![]() |
|
[11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem (/showthread.php?tid=2420) |
[11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Chester Rookwood - 11.12.2023 adnotacja moderatora
Sesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera. Od dnia zniknięcia Roberta, przypadającego na czas Beltane, Chester nakazał dyskretną obserwację posiadłości Mulciberów w niemagicznym Londynie na wypadek jego powrotu do rodowej siedziby. Interesował go jakikolwiek ruch w tych murach, nawet krótkie zapalenie lamp czy znajoma sylwetka w dobrze znanym mu gabinecie i w innych pomieszczeniach, w których interesujący go Mulciber mógł się pokazać. Pozostali domownicy nie znaleźli się w kręgu jego zainteresowań, jeśli nie mieliby spotkać się z Robertem poza tym domostwem. Nie miał z tym czarodziejem kontaktu od Beltane. Ich Mistrz nie wspominał o nim. Podjęte przez niego działania w końcu się opłaciły, bowiem tego poranka otrzymał informację o powrocie tego czarodzieja do domu, który nawet nie raczył nawiązać z nim ponownego kontaktu. Wzbudziło to w nim irytację, pogłębioną przez posiadaną wiedzę o zorganizowanym przez Czarnego Pana spotkania w Teatrze, w którym nie wziął udziału. Dotąd nie kwestionował woli swojego Mistrza, któremu wiernie służy jako prawica od początku zapoczątkowanej przez niego rewolty. Podjęta przez Czarnego Pana decyzja sprawiła, że poczuł się wykluczony i potraktowany jak szeregowy Śmierciożerca zamiast jak ktoś, kto stanął przy jego boku, jako jeden z pierwszych zdecydował się podążyć za nim i oddać mu na służbę większość swojej rodziny. Rodowa posiadłość stanowiła dla Lorda Voldemorta bezpieczne schronienie. Z wyruszeniem do niemagicznego Londynu, do dzielnicy Covent Garden, postanowił poczekać do wieczora. Przed zniknięciem Roberta spotkania wieczorem stanowiły niepisaną tradycję. Przez swoje pozostałe obowiązki siłą rzeczy podtrzymał jej istnienie. To również nie miało być towarzyskie spotkanie, które pod wieloma względami były im obce. Stając na progu kamienicy Mulciberów, uderzył mocno dłonią zwiniętą w pięść. Wzburzony nie pukał do tych drzwi w typowy dla siebie sposób, tylko walił do nich. Jeśli nie zostanie wpuszczony, rozważy wejście razem z tymi drzwiami. RE: [11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Robert Mulciber - 13.12.2023 Chester nie musiał długo czekać. Ledwie zaczął dobijać się do drzwi, te zostały otwarte przez skrzata, który wpuścił mężczyzne do środka. Może trochę zbyt pośpiesznie, ale przecież znał Rookwooda. Nie raz widział, jak wchodzi do gabinetu pana domu, w którym spędzali z Robertem długie godziny. Miał też wydane konkretne polecenia dotyczące osoby aurora, które - cóż za niedopatrzenie! - na ten moment odwołane nie zostały. - Poinformuje pana, że ma gościa. - odezwało się stworzenie. Zanim ruszyło na poszukiwanie Roberta, o ile tylko Chester się na ten krok zdecydował, skrzat odebrał od niego okrycie wierzchnie, umieszczając na wieszaku. Dopiero w następnej kolejności zostawił Rookwooda samego. Na dalszy rozwój wydarzeń, ten mógł poczekać w dobrze sobie znanym salonie. Usiąść na kanapie, fotelu, zatrzymać się przy jednym z okien bądź obok kominka. Cokolwiek uznał za odpowiednie. Tym co Chester mógł przy okazji zauważyć, było to, iż zamiast w kierunku gabinetu, skrzat udał się na piętro. Było to trochę nietypowe. Rookwood znał przecież Roberta na tyle, żeby być świadomym tego, że ten większość dnia spędzał jednak za biurkiem. Zbyt długo ściśle ze sobą współpracowali. Skrzat domowy znalazł go w sypialni, gdzie pomimo upomnień ze strony brata, Robert nie był w stanie tak po prostu odpoczywać. Zamiast leżeć w łóżku, znalazł sobie poniekąd absurdalne zajęcie, jakim było porządkowanie zawartości szafy. Tradycyjnie bez udziału magii. Przekładał ubrania w taki sposób, aby bezpośrednio obok siebie znalazły się te, które były w tym samym kolorze. - Panie? W reakcji na głos skrzata odwrócił się nieśpiesznie w kierunku drzwi wejściowych, trzymając w ręku koszule. - Przyszedł Pan Rookwood. Czeka w salonie. Nie tego się Robert spodziewał. Nie było to tym, czego potrzebował właśnie teraz. Wiedział jednak, że nie może go tak po prostu odprawić. Zbyć. Zwłaszcza po tym, co nie tak dawno temu miało miejsce w kromlechu. Zawiesił koszulę na wieszaku, umieścił na właściwym miejscu w szafie. - Zaraz przyjdę. - poinformował. Pozwolił na to, żeby skrzat poszedł przodem. Przekazał Chesterowi, że musi chwilę na niego poczekać. Sam potrzebował jeszcze chwili. Musiał się nastawić na to, że w tak krótkim czasie przyjdzie mu zmierzyć się z kolejną osobą. I pomyśleć, że wystarczyłoby zrezygnować z pomysłu jakim było związanie się z Henriettą... Podczas gdy Robert powoli zbierał się do wyjścia, skrzat ponownie pojawił się przed Chesterem. Kolejna rzecz, która z reguły się nie zdarzała. Do tej pory Robert chyba nigdy nie kazał mu czekać. Czy mogło to wzbudzić pewne podejrzenia? - Pan za chwilę zejdzie. - padło ze strony stworzenia. Zaraz po tych słowach, opuściło ono salon. Okazało się, że to za chwilę, zamknęło się gdzieś w okolicy 5 minut. Chester nie musiał czekać długo, ale też nie dało się powiedzieć, żeby Robert dołączył do niego jakoś tak szczególnie szybko. Kiedy pojawił się na miejscu, na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwykle. Porządnie ubrany, bez zarostu, starannie ułożone włosy. Dla niego odpowiednia prezencja zawsze miała dość duże znaczenie. - Chesterze. - przywitał się, przez chwilę rozważając czy powinni porozmawiać tu, w salonie, czy może tradycyjnie udać się do gabinetu. Ostatecznie uznał, że ta druga opcja to nieco lepsze rozwiązanie. - Przejdziemy do gabinetu. Nie czekając na reakcje aurora, skierował się w stronę słabo oświetlonego korytarza. W kierunku drzwi znajdujących się na jego końcu. Otworzył je. Skierował się w stronę swojego fotela. Nie tracił czasu na okazanie gościnności i innych takich. Nie sięgnął po alkohol, nie ustawił szklanek. Na biurku stała jedynie popielniczka z opartym o nią cygarem, które wcześniej zdążył zapalić. Chyba wczoraj? Nie było to istotne. - Zakładam, że mamy o czym rozmawiać. - za nic nie przepraszał, nie zaczynał od tłumaczenia się. Po prostu zajął swoje miejsce i czekał na to, co padnie ze strony tego, który był wiernym psem Czarnego Pana. Czy samego siebie mógłby nadal określać w ten sposób? RE: [11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Chester Rookwood - 21.12.2023 Zbyt długie czekanie na to aż skrzaci sługa wyruszy na otwarcie mu drzwi tylko bardziej zirytowałoby go. Obowiązujące w świecie czarodziejów gwarantowało panu nawet możliwość zabicia swojego skrzata domowego, jeśli taka była jego wola. Chester nie był panem jakiegokolwiek skrzata należącego do Mulciberów i nie miał takiego prawa. Gdyby jednak poczuł potrzebę wyładowania się na tym nędznym stworzeniu to Robertowi albo Richardowi mogłoby się to nie spodobać, aczkolwiek nie z tego względu że zrobiłoby się im żal losu skrzata domowego, lecz przez utratę przydatnego sługi nawet jeśli można było go zastąpić innym. Z tym wiązało się jednak trochę formalności, gdyż przydziałem tych istot zajmowało się Biuro Relokacji Skrzatów Domowych. Przez wzgląd na wyraźną awersję Mulciberów do Ministerstwa Magii nie powinien narażać ich na tak wielką niedogodność. Zadowalające dla niego było to, że jego nie spotkała równie wielka niedogodność i drzwi tego domu w dalszym ciągu pozostawały dla niego otwarte. Rookwood nawet nie zamierzał zniżać się do tego aby skinąć głową skrzatowi domowemu. Przekazał za to stworzeniu swoją pelerynę, rzucając tym okryciem wierzchnim z jego stronę z wyraźną nonszalancją. Zamierzał poświęcić mu tyle samo uwagi, co stojącemu w korytarzu stojakowi na parasole. Pozostał w swoim czarnym garniturze, w połączeniu z białą koszulą, na którą założył elegancką kamizelkę. Nie zwlekając skierował swoje kroki do dobrze znanego salonu, w którym zamierzał zająć jeden z foteli. Dla niego salon wyglądał dokładnie tak samo, jak podczas jego ostatniej wizyty w tym domu. Zmienną natomiast było to, że służący Mulciberom skrzat nie skierował się do gabinetu Roberta, tylko na piętro tego domu. Doskonale wiedział, że ten mężczyzna w swoim gabinecie spędzał większość dnia. Długotrwała współpraca pomiędzy nimi pozwoliła mu poznać pewne nawyki tego Śmierciożercy, doskonale widoczne podczas ich spotkań. Tworzyło to pewną rutynę. Przynajmniej tak było do dnia zniknięcia Roberta. Bo dzisiejsze spotkanie będzie przebiegać inaczej, niż wszystkie poprzednie. Chester nie potrafił przewidzieć, jak bardzo będzie się różnić od tamtych. Tak jak nie był w stanie określić, jak się zakończy. Nie dało się zignorować tego, że chyba po raz pierwszy Robert kazał mu czekać na siebie. Spoglądał na tarczę swojego zegarka kieszonkowego z dewizką, kiedy zmaterializował się przed nim skrzat przekazujący mu informację, którą bardzo chciał otrzymać. — Oby ta chwila nie trwała zbyt długo. — Westchnął podczas zatrzaskiwania wieczka zegarka, chowając go do kieszonki w swojej kamizelce. Konieczność odmierzania pięciu minut nie odpowiadała mu, w czym nie było nic dziwnego. Chester również przywiązywał ogromną wagę do właściwej prezencji i nie pozwalał sobie na nieodpowiedni ubiór. O ile od niego tego nie wymagała jego praca. — Robercie. — Podniósł się z zajmowanego przez siebie fotela. Krótko skinął mu głową w ramach powitania. — Ta rozmowa nie powinna odbywać się w tym salonie. — Podążył za tym czarodziejem w stronę należącego do niego gabinetu. Obserwował uważnie plecy Roberta. Zbliżając się do tego słabo oświetlonego korytarza musiał zwalczyć odruch sięgnięcia po swoją różdżkę, choć może powinien mu ulec. Przeszedł jako drugi przez otwarte drzwi. Po zamknięciu ich zbliżył się do biurka. Kolejną zmianą w charakterze ich spotkań było to, że gospodarz nie napełnił szklanek ognistą whisky. — Twoje... niestawiennictwo w dniu ataku na Beltane, twoja ucieczka i twój równie niespodziewany powrót do Londynu, będący bardziej przejawem głupoty, niż zdrowego rozsądku. Nasz Mistrz wyznaczył ciebie na swoją lewą rękę, co po prostu odrzuciłeś zaprzepaszczając wszystko, co osiągnąłeś do tej pory. Wytłumacz się z tego, co popchnęło cię ku zdradzie. Póki chcę cię wysłuchać. — Przeszedł od razu do rzeczy, dobywając w tym momencie swojej różdżki. Dzierżącą ją dłoń trzymał na razie opuszczoną wzdłuż ciała. W każdej chwili był gotów ją unieść, gdyby zaistniała taka potrzeba. W chwili obecnej wszystkie czyny Roberta rozpatrywał w kategorii zdrady, która powinna być karana śmiercią. Nie otrzymał takiego polecenia od swojego Pana i Mulciber nie musiał obawiać się tego, że zostanie przez niego zabity. Przez wzgląd na dawną współpracę dał mu możliwość wytłumaczenia się. Obecna sytuacja była jedną z tych, w których mogli skrzyżować swoje różdżki. Na to chciał być gotowy. Przez zostanie wykluczonym ze spotkania organizowanego przez Czarnego Pana w chwili obecnej nie potrafił powiedzieć czego ono dotyczyło, kto w nim uczestniczył, jak przebiegało i jakie były jego następstwa. Towarzyszące mu poczucie wykluczenia nie było czymś, o czym zamierzał porozmawiać z Mulciberem ani z nikim innym. Nie byłoby to rozsądne. Istniała zbyt duża szansa, że jego przemyślenia zostałyby uznane za kwestionowanie woli ich Mistrza i mogły dotrzeć do jego uszu. Dlatego postanowił zachować to dla siebie. RE: [11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Robert Mulciber - 26.12.2023 Nie tylko to spotkanie miało wyglądać inaczej. Ostatnie tygodnie doprowadziły do wielu zmian, nad którymi nie dało się tak po prostu przejść do porządku dziennego. Nie były one pozbawione znaczenia. Zdołały wywrócić do góry nogami dotąd poukładane życie Roberta. Czy poszczególne elementy układanki uda się ponownie umieścić w tym samym miejscu, które zajmowały wcześniej? Czy było to jeszcze możliwe? Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że salon nie był odpowiednim miejscem na rozmowę. Zwłaszcza, kiedy miała być ona przeprowadzona z kimś takim jak Chester Rookwood. Mężczyzna pełniący funkcje prawej ręki Czarnego Pana, nie zwykł zjawiać się tutaj bez powodu - po to tylko, żeby napić się whisky i poplotkować ze starym znajomym. Nie łączyła ich nigdy znajomość, która zakładałaby tego rodzaju spotkania. Taką zażyłość. Westchnął, kiedy Chester wyłożył wszystko, co zdawało się mu leżeć na wątrobie, następnie dobywając swojej różdżki. Czy obawiał się tego, że Rookwood będzie skłonny go zaatakować? Będzie chciał wyciągnąć konsekwencje? Tylko kompletny głupiec nie wziąłby takiej opcji pod uwagę. Skrajny idiota. Za takiego zaś Mulciber nigdy siebie nie uważał. Pozostało mieć nadzieje, że resztki dawnego autorytetu pozwolą jakoś wszystko załagodzić. - Odłóż tę różdżkę i po prostu siadaj. - mimo pewnych obaw, uzasadnionych, zaryzykował wydanie polecenia. Przyszedł tutaj po wyjaśnienia, więc jeśli faktycznie chciał je uzyskać, najprostszym rozwiązaniem była rozmowa i rezygnacja z wymachiwania różdżką. - Chyba, że Twoim celem nie jest uzyskanie wyjaśnień. Dla pewności również sięgnął po różdżkę, którą trzymał w kieszeni. Ubranie było zaprojektowanie tak, żeby noszenie przy sobie patyka nie stanowiło problemu. Potrzeba matką wynalazków i inne takie. Czasami wpływała też poniekąd na modę. Był przy tym wszystkim dość dyskretny i w przeciwieństwie do Chestera, nie wyciągnął różdżki przed siebie. Nie znaczyło to zarazem, że nie był przygotowany do posłużenia się zaklęciem obronnym albo jakimś prostym urokiem. Choć nie był wprawny w magicznych pojedynkach, oddanie skóry bez jakiejkolwiek walki nie wchodziło w grę. Nawet jeśli wdanie się w walkę z Rookwoodem miałoby go kosztować znacznie więcej niż auror mógł zakładać. - Dobrze, widzę że możemy przejść do konkretów. - odezwał się, kiedy Chester zdecydował się opuścić swoją różdżkę. Czy odetchnął z ulgą? Niekoniecznie. To był dopiero sam początek. Niczego jeszcze nie załatwili. - Niczego nie odrzuciłem, sprawy się zwyczajnie... skomplikowały. - zaczął tłumaczyć, sięgając jednocześnie do szuflady, w której nadal znajdywał się list. Powinien był zapewne pozbyć się go, ale jakoś tak nie był w stanie podjąć się tej decyzji. Przynajmniej do tej pory. Może celowo trzymał go na taką okazje, na potrzebę tego spotkania? - Moja żona... Henrietta natrafiła na coś, co nie było przeznaczone dla jej oczu. Jakimś cudem poradziła sobie z zaklęciami zabezpieczającymi gabinet i znalazła to. Twój syn niestety nie popisał się i nie zabezpieczył należycie korespondencji, a ja sam nie zdążyłem się tego wcześniej pozbyć. Byłem zajęty również innymi sprawami.- bez dalszych tłumaczeń, przesunął po blacie biurka list, który ponad miesiąc temu otrzymał od syna Chestera. Wiadomość nie była długa, ale mówiła zdecydowanie zbyt dużo. Gdyby udało się połączyć jej treść z wydarzeniami mającymi miejsce podczas Beltane, mieliby olbrzymie problemy. Nie tylko sam Robert, ale ludzie, do których Ministerstwo zdołałoby dotrzeć za pośrednictwem jego osoby - wiedzy, którą posiadał. Apisie,
ulotki trafiły do metra przy Walworth na Landgdale przy Perial Park. Equus - Po zapoznaniu się z tym listem, postanowiła uciec. Nie wiem czy wiedziała coś więcej, czy po prostu... postanowiła zaryzykować, może coś jej odbiło? Od pewnego czasu nam się nie układało i ta wiadomość musiała przelać czarę. Zapewne domyślasz się, że pozwolenie na to, żeby pozostała na wolności w momencie, kiedy coś takiego znalazło się w jej rękach, to olbrzymie ryzyko. Kobiety bywają zbyt nieprzewidywalne. - po tych słowach podniósł się, skierował w stronę szafki, na której znajdywała się karafka oraz dwie szklanki. Napełnił je whisky. Nie pytał czy Chester również chciał się napić, po prostu założył, że tradycyjnie nie odmówi procentów. Praktycznie nigdy tego nie robił. RE: [11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Chester Rookwood - 03.01.2024 To nie było wszystko, co leżało mu na wątrobie. Stanowiło to zaledwie ułamek tego. W tym momencie sprawa zniknięcia Roberta stanowiła pierwszy i najważniejszy powód jego wizyty w tym domu. Przyszedł tutaj z konkretnym nastawieniem, jednocześnie nie wiedząc jak to spotkanie się potoczy. Nie otrzymał jakikolwiek poleceń od Czarnego Pana. Nie mógł tego wykluczyć, że nie wszystko pójdzie po jego myśli. Nierozsądnie byłoby zakładać jakikolwiek brak oporu ze strony Mulcibera, To, że do niedawna byli wspólnikami nie powinno uśpić jego czujności ani złagodzić cechującą go bezwzględność. Słowa, jakie skierował do niego Robert, bardzo mu się nie spodobały. Pomimo tego, że zależało mu na otrzymaniu wyjaśnień, Mulciber nie był już na odpowiedniej pozycji do wydawania mu poleceń. Prychnął gniewnie. — Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś ostatnią osobą mogącą wydawać mi polecenia? Przyszedłem po wyjaśnienia, po usłyszeniu których zdecyduję czy wyciągnę konsekwencje z twojej... impertynencji. — Trwająca od wielu lat ich znajomość o specyficznym charakterze, niebędąca przyjaźnią, nie pozwoliła mu na wykrzesanie z siebie dozy pobłażliwości nawet względem Roberta. Postanowił usiąść tak aby móc wysłuchać tych wyjaśnień, które pozwolą mu zdecydować jak ma postąpić z Robertem. To musiało być naprawdę coś istotnego, aby wpłynąć na niego w takim stopniu, aby nie sięgnął po czarną magię z zamiarem użycia jej wobec Roberta. — Skomplikowały mówisz. Miałeś przejść do konkretów. — Stwierdził z nieukrywanym powątpiewaniem. Wypowiedziane przez Roberta słowa w tym momencie pozostawały pozbawionymi konkretów frazesami. Chester najbardziej nie lubił owijania w bawełnę. Obserwował sięgającego do jednej z szuflad biurka, jednocześnie słuchając tego co ma do powiedzenia. — W takim razie nie potrafiłeś zapanować nad własną żoną. Natomiast jeśli chodzi o mojego syna... zdyscyplinowaniem go zajmę się niezwłocznie po powrocie do posiadłości. — Chester doskonale wiedział, że w przypadku kobiet nie należało polegać wyłącznie na magii, jeśli chciało zabezpieczyć się swoje prywatne sprawy albo prowadziło się podwójne życie jako ktoś, kogo współcześni czarodzieje postrzegali jako terrorystów. Wyciągnął dłoń po spoczywający na biurku list. Postanowił go przeczytać, tym samym mogąc potwierdzić jego autentyczność - rozpoznał charakterystyczne pismo swojego pierworodnego. Nie zwrócił tego listu Mulciberowi - nie pytając gospodarza o pozwolenie postanowił schować go do wewnętrznej kieszeni marynarki. — Poza nieostrożnością mojego syna to chcesz mi powiedzieć, że twoje problemy małżeńskie, twój brak czasu i twoje inne sprawy mogły wywołać katastrofalne szkody? Zgadzam się co do tego, że nie można było pozwolić aby pozostała na wolności. Czemu mnie w to nie wtajemniczyłeś i dowiaduję się o wszystkim po fakcie, zwłaszcza że to dotyczy mojej rodziny? Czy zabiłeś swoją żonę? — Po raz kolejny zamierzał postawić sprawę jasno, bez wybielania swojej rodziny nawet jak ta pozostawała dla niego bardzo istotna. Dostrzegał powagę sytuacji i słuszność działań Roberta, jednak powinien zostać w to zaangażowany od samego początku. Co do tego nie miał żadnych wątpliwości. W pierwszej chwili chciał uczynić zadość tradycji i sięgnąć po szklankę z whisky, jednak przez wzgląd na obecną sytuację po raz pierwszy postanowił się od tego powstrzymać. Może później będzie bardziej skłonny ku temu. RE: [11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Robert Mulciber - 05.01.2024 Chester prychnął gniewnie. Nie krył się wcale z tym, że sytuacja mu nie odpowiadała. Zachowywał się w tym momencie zupełnie inaczej niż Robert, który mimo wszystkich tych ostatnich wydarzeń, nadal zdawał się pozostawiać w pełni opanowanym. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Powierzchownie? Ostatecznie był przecież u siebie. Znajdywał się na swoim własnym terenie. Posiadał przewagę własnej piaskownicy? - Zachowujesz się w tym momencie irracjonalnie. - pozwolił sobie wygłosić kilka uwag. Może niepotrzebnie drażnił Rookwooda, niepotrzebnie ryzykował, ale nie byłby sobą, gdyby ugryzł się w tym momencie w język. Tak po prostu. - Emocjonalnie? Jakbyś zaczynał właśnie tracić grunt pod nogami. - brązowe oczy śledziły każdy ruch, każdy gest Chestera, starały się wyłapać każdą zmiane w jego wyrazie twarzy, postawie. Robert uważnie go obserwował, dokonywał analizy? - Informujesz mnie o mojej aktualnej pozycji, ale zarazem żądasz wyjaśnień? Grozisz różdżką? Czyżbyś nie miał pojęcia o tym co dzieje się wokół Ciebie? Nie czuł się pewny swojego statusu? - drążył. Badał grunt. Nie potrzebował ze strony Chestera żadnego wsparcia, nie oczekiwał, że ten zrozumie, zaakceptuje, wykaże się pewną pobłażliwością. Choć zamierzał udzielić mu odpowiedzi na zadane pytania, wszystko wyjaśnić, nie oznaczało to, że zarazem zaakceptuje to, iż Rookwood sam siebie uważał za tego, który miał prawo w kontekście jego osoby podjąć jakiekolwiek decyzje. Czyżby w ostatnim czasie auror za bardzo urósł w swoich własnych oczach? Czuł się na równi z samym Mistrzem? Tłumacząc mu wszystko, opowiadając krok po kroku o tym, co wydarzyło się tuż przed samym Beltane, nie był w stanie wyrzucić tego rodzaju myśli z własnej głowy. Wracały, natrętnie niczym mucha, której nie dawało się łatwo odgonić. Pozbyć. - Moja żona, to mój problem. Musi Ci wystarczyć, że obecnie nikomu i niczemu nie zagraża. To się nie zmieni. - darował sobie reagowanie na znaczną część wypowiedzi Chestera. Nie widział takiej potrzeby. Postawił natomiast jasną granice w kontekście Henrietty. Rookwood nie powinien się tym interesować. On, Robert, był przecież w stanie sobie z tym należycie poradzić. Zaprowadzić porządek. - Co do braku informacji, to kwestia braku czasu i możliwości. Podczas gdy wy szykowaliście się do Beltane, ja musiałem gasić pożar w innym miejscu. Nie chciałem odciągać waszej uwagi od tego, co było istotne dla naszego Mistrza. O ile mi wiadomo, jego plany się powiodły? Tylko i wyłącznie to powinno się teraz liczyć. - wyraźnie zaakcentował ostatnie słowa. Zaznaczył, co miało w tym przypadku znaczenie. Jednostka nigdy nie powinna być ponad całą organizacją. Tak samo nie powinna stawiać siebie ponad Czarnym Panem. Każdy z nich, każdy czarodziej oddany Lordowi Voldemortowi, powinien być świadomym tego, że liczyło się wyłącznie wypełnianie jego woli. Realizacja planów. Celem Roberta zaś przez cały czas było jedynie dopilnowanie tego, żeby przez jeden błąd, wszystko na co pracowali nie posypało się nagle niczym domek z kart. RE: [11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Chester Rookwood - 09.01.2024 Jak się można spodziewać, Rookwood nie prosił Mulcibera o wygłoszenie jakichkolwiek uwag pod swoim adresem. Przez wzgląd na stare lata powinien zachować je dla siebie, tym bardziej że tak naprawdę nie był zainteresowany ich wysłuchiwaniem. Przez te wszystkie lata zdążył przekonać się, że Robert tylko w nielicznych momentach potrafił ugryźć się w język. — Wszystko mam pod kontrolą. — W ten sposób skomentował wszystkie słowa Roberta, któremu nie zamierzał przyznawać się do tego, co ostatnio miało miejsce. Do tego, że starał ukarać się swojego bratanka, do wszystkich incydentów, jakie miały w związku z tym miejsce, do tego że został wykluczony z zebrania zorganizowanego przez Czarnego Pana i zdradzenie się z tym, co o tym wszystkim sądzi. Powiedzenie prawdy Robertowi mogłoby okazać się jednoznacznym przyznaniem do tego, że sytuacja pozostawała poza jego kontrolą. — Zapewniam Cię, że doskonale wiem, co się dzieje wokół mnie i jestem pewien swojego statusu. Nie przeciągaj struny. — Prawda mogła być inna, jednak zamierzał utrzymać takie właśnie pozory. Robert posuwał się za daleko w swoich spekulacjach, zamiast po prostu dać mu to po co tutaj przyszedł. Przeciąganie struny przez Mulcibera nie skończy się dobrze dla niego albo nawet dla nich samych. Wolał tego uniknąć z tego względu, że nie otrzymał od Lorda Voldemorta jakiegokolwiek polecenia względem Roberta. Z tego względu każde rzucone przez niego zaklęcie byłoby formą samosądu zamiast być realizacją woli swojego Mistrza. — Twoja żona nie jest tylko twoim problemem, jeśli była w stanie odkryć coś, co nie było przeznaczone dla niej a miało związek z organizacją. Zapytam jeszcze raz. Czy zabiłeś swoją żonę? — Powiedział do niego z pewnym naciskiem. Żona Roberta mogła stanowić wyłącznie jego problem, jeśli to dotyczyło wyłącznie kwestii ich małżeństwa. W tym przypadku tak nie było. Zadane przez niego pytanie miało uzyskać co do tego pewność, że rozumieją w ten sam sposób to, że ta kobieta nikomu ani niczemu nie zagraża. Dla Chestera zamordowanie kogoś tak problematycznego jak Henrietta stanowiło najskuteczniejszy sposób na uciszenie kogoś. Rozsądek nakazywał mu nie pozostawiać tego w gestii samego Mulcibera. — Nadal nie usprawiedliwia to tego, że nie przekazałeś mi tych informacji w późniejszym czasie. Owszem, powiodły się. — Zauważył rzeczowo. Był w stanie poświęcić wiele po to aby należycie wypełnić plany Mistrza. Tego nie można powiedzieć o prywatnych planach samego Chestera, któremu nie udało się wykończyć swojej szefowej, ale one również wliczały się w to wszystko, co był gotów poświęcić w wyższym celu, jakim było wypełnienie woli Czarnego Pana. RE: [11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Robert Mulciber - 14.01.2024 Nieszczególnie interesowało go w tym momencie czego Chester chciał, a czego... cóż, wbrew przeciwnie. Rookwood naszedł go we własnym domu. Groził różdżką. Wymagał udzielenia odpowiedzi na pytania dotyczące kwestii, które powinny być mu znane z racji na pełnioną funkcję. Swoim zachowaniem starał się podkreślać swoją wyższość. To ostatnie szczególnie Roberta drażniło. Zabijało w nim resztki... resztki czegoś na kształt szacunku, które względem mężczyzny posiadał. - Skoro jesteś we wszystkim doskonale zorientowany, nie widzę potrzeby dalszego informowania Ciebie o tym, co miało miejsce w maju. - skoro Chester zamierzał upierać się przy swoim, Robert niczego ułatwiać mu nie zamierzał. Owszem. W pewnych kwestiach nie mógł mu odmówić. Zmuszony był się podporządkować... ale, żeby z tego skorzystać, Rookwood musiałby wiedzieć, o co należało pytać. Na ten moment Mulciber miał podstawy do tego, żeby założyć, iż ten nie we wszystko został wtajemniczony. Z czego to jednak wynikało? Czym sobie Rookwood na to zapracował? - Moja żona jest w tym momencie wyłącznie moim problemem. - powtórzył, kolejny raz sprzeciwiając się temu, czego wymagał od niego Chester. W chwili obecnej nikt nie zobowiązał go do pozbycia się Henrietty. Nie zrobił tego sam Mistrz, który miał taką możliwość zaledwie dzień wcześniej. Czarny Pan wiedział wszystko. Robert był przekonany, że nie umknęło mu nic, czym powinien był się zainteresować; czym należało się odpowiednio zająć. - Gwarantuje Ci, że pozbycie się jej nie jest czymś, o czym powinieneś decydować osobiście. - dodał, zakładając że taki dobór słów pozwoli na to, żeby Rookwood zrozumiał przekaz. Właściwie go odczytał? Jeśli doda sobie do tego coś więcej, dopuści się nadinterpretacji, będzie to już jego problemem. Nie samego Mulcibera, który przecież nie skłamał. Nikogo nie starał się oszukać. - Uważaj na słowa, Rookwood, nie byłeś kimś, przed kim w tamtym czasie odpowiadałem. Współpracowałem z Tobą, ale nie byłem Twoim podwładnym. - zwrócił uwagę na ten drobny niuans. Może i Chester był prawą ręką, ale nigdy nie był jego zwierzchnikiem. Mistrzem? Będąc jednym z najbardziej oddanych ludzi Czarnego Pana, Robert odpowiadał zawsze przed nim. To jemu był oddany. To on miał prawo podejmować decyzje dotyczące jego osoby, wydawać mu polecenia. W żaden sposób by ich nie kwestionował. Tylko czy aby na pewno? Czy gdyby Tom kazał mu skoczyć w ogień, zrobiłby to? - Właściwa osoba wie wszystko. Zna każdy szczegół sprawy. Zawsze możesz zgłosić się do Mistrza, poprosić o udzielenie niezbędnych informacji. - dodał jeszcze, wskazując na kierunek, w którym Rookwood powinien się udać. Działać? Być może wiele ryzykował, ale na chwilę obecną... co więcej mógł zrobić? Najpewniej jedno, wielkie nic. - Jeśli nie masz kolejnych pytań, nie zamierzasz mi dalej grozić, możesz opuścić mój dom, Rookwood. - zakończył, podnosząc się z miejsca. Z zajmowanego dotąd fotela. Tak jakby chciał odprowadzić gościa do drzwi. Pożegnać? O ile tylko ten żegnać się zamierzał. RE: [11.06.1972, Covent Garden] Listonosz zostawiłby awizo, ale ja nim nie jestem - Robert Mulciber - 24.01.2024 Spotkanie będące następstwem niezapowiedzianej wizyty, jaka została złożona przez Chestera, przebiegło w sposób, do którego obydwaj nie byli przyzwyczajeni. Zarazem obydwaj też za taki obrót wydarzeń odpowiadali. Jeden zaczął, drugi zaś nad wyraz chętnie dolewał oliwy do ognia. Ostatecznie doprowadziło to do zakończenia relacji, która łączyła ich od lat. Końca współpracy, momentami naprawdę owocnej. Siedząc za swoim biurkiem, już sam, Robert nie był w stanie odmówić sobie alkoholu. Nieistotne było w tym przypadku, że zaledwie kilka godzin temu doszedł do siebie po wczorajszych wydarzeniach. Dla niego wszystko się skomplikowało. Zmieniło. Zmuszony był do tego, aby na nowo odnaleźć się w rzeczywistości, która po powrocie z Francji zdawała się wręcz obca. W dodatku nieszczególnie przypadła mu do gustu. Wszystko zdawało się na opak. Wszystko zdawało się być na nie swoim miejscu. Tylko czy kolejny raz wlewając w siebie zdecydowanie zbyt duże ilości alkoholu, był w stanie cokolwiek zmienić? Wyprostować? Naprawić? Jeśli w najbliższym czasie nadal będzie to wyglądać w taki sposób, najpewniej upadnie wreszcie na tyle nisko, żeby wysłać do Chestera list, w którzy podzieli się tym, co obecnie o nim myśli. Brzmiałoby to mniej więcej: Chester, Chester, Ty chuju. Poezja najwyższych lotów. Koniec sesji
|