![]() |
|
[11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady (/showthread.php?tid=2397) Strony:
1
2
|
[11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Brenna Longbottom - 10.12.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz tajemnic IV To nie tak, że dom Longbottomów był jakimś obozem wojskowym i Brenna wyrywała Franka z łóżka skoro świt, żeby go zahartować czy żeby się nad nim poznęcać. Po prostu ranek - bardzo wczesny ranek, niedługo po świcie, czyli tak w okolicach piątej nad ranem - był tą chwilą, kiedy mogła znaleźć na trening trochę czasu. Zanim wpadnie do biura, a potem zajmie się pewną zakonną sprawą. A Frank w końcu miał wakacje, potem odeśpi, prawda? Poza tym zawsze uważała, że najlepiej ćwiczy się o świcie. Czekała więc na Franka i Alice bardzo wcześnie - gdy okazało się, że panna Greengrass chce dołączyć do treningu, Brenna miała odrobinę obaw, pamiętając jej koordynację ruchową na ziemi, ale nie protestowała - już w sadzie, w cieniu jednego z drzew. Miała za sobą dość krótki spacer z psami i kawę, obowiązkowy element każdego poranka. Stroju ochronnego zwykle unikała, jeśli nie był niezbędny, i teraz też go nie założyła, zamiast tego wybierając nieco znoszone, nie krępujące ruchów ubranie. Zrezygnowała z mieczy. Wiedziała, że to te robią największe wrażenie, ale nie były dobrą bronią "na początek". Zamiast tego z rodzinnej kolekcji wzięła szpady i jedną szablę, tę drugą bardziej by zademonstrować pewne różnice niż faktycznie zabierać się do takiego treningu. Wszystkie rzecz jasna zostały starannie zabezpieczone i wybrała te nieostre, bo Brenna doskonale wiedziała, że jeżeli spróbowałaby wręczyć taką broń dzieciakom, raz, na pewno zrobiłyby sobie krzywdę, dwa, matka by ją osobiście zamordowała. A potem Augusta by ją wykopała i ożywiła tylko po to, by zabić ją po raz drugi. Jeszcze nim tamta dwójka się pojawiła, tak dla rozgrzewki i by nie marnować czasu na bezsensowne stanie, złapała za szablę. Nią z broni władała najsłabiej – od zawsze wybierała raczej albo miecz, albo szpadę – i zaczęła wykonywać podstawowe sekwencje ruchów. Sześć cięć do ogniska cięć, prawa – lewa, góra – dół, środek. Prosta sekwencja, wykonana najpierw wolno, a potem szybciej i coraz szybciej. RE: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Alice Greengrass - 11.12.2023 Alice jak tylko się dowiedziała, że będzie mogła trochę pomachać mieczem wybłagała u swojego wujka, aby mogła jeszcze zostać u Franka na noc, aby być na czas i mieć pewność, że się nie spóźni. Pół nocy nie przespała oczami wyobraźni machając szpadelką, aby stoczyć pojedynek z Frankiem na cukierki i czekoladę. Jedno z nich dostanie czekoladę, a drugie cukierki – nie będzie przecież walczyć ze swoim najlepszym przyjacielem na śmierć i życie. Za bardzo kochała Franka, aby móc mu zrobić krzywdę. Jasne, czasem się z niego pośmiała, ale no nie przesadzajmy – kochała go. Obudziła się jako pierwszy, wskoczyła w swoje ulubione ogrodniczki, narzuciła pod spód żółtą koszulkę i wciągnęła wygodne trampki. Pognała natychmiast do pokoju Franka i nie pukając nawet wparowała do środka ściągając go brutalnie z łóżka i wyrzucając na chłód pokoju. – Wstawaj leniu! – zawołała – Brenna nie może długo czekać, no chodź – gdy już była pewna, że ten nie uśnie drugi raz wyszła z pokoju, aby mógł się w spokoju przebrać. Już nie raz widziała go w piżamie, bo często budziła go w Hogwarcie, gdy za długo spał w weekendy. Zeszła na dół, a tam spotkała skrzatkę Longbottomów. Poprosiła ją o herbatę i jednen tost dla siebie i Franka. Opowiedziała jej o tym, że dzisiaj będą mieli trening z Brenną i, że Frank to okropny leń, bo mają jeszcze godzinę czasu do umówionego terminu, a on nadal śpi. Była wręcz oburzona. Zapytała nawet skrzatkę, czy może jej pomóc, ale ta koniecznie chciała sama to zrobić, więc Alice grzecznie czekała na herbatę. Gdy w końcu wszystko stanęło przed nią szybko pochłonęła swoją porcję, a potem pojawił się Frank. Alice nie zamykała się buzia. Opowiadała o wszystkim i o niczym, aż w końcu Frank był gotowy i mogli pójść do sadu. Rudowłosa dziewczynka podskakiwała jak mały chochlik obok swojego przyjaciela delikatnie się już rozgrzewając, a gdy dostrzegła Brenne pomachała jej energicznie i w tym czasie jednak z jej sznurówek się rozplątała, a Alice padła na ziemię jak placek. – To było zamierzone! – zawołała i zawiązała szybko buta, tym razem porządnie. W końcu dotarła na miejsce spotkania i przywitała się z ciocią Franciszka. RE: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Frank Longbottom - 12.12.2023 Dom Longbottomów był obozem wojskowym, gdzie niczego winne dzieciaki wyrywało się z dobrego snu i ciągnęło wczesnym rankiem, już-zaraz skoro świt, na treningi szermiercze. Z początku nie miałem pojęcia, co się najlepszego dzieje, póki nie skupiłem swojego wzroku na podnieconej wiją treningu Alice. Dla mnie to nie było jakieś wydarzenie stulecia, szczególnie że przy Alice to musiałem sie naprawdę skupić by nie wyjść na amatora, ale dla niej... Wiedziałem, że jej się spodoba ten pomysł, więc wybłagałem ciocię Brennę byśmy mogli razem w szermierkę, a teraz trochę tego żałowałem, ale trochę też czułem satysfakcję, bo się tak super cieszyła, tylko też nie musiała być aż tak brutalna z tym budzeniem. Pacnąłem tyłkiem na podłogę, ale fakt faktem, że mnie to przebudziło skutecznie. Nie zamierzałem bardziej jej podpadać, a tym bardziej cioci Brennie, więc się czym prędzej ubrałem i zszedłem na śniadanie by mieć siłę walczyć, a tam było pełno Alice, pełno opowieści Alice i jej słów. Zażynała właśnie skrzatkę swoją osobą, ale nieźle dawała sobie radę. Trzymała się jeszcze na dwóch nogach, a ja uśmiechałem się pod nosem, sięgając ręką po tosta i ziewając przeciągle. Zasłoniłem przy tym usta, bo wychowany to ja byłem, ale zaspany, więc niestety nie mogłem się powstrzymać z drugim ziewnięciem. - A ty nie jesz...? - zapytałem Alice, nieświadomy, że ona w te parę minut zdążyła wciągnąć całe śniadanie. A kto wie...? Może tak naprawdę zwleczenie się na dół zajęło mi więcej czasu aniżeli mógłbym się spodziewać? Cóż, nieistotne, bo wstałem i za chwilę będę mógł spełnić jedno z jej drobnych marzeń. I choć to ja tu miałem z rana mniej energii i ledwo otwarte oczy, to właśnie Alice ponownie wylądowała na ziemi. Pomogłem jej wstać i nawet zamierzałem pomóc jej ze sznurówką, ale - oczywiście - była szybsza. Już chwilę później skakała w kierunku Brenny, a ja tylko patrzyłem oniemiały i odprowadzałem ją wzrokiem. Dobra, Longbottom. Obudź się. Trzeba się nieco ożywić by nie dostać bęcek od dziewczyny. To by zakrawało o niezłą ujmę na honorze, zdecydowaną porażkę. Choć też nie chciałem by Alice przegrała, więc... Plan był taki, trzeba to było zrobić tak, że będę wygrywał za wszelką cenę, a potem świadomie pozwolę jej wygrać żeby była dumna i zadowolona, o! - Dzień dobry, ciociu Brenno - przywitałem się z lekkim uśmiechem, poruszając swoimi nadgarstkami w ramach rozgrzewki. Alice to od rana dziesięciokrotnie zdążyła rozgrzać każdy mięsień swojego ciała, a ja... Ja rozgrzałem powieki, co by się nie zamykały. Zresztą, otworzyły się ożywione, kiedy zobaczyłem szpady. Miałem szansę na tym szkoleniu. RE: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Brenna Longbottom - 13.12.2023 Brenna opuściła broń, ledwo usłyszała, że dzieciaki wybiegają z domu. Uśmiechnęła się z odrobiną rozbawienia, widząc spektakularny upadek Alice i w duchu pogratulowała sobie wybrania po pierwsze broni stepionej, po drugie dodatkowo zabezpieczonej. Chociaż to nie tak, że planowała ich posyłać do pojedynkowania się ze sobą na pierwszej lekcji Greengrass. Frank miałby tu nieuczciwą przewagę, choćby dlatego, że już uczestniczył w takich zajęciach w przeszłości, nawet jeżeli nie tak intensywnie, jak kiedyś Brenna i Erik - wiedzeni zarówno uwielbieniem do tego "sportu", jak i wymaganiami ojca. Poza tym Alice trzeba było pokazać parę podstawowych chwytów... - Widzę, że jesteście pełni entuzjazmu, a przynajmniej jedno z was - skwitowała, gdy przybiegli, a potem przyklękła przed Alice na wilgotnej trawie, by upewnić się, że sznurówki obu butów są zawiązane porządnie i żadna z nich nie dynda tak, aby groziła przydepnięciem. Dopiero potem podniosła się, obdarzając ich oboje uśmiechem. - Będziemy ćwiczyć przede wszystkim ze szpadami - powiedziała. W jednej ręce trzymała wciąż szablę, ale w drugą ujęła szpadę, by je obie zademonstrować głównie Alice. Frank wszak tę broń już widział. - Szpada to szybkość, precyzja i zwinność. Łatwiej ją zbić, a cięcia nie są tak silne jak w przypadku szabli, ale zapewnia większy zasięg niż szabla i, przede wszystkim, wymaga mniejszej siły. Liczy się technika i nią... cóż, dźgasz - wyjaśniła,po czym odsunęła się o krok, by zademonstrować trzy proste pchnięcia. - Szable mogą wyglądać bardziej efektownie, nie wspominając o mieczach, ale potrzeba do nich zupełnie innej techniki. Choćby dlatego, że nimi... tniesz - oświadczyła, tym razem poruszając drugą ręką, powtarzając tę samą sekwencję, którą ledwo chwilę temu ćwiczyła. Po czym odrzuciła szablę, a szpadę obróciła tak, by zaoferować ją Alice. - Alice dopiero zaczyna. Dlatego dziś nie będziemy sięgać po miecze, bo najpierw powinniśmy się przekonać… jak wygląda twoja, hm, koordynacja przy szermierce, a szpada jest lżejsza i poręczniejsza – stwierdziła, uśmiechając się i sięgając po drugą szpadę. – Frank, pokaż Zielonej Damie, jak prawidłowo trzymać szpadę – powiedziała. Może było to absolutnie niewinne polecenie, mające na celu po prostu zaangażowanie Franka w trening i upewnienie się, czy po długiej przerwie nadal pamięta podstawy. A może w Brennie tkwił teraz jakiś diabeł, który realizował tutaj absolutnie diabelskie plany i dlatego nie ułożyła palców Alice na broni odpowiednio osobiście. Jej uśmiech w każdym razie był sympatyczny i niewinny. Kto by ją mógł podejrzewać o jakieś knucia, zwłaszcza wobec tego, jakim tłukiem była w pewnych sprawach, przynajmniej póki chodziło o nią? RE: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Alice Greengrass - 04.01.2024 – Już zjadłam głupolku – odpowiedziała zaspanemu chłopakowi, gdy dołączył do niej na śniadaniu. Poczekała niecierpliwie, aż zje. W zaspanym Franku było coś urokliwego, że jak na niego patrzyła to po prostu chichrała się pod nosem jak nienormalna. Dźgała go czasami w bok, gdy się zamyślił, aby wrócił do przytakiwania, aż w końcu był gotowy iść do Brenny. ~ * ~
Jej wzrok skupił się na broni, którą trzymała Brenna. Jej wujek też potrafił się pojedynkować taką bronią, ale nigdy nie myślała o tym, aby się tego od niego uczyć. W sumie Alice co chwile miała nowe zainteresowania, co chwilę szukała czegoś nowego do nauki, poznawania świata. Rok temu interesowała się malarstwem i całe wakacje chodziła umazana farbą. W tym roku chciała być wojownikiem, aby obronić swoją rodzinę i przyjaciół przed podłymi osobami, które zakłócały spokój magicznej społeczności. Alice może i była dopiero młodą nastolatka, ale czytała gazety, słuchała rozmów starszych uczniów i czasami podsłuchiwała rozmowy dorosłych, którzy znajdowali się wokół niej. Wiedziała o ataku na Beltane, o tym, że w Dolinie zrobiło się niebezpiecznie. Nie wiedziała na jaką skalę, bo nikt nie chciał zdradzać jej szczegółów, a gazety nie zawsze mówiły pełną prawdę, więc żyła w irytującej niewiedzy. – Dziękuję – odpowiedziała, gdy ta zawiązała jej buty. Na jej twarzy pojawił się rumieniec, bo odrobinę Brenna tym gestem ją zawstydziła. Nie lubiła swojej niezdarności, zdecydowanie lepiej radziła sobie na miotle. Tam nie musiała chodzić, siedziała przytulona do kija i lawirowała między powietrzem i tłuczkami, które śmigały po przestrzeni wokół niej. Tu na dole było zdecydowanie więcej zmiennych niż by mogła sobie zliczyć, wiele rzeczy ją rozpraszało, a to jakiś motylek, a to ktoś coś do niej krzyknął z dwóch różnych stron i tak to wyglądało, że nie dawała sobie rady utrzymać się na równych nogach. Gdy Brenna opowiadała jej o szabli i szpadzie śledziła jej ruchy uważnie. Czekaj, czekaj. Czym się dźgało? Mieczem się cięło tak? Pewnie tak samo jak maczetą do zbyt dużych chwastów. – A można walczyć w powietrzu? – za chichrała się cicho ze swojego żartu. Miała nadzieję, że Frank ją zrozumie. – Tam jestem zwinna – wyszczerzyła się. Wzięła od Brenny szpadę i obejrzała ją uważnie. Była śliczna, a potem jej wzrok padł na Franka. W końcu on mógł ją czegoś nauczyć nie? Pierwszy raz chyba byli w sytuacji, gdy to jej przyjaciel dowodził i wymyślał, co Alice ma zrobić. RE: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Frank Longbottom - 06.01.2024 W przeciwieństwie do ambicji Alice, ja wiedziałem, że moje miejsce w tej bitwie jest z tyłu szeregu, bo po prostu byłbym zbyt wielkim obciążeniem dla swoich bliskich. Mając za przeciwnika Lorda Voldemorta i jego popleczników, najlepiej miały się sprawdzić osoby wyćwiczone, doświadczone jak ciocia Brenna i wujek Erik... Właściwie, to naiwnie uważałem, że jeśli dojdzie do starcia, to ci źli byli na przegranej pozycji, ale w razie czego miałem w zanadrzu pełno roślin, które mogłyby pomóc lecznico, przyspieszać gojenie albo niwelować działanie niektórych trucizn. Medycy też byli potrzebni, a ja się uważałem za takiego domorosłego lekarza, bo już kilku rówieśnikom udało mi się pomóc, więc czemu by nie być gdzieś za kulisami... I na pewno za nimi zamierzałem za wszelką cenę zatrzymać rwącą się do walki Alice. Tam nie było jej miejsce. Przynajmniej jeszcze nie, bo nie wątpiłem, że skoro marzyła o byciu wojowniczką, to naprawdę mogła zostać w przyszłości niesamowicie wielką wojowniczką. Nie chciałem być tu jakimś złym siostrzeńcem, ale mogła przebić w swojej niesamowitości nawet ciocię Brennę, o ile nie wróci jednak do malowania. Chętnie powiesiłbym kolejne jej obrazy u siebie w pokoju i pozwolił zresztą pomalować wszystkie ściany, mimo że wolałem je zostawić jasne dla kwiatów. Nieco się skrępowałem, zawstydziłem, kiedy ciocia Brenna zauważyła moje zaspanie i, cóż, krótko je skwitowała. To nie było tak, że nie chciałem tego treningu. Bardzo chciałem. Z ciocią Brenną to ja mogłem spędzać non stop czas i robić dosłownie wszystko, ale była naprawdę wczesna pora i nie mogłem powstrzymać tego zaspania, chociaż na zewnątrz, na świeżym, porannym powietrzu było mi zdecydowanie lepiej, a też nie miałem w zwyczaju skakać w ekscytacji jak Alice... Alice była przy tym specyficzna, ale w taki dobry sposób specyficzna. Lubiłem to, że wszędzie było jej pełno. Pokiwałem głową na słowa cioci o szpadach, przegarniając grzywkę na bok, bo trochę mi już wchodziła do oczu i zasłaniała pole widzenia, chociaż bardziej uciążliwe było to, że wchodziła w oczy. Pokiwałem raz jeszcze głową i jeszcze raz ją przygładziłem, po czym złożyłem ręce na piersi. Tak, byłem w tym niemalże profesjonalistą. Może nie takim, co ciocia Brenna, ale swoje wiedziałem. Ciocia Brenna zdecydowanie miała lepszą postawę przy trzymaniu szpady niż ja, ale to dlatego że była bohaterką i miała większe doświadczenie, a ja byłem dzieciuchem. Z bronią musiałem wyglądać naprawdę zabawnie. Ja to widziałem czasami te ukradkowe spojrzenia wujka Erika. Na pewno się ze mnie śmiał do Dorki, ale wcale tego nie skomentowałem wtedy ani nigdy. Choć Alice się śmiała, zapewne żartowała, to ja jak najbardziej poważnie jej odpowiedziałem. - Jak najbardziej mogłabyś walczyć szpadą w powietrzu, ale najpierw musisz się nauczyć operować nią na ziemi, opanować teorię i techniki, obyć się z bronią, bo szermierka to nie zabawa, tylko sztuka wśród walk bronią białą, prawda, ciociu Brenno...? - odparłem, po czym dla pewności dopytałem ciocię, bo ja jednak miałem trochę przerwy, ale też swoje pamiętałem, bo jednak lubiłem szermierkę. Zdecydowanie bardziej mi to szło niż machanie mieczem, bo zużywało mniej energii i było bardziej strategiczne, choć w sumie strategia była potrzebna przy wszystkich właściwie. - Ale to powoli do przodu... Wpierw trzeba odpowiednio chwycić szpadę, byś nie uszkodziła nadgarstka i żebyś miała lepsza kontrolę nad szpadą - przyznałem, postępując tych kilka kroków w kierunku Alice. Nieco onieśmielony i przygarbiony, bo potrzebowałem jej poprawić palce, ale tak nie czułem się za bardzo na siłach, w kompetencjach... i też onieśmielony, no nie...? Złożyłem dłonie by strzelić knykciami, tak dla odstresowania się, dla odwagi, po czym odchrząknąłem. - Powinnaś... te palce... O tak - szepnąłem do niej, dotykając jej ręki. Była ciepła i delikatna. Szybko ją puściłem, szybciej niż powinienem, ale zaraz jeszcze niezręcznie poprawiłem jeden jej palcem. - Trzymaj ją jedną ręką. Pewnym chwytem. Wyprostuj się dumnie i wyobraź sobie, że szpada jest przedłużeniem twojej ręki, twoim palcem wskazującym, którym chcesz dźgnąć przeciwnika - odparłem tak nieco sztywno jak na żart, ale to miał być żart, dlatego się zaśmiałem. Krótko bardzo. Stanąłem obok niej prosto, udając, że mam szpadę w ręce, której nie miałem, ale zaraz też położyłem dłoń na jej plecach. Niewiele trzeba było poprawiać, bo Alice była typem sportowca, tylko że takiego niespokojnego sportowca. Obawiałem się, że szermierka mogła ją szybko znudzić. RE: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Brenna Longbottom - 07.01.2024 Przytyk wobec Franka był trochę nieświadomy, bo Brennę raczej rozbawił ogromny entuzjazm ze strony Alice. A słomiany zapał dziewczynki nijak jej nie przeszkadzał – nawet jeżeli miała wziąć udział w jednej czy dwóch lekcjach, nie widziała powodów, by jej tego bronić, bo ta w końcu się znudzi. Brennie wystarczyło, że Frank starał się być rzetelnym uczniem. W głębi ducha miała jednak szczerą nadzieję, że nigdy nie będzie musiał wykorzystywać tych umiejętności inaczej niż w ramach utrzymywania formy i przyjacielskich sparingów. Żadnego z nich nie chciała widzieć na pierwszej linii walki. I również gdzieś głęboko zdawała sobie sprawę, że bardzo prawdopodobnym jest, że gdy oni wejdą w dorosłość, Anglia nie stanie się ani trochę bezpieczniejszym miejscem. – Frank ma trochę racji, ale myślę, że jeżeli już atakować z powietrza, to lepiej zaklęciami albo nawet pałką czy na upartego szablą. Szpada wymaga precyzji – stwierdziła Brenna z odrobiną rozbawienia, wyobrażając sobie pannę Greengrass wywijającą szabelką kilka metrów nad ziemią. – W każdym razie, na początek odpowiednie ułożenie ręki i ruchy nadgarstka. Obserwowała ich spod lekko zmrużonych powiek. Patrzyła na te ruchy Franka, nagle nieśmiałe, niepewne, na szybko cofniętą rękę i gdzieś w niej narastało uczucie wobec tej dwójki. Cudowne dzieciaki. Gdyby tylko zawsze mogli być tak beztroscy, szczęśliwi i przede wszystkim bezpieczni. Niepotrzebnie martwiła się słowami Franka z Gabinetu Luster, obserwując ich teraz przecież nie potrzebowała umiejętności wuja Morpheusa, żeby wiedzieć, że ta dwójka prędzej czy później dojdzie do porozumienia. Nawet jeżeli nikt nie będzie próbował im pomóc. Jeśli nie teraz, to za kilka miesięcy, o ile zauroczenie nie wywieje Frankowi z głowy – ale w to Brenna wątpiła, bo większość członków ich rodziny, może poza Morpheusem właśnie, była dość stała w uczuciach… – Świetnie. To teraz pozycja szermiercza – zakomenderowała, czekając aż Frank również sięgnie po swoją broń. – Uzbrojona ręka ugięta w łokciu. Przedramię równolegle do podłoża. Łokieć w ten sposób w stosunku do biodra. Szpada… w ten sposób, pozycja trzecia. Druga ręka do tyłu, stopa skierowana do przodu, druga prostopadle… – wyjaśniała Brenna, sama przyjmując odpowiednią pozycję. Frank to wszystko z pewnością już wiedział, ale przecież nie mogła od razu rzucić Alice przeciwko niemu. – Może się wydawać, że praca ręki jest kluczowa… – dodała i poruszyła szpadą. – Ale równie ważna jest praca nóg – dodała, prostując nagle ramię i dość energicznie przesuwając się do przodu. – To był wypad. Ale zaczniemy od kroków… – stwierdziła, zerkając na Alice, bo miała wrażenie, że odskoki, doskoki, nie mówiąc już o rzutach szermierczych, to byłoby na początek za wiele. Nawet z zawiązanymi butami. – O, w ten sposób – oświadczyła, bardzo wolno pokazując odpowiedni ruch. RE: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Alice Greengrass - 07.01.2024 Alice raczej widziała siebie kogoś w połowie leczącego, ale też broniącego. Nie usiedziałaby na miejscu wiedząc, że komuś mogłaby się dziać krzywda, chciała lecieć, walczyć, stawać w obronie słabszych i już nie raz przywaliła jakiemuś Ślizgonowi za dręczenie uczniów muglskiego pochodzenia. Nie wychodziła z takich sytuacji bez szwanku, więc leczący Frank był idealną połówką jej istnienia. Czasami wychodziła z inicjatywą rozmów, zagadywania i rozwiązywania problemów bez siły, ale często to nie działało na takie osoby. Gdy do jej ręki wpadła broń pozwoliła Frankowi na ułożenie jej dłoni i sposobu trzymania jej. Na jej policzkach nadal malowało się zawstydzenie, ale tym razem spowodowane tym, że to jej przyjaciel dobierał jej to, co ma robić. Role się odwróciły, a Alice totalnie wyrwało z papci, gdy chłopak dotykał jej dłoni. Nie żeby się już nie trzymali za ręce. Greengrass nie raz targała go po Hogwarcie, czy Dolinie trzymając za dłoń, ale teraz była inna sytuacja. TO FRANK DOTYKAŁ JEJ DŁONI. Poczuła dziwny prąd i chichrała się znowu cicho oraz nerwowo. – To brzmi kusząco, ale masz rację Franku, najpierw ziemia, potem niebo – to zdanie mogłoby zabrzmieć groźnie, gdyby nie było wypowiedziane przez Alice, która nie za bardzo była świadoma tego jak mogły one brzmieć dla osoby dorosłej. Próbowała uspokoić rozkołatane serce słuchając tłumaczeń Brenny. Starała się powtarzać jej ruchy, trzymać odpowiednio szpadę jak pokazał Franek, ale jeszcze jej tak dobrze nie wychodziło. Podziwiała to jak jej przyjaciel sobie z tym radził i w serduszku czuła, że zaczynało jej się to podobać. Może częściej będą się razem w to bawić, uczyć się walczyć? Byłby to jedyny sport, który mogłaby z nim dzielić. W Quidditchu Frank nie był dobry, więc może szermierka będzie dla nich? – Dobrze? – zapytała, ale jej postawa nie była stabilna, chwyt nie był odpowiednio mocny, ale był też zdecydowanie za sztywny. Łatwo będzie można ją wywrócić. Spróbowała nawet powtórzyć to, co zaprezentowała Brenna, ale omal się nie wywróciła. Z jej ust wydostał się jedynie śmiech. – Z czasem będzie łatwiej, nie? – spojrzała na pozycje Franka, była ona lepsza od jej. Eh, ale mu zazdrościła. Pewnie on dzisiaj wygra. RE: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Frank Longbottom - 11.01.2024 Chwyciłem już pewniejszy siebie za szpadę. Nie miałem raczej problemu z odpowiednim jej trzymaniem, a przynajmniej ciocia Brenna nic nie mówiła, więc uznałem to za dobry znak, poza tym też nie chciałem zabierać czasu, tylko przejść do meritum - treningu. Wiedziałem, że poza porannym powietrzem, ruch też otrzeźwi mój umysł i już nie będę wyglądał tak jak właśnie wyglądałem. Poprawiłem grzywkę jeszcze i wyprostowałem się , odruchowo chowając lewą dłoń za sobą. Na nogi nawet już nie patrzyłem. Z reguły miałem problemy z koordynacją i zanim to opanowałem, to trochę potrwało, ale w końcu ogarnąłem, co gdzie i jak powinno się znajdować. Potem to już leciało jak z płatka, o ile za przeciwnika nie miało się starszego przeciwnika, który za wszelką cenę chciał wygrać. Na szczęście, w moich pojedynkach każdy mi dawał fory... Na szczęście albo i nie, bo te pojedynki cioci Brenny z wujkiem Erikiem bardziej zapierały dech w piersi, tylko że ciocia Brenna miała ostatnimi czasy mało czasu na takie sprawy. Niestety. Zerknąłem ukradkiem w kierunku Alice by sprawdzić jak sobie radzi. Byłem pewien, że szybko złapie zasady i tempo. Już jej szło... całkiem w porządku, jeśli wziąć poprawkę na to, że trzymała po raz pierwszy szpadę w swoim ręku. - Z czasem będzie łatwiej - zapewniłem ją ciepło, żeby się nie przerażała. Z czasem ze wszystkim szło lepiej, łatwiej, sprawniej, więc porzuciłem swoją pozycję by wrócić do niej, stanąć nieco bliżej by mogła brać ze mnie przykład. - Najpierw zwróć uwagę na nogi... O, patrz. Stań tak, w takim rozkroku, tylko na swoje możliwości... Żebyś czuła się stabilnie. Tak, jakbyś przyrosła do ziemi, ale tak nie do końca, bo jednak za chwilę będziesz się ruszać... Haha. Bądź jak roślina, która lubi spacerować - zaśmiałem się, bo zgubiłem się w tym porównaniu. Głupie, ale zabawne. Nawet ramiona wraz z piersią poruszyły mi się z tego rozbawienia, ale poprawiłem grzywkę i trąciłem jedną z nóg Alice brzegiem szpady. - Stabilnie, a potem zrób tak jak ciocia Brenna... Na razie nie patrz na szpadę, same nogi - stwierdziłem, nie unosząc też swojej szpady do gotowości, tylko zrobiłem tak na sucho te kroki do przodu. Może dzięki szermierce nie potykałem się tak często o swoje nogi? Może to też pomoże Alice...? Byłoby zdecydowanie... bezpieczniej. I stabilniej. - Roślina biega - odparłem zaraz rozbawiony, kiedy zrobiłem ten wypad do przodu. RE: [11.07.72, świt] Spod znaku płaszczcza i szpady - Brenna Longbottom - 12.01.2024 Nie miała uwag do postawy i ruchów Franka, te podstawy szermierki w końcu chłopak opanował już dość dawno. Chociaż podejrzewała, że po pierwszym treningu będą potem bolały go mięśnie, a bardziej skomplikowane rzeczy będzie musiał sobie przypomnieć - szermierka miała to do siebie, że była bezlitosna dla ciała, które zrobiło sobie dłuższą przerwę. - Jak na pierwszy raz nie jest źle - odparła Brenna dyplomatycznie na pytanie Alice. A potem odwróciła na moment wzrok, trochę rozbawiona, trochę rozczulona, kiedy Frank sam zabrał się za korygowanie błędów popełnionych przez pannę Greengrass. Nie chciała, by dzieciaki zobaczyły jej minę. Dopiero gdy on skończył, sama podeszła do Alice, by poprawić jeszcze pozycję ręki - bo ze wskazówkami odnośnie ruchów nóg młody Longbottom poradził sobie bardzo dobrze. - W ten sposób. Inaczej możesz ją zgubić, a to tak, jak wypuścić kafla - powiedziała. - Wykonaj ruch powoli, zwracaj uwagę na pozycję tylnej nogi. Krok. Krok... - mówiła, teraz sama nie demonstrując już ruchów, a skupiając się na tym, by pomóc Alice utrzymać właściwą postawę. Dopiero po kilku próbach cofnęła się i znów uniosła własną szpadę. - Może teraz Frank zademonstruje kilka podstawowych ruchów w ataku, a ja w obronie? - zaproponowała, wskazując przy okazji na siebie, by było jasne, że to ją miałby zaatakować. Po jej ustach błąkał się lekki uśmiech. Może chciała po prostu, by Alice zobaczyła, jak to wygląda, gdy już trochę umiesz. I żeby Frank nie znudził się nadmiernie, powtarzając same podstawy, których uczono go, kiedy miał jakieś dziesięć lat (i tak jak na Longbottoma dość późno, ale minęły od tej pory jednak lata). A może niecnie chciała pozwolić chłopcu trochę się popisać, pokazać, ile już potrafi i ogólnie wywrzeć odpowiedni efekt – bo na co dzień pewnie było to trudne, nie dlatego, że ustępował swoim rówieśnikom, a że był nieśmiałym chłopcem, który raczej zwykle pozostawał nieco w cieniu. Może oba. Chociaż czy była aż tak przebiegła… Jeśli Frank nie zaprotestował, przesunęła się na razie na bok, przyjmując odpowiednią pozycję. Sama nie atakowała – w końcu nie chodziło tutaj o prawdziwy pojedynek. |