Secrets of London
[07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine (/showthread.php?tid=2448)

Strony: 1 2 3


[07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 15.12.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic

—07/08/1972—
Pola na obrzeżach Little Hangleton
Erik Longbottom & Geraldine Yaxley



Mówi się, że wypadki chodzą po ludziach. Ponoć niektórych nawet nie da się uniknąć. Można próbować oszukać przeznaczenie, jednak te zawsze znajdzie sposób, aby uprzykrzyć człowiekowi życie, jeśli już ma taki zamysł. Erik nie miał pojęcia, co sprowokowało los do tego, aby zemścić się akurat na gospodarzach spod Little Hangleton, ale szczerze im współczuł. Wprawdzie jego rodzina miała tylko mały sad i nie miała zbyt wiele wspólnego z uprawianiem ziemi, tak dzieciństwo w Dolinie Godryka nauczyło go, że niektórzy byli nad wyraz przywiązani do swojej ziemi. Do swojego dziedzictwa, pasji i dumy.

Pierwszy raz widzę coś takiego — przyznał z nietęgą miną, drapiąc się raz po raz po politycy. Zerknął na Geraldine, a potem na rozciągające się w dolinie poniżej pola, nie bardzo wiedząc, jak skomentować ten widok. — Zupełnie jakby ktoś zrzucił z powietrza jakiś tuzin zaklęć wybuchających. I to tych bardziej zaawansowanych, które stosuje się przy wyburzaniu budynków.

Według doniesień mieszkańców jeszcze parę dni temu wszystko było w porządku. Nic nie zwiastowało nadchodzącej katastrofy. Wszystkie było posiane zgodnie z planem, nie zauważono żadnych odstępstw od normy. Gleba przyjęła nasiona, zaklęcia wspomagające wzrost również nie napotkały większych oporów ze strony natury. Magiczne i niemagiczne roślinki rosły sobie spokojnie i czekały na okres zbiorów.

A potem w jedną noc cała praca okolicznych gospodarzy poszła na marne. Ziemia była rozorana, na polach widniało sporo głębokich na kilka metrów dziur. Resztki roślin były albo ponadgryzane, albo zmieszane z glebą, nie pozostawiając najmniejszego śladu po ich naturalnym kolorze czy zapachu. W powietrzu unosił się ciężki smród, który drażnił nos i gardło. Zupełnie nie pasował do tej dolinki.

Myślałem też o sklątkach tylnowybuchowych albo nie wiem jakimś... Wielkim krecie — kontynuował z sarkazmem, wkurzony własną niewiedzą. — Miałaś kiedyś z czymś takim do czynienia?

Dla Longbottoma pola wyglądały jak jedno wielkie pobojowisko, przez które przetoczyło się stado czegoś... ogromnego i głodnego. Mimowolnie dopuszczał też do siebie możliwość, że mogło dojść do jakiegoś incydentu związanego z magicznym artefaktem. Nie dziwił się, że ludzie postanowili zgłosić się do Ministerstwa Magii. Po Beltane, po tym, co się działo w Kniei, pewnie nie chcieli ryzykować. A w tych czasach nie wiadomo, co się dzieje pośród wzgórz, które nie są przez nikogo monitorowane.

Ehh... Może to jednak sprawa dla Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof? Albo któregoś z biur w Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami? — zaczął gdybać na głos, chociaż na dobrą sprawę niewiele mógł na to poradzić. Sprawa została mu już przydzielona, a gdyby zawnioskował o jej przekwalifikowanie, to zapewne po transferze do innego departamentu wylądowałaby na samym dole listy priorytetów. — Próbowałem rozmawiać z mieszkańcami, zanim się z tobą skontaktowałem. Nic nie słyszeli, nic nie widzieli. Z tego co wiedzą, do tego „ataku” doszło w późnych godzinach nocnych.



RE: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.12.2023

Lato przyniosło wiele zmian. Niektóre konsekwencje po wydarzeniach podczas Beltane nadal dawały o sobie znać. Geraldine doszły słuchy o różnych, dziwnych przypadkach. Miała sporo zleceń, no i te nieszczęsne widma w Dolinie. Sporo się działo, ostatni czas był dla niej naprawdę pracowity, bo coraz więcej osób potrzebowało łowcy potworów. Cieszyło ją to, ale również nieco martwiło. W końcu sama nie będzie w stanie złapać ich wszystkich, a szkoda by było, żeby komuś stała się krzywda przez to, że nie miał kto im pomóc. Profesjonalistów, jak ona było coraz mniej. Czarodzieje woleli ciepłe posadki w ministerstwie, nie wszyscy chcieli sobie brudzić ręce w błocie.

- Też nie widziałam czegoś takiego, przynajmniej nie w Anglii, może w Egipcie dawno temu, ale nie tutaj. - Miejsce wyglądało, jak istne pobojowisko, jakby komuś nie udał się tutaj jakiś eksperyment, może wybuchł nieudany eliksir, albo ktoś się uczył rzucać bombardy, ale mu nie wyszło.

- Nie wiem tylko po co ktoś miałby to robić, mam wrażenie, że ziemia daje znać o swoim niezadowoleniu. - W końcu w czarodziejskim świecie trwała wojna, może i natura miała tego dosyć? Kto właściwie wiedział, jak dokładnie działał ten świat.

Z tego, co opowiedział jej Erik, to wydarzyło się to praktycznie z dnia na dzień. Nie miała pojęcia, jak mogło do tego dojść. Trzęsienie ziemi? Tylko jakim cudem, zazwyczaj zdarzały się one w miejscach, w których stykały się ze sobą różne płyty tektoniczne. Miała wrażenie, że coś kryje się w głębi i nie stało się to samo. Dobrze by było sprawdzić teren i ustalić, co lub kto za tym stał. Z entuzjazmem przyjęła propozycję Erika, chętnie towarzyszyła mu w oględzinach terenu. Cieszyło ją to, że ufał jej na tyle, że postanowił skorzystać z jej pomocy. Zaufanie w czasach, które trwały nie było czymś oczywistym.

- Sklątki? Jeśli one byłyby za to odpowiedzialne, to musiało by być ich tutaj baaardzo dużo, nie spotkałam się jeszcze z takimi ogromnymi szkodami w miejscach w których one bytowały. - Nie wydawało jej się, żeby to one zaszkodziły temu miejscu, jednak może to była jakaś anomalia? Nie powinni wykluczać póki co żadnej wersji. - Wielki kret? Tak właściwie, to kto wie, co może siedzieć pod ziemią. - Było to jakieś podejrzenie, tyle, że przez lata swojej łowczej kariery też jeszcze nie spotkała takiego stworzenia.

Geraldine rozglądała się po okolicy w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów. Co chwila nachylała się nad ziemią, żeby sprawdzić, czy uda jej się znaleźć jakikolwiek trop, czy znak.


Odkryj wiadomość pozafabularną
percepcja
[roll=Z]
[roll=Z]

- Po co ci ktoś z biura kontroli nad magicznymi stworzeniami, jeśli masz mnie? - Rzuciła zaczepnie, widać było, że jest pewna siebie i nie zamierza komukolwiek już teraz przekazać tego zadania skoro się tutaj pojawiła. Nie spocznie dopóki nie znajdzie sprawcy winnemu temu całemu zamieszaniu. - Właściwie to dobrze, jeśli to coś działała w nocy, to teraz pewnie śpi, nie powinno nas zaatakować, jeśli będziemy w miarę cicho. - Pewnie też bardzo się zirytuje, gdy się obudzi, ale o tym wolała nie wspominać Erikowi.

Geraldine była przygotowana do działania, miała na stopach ciężkie buty ze smoczej skóry, mimo gorąca jaki panował na świeżym powietrzu. Warunki w jakich się znaleźli nie miały jednak litości. Spodnie też wolała ubrać długie i skórzane, czego trochę żałowała, bo zaczynały jej się kleić do tyłka, ale nie ma zmiłuj, dobrze ze nie wzięła swojego płaszcza, bo może i dodawał jej uroku, ale by się w nim chyba ugotowała. Przy pasie miała srebrny sztylet, z którego korzystała podczas polowań, chociaż bała się, że może nie wystarczyć, aby pokonać to, co czai się pod ziemią. Takie stworzenia miały raczej grube pancerze, ale nie bez powodu potrafiła też przecież czarować.




RE: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 18.12.2023

Większość ludzi, którzy siedzieli w ''niebezpiecznych'' zawodach raczej nie mogła narzekać na brak klienteli po tym, co się stało podczas Beltane. Niektórzy szukali ochrony, inni chcieli wiedzieć, jak obronić własne posesje na wypadek napaści, a co poniektórzy wykazywali się nadmierną ostrożnością lub donosicielstwem. W trakcie swoich zmian Erik miał pełne ręce roboty i czasem nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać nad tym, że jest wzywany do zakłócania porządku na Pokątnej. Niby dobrze, że nie doszło do kolejnej napaści, ale z drugiej strony... Ten czas i energia mogły być spożytkowane na coś, co przyniesienie faktyczną zmianą.

Pokręcił głową. Nie. Nie powinien sobie tego wmawiać. Pewnych spraw nie można było przyspieszać. Tego się nauczył po tym, jak Patrick i Albus wykazali się powściągliwością tuż po śmierci Derwina. Robić swoje, krok po kroku i obserwować; prędzej czy później komuś powinie się noga, a wtedy będą mogli uderzyć. W zorganizowany sposób i z chirurgiczną wręcz precyzją. Marzenia ściętej głowy? Możliwe, w tych czasach ciężko było przewidzieć coś w stu procentach poprawnie, jednak dalej mogli celować, aby dać z siebie wszystko.

Na co wtedy polowałaś w tym Egipcie? — rzucił nieco ostrym tonem, poprawiając rękawy munduru. Rozejrzał się czujnie na prawo i lewo. — To było coś bardzo egzotycznego?

Mimowolnie wrócił myślami do doniesień z okolicznych gospodarstw. Czy którykolwiek z mieszkańców wyglądał na takiego, co hodowałby niebezpieczne stworzenia? Wyglądali mu raczej na starszych, nieco konserwatywnych ludzi, którzy byli mocno przywiązani do swojej ziemi. To nie byli nowobogaccy, którzy stwierdzili, że postawią sobie willę na odludziu i będą się pławić we własnej izolacji, zachwycając się, jaki drogi gobelin wisi w pokoju muzycznym. Te uprawy były częścią ich życia. Każde z nich chciało jak najszybciej zakończyć tę sprawę. Byli otwarci i pomocni. A może to ja jestem zbyt łatwowierny?, pomyślał z przekąsem, wzdychając cicho.

I to w Little Hangleton, co? — Pokręcił z niedowierzaniem głową. — Bo tym cyrku, w jaki zmienia się Dolina Godryka, powiedziałbym, że to tam dojdzie do takiego szajsu. — Rozgrzebał czubkiem buta namokłą grudkę ziemi. — Te dziwne ognie kowenu, zaklęty wicher, zniszczenia w Kniei... Prędzej to bym przypisał gniewowi Matki Ziemi.

Niezbadane były wyroki bóstw. Gdyby ten incydent faktycznie miał coś do czynienia z magią żywiołów, to być może śledztwo skończyłoby się szybciej. Niektórzy funkcjonariusze mieli już nieco doświadczenia z operowaniem w takich warunkach. A teoretycy magii mogliby stwierdzić, czy i tutaj nie doszło do jakiegoś dziwnego wyrzutu magicznej energii, która... Zniszczyła uprawy. Wypuścił głośno powietrze z płuc.

Wiesz co, Geraldine? — Spojrzał na nią krzywo, gdy nie zaprzeczyła temu, że krety-giganty faktycznie mogły istnieć. — Myślałem, że jednak wyprowadzisz mnie z błędu. — Wzdrygnął się na samą myśl, że musiałby kiedyś zejść do tuneli, aby zawalczyć z takim monstrum. — Teraz to już na pewno będę miał koszmary.

Wystarczyło mu stresu po niedawnym wypadzie z siostrą w góry. Być może będziemy musieli wejść do jakiejś jaskini, powtórzył bezgłośnie Erik, przedrzeźniając w myślach ton głosu Brenny. Phi. Jeszcze czego. Był detektywem, do jasnej cholery, a nie jakimś zakichanym grotołazem. Nic dziwnego, że perspektywa wyśledzenia wielkiego kreta w podziemnych tunelach nie wydawała mu się zbyt zachęcająca.

Racja. Ciebie nie obowiązują regulacje, więc masz nad nimi sporą przewagę — przyznał, chociaż po jego tonie głosu ciężko było poznać, czy traktuje ten fakt jako coś pozytywnego, czy też negatywnego. Uśmiechnął się lekko, gdy w końcu usłyszał jakieś dobre wieści. — Widzisz, jednak umiesz poprawić mi humor!

Po tych słowach zaczął schodzić w dół wzgórza. Z góry i tak wszystkiego nie ustalą, więc lepiej by było dostać się w serce akcji, a tam... Gerladine mogła buszować do woli. Erik zamierzał puścić ją przodem. Nie wiedział zbyt wiele o tym, jak rozpoznać groźne stworzenia, więc jego uwagi można by było podsumować na zasadzie „wygląda to, jak pobojowisko”.




RE: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.12.2023

Sporo się działo w Wielkiej Brytanii, dla Geraldine był to jeden z nielicznych powodów, żeby zostać na miejscu. Trochę brakowało jej podróży, jednak czuła, że to dobry moment, żeby kręcić interesy w Anglii. Korzystała z okazji, wiele rzeczy aktualnie miała podsunięte pod nos. Cieszyła się, że może dać się zauważyć, a nóż widelec przyniesie jej to efekty w przyszłości. W końcu jak zobaczą, że jest precyzyjna, to będą do niej przychodzić z kolejnymi interesami, a rodzinny biznes będzie się kręcił. O to jej chodziło, przede wszystkim, chciała, żeby ojciec był z niej dumny i zauważył, jak bardzo angażuje się w rodzinną spółkę. Zresztą, jako jedyna z latorośli, jej bracia nie byli specjalnie udani pod tym względem. Może nie układało jej się w ogóle w życiu osobistym, jednak praca, tutaj zawsze miała same sukcesy, chociaż na tę dziedzinę życia mogła liczyć.

- Na przystojnych Egipcjan. - Zażartowała, chociaż po chwili zmieniła ton na zdecydowanie bardziej poważny. - Sfinksy i mantykory, ale to nie wygląda jak dzieło ktoregoś z tych stworzeń. - Na całe szczęście, bo były one bardzo niebezpieczne, chociaż patrząc na to, jak zdemolowana była ziemia mogli spodziewać się czegoś równie niebezpiecznego. Przynajmniej będzie śmiesznie, może uda im się przeżyć bliskie spotkanie z mieszkańcem tego terenu, Ger lubiła walczyć z silniejszymi od siebie przeciwnikami, to zawsze przynosiło ogromną satysfakcję.

- Słyszałam o Dolinie, chociaż nie jestem na bieżąco, ale wy tam mieszkacie, pewnie dużo więcej widzieliście i słyszeliście? - Ona bywała jedynie od czasu do czasu, kiedy ktoś ją poprosił o pomoc. Na pewno nie wiedziała więc o tym wszystkim, co się wydarzyło. Sporo widziała, gdy przeszukiwała las po sabacie, sądziła jednak, że na pewno działo się więcej niż wielkie, spadające z nieba pająki, czy widma.

- Może tak się Matka Ziemia wkurwiła, że już nie patrzy i gniewa się jak leci. - Skoro anomalie pojawiały się w różnych miejscach, mogło być to prawdopodobne, chociaż Gerry nie do końca wierzyła w takie dyrdymały.

- Miałam kłamać? - Odparła niewinnie, przecież wiedział, że nigdy nie kłamała. Nie zamierzała go oszukiwać, wolała, żeby Erik był gotowy na wszystko. Kto wiedział, co może mieszkać pod ziemią. Tak to by jeszcze miał do niej pretensje, że go nie ostrzegała. - Nie sądziłam, że taki duży, odważny, wilkołak wystraszy się jakiegoś wyrośniętego kreta. - Zachichotała, bo niesamowicie ją to rozbawiło.

W przeciwieństwie do swojego towarzysza panna Yaxley wydawała się w ogóle nie odczuwać strachu. Była to jej wada, a zarazem zaleta. Nie czuła, kiedy warto odpuścić, miała tendencje do głupiego ryzykowania życia, bo uważała, że zdobędzie nowe trofeum. Oczywiście teraz czuła większą odpowiedzialność bo był tutaj z nią Erik, więc musiała mieć pewność, że chociaż on wyjdzie z tego cało, bo wiele panien mogłoby zejść na zawał gdyby się dowiedziało, że wyzionął ducha.

- Oczywiście, nie muszę się zachowywać do końca humanitarnie i najważniejsze, nikt nie patrzy mi na ręce. [b] - Mrugnęła do niego porozumiewawczo. Zastanawiała się, czy wie w co do końca się wpakował wchodząc z nią we współpracę, bo Gerry działała raczej nie do końca szablonowo. No nic, jak mu się nie spodoba, to nie zabierze jej ze sobą kolejny raz. [b] - Cieszę się i polecam na przyszłość, całkiem niezłe ze mnie klaun. - To na pewno wiedział, bo znali się od lat, ale wolała mu przypomnieć.

Kiedy zeszli w centrum wydarzeń przestała się odzywać. Bardzo uważnie badała teren, dzięki czemu udało jej się wysnuć kilka ciekawych wniosków. Nie omieszkała o tym poinformować swojego przyjaciela. - Cóż, nasz potworek jest dosyć mocno wkurwiony, miotał się jak szatan od prawa do lewa, w różne strony. Zastanawiam się, co mogło go tak rozjuszyć. - Musiał pojawić się jakiś powód przecież. - Jest tłuste, bo zobacz, co zrobiło z ziemią. - Zbliżyła się do szczeliny, żeby zademonstrować Erikowi miejsce o którym mówiła. - Wlazłabym do środka, żeby zobaczyć, gdzie dokładnie mieszka. - Patrzyła na niego uważnie, żeby zobaczyć reakcję mężczyzny, jeśli nie miał ochoty mogłaby poleźć tam sama.




RE: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 20.12.2023

Z jego nie było zbyt wielu korzyści tego, że kraj był na skraju wojny domowej. Erik był jednak tylko Brygadzistą. Do jego zmartwień należało to, że nie wiedział, czy w przypadku faktycznego wybuchu konfliktu sąsiad, czy współpracownik okaże się największym sojusznikiem, czy też najgorszym wrogiem. Erik miał jednak jako-takie pojęcie o tym, jak funkcjonował rynek w Anglii. To było trochę jak z szampanami, które Longbottomowie sprowadzali na letnie bankiety. Jeśli sezon miał obfitować w liczne przyjęcia, ceny trunków szły w górę. Podobnie też ich dostępność.

Kto wie, może usługi łowców potworów cieszyły się podobnymi zależnościami? Bądź co bądź, wysoki popyt pozwalał na wywindowanie cen określonych produktów i materiałów. A jak udowodniło Beltane, zapotrzebowanie mogło gwałtownie wzrosnąć w ciągu zaledwie kilku godzin. Apteki w Dolinie Godryka i innych pobliskich wioskach musiały wręcz świecić pustkami, w końcu transport leków z Londynu nie odbywał się za pstryknięciem palcami. Właściciele takich przybytków mogli chcieć się przygotować na powtórkę z rozrywki... Podobnie jak ludzie zaangażowani w bezpośrednią wymianę ognia.

Serio? — spytał, nagle bardziej zainteresowany wypadami Geraldine poza granice kraju. — Chyba nie byli aż tak przystojni, skoro żadnego nie przywiozłaś z powrotem ze sobą. Mantykora to ten lew z ludzką twarzą i ogonem skorpiona? — Zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć stare rysunki ze szkolnych podręczników. — A ty upolowałaś w ogóle któreś z nich?

Pokręcił powoli głową. Może nie powinien rozpowiadać o tym wszystkim dookoła, ale w gruncie rzeczy, większość informacji już i tak przedostała się do prasy lub podróżowała z ust do ust, począwszy od mieszkańców Doliny Godryka, a na ich krewnych w Londynie kończąc. Ludzie gadali i to dużo. Każde miał opinię, chociaż niekoniecznie był skory do tego, aby dzielić się nią wszem wobec w towarzystwie reporterów i fotografów. Nie to co taki Longbottom, co parę godzin po walce ze Śmierciożercami nazwał ich w wywiadzie terrorystami. To ten legendarny instynkt samozachowawczy odziedziczony po ojcu i dziadku.

Po Beltane zamknięto Knieję włącznie z okolicą samej Polany Ognisk. Ministerstwo wysłało parę oddziałów, żeby pilnowali okolicy i uważali na te całe Widma. Ostrzeżono też mieszkańców, aby nie zapuszczali się zbyt głęboko w las. — Wzruszył ramionami. Też chciałby wiedzieć więcej. — Jakiś czas później w mieście zaczęły się pojawiać grupy turystów. Mugoli. Widzieli jakieś dziwne rzeczy na niebie. Niektórzy czarodzieje próbowali się z nimi integrować, a potem pod koniec maja wszystko przycichło, bo usunięto im pamięć. — Westchnął cicho, przypominając sobie tę przedziwną noc. — Byłaś na tym festynie? — Zmrużył lekko oczy. — Słońce i Księżyc pojawiły się na niebie jednocześnie. To był pierwszy raz od lat, kiedy widział go w całości bez... No wiesz. Futra.

Geraldine była jedną z nielicznych osób, z którymi mógł tak swobodnie rozmawiać o swoim wilkołactwie. Zwłaszcza teraz, gdy jego kontakt z Castielem Flintem właściwie się urwał. Chłopak miał wielkie plany, wielkie marzenia, jednak co się teraz z nim działo...? Nie miał bladego pojęcia. Żałował jednak, że nie byli w stanie popchnąć swojej współpracy co do leku na lykantropii dalej. Erik pokręcił powoli głową na samo wspomnienie ich pierwszego oficjalnego spotkania w tej sprawie. A tak dobrze się to zapowiadało.

Od razu „miałabym kłamać”! — Wyrzucił ręce w powietrze, wywracając teatralnie oczami. — Wystarczy użyć delikatniejszego języka i mieć trochę empatii. Tak jak wtedy, gdy ja gratuluję ci dobrej formy, nawet jeśli wygrywam z tobą w sparingu. — Już miał kontynuować, ale Ger znowu się odezwała. Zaczerwienił się, kiedy zarzucono mu tchórzostwo. — To niezbadane terytorium. Wilkołaki nie kopią sobie nor pośrodku pola. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Ostatnio w Londynie rozgościli się Bellowie, może powinnaś wziąć udział w przesłuchaniu?

Po tych słowach pozwolił jej rozejrzeć się po terenie. Wysłuchał w skupieniu podsumowania kobiety, przyglądając się wskazanym przez nią znakom na ziemi. Faktycznie, gdy wskazała mu palcem, co dokładnie udało jej się znaleźć i dodała do tego swoją argumentację, to... Wszystko nabierało sensu. Nie licząc tego, skąd taki stwór się wziął, nie alarmując przy tym okolicznych mieszkańców.

To nie są nowe pola — zauważył, raczej prowadząc swobodny monolog, niż próbując zwrócić uwagę Geraldine na coś konkretnego. — Te ziemie są użytkowane od kilku pokoleń. Stwór był wielki, spasiony... Głodny? — Uniósł pytająco brwi, stając na krawędzi szczeliny. — Może posiali w tym roku jakąś nową odmianę roślin. Albo użyli dużych ilości eliksirów, które coś przywiodło w te okolice?

Erik sarknął, odsuwając się od dziury na dobre półtora metra. Pokręcił stanowczo głową, machając dłonią to w lewą to w prawą stronę. Och, nie nie nie nie nie. Nie da się wpakować w coś takiego.

Wybacz, ale... Za żadne skarby. — Mimowolnie wrócił myślami do jednego z ich poprzednich treningów, kiedy to wylądował w wielkiej dziurze wyczarowanej przez pannę Yaxley. To była jednak inna sytuacja. Przestrzeń, owszem, była ograniczona, jednak dalej widział niebo. W podziemnych tunelach ciężko było o światło słoneczne, nie mówiąc o widoku bezchmurnego nieboskłonu. — Nie lubię ciasnych miejsc. Tak samo, jak nie lubię, gdy na głowę może mi spaść kilka metrów ziemi.



RE: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.12.2023

Gerry póki co nie opowiedziała się oficjalnie po żadnej ze stron konfliktu. Było to dla niej najbardziej wygodne rozwiązanie, poglądy skłaniały ją ku jedynej słusznej, jednak nauczona doświadczeniem wolała oficjalnie o tym nie mówić. Z racji na swoje pochodzenie wolała uniknąć konfrontacji. Różni ludzie korzystali z jej usług, a wolała sobie nie pozwalać na zakończenie relacji biznesowych. Było to może nieco samolubne, ale najważniejszy był dla niej biznes rodzinny. Oczywiście wspierała czarodziejów, którzy nie bali się mówić na głos, że sprzeciwiają się temu, co aktualnie działo się w kraju, nie miała problemu z tym, żeby sprzedawać im komponenty w promocyjnych cenach, bo uważała, że walczą w słusznej sprawie. Spodziewała się, że na pewno istnieje jakaś oficjalna grupa, która walczy z tymi popaprańcami, ale nikt nie zgłosił się do niej o pomoc - nie budziła zaufania, nie ma się co dziwić. Nie miała też o to żalu. Należała raczej do tych osób, które martwią się o własne miejsce na świecie, chociaż nie brakowało jej empatii, miewała przebłyski, w których troszczyła się o słabszych, jednak nie zawsze zauważała taką potrzebę.

Dla łowców potworów był to czas żniw. Okazało się, że wiele osób chciało mieć bogato zaopatrzone domowe spiżarnie, bo nie wiedzieli, czego można się spodziewać. Kto właściwie wiedział, kiedy ten cały konflikt eskaluje i kiedy będą musieli zacząć się faktycznie martwić o dostępność wszystkich produktów, dużo lepiej było myśleć przyszłościowo i zaopatrzyć się wcześniej w potrzebne składniki.

- Serio, serio. - Uśmiechnęła się do Erika widząc jego wzmożone zainteresowanie rozmową. - Jakoś nie wpadłam na to, żeby jakiegoś ze sobą przywieźć, ale następnym razem pomyślę, może też ktoś będzie chciał go kupić... - Zażartowała jeszcze. - Tjaaaaa. - Potwierdziła słowa Erika. - Taka śmieszna mieszanka, ale kurewsko niebezpieczna, nie polecam się do nich zbliżać. - Na samo wspomnienie o spotkaniu z tym stworzeniem czuła adrenalinę. Pamiętała jak spierdzielała przed nią w podskokach. - Co to w ogóle za pytanie. - Przystanęła na moment i założyła sobie ręce na piersiach. Czy jej się wydawało, czy Erik negował w tym momencie jej umiejętności. - Oczywiście, że tak. - Odpowiedziała z przekąsem.

- Byłam w Kniei po Beltane, spotkałam te całe Widma. - Postanowiła się tym podzielić z Erikiem, skoro sam zaczął temat Doliny. - Uczestniczyłam w poszukiwaniach chłopca, Charliego, pewnie o tym słyszałeś. Znaleźliśmy go w lesie, tyle, że nie był już taki sam. Widma wyssały z niego młodość, spotkaliśmy stare ciało i młodą duszę uwięzioną w środku. - Nadal nie do końca to rozumiała, jednak Longbottom mógł zauważyć, że gdy o tym wspominała była naprawdę mocno poruszona. - O mugolach nie słyszałam, nie było mnie wtedy w Dolinie, ale brzmi to dziwnie. - Zastanawiała się, co mogło ich tam ściągnąć. - Jak było? - Zaciekawiło ją to, nigdy nie zastanawiała się nad tym, jak Erik czuje się z tym ograniczeniem, w końcu minęło sporo lat od momentu, w którym mógł zobaczyć księżyc w pełni. - Okropnie ten skurwiel namieszał. - Skomentowała jeszcze na koniec swojej wypowiedzi działania Czarnego Dzbana.

Nigdy nie oceniała Erika. Wiedziała, że został ugryziony, nie miał wpływu na to, co się stał. Wręcz przeciwnie, uważała, że powinna stawać w jego obronie. Zdawała sobie sprawę, że rodzina dba o to, aby nie zrobił krzywdy niewinnym, co bardzo ceniła. Nie każdy mógł liczyć na taką opiekę.

- Jestem prostym człowiekiem Erik, powinieneś to wiedzieć, bo znamy się od dawna. Nie umiem być taka... - zastanowiła się przez chwilę nad odpowiednim słowem, które mogłoby określić o co jej chodzi. - finezyjna. - Dosyć ładne słowo, jak na Yaxley, miała nadzieję, że jej przyjaciel to doceni.

Nie chciała oczywiście go zawstydzić, ale Erik najwyraźniej bardzo przejął się jej słowami, bo zobaczyła rumieniec na jego policzku. - Wilkołaki wolą zwinąć się w kłębek w rodzinnej rezydencji? - Zapytała jeszcze i roześmiała się w głos. Naprawdę go uwielbiała za to, że nie żywił urazy za te jej nie zawsze udane komentarze. - Myślisz, że by mnie przyjęli? - Może to był jakiś pomysł na przyszłą karierę.

- Mogło go coś zachęcić, masz rację. Może zmienili gatunek, który posadzili, na pewno było to coś atrakcyjnego, ciekawe skąd tutaj przylazł. - Próbowała również zrozumieć, skąd wziął się ten potwór.

Westchnęła ciężko widząc reakcję Erika. Cóż, jak zawsze musiała sobie brudzić ręce sama. - Nie będę cię zmuszać, asekuruj mnie z góry. Jak coś będę dawać znać, że jest chujowo. - Powiedziała nim wskoczyła do dziury i ruszyła w głąb tunelu wykopanego przez nie wiadomo jakie stworzenie.


szukam śladów, żeby dojść do naszego stworka
[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 21.12.2023

Bywały takie dni, gdy zazdrościł zwykłym czarodziejom, którzy nie mieli nic wspólnego z żadną z frakcji, które próbowały wyjść na prowadzenie. Och, jak wygodne musiało być życie kogoś, kto nie musiał znosić rywalizacji między tymi wszystkimi departamentami Ministerstwa Magii i martwić się o to wobec kogo powinien być lojalny. Brak wątpliwości co do tego, gdzie leży granica lojalności wobec siebie, swoich bliskich, swojej pracy, a organizacji. To niezaprzeczalnie była wolność, jakiej łaknęło wielu czarodziejów i czarownic zaangażowanych w obecnie toczący się konflikt.

Takie rozwiązanie wiązało się jednak z ogromną nieświadomość zagrożeń czyhających w tym świecie. Czy złudne bezpieczeństwo było warte życia w kompletnej niewiedzy? Może, jeśli czyjeś życie ograniczało się do rutyny dom – praca – zakupy – dom. Gdy trzeba było się skupić na tym, aby po prostu przetrwać kolejny dzień, problemy pokroju ataków i porwań w odległych miasteczkach lub dzielnicach na drugim końcu miasta, przechodziło na dalszy plan. Walczymy po to, żeby oni nie musieli być w to wciągnięci, pomyślał Erik, próbując odwzajemnić uśmiech Geraldine, jednak ten zaraz zmienił się w grymas.

To trochę niehumanitarne, wiesz? — Spoważniał nagle, posyłając przyjaciółce ciężkie spojrzenie. — Wystawienie ludzi na sprzedaż nie jest okej. Nawet w kontrolowanych warunkach w towarzystwie czarodziejskiej elity. — Jego ton głosu nabrał swego rodzaju teatralności i dramatyzmu. — Wierz mi, doświadczyłem tego na własnej skórze. Niezbyt przyjemne przeżycie. A ciężko o to, żeby Kanclerz Skarbu pojawiał się na każdej takiej licytacji. Miałem ogromne szczęście.

Zmarszczył brwi. Nie określiłby mantykorę śmieszną, jednak kolejne słowa Ger sprawiły, że nieco się uspokoił. Chyba faktycznie miała w sobie jeszcze trochę instynktu samozachowawczego.

To, że brałaś udział w polowaniu, nie znaczy, że dopadłaś zwierzynę. Tak samo jak udział w turnieju Klubu Pojedynku nie oznacza tego, że wróciło się do domu z medalem. — Naburmuszył się nieco na komentarz Geraldine. Nie miał na myśli nic złego, jednak wolał też nie zakładać z góry, że podczas jej zagranicznej wycieczki wszystko poszło zgodnie z planem. Równie dobrze mogło się okazać, że mantykora ją dziabnęła, przez co spędziła tydzień w norze jakiegoś egipskiego maga. — Tylko pytam. Po prostu jedno nie zawsze równa się od razu drugiemu.

Nadstawił uszu, gdy zaczęła mu opowiadać o Widmach. Sprawa małego Charliego przewijała się w pewnych konwersacjach w Ministerstwie Magii, jednak Erik nie znał szczegółów. Nie do końca wiedział też, co się ostatecznie stało z chłopakiem. Oby był bezpieczny i pod dobrą opieką. Jego uwagę przykuł jednak pewien szczegół z opowieści Gerladine.

Gdy słyszę słowa „widmo” i „wysysanie” to od razu myślę o dementorach. — Skrzywił się na samą myśl. Zdecydowanie nie był ich fanem i wolał trzymać się z daleka od tych zjaw. Wprawdzie nie miał sobie nic do zarzucenia, toteż wątpił, aby miał zostać ich ofiarą w najbliższym czasie, jednak... Jak można było im w ogóle ufać? Westchnął cicho. Komukolwiek udało się uwiązać dementorów na smyczy, był geniuszem albo wariatem. — Ale to brzmi równie źle. Jakby kradły ludziom energię witalną i... Żywiły się nią? Wzmacniały swoją moc?

Nie był specjalistą od magicznych stworzeń, a tym bardziej od duchów. W jego mniemaniu była to kwestia, jaką powinni się zająć specjaliści Ministerstwa Magii i kowen Whitecroft. Kto mógł wiedzieć więcej o genezie tych dziwnych duchów, jak nie kapłanki i kapłani, którzy na pewno grzebali w tym, co czaiło się po drugiej stronie? Najwidoczniej jednak nawet Departament Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami nie do końca wiedział, co począć z tym fantem.

Taa... I tak prędko po Beltane — pokiwał głową, zgadzając się z panną Yaxley. Było to nad wyraz podejrzane, jednak nie doszło też do żadnego ataku. Żadnego wypadku. Erik nie rozmawiał z tymi pielgrzymami. Nie widział w tym większego sensu, a roboty i tak miał już nad to. Z tego, co się orientował, wioskowi nie pokłócili się jednak jakoś specjalnie z przejezdnymi. — Powiedziałbym, że to jakaś zagrywka Śmierciożerców, ale prędzej sami by się oddali w ręce władz, niż wysługiwali się mugolami. To chyba byłoby dla nich zbyt upokarzające.

Pomyślał chwilę, zanim się ponownie odezwał. Zdecydowanie czuł szok, jednak ten dosyć szybko przeszedł. Był wtedy wśród ludzi, wiedział, że w razie czego w okolicy kręciła się Brenna z Mavelle, więc może zdołałyby go zagonić w bezpieczne miejsce, zanim doszłoby do pełnoprawnej przemiany. Gdy zdał sobie sprawę, że księżyc nie był zagrożeniem, pozwolił sobie nieco opuścić gardę.

Z perspektywy czasu... Trochę strasznie? Przez ostatnie lata księżyc kojarzył mi się jednak z przemianą. Odwykłem od tego widoku. Nie spodziewałem się czegoś takiego. — przyznał, kopiąc jednocześnie czubkiem buta małą dziurę w ziemi. Może to był powód tej karuzeli emocji, jaka nim wstrząsnęła podczas tamtego małego festynu? — Najwyraźniej mój wewnętrzny wilkołak potrafi odróżnić rzeczywistą pełnię od takiej sztucznej. Szczęściarz ze mnie. — Pokręcił powoli głową.

Tak. I to przy rozpalonym kominku, odparł w myślach, nie dając się jednak sprowokować. Pozwolił się po prostu napawać Yaxley tym, że poznała jego kolejny mały sekret. Niedługo będzie mogła je sprzedawać w sklepie.

A czemu nie? — Uniósł pytająco brew. — Tak długo, jak masz jakiś talent i potrafisz go sprzedaż, raczej by cię nie odprawili z kwitkiem. Może nawet przyniosłabyś dla nich jakiś zysk.

Odetchnął z ulgą, gdy Geraldine nie próbowała go przekonywać. Znając swoją słynną asertywność, pewnie wystarczyłoby parę komentarzy, a wszedłby tam z nią, ignorując intensywne bicie serce, potliwość i trzęsące się ręce. A tak? Załatwił sobie idealną robotę dla siebie. Co było trudnego w obserwowaniu terenu, gdy cała akcja działa się pod ziemią? Bułka z masłem.

Powodzenia! — rzucił, gdy kobieta zeszła pod ziemię.




RE: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.01.2024

To było wygodne. Spoglądanie z dala, kiedy inni walczyli o swoje miejsce w świecie czarodziejów. Szczególnie, kiedy należało się do tej niby lepszej kasty, chociaż czy na pewno? Jej rodzina zawsze była traktowana trochę jak dziwacy, co było spowodowane długoletnią izolacją w walijskich lasach. Mieszkali z dala od innych czarodziejów, większość czasu spędzali w lesie. Dobrze im było trzymać się z dala od tego wszystkiego. Miało to sporo zalet. Wiadomo, że utrzymywali jakiś kontakt, aby nikt o nich nie zapomniał, pomagali, kiedy ktoś o pomoc poprosił, jednak nie wychylali się specjalnie.

Nie musiała się martwić o to, czy zostanie zaatakowana. Nawet jeśli, to była w stanie sobie poradzić, tak samo jak większość członków jej rodziny, nikt raczej wolałby nie ryzykować atakami skierowanymi ku nim. Czuła się więc względnie bezpiecznie. Nie była ignorantką, mimo, że nie postawiła się po żadnej ze stron. Już w Hogwarcie stawała w obronie słabszych, bez względu na to, jaka krew płynęła w ich żyłach. Uważała, że nie ma to żadnego znaczenia, zresztą nie umiała zrozumieć do dzisiaj, co może komuś przeszkadzać to, że kolejni czarodzieje dołączają do ich świata. Jej zdaniem sporo się mogli od mugoli nauczyć, bo świetnie radzili sobie bez magii. Sama Yaxley miała otwartą głowę i chętnie wdawała się w dyskusje z mugolami, szczególnie podczas swoich dalekich podróży. Nie miała zamiaru jednak walczyć, bo to nie była jej walka, trzymała się z dala od polityki, takie już miała podejście. Oczywiście, gdyby ktoś poprosił ją o pomoc, to by nie odmówiła.

- Ja i humanitarność? Naprawdę? - Zaśmiała się w głos. Oczywiście, kiedy zabijała robiła to humanitarnie, a przynajmniej zazwyczaj starała się to robić w ten sposób, jednak mało kto uważał, że była humanitarna, dlatego też słowa Erika ją rozbawiły. Dobrze było wiedzieć, że chociaż on w nią wierzył, czy coś. - Zapomniałam już o tej sytuacji, dzięki za przypomnienie, powinieneś być dumny, bo nie sądzę, że za kogoś innego ktokolwiek byłby w stanie zapłacić tyle hajsu. - Uważała, że ta licytacja przejdzie do historii, znaczy chyba już nawet się to wydarzyło.

- Jasne, dzięki Erik, sądziłam, nie sądziłam, że akurat ty będziesz podważał moje umiejętności. - Westchnęła ciężko rozczarowana, wydawało jej się, że powinna mu cokolwiek udowadniać, jak widać może czasem trzeba było się pochwalić swoimi osiągnięciami. - Tylko odpowiem, zazwyczaj wracam z polowań ze zdobyczą, ledwie kilka razy zdarzyło mi się wrócić bez tego, na co chciałam zapolować. - Była bardzo pewna siebie, kiedy o tym mówiła, trudno jednak było odczytać, czy to prawda, czy tylko przechwałki, chociaż znał ją na tyle, że powinien wiedzieć, że nie kłamała praktycznie nigdy, bo nie umiała tego robić.

- Tak, dementorzy to też pierwsze, co przyszło mi na myśl, chociaż te stworzenia są zdecydowanie gorsze. Kradną życie, energię witalną, nie wiem, jak to inaczej ująć. Spotkałam je w lesie, nigdy nie czułam takiego strachu. - To, co kryło się tutaj pod ziemią niemalże wcale jej nie przerażało, w przeciwieństwie do tych zupełnie nieznanych nikomu istot, które czaiły się w lesie w Dolinie Godryka.

- Jak widać magia może zdziałać cuda, dobrze, że twoje wilcze ja potrafi odróżnić fikcję od prawdy. Szkoda by było, żeby ci mugole zobaczyli to, co w tobie siedzi. Jestem pełna podziwu, jak sobie z tym poradziliście i że macie ten problem pod taką kontrolą. - Wiedziała, że rodzina Erika dba o to, aby podczas pełni nie zrobił nikomu krzywdy i przynosiło to oczekiwane efekty.

- Jest to kusząca propozycja, mimo wszystko póki co pozostanę przy polowaniach, to mi chyba wychodzi najlepiej, mam nadzieję, że dzisiaj ci to udowodnię. - Wolałaby uniknąć kariery w cyrku, bo uważała, że mogłoby się to niezbyt dobrze skończyć. Jednak wolała hasać po lasach, a nie bywać między ludźmi. Jeszcze nie daj Merlinie kazaliby jej z kimś współpracować.

Nie zamierzała przekonywać Erika, żeby wlazł z nią pod ziemię, zresztą uważała, że tylko by jej tam przeszkadzał. Tak to mogła liczyć ewentualnie na jego pomoc, jeśli znalazłaby się w czarnej dupie. Idealna współpraca.

Nie musiała się martwić o to, czy przyjacielowi nie stanie się krzywda, sama też nie bała się iść w głąb tunelu. Było to naprawdę dobre rozwiązanie. Z różdżką wyciągniętą w gotowości szła całkiem szybkim tempem przed siebie, licząc na to, że szybko uda jej się znaleźć sprawcę tego zamieszania.

Droga nie należała do najprzyjemniejszych, na szczęście miała na stopach swoje trapery ze smoczej skóry, więc śluz nie dostawał się do środka. Nadgryzione rośliny świadczyły o tym, że stworzenie było wegetarianinem, przynajmniej tak założyła. Może to i lepiej? Przynajmniej nie będzie próbowało jej zeżreć. Dotarła do rozwidlenia, musiała wybrać, lewa strona wydawała się być zasypana, więc wolała pójść w prawo, mimo, że zapach nie zachęcał. Lepszy jednak smród, niż zakopanie żywcem.


[roll=1d6]


RE: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 03.01.2024

A ciebie nie łatwo wystraszyć — zauważył, marszcząc lekko czoło. Wystarczyło wrócić myślami do ich wspólnej wyprawie na ''Perłę Morza''. Ger wręcz gnała w stronę ryzyka, a przy tym była nie lada ekspertką w wykrywaniu tego, co czai się w okolicy. — Więc to chyba całkiem niezły wyznacznik tego, jak źle się dzieje w okolicy.

W jego głosie nie zabrzmiał nawet cień ironii. Co jak co, ale jeśli te zjawy sprawiły, że jego przyjaciółka chodziła zlękniona, to nie było to pierwsze lepsze dzikie zwierze. Nie była to też byle jaka zjawa. Kobieta miała cholernie duże doświadczenie w polowaniu na najróżniejsze istoty – małe i duże, śmiertelnie niebezpieczne i potulne – a przy tym miała też instynkt Yaxleyów. Erik nie zastanawiał się zbytnio, na jakiej zasadzie do działało, jednak musiał przyznać, że było to użyteczne narzędzie. Zwłaszcza w rękach łowców.

A jeszcze niedawno było tam tak spokojnie. Trudno w to uwierzyć. — Pokręcił głową, wzdychając ciężko. Jeszcze rok temu Erik mógł szczerze polecać Dolinę Godryka jako doskonałe miejsce do przeprowadzki, a teraz? Gdzie ludzie mieli szukać idyllicznego spokoju i poczucia bezpieczeństwa. W Little Hangleton, czy jakichś pozabijanych deskami dziurach pośród głuszy? — Ceny nieruchomości pewnie już poleciały na łeb, na szyję.

Czy było to największy mankament całego tego ambarasu? Oczywiście, że nie. Erik nie planował ani sprzedaży ani kupna nieruchomości w okolicy, jednak bez wątpienia obecność Widm wcale nie poprawiała sytuacji gospodarczej w rejonie. O ile Ministerstwo Magii lub kowen Whitecroft nie rozwiążę prędko tej sprawy, lokalne biznesy mogłyby ucierpieć. Chyba że wcześniej samych mieszkańców trafi szlag, pomyślał posępnie. W końcu nikt na dobrą sprawę nie wiedział, czemu duchy z Limbo nie wywędrowały jeszcze poza Knieję.

Znajomości i pieniądze pomogły. Chociaż to drugie było w tej sprawie pewnie bardziej istotne. — Wybudowanie skrytki na uboczu raczej nie było inwestycją, jaką Longbottomowie wówczas planowali. A mimo to stosunkowo szybko udało się ją wznieść, zabezpieczyć i co najważniejsze – załatwić odpowiednie papiery – dzięki czemu urzędnicy zostawili ich w spokoju. — Własna kryjówka jest o niebo lepsza od ministerialnego aresztu.

Na jego twarz wdarła się skwaszona mina. Zdecydowanie czułby się komfortowo, gdyby musiał być co miesiąc zamykany w tych samych celach, do których sam zamykał przestępców. Poza tym miał wrażenie, że niektórzy pracownicy Ministerstwa Magii nie byliby w stanie spojrzeć na niego tak samo, gdyby był regularnym gościem w każdą pełnię.

Na to liczę. — Uśmiechnął się do kobiety, kiedy ta zwróciła się w stronę tunelu.

Jeśli o niego chodziło, to Geraldine mogła mu też udowodnić, że potrafi polować na ludzi. Bo tak się akurat składało, że Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów nad wyraz doceniłby, gdyby w ich rękach wylądowało kilku Smierciożerców. A gdyby jeszcze wpadł ich ukochany szef, to wręcz pialiby z radości. Kto wie, może nawet wręczyliby Yaxley jakiś medal. Order Merlina Pierwszej Klasy? Być może, być może...




RE: [07/08/1972] Co się kryje w błocie i resztkach warzyw? || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.01.2024

- To fakt, wiele w życiu widziałam. - Wydawało jej się to być wyjaśnieniem dlaczego nie tak łatwo było ją wystraszyć, chociaż tak naprawdę po prostu nigdy nie myślała o konsekwencjach, po co miała się przejmować czymś, co nie było do końca pewne? Ufała swym zmysłom, chętnie ryzykowała, uwielbiała uczucie adrenaliny, w przypadku widm jednak zbyt wiele było do stracenia, bo krótka chwila bliższej znajomości mogła się okazać ostatnią. One wysysały życia, nie należały do tych stworzeń, które mogły co najwyżej odgryźć rękę. W jednej chwili mogły zabrać wszystko, niby inne stworzenia też mogły zabić, ale nie bała się tego, że zostanie zaatakowana fizycznie. - Bardzo źle się dzieje, te pojeby nie znają granic. - Mówiła w głos to, co przychodziło jej na myśl, a uważała, że wszystkiemu winni byli śmierciożercy i ten pajac Voldemort, który w ten sposób prowadził swoją krucjatę.

- Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. - Szczerze w to wierzyła. Nie sądziła, żeby Dolina miała pozostać niebezpieczna. Prędzej, czy później wszystko wróci do normy. To nie mogło przecież trwać wieczność. Zło jak zawsze przegra, a dobre siły zwyciężą.

- Mówisz, że to idealny moment, żeby sobie kupić chatę w Dolinie? Może jest to jakiś pomysł. - Miała dużo pieniędzy warto je było w coś zainwestować. Nie było to wcale takie głupie, zapewne się jeszcze będzie nad tym zastanawiać, chociaż wystarczało jej mieszkanie przy Horyzontalnej, nie zamierzała mieć potomków, więc może lepiej było przeznaczyć oszczędności na coś zupełnie innego? Miała całkiem niezłą zagwozdkę do rozgryzienia, a wszystko przez Erika.

- Cóż, nie ma się, co oszukiwać, pieniądze dają szczęście, chociaż może bardziej rozwijają możliwości. - Nigdy nie narzekała na brak gotówki, miała do szczęście, tak jak i Erik, że urodziła się w odpowiedniej rodzinie. Inaczej nie mogła by sobie pozwolić na te wszystkie wybryki, wyprawy i całą resztę. Miała też świadomość, że bogactwo nie brało się z powietrza i musiała sporo pracować, aby nadal żyć na odpowiednim poziomie, na całe szczęście mogła liczyć na pomoc rodziców, kiedy zaczynała swoją działalność, bez nich pewnie pracowałaby teraz w ministerstwie za marne grosze. - Nie wątpię, jak w ogóle wyglądają takie ministerialne? To jakieś grupowe piwnice? - W sumie nigdy się tym jakoś specjalnie nie interesowała, a Longbottom rozbudził jej ciekawość. - Lepiej też chyba, że mniej osób wie o twojej przypadłości. - Nie, żeby sama uznawała to za coś złego, przecież Erik nie miał wpływu na to, że stał się ofiarą jakiegoś wilkołaka, tyle, że ludziom bardzo łatwo przychodziło ocenianie, na pewno nie byłoby to mile widziane wśród śmietanki towarzyskiej rodów czystokrwistych.

- Skoro na to liczysz, to nie mogę cię zawieść. - Skłoniła się przy tych słowach jeszcze teatralnie, miała nadzieję, że nie zbłaźni się przed przyjacielem, bo byłoby jej przykro, że się nie popisała.

Oczywiście, że Ger była przyzwyczajona do tego, że w kryjówkach magicznych stworzeń różnie pachniało, chociaż ciężko to było nazwać pachnięciem, dużo bardziej odpowiednim słowem na nazwanie tego było jebanie, bo zaczynało jej się zbierać na wymioty, a jeszcze nawet nie spotkała tego stworzenia. Niby była przyzwyczajona, ale jednak nadal potrafiło ją to zaskoczyć - jak widać na załączonym obrazku. Nie było to jednak wystarczające, żeby wykurzyć ją spod ziemi. Szła nadal przed siebie - gotowa stawić czoła temu, co się tutaj kryło. Najwyżej zbełta się na tego zwierzaka.

Udało jej się dostać do szerszego obszaru, w którym zwierzę urządziło sobie sypialnię, albo jadalnię? Resztki jedzenia świadczyły bardziej o tym. Zastanawiała się jednak, gdzie aktualnie znajduje się mieszkaniec tego pięknego apartamentu, wolałaby żeby jej tu nie zastał tak bez zaproszenia, bo jeszcze by się zirytował...

Nie musiała długo czekać na odpowiedź, bo góra błota, która znajdowała się na środku tego pomieszczenia poruszyła się, więc nie było to tylko błoto. Ich zguba musiała być właśnie tam.

Kurwa mać. Dotarło do niej, z czym ma do czynienia. Błotoryj, bardzo wypasiony błotoryj. Złapała mocniej różdżkę w dłoni, gotowa go zaatakować, kiedy się obudzi. Tutaj nie wystarczy sztylet, będzie musiała korzystać z magii, aby przebić się przez jego grubą skórę. Najlepiej by było, żeby nie dowiedział się zbyt szybko o jej obecności.


Odkryj wiadomość pozafabularną
sprawdźmy więc, czy zobaczy pannę Yaxley
[roll=PO]
[roll=PO]