![]() |
|
[07/1972] Relacja: Kochankowie - Desmond & Diana - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [07/1972] Relacja: Kochankowie - Desmond & Diana (/showthread.php?tid=2426) |
[07/1972] Relacja: Kochankowie - Desmond & Diana - Desmond Malfoy - 13.12.2023 Restauracja Vivre la vie Desmond Malfoy & Diana Mulciber Gdy nareszcie dostrzegł w tłumie Dianę Mulciber, nie mógł powstrzymać się przed nieszczególnie dyskretnym zerknięciem na tarczę drogiego zegarka. Kiedy punkt czwarta zmaterializował się przed neoklasycznym, niepozornie wąskim frontem restauracji, czuł się świetnie przygotowany do tego spotkania, lecz teraz, po trzynastu minutach czekania, jego oczy wydawały się szczególnie nieobecne. Myślał o radach, których udzieliła mu Severine, ale większość z nich już teraz okazywała się zbyt powierzchowna. Gdy opowiadała mu o tym, jak powinien się zachować, co powinien zrobić, wszystko to wydawało się takie klarowne i proste, jednak już w tym momencie natrafił na nieoczekiwane uczucie — na irytację. Dlaczego Mulciber przyszła spóźniona, skoro to ona zaproponowała spotkanie? Czyżby jednak nie chciała na nie przyjść? Może jej intencje były jeszcze bardziej pokrętne, niż wstępnie się spodziewał? – Witam panią – powiedział beznamiętnie, obdarzywszy ją wzorowo uprzejmym uśmiechem. – Świetnie pani dziś wygląda. Jeśli obserwowała go wystarczająco uważnie, byłaby w stanie dostrzec, że ani razu nie spojrzał poniżej jej szyi. I nie wyglądało, jakby teraz zamierzał to zmienić. – Obawiam się że. Musimy. Się pośpieszyć. Żeby rezerwacja nie przepadła. Wnętrze Vivre la vie było jasne, bardzo jasne. Gdyby nie rzeźbione łuki i sklepienie, oraz miriada obrazów w złotych ramach dekorujących ściany, mogłoby nawet wydawać się sterylne. Recepcjonista przywitał ich i, po dopełnieniu zupełnie zbędnych formalności, poprowadził ich na pierwsze piętro, do niewielkiego stoliku przy wysokim, zdobionym oknie. Desmond poczekał grzecznie, aż mężczyzna odsunie krzesło dla Diany i z niezręcznym skinieniem głową zasiadł naprzeciwko niej. Nim poświęcił kobiecie swoją uwagę, odprowadził recepcjonistę dziwnie intensywnym spojrzeniem. – Na co masz ochotę – zapytał monotonem, samemu biorąc do ręki kartę win. – Mus z wędzonego łososia podobno jest. Wyśmienity. Wodził wzrokiem po liście czerwonych win, choć właściwie nie miał ochoty na żadne z nich. Napiłby się drinków z ginem. Przynajmniej zadziałałyby szybko. RE: [07/1972] Relacja: Kochankowie - Desmond & Diana - Diana Mulciber - 04.06.2024 Na spotkania towarzyskie Diana Mulciber nigdy nie przychodziła o czasie, tym bardziej jeśli były one towarzyskimi spotkaniami z płcią męską, wobec której snuła szemrane plany. Nie miała pojęcia jak dobrze Desmond Malfoy operował językiem wysublimowanych godów, jak dobrze odnajdywał się w świecie abstrakcyjnych, niepisanych zasad, dwuznacznych spojrzeń oraz wykraczających poza wersy metafor. Nie oczekiwała wiele po młodzieńcu, o którym wiedziała właściwie tyle, że skończył szkołę i nie był uwikłany do tej pory w żaden publiczny skandal, o którym słyszeć mogłaby londyńska socjeta. — Przebacz mi proszę drogi Desmondzie — kajała się z teatralną egzaltacją pozbawioną szczerej skruchy, gdy tylko dotarła na miejsce. Świdrującymi ślepiami przetaksowała jego sylwetkę, wieńcząc swoją lotną analizę urokliwym uśmiechem. Cokolwiek ujrzała, ewidentnie sprawiło, iż oczy jej zabłysły tajemniczą poświatą. — Och, oczywiście. Pospieszmy się — odparła, jakoś trawiąc rozbawienie, które chciało rozbujać jej gardło. Nie przywykła do utraty czegokolwiek, czego dało się obrzucić galeonem oraz kupić. Mulciber się nie odmawiało, Mulciber się nie przepędzało...och, chyba że była akurat bardzo niegrzeczna, ale tego Desmond nie musiał się dzisiaj obawiać. Nie znała go na tyle dobrze, aby swobodnie ćpunować i wciągać kokainę w przerwach między przystawkami. — Może być i mus. Resztę wybierz sam — stwierdziła, oprószona cieniem zobojętnienia, które wnet odcumowało od brzegu, gdy tylko w jej ręce wpadła karta win. Od razu zamówiła butelkę dobrego Chardonnay, bo jeśli na czymś cenionym towarzysko miała się znać, to na trunkach. — Wiesz dlaczego do ciebie napisałam, prawda? — zapytała, a jej zęby na ułamek sekundy błysnęły w szerokim, drapieżnym uśmiechu. W międzyczasie, wysunęła bibułkę papierosa i wetknęła ją między miękkie wargi, czując niedługo później na ich wzniesieniach lekkie, przyjemne ciepło. Obserwowała sterylność obecnego pejzażu, zaciągając się gryzącym gardło tytoniem, a kłęby dymu wypuszczane przez wargi zasnuwały przed nią jego sylwetkę szarością przypominającą gardziel pogorzeliska. Ktoś mógłby uznać jej motywacje za błahe, niepoważne, impulsywne, może wręcz zniecierpliwione. Ale nie ona. |