![]() |
|
[listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście (/showthread.php?tid=2453) Strony:
1
2
|
[listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Florence Bulstrode - 16.12.2023 adnotacja moderatora
W ciągu tych kilkunastu dni, które upłynęły od ogłoszenia nowej wojny w świecie czarodziejów, w życiu Florence nie zmieniło się absolutnie nic. Może martwiła się o swoich braci aurorów odrobinę bardziej niż zwykle, i może na oddział trafił mężczyzna, zaatakowany z imieniem Czarnego Pana na ustach, ale na razie jej egzystencja nie wypadła z utartej rutyny, wytyczanej przez szpitalne dyżury, spotkania z krewnymi i okazyjny udział w przyjęciach organizowanych przez rodzinę czy znajomych.Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty Czuła podskórnie - może przeczuciem jasnowidza, a może tylko dlatego, że w nagłówkach gazet nieco częściej niż zwykle pisano o mordach, ranach i napaściach - że to prędzej czy później się zmieni. Że wbrew uspokajającym zapowiedziom Ministerstwa, aurorzy nie są ani trochę bliżej złapania Voldemorta niż naukowcy wynalezienia samoczarujących różdżek. Ale o tym też nie myślała zbyt często. Florence Bulstrode należała do tych jednostek zrównoważonych, rzadko ulegających gwałtownym emocjom - przynajmniej dopóki ktoś nie poprzestawiał eliksirów w szpitalnym składziku. Tego deszczowego wieczora, gdy ktoś zapukał do drzwi kamienicy przy Horyzontalnej, w radiu znów mówiono o Voldemorcie, o kolejnym ataku i o bezradności śmierciożerców. Głos spikera dobiegał gdzieś z głębi domu, gdy otwierała wejście - nie troszczyła się zbytnio, kto stoi na progu, bo drzwi wiodące do posiadłości Bulstrodów mogli znaleźć tylko ci, którym informacje o ich lokalizacji udostępniono. - Pan Longbottom - przywitała się na widok Morpheusa, mierząc go spojrzeniem chłodnych, jasnych oczu, typowych dla Bulstrodów - i typowo dla nich widzących więcej niż tylko co jest tutaj i teraz. W przeciwieństwie do braci włosy miała jednak ciemne, splecione w ciasny warkocz, a twarz bladą, zwykle niezbyt wiele wyrażającą. Kojarzyła Morpheusa tak, jak zwykle kojarzyło się innych członków rodów czystej krwi - jako współpracownika ojca i wuja, kogoś, kto niekiedy przemykał gdzieś na krawędzi widzenia w galeriach czy salach balowych (choć niezbyt często zapewne, bo oboje byli ludźmi zapracowanymi, i Florence przynajmniej nie raz nie pojawiała się na fetach z powodu dyżuru). - Zakładam, że przyszedł pan do wujka Gregory'ego albo mojego ojca? Spóźniają się z powrotem od ciotki, ale prawdopodobnie niedługo się pojawią - powiedziała, przesuwając się nieco, by wpuścić go do korytarza. RE: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Morpheus Longbottom - 19.12.2023 Dziwny był to czas, zwłaszcza w domu Longbottomów, gdzie wszyscy należeli w jakiś sposób do zbrojnego ramienia Ministerstwa, przeszli na emeryturę ze zbrojnego ramienia i mieli ze zbrojnym ramieniem sporo koneksji. Jednocześnie, niemal nie pamiętało się, że pojawiły się pierwsze ataki terrorystyczne. Na dodatek będąc czystokrwistym czarodziejem, miał znacznie mniejsze szanse na to, aby go zaatakowano. Nagle te pojedyncze karty, które wypadały podczas tasowania, układały się w sens. Szóstka buław, uważaj, komu ufasz, Wieża, nawet Śmierć. Zmiana. Czas jednak ciągnął się jak melasa, rozrywany tylko chwilowymi wybuchami, śmiechu lub gotowości do walki. Kiedy słyszy się wojna, wyobraża się strzały, wybuchy, same w sobie okopy, a nie powolne życie wszystkich dookoła. Zwłaszcza że on nie zamierzał nazywać tego wojną, to jedynie postulaty organizacji terrorystycznej, ataki osób, które uważają, że przemoc i zniszczenie są słusznym narzędziem i nie znają zdrowego rozsądku. Czarny Pan, śmieszne, nie był nawet czarnoskóry. Coś jednak dręczyło go na tyle, że nie spoglądał na przyszłość tak prędko, jak zwykle, wycofywał się ze swojego daru, w obawie, że dojrzy to, co nad Martą Warren, gdy dostrzegł jej ducha. Całkowitą pustkę przyszłości, zerwanie nici przez najstarszą z Mojr. Zwykle panował nad swoimi reakcjami, nieważne co widział, czasami jednak, zwłaszcza gdy coś go zaskoczyło, brał szarpany, długi wdech. Zdradzał się. Z paczuszką pod ramieniem, zapakowaną niepozornie w szary papier z jutowym sznurkiem, zapukał do drzwi Bulstrodów. Miał przesyłkę do rąk własnych, co nie było jakieś nietypowe dla pracowników Departamentu Tajemnic. Ciągle gdzieś przemykali, przynosili dziwne rzeczy, badali. Robili dziwne rzeczy, zwłaszcza ci, którym już niewiele mózgu zostało, że szkoda ich odprawiać, lepiej poczekać, aby dostali godziwe odszkodowanie ze względu na szkody na zdrowiu. — Do pani ojca, dobry wieczór pani Bulstrode — przywitał się, uchylając jej kapelusza, z którego popłynęło kilka kropli deszczu. — Mam nadzieję, że wieczór mija pani spokojnie. Chińskie przekleństwo brzmiało obyś żył w ciekawych czasach. Morpheus, zdejmując płaszcz w kolorze pustynnego piasku o zmierzchu, jeszcze nie czarnego, nie szarego, lecz przypalanego cynamonem brązu, przyznawał tej mądrości rację. Teraz życzono innym, jakby w nowej formie protego bezpiecznej podróży, bezpiecznej zmiany, spokojnego wieczoru, z dużo większą intencją, zwłaszcza gdy przyjaciele nie żyli w dworkach czystokrwistej arystokracji, a w kamienicach, mając w swoich rodowodach mugoli lub pochodząc z mugolskich rodzin. — Mam przesyłkę do rąk własnych. Wzmożone środki ostrożności. RE: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Florence Bulstrode - 19.12.2023 Wojna nie zawsze zaczynała się od wielkich wybuchów i tysięcy żołnierzy, przekraczających bezprawnie granicę. Czasem nadchodziła powoli - drobne kamyczki, powodujące lawinę. Czy Ci, którzy czytali o zamachu w Sarajewie, spodziewali się, do czego to doprowadzi? Wojna, to słowo nie gościło jeszcze ani na ustach Florence, ani w jej umyśle. Miała użyć go dopiero całe miesiące później, po Beltane, gdy opatrywała rannych w namiocie medyków, wtedy już bez wątpliwości, że wojna trwa i że zaczęła się właśnie w listopadzie 1970. Ale tu i teraz nawet jej oczy jasnowidzki nie patrzyły tak daleko. - Zapraszam - powiedziała, ruszając do salonu, nie trzymałaby przecież gościa w progu, żadnego, a już na pewno nie współpracownika ojca i członka nienaruszalnej dwudziestki ósemki. Pewne maniery były dla niej równie naturalne, jak oddychanie. To było pomieszczenie z gatunku tych, jakie Morpheus pewnie wielokrotnie w życiu już widział: znamionujące zamożność właścicieli, ale i niczym specjalnie się nie wyróżniające. Uporządkowane bardzo starannie, tak że wszystko było tu niemal jak pod linijkę, zupełnie inaczej niż w jego własnym domu zapewne – to była wspólna przestrzeń, a Florence nie znosiła nieporządku. Uwidoczniało się to nawet w jej stroju, skromnym i nie rzucającym się w oczy, ale w którym każdy element dobrany był do innych. – Dziękuję, to rzeczywiście spokojny wieczór. Napije się pan czegoś? Kawy, herbaty? – poprosiła. Nie pytała, co to za przesyłka i dlaczego ma dostarczyć ją do rąk własnych. Życie pod jednym dachem z dwojgiem Niewymownych nauczyło tego Florence już bardzo dawno: nie zadaje się zbyt wielu pytań. Nawet matka miała problemy z wyciągnięciem z ojca pewnych rzeczy, kiedy ten mówić nie chciał. Poza tym czy naprawdę interesowały ją sekrety czasu, przestrzeni i mózgów? A jeżeli szło o sekrety przyszłości, to w jeden taki spojrzała odruchowo, próbując przewidzieć tę odpowiedź, to czego chciał, czego zamierzał się napić – jeżeli nie tu, to po powrocie do domu – jak zwykła była dość często robić przy rodzinie. - …zamordowani czarodziej i mugolka byli małżeństwem od kilkunastu lat i mieszkali na przedmieściach Londynu. Co doradziłby pan innym rodzinom, potencjalnie narażonym na atak? RE: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Morpheus Longbottom - 19.12.2023 Istniał pewien standard, do którego przywykł Morpheus i Florence właśnie go prezentowała. Lubił porządek w ich domu, co prawda bywał tam raczej rzadko, ale zwykle bez zapowiedzi i przestrzeń zawsze wyglądała nieskazitelnie. Chaos jego rodzinnego domu wielokrotnie doprowadzał go do szału, nie dlatego, że sam w sobie był zły, ale nie dało się myśleć, gdy setki słów wymawianych przez wiele osób nakładały się na przebłyski przyszłości. Czas często gwałcił jego umysł niekontrolowanym otwarciem umysłu na przyszłość, co sprawiało, że tylko mocne środki nasenne pozwalały mu wyciszyć siebie i całość dookoła. Nie rozstając się z paczką, przeszedł do bawialni i usiadł na kanapie, kładąc ją obok siebie, tak aby dotykała jego nogi jednym bokiem. Poprawił nieco krawat, aby wyglądać poprawnie, nawet jeśli pora powoli stawała się nieadekwatną na jakiekolwiek wizyty. — Herbata, z mlekiem, bez cukru, poproszę — ale wizja powiedziała jej, że woli kawę, doprawioną w ten sam sposób, jednam jakieś obce tykanie zegara i zapach pościeli wraz z wrażeniem później nocy i przemęczenia organizmu, sugerowały, że lepiej zostać przy tym, o co poprosił. — Mogłaby pani zrobić głośniej? Wskazał głową na radio. — Teraz wszyscy będą mówili, że widzieli coś niepokojącego w Tomie, ale tak nie było. Ulubieniec. Prefekt. A teraz coś mu odbiło, jemu i zbyt wielu innym osobom i myśli, że może terroryzować społeczeństwo... Zamilkł, zanim wygada za dużo, nie chcąc powiedzieć, jak radykalne miał poglądy, bo mogło mu to narobić wrogów. Widocznie owo ogłoszenie wojny stanowiło cierń w jego boku, niezrozumiałe aż dla kogoś, kto generalnie jest bezpieczny, zdenerwowanie. Postukał palcami po zamszu podłokietnika. Postulaty Riddle'a prezentowały się śmiesznie i groteskowo utopijnie, jeśli tak można nazwać powrót do jarzma niewolnictwa. — Jak źle jest w Mungu? Czarodziej unikał szpitali, aby nie widzieć końca tych, którzy martwili się zabiegiem, nie chciał widzieć braku przyszłości tych, którzy przeżyli zbyt mało i okrucieństwa ozdrowienia tych, którzy zmarnowali życie na bycie nikczemnymi jednostkami. Szpitale przytłaczały go i sprawiały, że wątpił w sens jasnowidzenia i widział je bardziej jako przekleństwo niż cokolwiek innego, zwłaszcza, gdy Apollo stawał się pijanym bogiem i torturował swego syna kolejnymi wizjami. RE: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Florence Bulstrode - 20.12.2023 Dom Bulstrodów nie świecił pustkami - mieszkała tu Florence, dwoje jej braci, rodzice i wuj - ale i ze względu na rozmiary i spokojny charakter przynajmniej trójki z lokatorów, zwykle był raczej spokojnym, uporządkowanym miejscem. Nie wspominając już o tym, że Enida Prewett - Bulstrode kochała podróże, jej córka i najstarszy syn swoją pracę, a ten młodszy różne włóczęgi, bywało więc często tak, jak teraz. Że panowała tutaj cisza, że po kamienicy kręciła się jedna osoba. Głośne rozmowy, śmiechy, rozbrzmiewały tutaj głównie, gdy matka lub Atreus sprowadzali gości, a i wtedy najczęściej miały miejsce w piwnicy, zwanej przez Florence "jaskinią rozpusty", a w istocie będącej po prostu kącikiem hazardu. Kiwnęła głową i wezwała skrzata, nie chcąc zostawiać gościa w opustoszałym salonie. Kiedy poprosił, aby przygłosiła, machnęła różdżką - Florence lubiła ułatwiać sobie życie - i głos spikera stał się głośniejszy. - Przede wszystkim, nie powinni wpadać w panikę. Ministerstwo jest już na tropie tego, który sam siebie nazywa Voldemortem albo Czarnym Panem i jego zwolenników... Kąciki ust Florence drgnęły, w niewesołym uśmiechu: czy można było udzielić komuś bardziej bezużytecznej rady? Nie potrzebowała umiejętności jasnowidza, by wiedzieć, że Ministerstwo nie jest ani trochę blisko schwytania Voldemorta czy jego "śmierciożerców". - W Tomie? - spytała, zajmując miejsce na fotelu, dłonie splatając na kolanach. Siedziała, jak zwykle, bardzo prosto, może mając wdrukowane, jak powinna siadać dama, a może po prostu - jak powinien siadać ktoś, kto nie życzy sobie mieć krzywego kręgosłupa. Była za młoda, aby pamiętać Toma Riddle'a ze szkoły, a jej rodzice z kolei - parę lat za starzy. Dla niej Voldemort był tylko sylwetką ze zdjęcia w prasie, złowrogim cieniem, kimś niemal nierealnym, czyje słowa i wizje stały za jak najbardziej realnymi nieszczęściami. Gdyby się zastanowić, istnieli pewnie tacy, którzy znali go jako chłopca i rozpoznali w Czarnym Panie, a jednak… Większość z nich milczała. - Jeżeli był prefektem i ulubieńcem, maskował się wtedy znacznie lepiej niż teraz. Zdaje się mniej sprytny niż Grindewald: od razu ogłosił, że będzie zabijał, mordował, palił. Można powiedzieć, że wyświadczył nam wszystkim przysługę, bo inaczej kto wie, czy nie zdołałby przejąć władzy w majestacie prawa? Postulaty dotyczące czystej krwi były przecież wciąż w społeczeństwie czarodziejów popularne, przynajmniej dopóki działałeś w sposób umiarkowany. Teraz, być może, ci, którzy woleliby nie przyjmować mugolaków do Hogwartu, zawahają się chwilę, jeżeli zobaczą proponowaną alternatywę: mordowanie małych dzieci. Gdyby Hitler w swojej kampanii wyborczej od razu pokazał prezentację na temat kremowania niemowląt, być może cieszyłby się mniejszym poparciem. A na pewno dałby swoim przeciwnikom więcej czasu na przygotowanie się. - Nie dużo gorzej niż zwykle. Trafiło do nas kilka ofiar ataków, ale takie przypadki zdarzały się i wcześniej. – Wydaje się, Norbercie, że jednak nie wszyscy czarodzieje wierzą w Ministerstwo. W ostatnim czasie wielu z nich wyprowadza się z kraju, a ceny lokali na Pokątnej rosną. Najwyraźniej ulica uznawana jest za bezpieczniejszą – popłynął z radia głos spikera. Skrzat tymczasem pojawił się, z tacą z dwiema filiżankami gorzkiej herbaty, i niewielkim dzbanuszkiem mleka. RE: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Morpheus Longbottom - 22.12.2023 Morpheus nieco nerwowo spoglądał na sufit, stukając małym palcem o paczuszkę, uważnie słuchając zarówno radia, jak i samej gospodyni. Jakże mieli nie panikować, kiedy większość w społeczeństwie czarodziejów miał mugoli w rodzinie, a lista czystokrwistych stanowiła zatrważająco krótki spis. Czuł w kościach, chociaż nie jako wieszcz, lecz spostrzegawczy człowiek, że ten konflikt będzie należał do tych, w których wygrywasz lub giniesz. Nie chciał grzebać swoich przyjaciół ani rodziny, ale jego ręka instynktownie szła do różdżki, gdy tylko wyczuwał zagrożenie. Nawet jako typowy naukowiec nie utracił instynktów wpojonych przez ojca. Starał się trzymać strony swojej rodziny i ministerstwa i czujnie się przeglądać właśnie temu, o czym wspomniała Florence. Legislacji i szczurom na statku, które przegryzają liny. W dzień, w którym Lord Voldemort ogłosił swoje postulaty, tego samego ranka, wyciągnął VI buław. Nie ufaj i broń się. — Mam pamięć do twarzy. Chodziłem z nim do szkoły — wyjaśnił, trochę zbywająco. Nie miało to jednak żadnego znaczenia w szerokim spektrum i tak to traktował Morpheus. Róża będzie pięknie pachnieć bez względu na nadane imię, a zgnilizna i upadek moralny pozostaną takie same, czy odziane w piękne, błyszczące imię, czy w coś zupełnie innego. Przykro trochę też mówić, ale w czasach szkolnych trochę się w nim podkochiwał. O tym już w ogóle nie zamierzał nikomu mówić, były słowa, które nie powinny nigdy paść i to jedne z nich. Czarodziej przyjął herbatę i nalał do niej odrobinę mleka, zamieszał i napił się, nie odginając na zewnątrz małego palca. — Sądzę, że nadal będzie próbował, zważywszy na to, jak został odebrany Minister Leach. Nie bezpośrednio, ale przez swoich zwolenników. Wiemy, jak wielu wtedy odeszło z Ministerstwa, a przecież niemożliwe, aby to byli wszyscy, zwłaszcza... zwłaszcza w zakresie pracy, która obejmuje pani ojca. Powiem więcej, sądzę, że to nawet pewne. Większość wojen to szpiedzy, głównie szpiedzy, tak się wygrywa wojny. Nazwałbym całą tę działalność atakami terrorystycznymi, chcę wierzyć, że nimi są, ale myślę, obawiam się, że leżą za tym znacznie dłuższe i dalekosiężne plany strategiczne, aby rozbić zaufanie do Ministerstwa, zdyskredytować BUM i Aurorów, a później zająć całość rządem marionetkowym... Niech pani wybaczy, odzywa się moje doświadczenie z pracą dla Wizengamotu, zanim zostałem Niewymownym. RE: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Florence Bulstrode - 23.12.2023 Utkwiła w Morpheusie uważne spojrzenie jasnych oczu. Z jej twarzy trudno było coś wyczytać, ale myślała teraz o tym „Voldemorcie” jako o chłopcu. O tym, że jakoś nikt w prasie nie wspominał, że miał na imię Tom, że chodził kiedyś do Hogwartu i że był zwyczajnym dzieckiem. Może ciężko było w nim rozpoznać siedemnastolatka, który kiedyś opuścił szkołę? Czarna magia i eksperymenty naznaczały niekiedy nie tylko duszę, ale i ciało. A może po prostu się bali. Uniosła filiżankę do ust i upiła łyk, pozwalając, by przez chwilę panowało pomiędzy nimi milczenie. Cisza rzadko bywała dla Florence ciężka, a teraz namyślała się nad zadaniem pytania – nad tym, czy je zadawać i jak powinno brzmieć. - Nie używa żadnego nazwiska czystej krwi – powiedziała w końcu, decydując się na komentarz zamiast na pytanie wprost, dając szansę na pominięcie tego, puszczenie pomimo uszu, bo… - Voldemort pewnie nie chce, aby ktoś pamiętał go jako ucznia. Wszystko trwa dopiero kilkanaście dni, więc trudno mi wyrokować, ale powiedziałabym, że zależy mu, aby nie postrzegać go… jako zwykłego człowieka. Zdawało się jej to prawie zabawne. Myliła się jednak straszliwie, może dlatego, że ze swoich talentów nie robiła takiego użytku jak Morpheus – że pewne rzeczy zaledwie przeczuwała, nie umiała odczytywać symboli, unikała dotyku kart tarota i odwracała się tyłem do szklanej kuli, nie szukając w niej żadnych znaków. Być może był to jej wielki błąd, ale była uzdrowicielką, nie wieszczką, i nie chciała tą drugą się starać. Kąciki ust drgnęły jej lekko, w niewesołym uśmiechu, jaki posłała Longbottomowi zza filiżanki. – Nie mogę się nie zgodzić. Jak chyba oboje się zgodzimy, tego Voldemorta poprą głównie rody czystej krwi. A rody czystej krwi mają w większości to do siebie… że są wpływowe i zajmują wysokie pozycje w Ministerstwie albo innych miejscach. Podobno w Departamencie Przestrzegania Magii ciężko zrobić krok, by nie wpaść na jakiegoś Longbottoma – stwierdziła. Nie był to przytyk, raczej zobrazowanie sytuacji: w końcu dwóch jej braci też tam pracowało, za to w Departamencie Tajemnic od zawsze pracował ktoś z Bulstrodów. – Ale przy odrobinie szczęścia… niektórym z nich, nawet jeżeli spodobają się postulaty, nie spodobają się metody. Ona sama zawsze w głębi serca uważała, że mugolaki stoją trochę za bardzo na rozdrożu światów. Była dumna z dziedzictwa swojego rodu, biorącego początek u samej Ravenclaw. Gdyby ktoś z ich rodziny poślubił mugolaka, pewnie zostałby wydziedziczony. Ale nie poparła i nigdy nie mogłaby poprzeć zabijania. Była uzdrowicielką i wiedziała doskonale: kiedy na ręce leci ci krew, wygląda tak samo, niezależnie od tego, kto akurat krwawi. RE: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Morpheus Longbottom - 27.12.2023 Tylko Blackowie mieli inną juchę. Czarną, gęstą, prawdopodobnie analizowaną jako fenomen w Komnacie Śmierci. — Legendy nigdy nie umierają. Pozostawiają, nawet przekręcone, w świadomości. Król Artur, święty Patryk, Ryszard Lwie Serce, nawet Henryk VIII, znany najbardziej z przemocy wobec swoich żon. Niesamowicie trudno jest myśleć o tych osobach i widzieć te przyziemne momenty, fizjologiczne potrzeby. W legendach nie ma miejsca na nic innego, niż wielka miłość, wielki terror i wielka chwała. Nalał do filiżanki niedużą ilość mleka, sięgnął po łyżeczkę i zamieszał, pilnując, aby nie stuknąć metalem o porcelanę naczynia. Jesteś czarodziejem, nie dzwonnikiem. Jeszcze pamiętał głos matki, która go strofowała, gdy siorbał lub dokonywał tak niewybaczalnych czynów, jak obijanie sztućcami zastawy. Zarówno kawę, jak i herbatę pił z mlekiem, jedyną słodką słabość, na którą sobie pozwalał. Białą gęstość laktozy. —Chciałbym powiedzieć, że jestem wyjątkiem, ale miałem swój epizod Departamencie Przestrzegania Magii. Na pewno już ma swoich popleczników pośród tych, którzy odeszli z Ministerstwa po wyborze Leacha na Ministra Magii, zapewne wielu, wielu więcej pod płaszczem angielskiej arystokracji. Nie jestem pewien, czy metody będą tutaj wyznacznikiem czegokolwiek. Od lat i mugolskie wyższe sfery i czarodziejskie są przesiąknięte degeneracją, narkotykami i dewiacjami, z nudów. Minęła mugolska wojna, świat obserwuje Zimną Wojnę, lecz w niej nie partycypuje. Brakuje im wrażeń, a bezczynność rodzi herezję. Longbottom mówił tak, jakby nie należał do swojej rodziny, jednej z wielu czystokrwistych, z dworkiem w Dolinie Godryka, z ojcem noszącym jego imię, z jego mieczem nad kominkiem. Chociaż miał bardzo silne poczucie przynależności do swojej rodziny, dzięki ich sposobowi bycia, to w pewien metafizyczny sposób zawsze myślał o sobie, jako o synu swojej matki, który skacze przez czas, jako pokruszony monument nadchodzących czasów. Bezdzietny kawaler, zawsze na obrzeżach, patrząc zbyt długo, niczym kot, na ozdoby choinkowe w salonie. Kochający zbyt mocno, zbyt gwałtownie, zbyt zapamiętale. Miał nadzieję, że nie przemienią go w Stańczyka, który śpiewa opowieść o chwale, wspomnienie dawnych czasów, gdy będzie zerkał na miecze różdżek chwalebnych wojowników z powagą skazańca. Że ich społeczeństwo przetrwa, a całość zakończy się szybciej, niż zaczęła. Że będzie jedynie kiepskim żartem. Tak bardzo chciał iść spać i obudzić się w lepszym świecie, zobaczyć Słońce w rozkładzie. — Módlmy się do okrutnych bóstw i składajmy ofiarę całopalną, aby ci, którzy wierzyli w Grindewalda, nie wyszli spad swoich kamieni i nie powstali z niechlubnych kurhanów. RE: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Florence Bulstrode - 28.12.2023 – W przypadku Henryka VIII nie miałabym problemów. Widziałam jego portret w muzeum. Wyglądał bardzo mało legendarnie – powiedziała Florence. Pozostałe nazwiska były już dla niej faktycznie tylko legendami, których zaledwie strzępki obiły się o uszy Bulstrode, bo nigdy nie interesowała się szczególnie mugolską historią, a w tej magicznej swoje miejsce miał tylko król Artur. Władca przeszłych i przyszłych dni, ten stojący na pograniczy dwóch światów, władający Bretanią i zwykłymi ludźmi, ale mający nadwornego maga, magiczny miecz i odchodzący ku mitycznej wyspie, by kiedyś z niej powrócić. – Mówi pan prawie jak młody rewolucjonista o mugolskich korzeniach, gotów prowadzić na barykady, by obalić starą, skostniałą arystokrację – stwierdziła Bulstrode. Nie zdawała się tym rozzłoszczona, może nawet odrobinę rozbawiona, bo po jej ustach przebiegł lekki uśmiech nim sięgnęła ponownie po swoją filiżankę. – Mam wrażenie, że większość starych czarodziejskich rodzin dość mocno skupia się raczej na kontynuowaniu prac w konkretnych dziedzinach… chociaż jako córka Prewettówny nie mogę oburzać się o tę „dekadencję” – stwierdziła, a w jej oczach zaiskrzyła na moment iskierka rozbawienia. Ta „dziedzina” Prewettów to w końcu były hazard, wyścigi, karty. O ile Bulstrodowie byli rodem mocno neutralnym, skupionym na rozwijaniu tajemnic magii, przeszłości i przyszłości, o tyle pośród Prewettów nie brakowało nielegalnych działań – mieli zresztą o to w przeszłości spięcia z Longbottomami – i Florence nie wątpiła, ze alkohol czy narkotyki niektórym członkom rodziny ze strony matki nie były obce. – Obawiam się, że tu nie chodzi o brak wrażeń czy nudę, a o to samo, co zawsze. Władzę, pieniądze i poczucie bycia lepszym od innych. Rozczarowanie zmianami, lęk przed stratą pozycji i pragnienie posiadania więcej. Wciąż uważam jednak, że mamy szczęście. Voldemort mógłby zagrać na nich znacznie lepiej, gdyby od razu nie ujawnił, jaką drogą podąży. Nawet siedząc w tej kuchni, wiedziała, że w jej własnej rodzinie byli tacy, którzy będą walczyć z Voldemortem i z całych sił, ale byli i tacy, którzy mogliby go poprzeć. Gdyby od razu nie podążył krwawą ścieżką, gdyby nie ogłosił siebie jedynym lordem, czy nie zdołałby skusić jej najmłodszego brata? Czy nie zdołałby zagrać na poczuciu wyższości Edwarda Prewetta? Własna megalomania Voldemorta i to, że nie krył swych okrucieństw, pozbawiły go części zwolenników. – Mogliby naiwnie podążyć za nim, a dopiero potem odkryć, że już za późno, by się wycofać. A co do ofiary całopalnej… nie sądzę, żebyśmy mogli dopatrywać się ratunku u bogów. RE: [listopad 1970] Wieża. Nadchodzi nieszczęście - Morpheus Longbottom - 29.12.2023 Śmiech, ubrany w grzeczną skromność, wydobył się z niego prawie bezgłośnie. Nieco sztucznie brzmiące, arystokratyczne opanowanie, które skrywało szczerą wesołość, jakby określiła go nad wyraz przyjemnym komplementem. Morpheus lubił Florence, jej podejście pozbawione nonsensownej dekoracji, skomplikowane w prosty sposób, dla niego jednak naturalne, zaraz obok wróżenia i oddychania, gdyż sam wyrósł w podobnych zasadach przyjmowania gości i konwersacji. Pewnie gdyby ktoś nakazał mu, gdyby był zmuszony ożenić się na już, zapewne byłaby jego pierwszym wyborem do propozycji matrymonialnej. Przyjemna dla oka. Mógłby ją kochać, tak myślał. Zresztą, jak w przypadku większości osób, które znał, na moment, gdy poznał ją, był zauroczony jej osobowością. Kochliwa z niego łajza, zresztą, jak lubił powtarzać, mógł być Niewymownym, nieco na granicy społeczeństwa, nie był jednak martwy. — Wiele wody upłynęło, odkąd ostatnio zostałem nazwany młodym. Nazwałabym siebie raczej domorosłym myślicielem, przywilej najmłodszego z wielu synów. Relatywnie, jego życie było łatwe. Nigdy nie zastanawiał nad pieniędzmi, bogactwo i koneksje płynęły w jego żyłach, był w stanie skupić się na swojej karierze i nigdy nie nakładano na niego presji małżeństwa. Obecnie brakowało mu nieco drugiej osoby, która mogłaby złagodzić jego bezsenność, wraz z kolejnymi srebrnymi pasmami na skroniach, pojawiały się kolejne wątpliwości co do niektórych decyzji życiowych. Pewne żale nadal łomotały w piersi, niektóre nazwane, niektóre niezbyt, raczej wrażenie trzepoczących skrzydeł motyla na policzku, może ćmy. — Zdecydowanie pozwala to na bezpośrednie działanie, nie trzeba wysyłać kurtuazyjnego zaproszenia na urodziny i liczyć, że nikt się nie pojawi. To były jego zaklęcia ostrzegawcze, wiemy, że następne to będą już strzały w żywe cele. A co do nudy, nadal uważam, że gra tutaj znaczną rolę. Panem et circenses. Skoro zaś rzeczy materialnych mamy zbyt wiele... — rozłożył rękę na jedną stronę, uważając, aby nie ruszyć filiżanką w drugiej i nie rozlać swojej bawarki. Młodzi, żądni krwi, podniecenia, namiętności. Przyznanie się do samotności jest tematem tabu. Oczywiście można z tego żartować. Można powiedzieć ludziom, że większość czasu spędza się nad kartami lub że nie wyszedł od dwóch dni z Departamentu, a następnego może nie wyjść na zewnątrz z domu. Ale rzadko kiedy mówi ludziom o prawdziwej głębi swojej samotności, o tym, jak z każdym dniem czuje się coraz bardziej wyobcowany od swoich przyjaciół i nie jest pewien, jak to naprawić. Wygląda na to, że wszystkim żyje się lepiej niż jemu. Część niego wiedziała, że tak się stanie. Dorastając, miał przeczucie, że nie przejdzie adekwatnie do dorosłego życia, że wpadnie w szczeliny. — Bogowie muszą być szaleni. I i tak nas nie wysłuchają. |