mu to. Jego ludzie w tym czasie atakowali cywilów i pracowników Ministerstwa, by odwrócić uwagę. Domyślaliśmy się wcześniej, że coś się święci i poprosiłam parę osób, by były tego wieczora gotowe. W tym Derwina. Zginął zabity przez śmierciożerców, ochraniając przed nimi ludzi uciekających z terenu sabatu. Leży w rodzinnym grobowcu, mogę pójść tam z tobą, chyba że wolisz być sam. Spuściła na moment wzrok na plamę światła na swoim ręku, zastanawiając się, ile powiedzieć. Brenna rzadko kłamała – niemal nigdy. Ale snuła półprawdy, pomijała pewne informacje i bawiła się słowem iście po mistrzowsku. Tyle że przecież ktoś prędzej czy później i tak mu powie: nie mogła zmniejszyć jego bólu milczeniem. – Na koniec ataku wybuchła straszliwa wichura, przerwała nasze walki, a wiatr porwał jego ciało. Znaleźliśmy je dopiero kilkadziesiąt godzin później. Dopadły je… dziwne istoty, które pojawiły się w Kniei. Wciąż tam są. Zbieramy informacje o nich. Nie wchodź sam do lasu. Może w Departamencie Tajemnic powiedzą ci więcej. – Uśmiechnęła się do niego, bladym uśmiechem, pozbawionym zwykłej wesołości. – Żałowałam, że cię tu nie ma, musiałam ściągać innych Niewymownych do sprawy tych istot. RE: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Morpheus Longbottom - 10.12.2023 Usiadł na swoim miejscu, tam gdzie siadał od dziecka, jakby przypisane siedzisko. Czasami, gdy ktoś je zajmował, stał bez słowa nad nim, niczym omen, aż owa osoba zmieniła swój wybór. Przysunął do siebie spodek, dziękując skrzatce przy tym. Zamieszał w filiżance łyżeczką, tak aby nie stukać metalem o porcelanę. Słuchał, patrząc cały czas na Brennę i nie mrugając ani razu. Dopiero gdy skończyła, opuścił wzrok na swój Earl Grey zabielony mlekiem, oczywiście bez cukru. Wypuścił z płuc powietrze, które trzymał równie długo, co spojrzenie. Aż dziwne, że jego ciało nie walczyło z tymi odruchami pełnego skupienia. Myślał o ostatnim prezencie, jaki wysłał Derwinowi. Myślał o pierwszym. Dla niego. Od niego. Wciąż go miał. Zamierzał położyć go obok małego medalionu z puklem włosów matki i jej portretem, wykonany post mortem. Obok najcenniejszych rzeczy, tych, które bolą zbyt mocno, jeśli myśli o nich zbyt długo, więc wystawia się je na pokaz, na kominku w swoim pokoju, żeby nigdy nie musieć na nie patrzeć. W tym tkwi sekret, trzeba pozwolić przeszłości wtopić się w tapetę. — Przywiozłem wam ouzo, wino i słodycze. Te ostatnie dla Mabel też. I kilka pocztówek. Wyciągnął zza pazuchy marynarki papierosy i zapalniczkę. Zapalił, zaciągnął się dymem i popił go bawarką z pewnego rodzaju ulgą. — Przyjmę towarzystwo. Ciało nie było mu już potrzebne, nie przejmuj się powłoką, chociaż pewnie musiał to być straszny widok. Wiesz co to jest czy dowiem się z Departamentu? Przez chwilę milczał, znów mieszając. – Wyobraź sobie, że jesteś pierwszą starożytną osobą, która zdaje sobie sprawę, że ocean i łzy smakują tak samo. Wyobraź sobie, że twój smutek i fale mają ten sam smak. I wtedy dopiero sięgnął po łyżkę i zaczął powoli jeść. RE: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Brenna Longbottom - 10.12.2023 To tak do niego pasowało. Wspomnienie teraz o ouzo, o winie i słodyczach. I to było jedno z podobieństw tkwiących pomiędzy nimi, bo potrafiła zachować się bardzo podobnie. Uśmiechnęła się mimowolnie, bardziej szczerze niż chwilę wcześniej, chociaż przecież smutek zabarwiał tę rozmowę na błękitno, wisiał nad ich głowami. Chociaż myślała wciąż i wciąż, że Morpheus stracił brata. To prawda, sporo starszego, ale brata – mogła sobie wyobrazić ich wszystkich, przy tym stole, dzieci Godryka, zanim pojawiło się to nowe pokolenie. Nie mogła za to – nie chciała – wyobrazić sobie, co poczułaby, gdyby była na jego miejscu. Gdyby to Erik stracił życie. Zdawało się jej, że wtedy słońce nie powinno już wstawać. Ale przecież zawsze wstawało. I tak być powinno. – Jestem pewna, że bardzo się ucieszy – powiedziała miękko, i skinęła głową na kolejne słowa. Mogli iść na cmentarz już tej nocy albo któregoś dnia wkrótce – do grobowca, w którym spoczywała już matka Morpheusa i od wielu lat także jego starsza siostra. – To skomplikowane – wyznała z westchnieniem, kiedy spytał, czy wiedzą, co to jest. Spędziła cały maj goniąc za odpowiedzią na to pytanie. Przesiadywała w bibliotece, wchodziła do Kniei, rozmawiała ze specjalistami. – Nie wiem, ile wie sam Departament Tajemnic. Pewnie więcej niż ja, też dlatego, że sama wszystko, co wiem, im dostarczyłam. Ale wciąż za mało. To istoty, które nie są sklasyfikowane. Nie opisano ich w żadnych książkach. Przypominają dementorów: jak one żywią się życiem. Zabiły kilka osób, a kilka… postarzały. Ja… kupiłam dom w Kniei, w którym zamieszkały – powiedziała, uśmiechając się przy tym jakby trochę przepraszająco. Było to coś bardzo w stylu Brenny, wydać lekką ręką pieniądze na taką „nieruchomość”. – Od kobiety, którą dopadły i której ukradły parę lat życia. Myślę, że żerowały tam na jej rzeczach. Ona chciała odejść, ja chciałam wiedzieć więcej. Zabrałam tam paru pracowników z Departamentu. Nie wiem niestety nic więcej, poza tym, że są w lesie, i są bardzo mordercze. Uschnięte ciało wuja, przemienione w proch. Faktycznie już go nie potrzebował. Ale kobieta z Kniei, chłopiec, którego dopadły widma, dwójka z Doliny zabita na polu – oni wszyscy potrzebowali. Brenna nie mogła tego zignorować, a wciąż… dowiedziała się tak mało. – Smutek smakuje solą, ale nie odchodzi tak łatwo jak fale – powiedziała, wdychając zapach dymu, jego perfum, herbaty i kolacji, przygotowanych przez Malwę. – Nie zapadam się w tym smutku, Morpheusie. Morze mnie nie pochłonie. Nie miała czasu na pogrążanie się w poczuciu winy ani rozpaczy: nie miała ku temu nawet prawa. Nie, kiedy jej ojciec, Morpheus, Godryk, Danielle, cierpieli przecież bardziej. Spychała smutek na bok, oddając się zupełnie innym uczuciom. – Wolę ogień gniewu. Wojna dalej trwa. Zemsta? Nie, nie chodziło nawet o zemstę. Chodziło o ostatni uśmiech Derwina, o zapłakaną twarz małego ducha z Kniei, o rozpacz w oczach Danielle, o ranną Heather w ramionach Brenny. O to, by ich powstrzymać. O to, by to się nie powtórzyło. RE: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Morpheus Longbottom - 10.12.2023 Coraz bardziej żałował, że nie było go w domu aż tak długo, że zdecydował się na delegację w takim czasie. Tak daleko. Nawet jeśli teleportacja nigdy nie stanowiła dla niego problemu, pojawiał się jak upiór z cichym pyk, zupełnie nieporuszony miażdżącym wrażeniem ściskania i zwijania czasoprzestrzeni, to tak długie dystanse przekraczały dystanse nawet najpotężniejszych czarodziejów. — Płacą ci chociaż czynsz? — zapytał, przekrzywiając głowę na wieść o zakupionej nieruchomości, dość specyficznej, pół żartem, dla rozładowania nieco napięcia. W końcu to wynajmujący mieli wysysać siły życiowe z klasy roboczej, której nie było stać na wykupienie własnego mieszkania. — Bardzo dobrze. Morze zapomina i wybacza, ogień nie ma takiej łaskawości w sobie. — A powietrze tylko go podsyca. Oboje w swoim solarnym położeniu nosili symbol Gemini, dwojakiej natury, powietrznego znaku zodiaku. Gdyby nie postawił dawno temu wyraźnej linii swojej ciekawości na rodzinie, nawet jeśli czasami jego krew wrzała, wtrącając do więzienia jego umysłu niechciane informacje, nigdy nie szukał przyszłości najbliższych, czy to w kartomancji czy w horoskopach urodzeniowych i mapie gwiazd. Nie chciał wiedzieć pod jakimi gwiazdami byli zrodzeni Longbottomowie. — Rozejrzę się w tej sprawie. Nie zamierzam wyjeżdżać już w najbliższym czasie. O naszą i ich wolność. Potrawka smakowała tak jak zwykle, czyli doskonale. Tęsknił za znajomymi daniami, kuchnią Malwy i angielską herbatą. — W dni jak te wolałbym nie widzieć tego, co nadejdzie, aż tak jasno. RE: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Brenna Longbottom - 10.12.2023 – Wiesz, że Mavelle zapytała o to samo? Niestety, nie były zbyt rozmowne i ledwo wspominałam o opłatach za użytkowanie, próbowały mnie zamordować. Bardzo nieładnie z ich strony. Ale znikły już. Chciałam upewnić się, czy mogą żerować na rzeczach, więc wszystko stamtąd zabrałam i nie pojawiły się więcej – odparła, przyjmując ten sam ton. W sprawach naprawdę poważnych potrafiła tę powagę zachować, ograniczyć nieco liczbę słów wypływających z ust: ale zwykle wyrażała się żartobliwie i nieco nazbyt rozwlekle, często wypowiadając trzy zdania tam, gdzie ktoś zadowoliłby się jednym. Dwoista natura w pewnym sensie pasowała do Brenny, tak jak pasowała do Morpheusa, choć w zupełnie innym sensie. On miał jakby dwie twarze, inną dla rodziny, inną w pracy, i nosił maski, jak chyba wszyscy Niewymowni, kryjąc za nimi wiele rzeczy. Ona płynnie dostosowała się do okoliczności, równie szczera wtedy, kiedy w mundurze włóczyła się na Nokturnie, gdy w mugolskich, poszarpanych spodniach tarzała się po ziemi z psami, i kiedy na balu częstowała gości szampanem. Brano ją często za pajaca – i była w gruncie rzeczy tym rozgadanym pajacem – a potem schodziła w ciemność wampirzego grobowca. Bliźnięta. Powietrzny znak zodiaku. Była powietrzem, czy ogniem, od którego brała swoje imię? Ogniem, który raz ogrzewał, raz spopielał? – Mogę zagwarantować, że ja nie zapomnę. I pewnych rzeczy nie wybaczę – zapewniła, splatając dłonie na blacie. – Jeśli dowiem się czegoś więcej, poinformuję cię. Te potwory tkwią w końcu tuż za naszym płotem – powiedziała i odetchnęła. Wiedziała, że obecność Morpheusa nie zmieni tak naprawdę wiele, ale jednak po prostu dobrze było mieć go tutaj z powrotem. – Nie potrzebujesz za to jasnowidzenia, by wiedzieć, że nie będziemy po prostu siedzieć i niczego z tym nie robić. W końcu z popiołów rodzą się feniksy, prawda? – stwierdziła, obdarzając go uśmiechem. Morpheus nie był członkiem Zakonu, ale była nimi czwórka jego bratanków i siostrzeńców, dwóch jego braci, i dwoje współlokatorów. Nie był ślepy i nie był idiotą – musiał przecież wiedzieć, że wszyscy i po godzinach robią co mogą, by powstrzymać śmierciożerców. Szkoda tylko, że tak naprawdę mogli niewiele. – Poza tym? Mój ukochany brat udzielił wywiadu Prorokowi, w którym określił śmierciożerców wieloma nieprzyjemnymi słowami. Pochwaliłam go za to, ale musimy uważać bardziej niż kiedykolwiek, sprawdzamy więc regularnie czy ktoś nie obserwuje domu i staramy się nie poruszać po Dolinie w pojedynkę. Poza tym zamieszkał z nami Julien Fitzpatrik. Potrzebował schronienia. To miły chłopak, nie będzie na pewno wchodził ci w drogę. I naprawdę bardzo nie lubi śmierciożerców. Charles Rookwood – tak brzmiały prawdziwe imię i nazwisko Juliena. Ale tajemnica znana zbyt wielu osobom przestawała być tajemnicą, a biorąc pod uwagę charakter Longbottomów informacja, że przyjęli kogoś, kto potrzebował schronienia, nie powinna zaskakiwać. – I chyba ostatnie… to Departament Tajemnic pewnie też bada, więc też powinnam cię uprzedzić. Podczas Beltane doszło do dziwnego zjawiska i niektóre pary połączyła magiczna więź. Podobno da się to złamać, ale nie znam szczegółów – rzuciła lekko, jakby to nie było coś, co żywo ją interesowało i o czym starała się dowiedzieć więcej przez ostatni tydzień. RE: [01.06.07, zmierzch, Warownia Longbottomów] Co tu się wydarzyło? - Morpheus Longbottom - 11.12.2023 Nie dziwił się Erikowi. On miał swoje problemy, obciążany wizją stania się głową rodu w przyszłości, zwłaszcza teraz, gdy jego wuj zginął. Śmierć nadeszła ot, tak, nagle, bez zapowiedzi, bez czasu na pożegnanie, na uświadomienie sobie, że nadchodzi. To, że ojciec Morpheusa może niedługo umrzeć, było dość wiadome. Matka Morpheusa odeszła, a Godryka spowiła biel siwizny i postępująca starość. Jego dzieci już nie były najmłodsze, ich dzieci były dorosłe. Śmierć seniora rodu nadchodziła, niemal pewnik, tutaj umysł był pogodzony. Nadal smutny, nadal tragiczny emocjonalnie, lecz porządek życia. Nikt nie powinien grzebać swoich dzieci. Właśnie dlatego nie chciał mieć swoich. Zawsze powtarzał usilnie, że chce skupić się na swojej karierze zawodowej, że reszta jego rodzeństwa ma już dzieci, Brenna urodziła się, gdy był jeszcze w szkole, więc ślub nie jest mu do niczego potrzebny. Miejsce, do którego zmierzał, było tylko dla niego, i dla niego jedynie. Mgliste przestrzenie Departamentu Tajemnic, to co nieodkryte, to co w przyszłości. Liczył jedynie, że nie stanie się Cassandrą, księżniczką o darze profetycznym, której nikt nie wierzył. — Masz jeszcze gdzieś kopię? Chętnie przeczytam, co też mój bratanek wypowiada, kładąc na moim czole tarczę do celowania — zaśmiał się, bo chociaż uważał, że nie powinno się zbyt pochopnie wypowiadać na różne tematy, był dumny z Erica, za to, że tak wyraźnie stawia granicę między spaczonymi jednostkami o wrogiej ideologii od nich, którzy mogliby zostać uznani za sprzymierzeńców tego terroryzmu. I jemu Brenna kojarzyła się z ogniem, nawet jeśli zodiakalne należała do powietrza. I tutaj była ta dwoista natura, pomarańczowy to słoneczniki, to papryka, to cynamon, to brąz, to rozproszone światło słoneczne, ale to także rdza, to trucizna i to przede wszystkim ostrzeżenie. Pomarańczowy jest z natury kolorem, który mówi „Jestem piękny, ale na Boga, nie dotykaj mnie". Jej blizny o tym mówiły, roztrzaskane gwiazdy w srebrze i czerwieni, ordery prawdziwej waleczności, silna sylwetka i równie silny charakter. — Kochanie, nigdy nie miałaś być Atlasem. Odłóż na chwilę świat. Obiecuję ci, że nie upadnie — powiedział do niej cicho, sięgając swoją dłonią ku jej przez stół, aby ją uścisnąć. Wdrożyła go właściwie we wszystko. Miała dopiero dwadzieścia siedem lat, a całą sobą tkwiła w czarodziejskiej wojnie i rozdrabniała się na zadania w swojej pracy, dziwności świata, który szamotał ich życiami, bez względu na to, co działo się w problemach czynionych ludzką ręką. |